sobota, 31 stycznia 2015

Prawda naga jak dupina w otchłani porcelanowej muszli klozetowej...

Grafika: www.forwallpaper.com

Co mnie kręci, co dodaje energii, co sprawia, że zaczynam myśleć pozytywnie? Dla jakiego zajęcia jestem gotowa dużo zaryzykować?

Siedzę i myślę, jak tu zgrabnie sklecić kilka słów na powyższy temat. To temat konkursu ogłoszonego przez Audioblog
Po kilku, nieco dłuższych, chwilach myślenia - przerywanego wydobywającym się z moich trzewi, od czasu do czasu: Yyyhhmmm… Yyyhhmmm… - słyszę pytanie zadane przez mojego osobistego Konkubenta:
- A Ty, co tak yhymujesz?
- Nie yhymuję! To są przerywniki w myśleniu - moim intensywnym!
- Hmm… To Ty myślisz?!? A ja myślałem, że to są przerywniki na myślenie! - pada okraszona ironią do kwadratu odpowiedź.
- No dobra, dobra, już się nie obrażaj! A nad czym tak myślisz? - pyta z zaciekawieniem Konkubent.
Wyjaśniam więc, co i jak, widać szkiełko i oko mędrca na mojej twarzy i czekam, co też powie ten mój Mędrzec…
Chciałam to i mam:
- Ale nad czym Ty myślisz?!? Przecież to proste jak konstrukcja cepa! No, Dziubek! Dla jakiego zajęcia Ty jesteś w stanie duuuuuuużo zaryzykować? Co Cię kręci? No, myśl, myśl, yhymuj i myśl! - słyszę to wszystko i już węszę podstęp…
- Dziubek, jest tylko jedna taka rzecz na świecie! Zdobycie ciastek z kremem! Ewentualnie - spożycie ciastek z kremem! Przecież, jak Ty widzisz ciastka to świat przestaje istnieć, Ziemia się zatrzymuje, kosmici popadają w stan hibernacji, a na Twojej twarzy maluje się mimika godna Oskarowej gali!
I tak moje literackie aspiracje, które miały zmierzać w kierunku poetyckich opisów, dotyczących górnolotnych, namnażających połączenia mózgowe, zajęć zostały sprowadzone do prymitywnego ciastka z kremem… Mój poczciwy żywot kobiety twórczej zamknął się w jestestwie ptysia i wuzetki…
I co tu począć? Niestety muszę się zgodzić i posypać łeb popiołem, ponieważ jest to prawda - naga, jak dupina w otchłani porcelanowej muszli klozetowej!

Tekst został wyróżniony w konkursie... Pewnie jury też lubi ciastka z kremem ;)

środa, 28 stycznia 2015

Zawartość gaciowych czeluści w zimowej scenerii...

Grafika: A.J.

- A cóż to za problem te narty?!? Wkładasz i jedziesz! W dzieciństwie miałem takie z plastiku, żadna trudność! - pełna profesjonalizmu narcianego odpowiedź pada z ust osobnika płci męskiej, spokrewniaczonego z moją skromną postacią - roboczo nazwijmy go Tośkiem ;)

Hmm… Popadam w zadumę i wspominam swój pierwszy raz na nartach…

Leżę na górce dla dzieci, po tym jak wywiózł mnie na jej „szczyt” wyciąg „Krasnal”. Wywiezienie na „szczyt” było mocno traumatycznym przeżyciem… Zgramoliłam się z talerzyka wyciągowego i jak się można było spodziewać od razu rypnęłam… Ale jak rypnęłam! Leżę niczym biedronka siedmiokropka na korpusiku i macham… Jedyne czym mogę machać to rączki, bo nóżki mam podwinięte… Pani instruktorka i kuzynka usiłują mnie ustawić do pionu, ale nie jest to proste - wiadomo górka jakieś tam, mimo wszystko, nachylenie ma, a siła tarcia (a właściwie jej brak), znajdująca się pomiędzy wyślizganym śniegiem, a moimi mięśniami pośladkowymi nie ułatwia sprawy. W końcu wstaję. Po kilku „zjazdach”, pod czujnym okiem instruktorki, ogarniam „Krasnala” i górkę dla dzieci. Zapada śmiała decyzja: Wjeżdżamy na dużą górę…

- Hamuuuuuuuuj! Wywaaaaaaaaaal się w zaspę! Boże! Wywaaaaal się! Zabijesz się! - drze się instruktorka… A ja zespolona z tym piekielnym sprzętem samonośnym, który rządzi mną i jedzie, gdzie chce, modlę się o szybką śmierć! Nawet wywalić się nie potrafię! Jak mam to zrobić, no jak?!? Zaliczam muldy śnieżne, które pojawiają się na "mojej" trasie, wpadam na jakiegoś nieszczęśnika... Leżę! Udało się! Leżę! W gaciach narciarskich mam trzy tony śniegu - w trakcie upadku podwinęła mi się kurtka po samą szyję i zmieniłam ułożenie w przestrzeni - końcowy odcinek toru upadkowego odbyłam w pozycji - głową w dół, w związku z czym gacie pełniły funkcję zbiornika na puszysty śnieżek.

Mój pierwszy zjazd z góry zwanej - Skrzyczne, trwał kilka godzin… Przeżyłam, ale za cholerę nie chciałam tego powtórzyć! W mokrym ubraniu - od śniegu, potu i łez wykrzyczałam, że nie dam się wwieźć, po raz kolejny, na tą śmiercionośną górę.

Następnego dnia stałam jednak u podnóża szczytu zastanawiając się - co ja tu robię? Z narciarstwem nie pokochałam się od pierwszego wejrzenia, ale się pokochałam i odkryłam, że to jednak ma jakiś potencjał w kierunku przyjemności. Miałam chyba 31 lat - tu zachęta dla tych, co jeszcze nie próbowali, a pierwszej młodości nie są ;)

Ale wróćmy do Tośka…
Zdanie Tośka na temat narciarstwa uległo zmianie po tym jak, po raz pierwszy, założył buty narciarskie i dopiął sobie do nich narty:
- Ciężkie to… - słychać w głosie lekkie przerażenie umiejętnie zamaskowane męską niechęcią do okazywania strachu ;)
Wyciąg typu „Krasnal” wywiózł Tośka na „szczyt”… Tosiek uległ upadkowi… Upadek był na tyle nieszczęśliwy, że uszkodziło się Tośkowe kolano i rozerwały się narciarskie gacie w kroku. Z czeluści rozerwania gaciowego wychyliła się biała watka pełniąca funkcję ocieplającą. Pamiętam to doskonale, ponieważ umarłam wtedy ze śmiechu, pomimo niezbyt śmiesznej sytuacji. To był niezapomniany widok: Tosiek leżący na śniegu z grymasem na twarzy, a pomiędzy nogami, puszyste jak owieczka, śnieżnobiałe łono otoczone przez czerń materiału narciarskich spodni.

Tosiek nie pokochał nart…

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Testerka małżeńskiej miłości i okupacja podłogi...

Grafika: www.demotywatory.pl

Któregoś dnia, wracając do domu z pracy, zauważyłam na końcu mojej ulicy miotającego się dziwnego osobnika w białym podkoszulku i galotkach… Pierwsze, co pomyślałam: Wariat! Znowu wariat! I oczywiście ja muszę się na niego napatoczyć! Podjeżdżam bliżej, a „wariat” atakuje mnie wybiegając przed maskę. Następnie puka w szybę od strony kierowcy. Konsternacja: uchylić czy nie uchylić? Ostrych narzędzi w rękach nie miał, po bliższych oględzinach dostrzegłam, że to starszy pan ubrany w jakąś domową piżamczynę. Uchylam…
- Kurde! Szkoda, że pani jest kobietą! Cholera, szkoda! - słychać, że staruszek jest mocno zmartwiony i rozczarowany moją płcią.
- A o co chodzi, proszę pana? - dopytuję się "wariata".
- No, pani! Żona siedzi na podłodze i nie chce wstać! A ta podłoga zimna, bo, wie pani kafle dali, a ona nie ubrana i siedzi i nie chce wstać! Ja nie mam siły jej podnieść, cholera! A ona jakoś tak źle wygląda!
- To ja chętnie pomogę! Może pogotowie wezwać?!? - oferuję swoją pomoc.
- Nie pani, żadne pogotowie! Pani pójdzie za mną!
Staruszek prowadzi mnie w stronę drzwi wejściowych należących do domku, typu bliźniak, stojącego nieopodal. Wchodzę za nim do środka. W głębi widać salon i stół nakryty białym obrusem. Tuż za stołem siedzi na podłodze rozczochrana babinka odziana w przykrótką koszulę nocną. Staruszka zobaczywszy nas zrzędliwym głosem daje do zrozumienia, że łatwo nie odpuści tej podłogi:
- Staruchu ty! Ja się nigdzie nie ruszę! Dobrze mi tu! 
Widząc bezradność starszego pana postanawiam się odezwać - miło i kulturalnie:
- Proszę Pani, proszę pozwolić sobie pomóc, pani siedzi na zimnej podłodze, a mąż się martwi - po ulicy nawet biegał, w samym podkoszulku, a tam zimno, wiatr… 
A kobiecina na to:
- I dobrze tak dziadowi! Niech biega! Wkurzył mnie dziś to taką sobie zemstę wymyśliłam, żeby się pomartwił! Trochę poudawałam! Ale jak pani mówi, że on tak biegał po tym zimnie to wstanę z tej podłogi! Znaczy się, że kocha! Stasiek, pomóż mi!
Wryło mnie w podłogę… Pozwolę sobie zacytować wypowiedź przeczytaną na jednym z blogów - autorstwa Pani Gryzmolindy: "Szczena mi opadła, aż dno dupy było widać…"
I tak ze Staśkiem podnieśliśmy z podłogi testerkę miłości małżeńskiej.
Następnego dnia, wieczorową porą, widziałam ich spacerujących po osiedlu… Trzymali się za ręce...

piątek, 23 stycznia 2015

Buszujący w serach i adopcja sklepowa...

Grafika: www.kobieta.onet.pl

- Pani zabierze tego dzieciaka! Nie widzi Pani, że towar niszczy?!? - słyszę za plecami, zajęta oglądaniem półki sklepowej z przyprawami (w Lidlu).
- Ale to nie mój dzieciak! - prawie morduję babę wzrokiem.
- Aha! Taki podobny to myślałam, że Pani!
Zwracająca uwagę odchodzi, a ja z zaciekawieniem przyglądam się dzieciakowi, którego chciano mi gratisowo przysposobić. Chłopczyk, kilkulatek, z dużym zaangażowaniem grzebie w warzywach i wydłubuje, z namaszczeniem, z plastikowego pojemnika pieczarki, a następnie tworzy z nich jakąś kosmiczną układankę na podłodze. Całość przyozdabia kolorowymi papryczkami z sąsiedniej półki. Wokół nie ma nikogo dorosłego, oprócz mnie. Podchodzę do małolata i pytam:
- A Ty tak sam zakupy robisz? Gdzie mamusia?
- Nie ma mamusi! I nie robię zakupów, tylko puzluję!
- Hmm… A może babcia z Tobą przyszła? Tata? - ciągnę dalej wątek.
- Nie, sam jestem i puzluję! A Ty masz fajną siatkę! Możesz ze mną w siatce puzlować! 
- Wiesz... nie mam czasu puzlować, ale dziękuję za zaproszenie! - uśmiecham się dyplomatycznie i cichaczem znikam za regałem. 
Domyśliłam się, że puzlowanie to pewnie układanie… No, Bożesz Ty mój, jeszcze na starość puzlowania w siatce mi trzeba ;) Nawiedzona przez obywatelski obowiązek poszłam poszukać obsługi sklepowej. Za winklem znalazłam jakąś babkę w stosownym uniformie i mówię:
- Na dziale warzywno-owocowym macie nieletniego dewastatora warzyw - dokonał już lekkiego spustoszenia w pieczarkach i papryce i twierdzi, że jest sam w sklepie; chyba warto się tym zainteresować?
Pani, z uśmieszkiem, podziękowała i poszła w kierunku chłopczyka. Po chwili znalazła się mamusia Puzlowacza zwabiona dziwnym poruszeniem wokół jej dziecka, o którym sobie nagle przypomniała. 
Oczywiście wszystko skwitowała tekstem:
- I o co tyle hałasu?! Człowiek w spokoju dresów nie może pooglądać! Za warzywa zapłacę! Chodź Pawełku!
Pawełek poszedł z mamusią, ale po chwili już intensywnie buszował w serach, pozostawiony sam sobie. Mamusia dalej w amoku przegrzebywała ciuszki z aktualnej gazetki promocyjnej. Obsługa sklepowa znowu interweniowała, a buszująca w szmatach z obrażoną miną, ciągnąc Pawełka za rękę, udała się w kierunku kasy. Małolat natomiast krzyczał na cały głos:
- Gupia matka! Gupia matka! Ja chcę do tej Pani z siatką!  Do Paaaaaaaaaaaaani z siatką! Chcę puzlować! 
Wycie nieletniego dewastatora długo jeszcze roznosiło się po sklepie… Ja - pani z siatką, postanowiłam się nie ujawniać i zajęłam się analizą jakościowo-ilościową jaj kurzych z wolnego wybiegu w rozmiarze M i L ;)

Kiedyś zdarzyła mi się podobna sytuacja - odezwałam się do jakiegoś dzieciątka w sklepie i na tyle przypadłam mu do gustu, że nie chciało iść z rodzicami, tylko trzymało mój kosz zakupowy i ani rusz - wrzeszcząc, że znalazło lepszą mamusię i woli tą lepszą od starej mamusi ;) 

Jaki z tego wniosek? Większość współczesnych dzieci jest po prostu, tak zwyczajnie, spragniona zainteresowania, choćby minimalnego, ze strony dorosłych, a zwłaszcza własnych rodziców :)

środa, 21 stycznia 2015

Trociny w głowie, a mózg na spacerze...

Grafika: www.polskieradio.pl

Koleżanka z pracy dopiero około 14.00 poinformowała mnie, że dziś strasznie niskie ciśnienie w całym kraju się panoszy. No, to już wszystko wiem! Jako niskociśnieniowiec, podczas napływów niżowych, działam tak, jakby ktoś napchał mi do głowy trocin i dodatkowo ciągle potrząsał moją biedną łepetyną. Możliwe też, że mam, jak ta blondynka z dowcipu, tylko sznurek w środku zamiast mózgu, żeby mi uszy nie odpadły od czaszki…

Zaczęło się od samego rana… Myję włosy, umyłam je balsamem ujędrniającym do ciała - dziękować Bogu - w porę zorientowałam się, że coś jest nie tak. Oczywiście użycie niewłaściwego środka do pielęgnacji doprowadziło do lekkiego opóźnienia na trasach porannych wędrówek przedpracowych. Wyszłam z łaźni, idę do kuchni: Kawy! Kawy! Kawy! Poszukuję mleka… Jest! Nie, nie, moja droga - nie ma: jest pusty kartonik - nocny Miś żerował i dokonał spustoszenia w mlecznych zapasach. Jego bezczelność nawet nie pokusiła się o schowanie dowodów rzeczowych.

Odziana do pracy w kurtkę, berecik i inne elementy namiętnie poszukuję rękawiczek… Cholera, no nie ma! Brak czasu wymusza na mnie opuszczenie lokalu bez rękawiczek, a berecik założyłam profilaktycznie - gdyby ten sznurek w głowie funkcjonujący tymczasowo jako mózg się zerwał to przynajmniej uszy mi nie odpadną ;) Docieram do pracy i cóż się okazuje! Po ściągnięciu ze łba beretu rękawiczki mam na dnie beretu. Dobrze, że uszy mam na miejscu. Popadam w zadumę… Mijające lata, stresująca praca, życie na Śląsku - dość mocno chyba przyspieszyły proces degeneracji komórek mózgowych. O pracy pisać nie będę, bo nie chcę się pogrążać…

Wychodzę z pracy… Zbliżam się do swojego samochodu, pstryk, pstryk kluczykiem… Pstryk, pstryk - odpowiada samochód. Biorę się za drzwi - zamknięte! Toż mnie jeszcze dziś zatrzaśnięciem zamków w osobistym aucie pokarało - klnę pod nosem i szarpię klamkę! Za chwilę słyszę: Kobieto! Włamujesz się do mojego auta ;) Koleżanka ma identyczny samochód jak ja, ta sama marka, ten sam kolor… Ten należący do mnie stoi nieco dalej... Zazwyczaj mój mózg ma to zakodowane, ale nie dziś… 

Wracam do domu… Przynajmniej obiad mam gotowy, tylko odgrzewać i ciamać - w niedzielę zrobiłam zapasy zupy krem z rozmaitości. Zadowolona wyciągam gar, odmierzam porcyjkę do miski i sru do mikrofalówki. Czekam, głodna jestem. Szykuję sobie w międzyczasie troszkę serka żółtego do posypania mojej zupy, małą grzankę i plaster szynki parmeńskiej. Bim, bam! Jest obiad! Wyciągam michę, biorę łychę i pakuję zupę do otworu gębowego. Osz… ku…, co jest?!? Gazowana zupa?!? I czar pryska - mój obiad, pomimo tego, iż był w lodówce został zaatakowany przez mikroby i uległ zepsuciu w postaci zagazowania? A może nie był w lodówce? Na pocieszenie została mi kroma z plastrem szynki i potartym żółtym serem. 

Dzień się jeszcze nie skończył, ale postanowiłam zalec na kanapie i się nie ruszać. Boję się, że zaatakują mnie bambosze, pies mnie wyrzuci z domu albo ja wrzucę brudne ubrania do klozetu zamiast do pralki (już tak kiedyś zrobiłam).

Trociny opuśćcie moją biedną głowę!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zemsta kiełbasiana i poważna strata dla narodu...

Grafika: www.creoflick.net

Dzisiaj podobno jest najbardziej depresyjny dzień w roku… więc może mój post wywoła mały uśmiech u niektórych... Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne wydarzenie z czasów szkoły podstawowej… Dzieci, niezależnie od epoki, w której żyją wykazują się sporą dawką kreatywności. W czasach PRL-u, kiedy to moje dzieciństwo wypełzło na ten świat również ciekawe rzeczy się działy… 

Wybory Miss Papieru Toaletowego…

Mając, w porywach, lat 10 pojechałam na tak zwaną Zieloną Szkołę - wyjazd był nad morze, wiadomo jod i te sprawy, a ja ze śląskiej, zakurzonej ziemi nasienie jestem. Po zakwaterunku w jakimś tam ośrodku kolonijnym rozpoczęłam swoje nowe, trzytygodniowe życie kolonijne... 
W pokoju byłyśmy w szóstkę i pewnego pięknego popołudnia, chyba dwa dni po przyjeździe, wymyśliłyśmy sobie wybory Miss Papieru Toaletowego. Cała gala polegała na tym, że jurorami i uczestniczkami byłyśmy my same, ubrane tylko i wyłącznie w papier toaletowy - jakże cenny w tamtych czasach. Nie muszę chyba wyjaśniać, że dokonałyśmy kradzieży w okolicznych, korytarzowych klozetach, aby materiału na wystawną kreację papierzaną wystarczyło dla każdej uczestniczki. Do tej pory się zastanawiam skąd potrzeba obnażania się i odziewania w taki materiał w małych dziewczynkach się narodziła?!? 
Nagroda była równie zacna jak oprawa konkursu - spory kawałek pieczonej kiełbasy w bułce, którą jedna z koleżanek miała jeszcze z domu - rodzicielka dała jej to w ramach suchego prowiantu (podróż nad morze trwała trochę, zwłaszcza, jeżeli odbywała się kolejami państwowymi). Rozumiem, że czasy wtedy były specyficzne, ale co myśmy widziały w tej kiełbasie, żeby się upadlać w zwojach szarego papierzyska - nie mam pojęcia...
Wybory się odbyły z wielką pompą. Zajęłam drugie miejsce - jedną z konkurencji finałowych było dzikie, ekspresyjne
owinięcie się w papier, przy podkładzie "muzycznym", którym były śpiewające pieśń kolonijną współlokatorki. Niestety potknęłam się o łóżko w trakcie wykonywania wyszukanych piruetów i część srajtaśmy uległa poważnym zniszczeniom, a to jak wiadomo, znacząco umniejszyło wartości punktowe za wyraz artystyczny. W każdym razie nasza Miss kiełbasę wygrała, ale świnią nie była i się podzieliła z resztą - ku uciesze reszty. 
Potem nadszedł wieczór i noc - niestety spędzone w przeważającej części z głową w muszli klozetowej, przy muszli, obok muszli, nad muszlą, ewentualnie w bliskim kontakcie z umywalką… Ale nie wszystkie dostąpiłyśmy zaszczytu dopchania się do muszli i zlewu... Rzygałyśmy jak koty... okazało się, że tak pazernie zeżarta kiełbasa zemściła się na naszych żołądkach i jelitach ze zdwojoną siłą; dodatkowo, jak można się było domyślić nie do końca była świeża po zaliczeniu podróży ze Śląska nad morze i leżakowaniu przez dwa dni w pokoju. Ale na tym kiełbasa nie poprzestała… Rankiem, do pokoju przybyła nasza wychowawczyni i jak zobaczyła ten kiełbasiano-papierowo-gastryczny Armagedon to o mało co, nie zeszła w progu… Jej wrażliwość na widoki drastyczne i zmysł węchu zostały poddane poważnej próbie... Kazała nam w miskach prać zapaskudzoną pościel, co w wykonaniu dziesięcioletnich rączek okazało się wyzwaniem godnym zdobycia jakiegoś ośmiotysięcznika. 
Po tym wyjeździe zapamiętałam jedno: jedzenie starej kiełbasy oraz udział w wyborach miss jest źródłem kłopotów. Dlatego w późniejszym okresie życia starałam się unikać jednego i drugiego ;) W związku z czym nasz kraj stracił nieodżałowaną okazję poznania murowanej kandydatki na Miss Świata ;)

Jeżeli jacyś rodzice martwią się, że mają dziwne dziecko, to chyba niepotrzebnie… Ze mnie wyrosła w miarę ogarnięta kobieta :D Nieświeża kiełbasa nie poczyniła, aż takich, spustoszeń w mózgu, jakich się można było spodziewać ;)

niedziela, 18 stycznia 2015

Kacze piersi w objęciach kuchennego szaleństwa Kobietoskopowego ;)

Grafika: www.winiary.pl

W ramach niespełnionych fantazji kulinarnych dziś dorzucam pomysł na niedzielny obiad: 
Kacze piersi w towarzystwie puree ziemniaczanego, śmietanką okraszonego, upiększone surówką z kiszonej kapusty, a wszystko unoszące się na nutach zapachowych z ziół prowansalskich uwolnionych :)  

O mojej pasji do jedzenia wspominałam nie raz i często zdarza mi się przeprowadzanie eksperymentów w kuchni. Ludzie nakłaniają mnie do stworzenia bloga o jedzeniu i pieczeniu ciast, ale jakoś moja wena twórcza podąża w nieco innych kierunkach. Poza tym nie lubię pisać o gotowaniu, wolę jeść, przyrządzać, wymyślać i eksperymentować :)
Postanowiłam się z Wami podzielić przepisem, choć nie wiem czy można to tak nazwać, ponieważ zazwyczaj gotuję bez receptur, na obiad, który na pewno wielbicieli kaczego mięsa wielce zadowoli. Mój Konkubinator, który wysoce wybrednym stworzeniem kulinarnym jest orzekł, że pyszzzzzzzzzzne było to, co dziś obiadem się zwało!

Potrzebne będą następujące składniki (dla dwóch osób):
- dwie surowe piersi z kaczki ze skórą,
- do marynaty, tychże piersi: zioła prowansalskie, kilka łyżek wina czerwonego słodkiego, kilka łyżek sosu sojowego, pieprz czarny,
- ziemniaki - 4 średnie sztuki,
- słodka śmietanka - do deserów i sosów,
- 200 g kiszonej kapusty z marchewką,
- garść pokrojonego selera naciowego,
- garść pora pokrojonego w półplasterki,
- kilka pomidorów suszonych (z oliwy),
- 4 łyżki oliwy z pomidorów suszonych,
- sól, 
- pieprz, 
- kilka łyżeczek Maggi do smaku.

Przyprawę Maggi, jeżeli ktoś jej nie lubi, możemy wyeliminować lub zastąpić innymi ulubionymi przyprawami.

SURÓWKA (wymyślona przeze mnie, spontanicznie):
Kapustę kiszoną posiekaj nożem, dodaj pokrojone (w kostkę, paski): seler naciowy, por, pomidory suszone; wymieszaj; dopraw pieprzem czarnym, oliwą ze słoiczka, w którym były pomidory suszone oraz szczyptą ziół prowansalskich; pozostaw na godzinę, aby się „przegryzło”. Pomidorki suszone w oliwie są na zdjęciu poniżej; jestem ich fanką, a oliwa palce lizać; do kupienia w Lidlu :)

PUREE ZIEMNIACZANE:
Ziemniaki ugotuj ze szczyptą soli; następnie ugnieć je tłuczkiem na papkę, dodaj kilka łyżek słodkiej śmietanki, dopraw Maggi, pieprzem czarnym, ziołami prowansalskimi do smaku; możesz użyć innych ulubionych przypraw; całość doprowadź do konsystencji gęstego, puszystego kremu - nie może się rozciapywać na talerzu, musi być na tyle zwarte, aby można było np. ładną kulkę ukształtować.

PIERSI Z KACZKI:
Kupuję je w Lidlu, nie mrożone, świeże; przed obróbką termiczną marynuję je około 2 h w marynacie składającej się z: około 6 łyżek słodkiego czerwonego wina, kilku łyżek sosu sojowego, ziół prowansalskich i czarnego pieprzu (świeżo mielonego). Następnie kładę je na patelni teflonowej (wcześniej "otrzepuję" z marynaty), skórą do dołu (skórę można naciąć w tak zwaną kratkę przed marynowaniem) i smażę, bez tłuszczu,  na małym ogniu, do momentu aż skórka się nie wytopi i nie zarumieni (trwa to około 30 minut); następnie zwiększam moc kuchenki na prawie maksymalny i kilka minut smażę piersi z drugiej strony. Lekko je wtedy solę. Piersi kacze po przekrojeniu powinny być różowe i soczyste. Jeżeli komuś nie uda się ta sztuka, za pierwszym razem, to musi poćwiczyć. Mięsko z kaczki nie jest łatwe w obróbce - wymaga intuicji, ale dobrze zrobione jest przepyszne.
Wszystkie elementy wykładamy na, podgrzany wcześniej w mikrofalówce, talerz i możemy jeść.















Smacznego!

Warzywa często kupuję w Lidlu - są  świeże, ładnie wyglądają i mają duży wybór; bardzo smaczne są tam ziemniaki BIO pakowane w takie siatki (1,5 kg). 

O czym marzą faceci...? O manierce z Legii Cudzoziemskiej ;)


Dziś będzie poważnie, profesjonalnie i edukacyjnie ;) O czym marzą faceci...? Nie, nie, nie o tym, o czym myślicie! Co jest potrzebne facetowi w wielkim mieście? Co spędza sen z jego powiek? Jakie potrzeby zaprzątają jego głowę? Odpowiedź poniżej... 
Ostatnio zostałam poproszona przez osobistego Konkubinatora o zakupienie na allegro kilku ciekawych gadżetów - grzecznie, więc zakupiłam, natomiast dodając te cuda do koszyka nie mogłam się powstrzymać od śmiechu :)


Cóż my tu mamy?
1. BRANSOLETA Paracord - dla niewtajemniczonych wyjaśniam: jest to linka sprytnie zamieniona w bransoletkę - bardzo gustowną w kolorze agresywnej czerwieni ;) Po rozpleceniu otrzymuje się ponad dwa i pół metra bardzo wytrzymałej linki, która może przydać się w każdej sytuacji. To jest istotne! Posiada niezliczona liczbę zastosowań, doskonała do naprawy sprzętu, mocowania oporządzenia, do budowy schronienia, jako smycz, linka do prania, linka do namiotów i hamaków, zapasowa sznurówka, cuma, linka na wiadro, itd. Testowania na obciążenie statyczne aż do 250 kg. Odporna na przetarcia i cięcie tępym narzędziem. Szybko schnąca, nie butwieje i pleśnieje.

2. Lekki HAMAK Turystyczny z Pokrowcem OLIV - lekki hamak o specyfikacji militarnej. Specyfikacja jest ważna ;) Doskonały by zapewnić suche, wygodne i bezpieczne miejsce do spania nawet w najtrudniejszym terenie. Świetnie sprawdza się także na działce, kempingu i na łodzi. Jego niezwykła wytrzymałość, niewielkie gabaryty i niska masa czynią go niezwykle przydatnym w wędrówce. Wykonany z wysokiej klasy nylonu, wyposażony w solidne sznury do wiązania z oplotem - ułatwia to rozwiązanie węzłów. Łatwy do utrzymania w czystości (możliwość prania), szybkoschnący. Obustronne linki zapobiegają wypadnięciu i regulują stabilność hamaka. W komplecie pokrowiec z wodoodpornego materiału.

3. Hunter CZAPKA z Daszkiem Myśliwska Wild Tree - profesjonalna czapka myśliwska z daszkiem. Dedykowany specjalnie dla myśliwych kamuflaż leśny Wild Tree - przypomina rysunek lasu. Zwykłe kamuflaże wojskowe służą do maskowania w terenie przed okiem ludzkim, kamuflaże myśliwskie maskują także przed okiem zwierzyny. Wykonana z najwyższej jakości materiałów z dużą dbałością o szczegóły. Doskonały krój gwarantuje, że czapka zawsze dobrze leży. Materiał nie szeleści i nie odbija światła. Daszek chroni przed słońcem oraz deszczem. Czapka z usztywnianym czołem wyposażona w potnik. 

4. Wojskowy KOMPLET PRZECIWDESZCZOWY - oryginalny zestaw przeciwchemiczny Armii Czeskiej. Jego głównymi zaletami jest lekkość i niewielkie gabaryty, warto mieć go zawsze ze sobą. Całkowicie wodo i wiatroodporny, zabezpiecza przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Zestaw składa się z peleryny, ochraniaczy na buty (woderów) oraz rękawic. Wykonany z grubej i niezwykle wytrzymałej folii PVC w kolorze maskującym. Długa peleryna wyposażona w obszerny kaptur ze ściągaczem i wewnętrzne kieszenie na wodery i rękawice. Uniwersalne wodery wyposażone w ściągacz na buta oraz taśmy do mocowania na pasku. Podeszwa wzmocniona, odporna na przetarcia. Długie rękawice trójpalczaste z wszytą gumką. Specjalny krój umożliwia noszenie jednocześnie z plecakiem. Peleryna niezwykle uniwersalna, poza klasyczną funkcją może posłużyć do budowy namiotu/szałasu, jako wodoodporny pokrowiec na śpiwór lub izolacja od podłoża. Z uwagi na kształt i gabaryty woderów istnieje możliwość ich użycia jako wodoodpornych worków na bagaż lub sprzęt. Wszystkie szwy galwanizowane - wodoodporne. Rozmiar uniwersalny. Zestaw zapakowany w hermetyczny worek.

5. Okulary Polarne, Gogle Alpinistyczne GLACIER S3 - klasyczne okulary lodowcowe/alpinistyczne o specyfikacji militarnej. Model zaprojektowany dla oddziałów piechoty górskiej. Specyfikacja militarna gwarantuje wysoką jakość i bezkompromisowe rozwiązania. Przystosowane do noszenia w najcięższych warunkach, ekstremalnie niskich temperatur i zamieci. Chronią przed naświetleniem oczu na silnym słońcu, gdy promienie dodatkowo odbijają się od śniegu - zabezpieczają przed ślepotą, zapaleniem spojówek i silnym bólem. Niezwykle wytrzymała poliwęglanowa szyba o grubości 2 mm zapewniająca ochronę przed bezpośrednim uderzeniem przez np. odłamki skał lub lodu. 

6. MANIERKA Legii Cudzoziemskiej 1,4L + Kubek 0,7L - kontraktowa manierka Legii Cudzoziemskiej i Armii Francuskiej. Oryginalność zapewnia najwyższą, wojskową jakość i bezkompromisowe rozwiązania - solidna. Zestaw składa się z manierki, kubka i pokrowca. Polecana profesjonalistom, niezastąpiona w warunkach bojowych, survivalu i w turystyce. W przeciwieństwie do manierek z tworzyw daje możliwość noszenia napojów zimnych lub gorących, gazowanych, soków oraz kawy lub herbaty. 

Czy ktoś ma pomysł, co z tym wszystkim można zrobić? :) Ja mam... Można się fantastycznie przebrać, straszyć dzieci, sąsiadów, wprowadzić elementy dzikiego, militarnego seksu do sypialni lub dostarczyć sporej dawki radości osobie, której się pokażemy odziani w to wszystko. Moimi idolami są: oryginalny zestaw przeciwchemiczny Armii Czeskiej oraz manierka. Wszystkie te zjawiskowe przedmioty, zapewne, zasilą szeregi innych wynalazków, które zalegają w pewnym pokoju naszego domostwa, ale czego się nie robi w celu uszczęśliwienia mężczyzny ;) 

Informacje militarne pochodzą ze stronki, na której zakupiono te cuda: militaria :)
Grafika: Eve Daff

piątek, 16 stycznia 2015

Torbomajtki, sadomasochistyczne majciochy i skandal na osiedlu… ;)

Grafika: www.facebook.com

Rodzaje bielizny zna każdy. A kto słyszał o torbomajtkach, tudzież plecakomajtkach? Prawa autorskie dotyczące tych słów mogę z czystym sumieniem przypisać osobistemu Konkubinatorowi - według niego większość damskich gaci to torbomajtki. Nie wiem czy to źle czy dobrze, ale jak się człowiek w życiu nudzi to głupoty wymyśla. Wiadomo - majty kobiece, zdecydowanie częściej są wykonane z materiałów elastycznych, niż nie elastycznych, co by dobrze spakować, to co spakowane tam być powinno. Natomiast nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo są to elastyczne materiały… Jedne z moich ulubionych torbomajtek zostały na pewnej wyprawie terenowej przerobione w plecakomajtki - w ramach dowcipu sytuacyjnego Konkubinator naciągnął mi je aż po samą szyję - nie przesadzając. Do tej pory się kula po podłodze ze śmiechu, że w takich gaciach to spokojnie do marketu na zakupy mogę iść, tylko muszę je naciągać z przodu, bo mi towar trudno będzie od tyłu napychać. 

Równie urokliwa jest bielizna dla psów, a właściwie damskiej części psiego gatunku - nasza Pyśka (przed sterylizacją) nosiła takie sadomasochistyczne - duży wybór w sieci takich cudeniek jest. Zwierz ma anielską cierpliwość, więc nie protestuje, jak się ją obleka w różne dziwadła. Chociaż jednego zdarzenia to mi pewnie bidula nie wybaczy do końca swoich dni - zanim zakupiłam jej specjalistyczne gacie cieczkowe to miała zakładane stare bokserki od Pana ;) Pan wyraził zgodę, a ja śpieszę z wyjaśnieniami, w jakim celu Pan swoją bieliznę poświęcił - po prostu bokserki były wygodne - szerokie nogawice, luźna gumka i miały otwór już zrobiony na psi ogon. Któregoś ranka, zwleczona brutalnie przez gada budzika, mało przytomna, zabrałam ją na spacer na pobliską łąkę... psina się usadowiła do obsikania sympatycznej kępki trawnej… Patrzę… O, Matko! Toż ja jej galot nie zdemontowałam przed spacerem! I tak moja ukochana Misiołaczka miała niepowtarzalną (mam nadzieję) okazję zlania się w gacie. Dobrze, że nie zaczęła toalety porannej od poważniejszych tematów. Potem musiałam sprytnie ją z tego balastu uwolnić, a bokserki cichaczem wyrzuciłam do pobliskiego śmietnika. Mam nadzieję, że nikt nas nie widział… Zdjęć na fejsbuku nie było z dużą ilością zalajkowań, na szczęście! Tytułów w lokalnej prasie typu: „Wariatka z psem w bokserkach spaceruje po osiedlach!”, „Niezrównoważona kobieta i pies w męskiej bieliźnie!” nie było! 

Ekscesy bieliźniane z udziałem psa odbywają się również w domostwie: Pyśka to towarzyski zwierz i ma dobre serce - lubi się dzielić, z bliźnimi nawiedzającymi chałupę, zwłaszcza nie swoimi rzeczami - na pewnej uroczystości, nie suto zakrapianej trunkami, w najbardziej kulminacyjnym momencie przybyła w radosnych podskokach niosąc w zębach żółte galoty z tygryskiem należące do Pana, oczywiście wywlekła je z kosza na brudy. Pan nie był tym faktem zachwycony, a goście i owszem :D Może subtelnie chciała nam dać do zrozumienia, że woli nosić majtki w odcieniach słonecznej żółci ze zwierzęcymi motywami ;) Nasz włochacz namiętnie również kradnie moje biustonosze, jak tylko je gdzieś dorwie - nie w celach destrukcyjnych… nie, nie, w celu pomamlania i poleżenia sobie na tymże rodzaju egzotycznego posłanka.

A tak, poza tym, to wszyscy u mnie zdrowi ;)

Poniżej sympatyczna, towarzyska Pysinka ;)























Hollywoodzki uśmiech Pyśki ;)




czwartek, 15 stycznia 2015

Wzdęcie, płonące konary i mikroby na śniadanie...?!?

Mini pościk mi się urodził właśnie... Otwieram sobie swoją pocztę interiową, a tu atakuje mnie reklamisko o treści:


No przecudnej urody to zjawisko jest: "Gastrolodzy nienawidzą jej!" - bo się bidula pozbyła gazów za pomocą jednego prostego posunięcia... I aż pięć dni się nieszczęsna tego pozbywała... Obawiam się, że mnie też nienawidzą... Pospolite pierdnięcie, jak widać, wymaga takiej oprawy ;) Oczywiście nie chodzi o to: musimy zakupić suplemencik diety na wydęte brzuszysko - w promocyjnej cenie ;) Mój obszar mózgowy odpowiedzialny za wizualizację zaczął intensywnie pracować: oczami wyobraźni widzę, jak się nadymam przez 5 dni, słychać marsze wojskowe, zastępy anielskie i mój zadek opuszcza soczysty kilkudniowy, niewinny prytek :) 

Zjawisko reklam jest czymś, co doprowadza mnie momentami do... no właśnie czego? Jem śniadanie i słyszę: grzybica taka i owaka, a może infekcja bakteryjna, grzybicza lub mieszana - do wyboru, do koloru - mniam, mniam, tylko łychę w to wsadzić... Albo ten, pożal się Boże, tekst o płonącym konarze w reklamie środka na potencję - nie wiem, ale moje skojarzenia są dość masochistyczne - nie chciałabym być drenowana seksualnie przez płonące gałęzie. 

Czy jest granica dobrego smaku i gdzie jej szukać?

Jedz, chudnij i oszukuj?!? Wyznania ptysioholiczki...

Grafika: www.polki.pl

W tym miesiącu opętały mnie i prześladują myśli, artykuły, rozmowy o jedzeniu i dietach. Czyżby jakieś klepki nie wróciły na właściwe miejsce w nowym roku, a może zostałam ofiarą jakiego przekazu podprogowego? Czasami czytuję magazyn „Charaktery” i natknęłam się tam na ciekawy artykuł, no właśnie, o jedzeniu, a właściwie o tym jak jeść, by schudnąć? Dla mnie istotne jest słowo „JEŚĆ”, bo chudnięcie okupione głodowaniem mnie nie interesuje, jak wiadomo prowadzi tylko do jednego - zamiany w zrzędliwą, agresywną babę. Nieco na ten temat wspomniałam: TUTAJ

Wyniki badań na świecie dotyczące otyłości i nadwagi pokazują, że żyjemy, aby jeść. To mnie akurat nie dziwi, sama kocham jedzenie, ale czy żyję, by tylko jeść…? Mam nadzieję, że nie!

Dlaczego zjadamy za dużo? Jak to w świecie przyrody bywa, nie jesteśmy doskonali - nasze zmysły odbierają ogromną ilość informacji, dlatego część z nich jest przyswajana bezwiednie, automatycznie, a co za tym idzie nie kontrolujemy ich - to z kolei prowadzi do przekształcenia ich w nawyki, a te bardzo trudno zmienić. Ta nieświadomość dotyczy również jedzenia - nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pochłaniamy więcej niż potrzebujemy. Jeżeli zapanujemy nad nieświadomym przejadaniem się to jesteśmy na dobrej drodze, aby kontrolować naszą wagę bez większego wysiłku.

Badania dowodzą, że ludzie nie zauważają tego, iż zjadają posiłek lekko oszukany - to znaczy mający 100-200 kalorii mniej niż zwykle. Jeżeli każdego dnia będziemy się oszukiwać to w ciągu roku możemy stracić od 5 do 10 kilogramów - tylko jak pilnować tego oszustwa? Mój mózg w jakiś dziwny sposób sobie koduje, że go ograbiłam kalorycznie - na przykład używając mniejszej ilości tłuszczu i potem podstępnie szepcze mi do ucha: No, Mała - zjedz ptysiola - przecież obiad okradłaś - to możesz! Myślę, że tutaj w pas się kłania silna wola lub odwrócenie uwagi od zagadnienia i zajęcie się np. sprzątaniem.

Przeprowadzono ciekawy eksperyment pokazujący, jak wiele potrafimy zjeść, gdy nie mamy kontroli nad dokładkami. Uczestnicy eksperymentu jedli zupę pomidorową. Jedna grupa dostała ją na specjalnych talerzach, które podstępnie, za pomocą specjalnych rurek, były uzupełniane. Druga grupa dostała normalne talerze. Okazało się, że talerze z rurkami spowodowały zwiększone spożycie zupy - około 525 ml, a z tych normalnych znikało średnio 325 ml pomidorówki. Ciekawostką jest to, że ani jeden uczestnik eksperymentu nie zgłosił, że się najadł. O czym to świadczy? Wielu z nas ocenia wzrokowo, czy napchało brzusio już wystarczająco. Pusta micha oznacza koniec posiłku. Nie jest nowością to, że informacja z żołądka do mózgu na temat sytości dociera dopiero po 20 minutach od rozpoczęcia konsumpcji. Dlatego szybkojedzący są w stanie ocenić stopień swojego nasycenia, tylko i wyłącznie, na podstawie wielkości posiłku. 

Nasz mózg jest kombinatorem, czasami mam wrażenie, że nieźle nas oszukuje, ale... możemy pobić go jego własną bronią - oszustwem, w tym przypadku jedzeniowym:

- jedz powoli, pozwól żołądkowi powiadomić mózg o tym, że jesteś najedzony,

- nie sprzątaj - jeżeli na stole, podczas spożywania posiłków, zostawiamy resztki (np. obgryzione skrzydełka czy nóżki kurczakowe), opakowania (np. po pizzy) to podobno zjadamy mniej - nasz mózg koduje ilość,

- nie zabraniaj mózgowi przysmaków, zwłaszcza słodyczy; lepiej zjeść, nawet codziennie, kostkę czekolady czy cukierka, niż potem rzucać się jak wygłodniałe zwierzę na cały tort czy fabrykę czekolady,

- zamień talerze, spodki, pucharki i inne naczynia na mniejsze - każdemu się micha cieszy, jak dostaje pełniutki talerz, a nie jakieś pitu pitu na środku ogromniastego talerzora - mózg widzi i myśli wtedy: Mało! Mało! Mało!

- kup kolorowe talerze - kolor talerza ma wpływ na wielkość nakładanych porcji - mocne, kontrastowe kolory sprawiają, że nakładamy sobie o około 20 procent mniej, a intensywny kolor obrusa ogranicza porcje o około 10 procent,

- soki i napoje gazowane pij z wysokich i smukłych szklanek - ze szklanki niskiej i brzuchatej wyżłopiesz bowiem średnio 25 - 30 procent więcej,

- nie daj się zwieść napisom typu „light” na produktach - mózg widzi i już kombinuje: No, przecież to LAJT jest to wciągaj! Wciągaj złociutka!

- zrezygnuj z jedzenia przed telewizorem, komputerem, w samochodzie; posiłki spożywaj w miejscu do tego przeznaczonym, 

- lepiej jedz w samotności - im liczniejsze towarzystwo przy stole, tym więcej zjadamy - przy jednym współtowarzyszu pochłoniesz więcej o 35 procent, a gdy co najmniej siedmiu zasiądzie z Tobą to zjesz więcej o 96 procent - o zgrozo! 

- spróbuj jeść ręką mniej dominującą - jak miałam niesprawną prawą rękę i musiałam jeść lewą to faktycznie mało jadłam, no ale byłam też zła i głodna!

- unikaj wielkich opakowań - duże znaczy - większe spożycie!

- ukryj smakołyki, przekąski - należy je trzymać w nieprzezroczystych opakowaniach, z dala od miejsc, gdzie spędzamy wolny czas; sama stwierdzam, że miseczka orzeszków stojąca w zasięgu mojej ręki równa się pusta miseczka, a wystarczy, żeby miseczka powędrowała nieco dalej i mój mózg już mnie nie zmusza do spożywania tych wstrętnych orzeszków,

- "klnij" na jedzenie - zauważyłam również, że używanie słów typu: niedobry, obrzydliwy, brzydki, śmierdzący pod adresem niektórych bomb kalorycznych powoduje, że jakoś nie chce mi się tak ich zjeść natychmiast i w dużej ilości :)

Może warto niektóre porady wdrożyć i pamiętać o ich realizacji :)

Kocham PTYSIE! 
Zgodnie z powyższymi zaleceniami będę spożywać je lewą ręką, 
w samotności, na stole przykrytym obrusem w kolorze agresywnej fuksji, 
na mikro - talerzu w barwach radosnej tęczy, 
przeżuwać długo i namiętnie, by mój mózg zakodował, 
że jeden ptyś jest wystarczającą dawką kalorii, 
aby zaspokoić zachłanną ptysioholiczkę ;)
Gdyby jednak naszła mnie ochota na kolejnego -
 to zwyzywam dziada, sponiewieram, aż mu śmietana opadnie ;)

środa, 14 stycznia 2015

ŁOŚ równa się FACET, czyli rozważania małolata...

Grafika: clubpenquin.wikia.com

Rzecz dzieje się przed blokiem…


- Ceść! - rzuca sąsiad-małolat (w porywach lat 3) do mojego osobistego Konkubenta ;)

- Cześć! - odpowiada Luby.

- Co masz? Co masz? Co masz? - pyta małolat wskazując na mały znaczek znajdujący się na koszulce Lubego.

- Aaa… to jest łoś! - pada odpowiedź. 

- Hmm… - małolat patrzy na koszulkę, na Lubego… widać, że komórki mózgowe pracują (w tym wieku, jeszcze się im to zdarza u męskiego gatunku)… po czym zadaje błyskotliwe pytanie: 

- A łosie noszą okulary i zegarki? - badawcze spojrzenie na Lubego, który nosi okulary i ma na ręce zegarek…

- Nie, nie noszą… 

Dzieci to jednak mają niezmącone niczym spojrzenie na świat pełne brutalnej prawdy ;)

Nawiązując do opowiastki pokusiłam się o wykonanie małej analizy dotyczącej, poruszonego w opowiastce, podobieństwa pomiędzy łosiem i facetem:

1. Łosie i mężczyźni to ssaki: ten pierwszy to największy, współcześnie żyjący, gatunek ssaka kopytnego z rodziny jeleniowatych; ten drugi nie jest kopytny, ale z rodziny jeleniowatych, jak najbardziej być może… 

2. Łosie są w Polsce pod ochroną, co jest oczywiste, gdyż to rzadkie i piękne stworzenia; mężczyźni niestety nie kwalifikują się, ani pod określenie rzadki, ani piękny… więc pod ochroną nie są…

3. Łoś jest największą w Polsce zwierzyną łowną. I tutaj możemy znaleźć pewne podobieństwa… mężczyzna może stać się zwierzyną łowną, czyli pozyskiwaną w drodze polowania dokonywanego przez innego człowieka (statystycznie – najczęściej przez kobietę); sposoby odłowu i polowania są oczywiście inne w obydwu przypadkach – w przypadku łosia jest większa śmiertelność, ale bardziej humanitarna; faceci też są narażeni na śmiertelność, ale po wieloletnich mękach związanych z próbą oswojenia przez innego człowieka (statystycznie – najczęściej przez osobnika płci żeńskiej)…

4. Łoś porusza się powoli i niezgrabnie, mężczyzna również…

5. Łoś żeruje w dzień i w nocy, ale największą aktywność wykazuje wczesnym rankiem i wieczorem. Przemierza duże odległości w poszukiwaniu pożywienia. Mężczyzna żeruje, aczkolwiek trudno tutaj wyznaczyć typowe pory żerowania, no i absolutnie nie pokonuje dużych odległości w poszukiwaniu pożywienia…

6. Łosie nie gromadzą haremu i nie mają takich potrzeb; mężczyźni, gdyby mogli to oczywiście, by gromadzili… Tutaj nieśmiało pragnę zwrócić uwagę na zdecydowanie bardziej rozsądne myślenie łosi w aspekcie ekonomicznym…

7. Samiec łosia poszukujący samicy nie pobiera pokarmu i w okresie rui może stracić 1/5 masy ciała; no z takim poświęceniem ze strony mężczyzn, na pewno, się nie spotkamy…

Poszukiwanie punktów, od 8. do nieskończoności, pozostawię do indywidualnej analizy (dla chętnych). Jak to w świecie nauki bywa problem dotyczący podobieństwa pomiędzy łosiami i facetami wymaga dalszych, skrupulatnych badań…

niedziela, 11 stycznia 2015

MILUSIAKOWO - blog dla dzieciaków i nie tylko...


Postanowiłam założyć nowy blog z moją wesołą twórczością dla dzieci, 
więc treści dla Milusińskich będą się odtąd pojawiać na stronce: 
Zainteresowanych zapraszam serdecznie :)

sobota, 10 stycznia 2015

Jak baba z chłopem ruskie kulali - o sztuce gotowania słów parę...


Wczoraj poniosło mnie kulinarnie, dosłownie i w przenośni - po przyjściu z pracy rzuciłam się, jak sęp na padlinę, w kierunku tego magicznego zakątka, jakim kuchnia bywa. W akcie kuchenno-artystycznego szaleństwa postanowiłam ugotować: bigos myśliwski i pierogi ruskie. Oprócz tego moja chcica kulinarna wyprodukowała jeszcze sałatkę z wędzonego kurczaka. Gotowanie i pieczenie to moje kolejne pasje - a takie małe marzenie to dorobienie się własnej cukierni z duszą. Oczami wyobraźni widzę te śmiejące się do mnie ptysiuchy, torciki we wszystkich barwach tęczy, serniki, jabłeczniki, makowczyki, a wszystko smaczne, niczym u babci Jadwini. 

Wróćmy do kuchni... Szaleństwo kuchenne wiązało się z pojawieniem dość dużej ilości brudnych naczyń, ale czego się nie robi, jak człowiekowi micha w duszy gra. Zazwyczaj gotuję bez przepisów, chyba, że pojawia się jakiś ciężki wątek kulinarny to zerkam, najczęściej do sieci, co by głupot nie narobić. Zanim Osobisty przyszedł z pracy nagotowałam gar bigosu - wyszedł palce lizać, wyprodukowałam tonę farszu do ruskich - podobno robię bajeczny oraz powstała micha sałatki. 
Gdy mój Konkubent przekroczył progi domostwa to oczy wybałuszył i pyta:
- A Ciebie Bóg opuścił?!?
- Bóg mnie już dawno opuścił... z chwilą, kiedy zamieszkałam z Tobą ;) - błyskotliwa odpowiedź sprawnie opuściła mój otwór gębowy.

Ruskie pierogi czy też jakiekolwiek pierogi rzadko robię, po prostu nie lubię kulać tego ciasta pierożanego. Instruktaż na sprawdzone ciasto wydębiłam od mojej ukochanej J. - znajomej z pracy - życzę każdemu facetowi takiej żony: baba z jajem, gotuje jak ta lala, o dom zadba, wnuki poniańczy, sweterek udzierga, galoty uszyje, po prostu chodząca damska złota rączka, dobroć i pozytywne zakręcenie. 

Ciasto na pierogowy farsz przeznaczone robiliśmy w dniu dzisiejszym razem z Osobistym, to znaczy ja robiłam, on asystował… Po pewnym czasie mojego zmagania się i wicia nad pseudo-stolnicą stwierdził, że jak baba, a zwłaszcza z Rosji, robi pierogi to powinna lekko biust obnażyć... Typowo męska logika… 
- A co ja wspólnego z ruską babą mam? - pytam…
- No, taka rumiana jesteś przy tym wałku! 
Rumiana byłam, bo wałkowanie ciasta lekko mi fizjonomię sponiewierało. A posuwisto - zwrotne ruchy, w moim wykonaniu, występujące podczas obsługi wałka nasuwały pewnie jednoznaczne skojarzenia… Widząc moje zmagania osobisty Flam (konkubent) postanowił aktywnie pomagać przy produkcji pierogów. Nawet wałek w dłoń ujął i użył należycie - tylko nie miał biustu do obnażenia. Innych rzeczy nie obnażał, dzięki Bogu... I tak to wspólnymi siłami staliśmy się rodzicami sukcesu pod postacią całkiem przyzwoitych pierogów. Po ugotowaniu okazały się wysoce zjadliwym kąskiem. Nadmiar został zamrożony i czeka na kolejny atak pierogożerców. 

Do czego ta moja bazgranina zmierza? 
Ano do tego, że gotowanie to bardzo przyjemna czynność: dla znerwicowanych, zestresowanych, w depresji, przytłoczonych bagażem życia jest jak lekarstwo - jak się człowiek ubabra, w tych garach pogmera, pomacha nożem, pomiącha łychą - to od razu mu lepiej. Wbrew pozorom tworzenie niektórych dań wymaga sporo siły fizycznej. Poza tym jak człek sam ugotuje - to wie, co je. Dla tych, którzy wychodzą z założenia, że jedyne co potrafią ugotować to woda, przypominam, że dla chcącego nic trudnego. Z gotowania można uczynić dobrą zabawę, sztukę czy też pasję. Pracują wszelakie nasze zmysły, gdy buszujemy w kuchennych czeluściach; nasze połączenia mózgowe wibrują podczas nabywania czy też doskonalenia umiejętności kucharzenia, jakże przydatnej w życiu, niezależnie od płci, wieku, pozycji społecznej, przekonań, poglądów, itd., itp.

czwartek, 8 stycznia 2015

Konkubino, Ty jedna! Ty... Flamo Ty!

Grafika: www.dynamitart.pl

Wiecie, że słowo KONKUBINA ma następujące synonimy: faworyta, flama, hurysa, kochanica, kochanka, metresa, nałożnica, nieślubna, partnerka, przyjaciółka, utrzymanka... Po prostu cud, miód i orzeszki – co jedno, to lepsze. Sama jestem taką konkubiną i osobiście kojarzy mi się to słówko, pewnie jak większości, z jakąś patologią i kronikami policyjnymi: Konkubina E., w porywie namiętnych, acz nieokiełznanych uniesień, zadała kilkanaście ciosów ostrym narzędziem swojemu konkubentowi R.
Niektórzy zastępują określenie „konkubina” słowem: partner, ale to też dziwacznie brzmi – kojarzy mi się z partnerką do gry w tenisa, partnerką biznesową. Nikt, chyba, nie wymyślił jakiegoś sensownego wyrazu na określenie osób żyjących w konkubinacie. Pewnie niektórzy mają na to gotową odpowiedź: Zaciągnij dziada na ślubny kobierzec! Ale nie wszyscy do ciągania są chętni, a co na siłę to wiadomo, jak się kończy, ale to temat na osobny post. 
Życie w konkubinacie usłane pluszowymi misiami nie jest, o czym świadczy artykuł znaleziony, przeze mnie, w sieci (źródło:www.kobieta.wp.pl, rok 2013):

„Coraz więcej Polek żyje z partnerem na kocią łapę, choć większość z nich nie lubi kiepsko kojarzącego się określenia konkubina. Jednak dużo kobiet ceni sobie luźne związki, przynajmniej do czasu konfrontacji z bezwzględnymi przepisami prawa, które zdecydowanie preferują instytucję małżeństwa. W jakich sytuacjach konkubinat bywa kłopotliwy?
Wiele osób ma problem już na etapie definiowania konkubinatu. Czy on zaczyna się wtedy, kiedy para zamieszka razem? A jeśli nie mieszkają razem, są ze sobą kilka lat i mają dziecko? Gdy spotykam się z kimś od 2 tygodni i widujemy się często, czy można nazwać to konkubinatem? – zastanawia się Daria. Myślę, że konkubinat zaczyna się po wspólnym zamieszkaniu, kiedy pojawiają się codzienne obowiązki i problemy. W dzień i w nocy – odpowiada Manuela.
Określenie konkubinat pochodzi z łaciny i w dosłownym tłumaczeniu oznacza wspólne spanie, co dość jednoznacznie zawęża pole do definiowania takiego związku. W doprecyzowaniu jego idei pomaga też orzeczenie Sądu Najwyższego, który uznał w jednym z wyroków, że konkubinat to wspólne pożycie analogiczne do małżeństwa, tyle, że pozbawione legalnego węzła. Oznacza istnienie ogniska domowego charakteryzującego się duchową, fizyczną i ekonomiczną więzią pomiędzy kobietą a mężczyzną.

Brak dojrzałości?
Konkubinat staje się coraz popularniejszy wśród Polaków. Oczywiście nie ma statystyk, które pozwalałyby dokładnie oszacować skalę zjawiska, ale wiele mówiąca jest liczba dzieci rodzących się w związkach nieformalnych. Z raportu GUS wynika, że rodziców co piątego malucha przychodzącego na świat nie łączą więzy małżeńskie. Dla porównania w 1990 r. takie dzieci stanowiły zaledwie 6,2 proc. urodzonych.
Związki partnerskie wciąż budzą jednak kontrowersje, o czym przekonaliśmy się w czasie niedawnych dyskusji na temat ustawy legalizującej taką formę współżycia. Jej projekt przepadł w sejmie. I bardzo dobrze. Konkubinat to brak dojrzałości i odwagi ludzi do podejmowania decyzji życiowych. Jak się odmieni, to sobie idę do drugiej piaskownicy. Prawne uregulowanie związku to odwaga i odpowiedzialność za siebie i drugiego człowieka – przekonuje Krzysztof, uczestnik jednej z internetowych dyskusji.
Podobne założenia przyświecają również obowiązującym w Polsce przepisom, które zdecydowanie faworyzują małżeństwo.

Przychodzi konkubina do lekarza…
Kłopoty konkubiny pojawiają się w najprostszych sytuacjach życiowych. Na przykład listonosz może jej odmówić wydania listu poleconego adresowanego do partnera, natomiast lekarz nie zdradzi informacji o stanie zdrowia konkubenta czy skutków, jakie wywołają przepisane mu leki. Na szczęście tym problemom stosunkowo łatwo zaradzić. Wystarczy nosić przy sobie pisemne upoważnienie od partnera. A co w sytuacji, gdy konkubent ulega nagłemu wypadkowi, a konkubina nie ma upoważnienia?

Dzieci...
Dzieci zrodzone w wolnych związkach mają takie same prawa jak dzieci małżonków. Tyle tylko, że partner matki musi najpierw udać się do urzędu stanu cywilnego i uznać malucha za swojego potomka. Bez tego będzie traktowany przez prawo jak obca dla dziecka osoba. Dopiero po dopełnieniu formalności rodzice mogą wspólnie zdecydować, jakie nazwisko ma nosić ich skarb. Małżonkowie, a nawet osoby samotne, mogą adoptować dziecko. Jednak konkubentom to prawo nie przysługuje, co znacznie różni Polskę od innych krajów europejskich.

Rozstania i faktury...
Konkubenci nie mogą złożyć wspólnego zeznania podatkowego, co bywa jednak korzystne, gdy nieźle zarabiająca para posiada dzieci. Wówczas każdy z partnerów może rozliczyć roczny PIT jako rodzic samotnie wychowujący dzieci. W ten sposób jego dochód zostanie podzielony na dwie osoby, a podatek będzie niższy.

Pomiędzy partnerami żyjącymi „na kocią łapę” nie powstaje współwłasność majątkowa. W czasie trwania związku nie ma to zwykle znaczenia, ale staje się dużym problemem, gdy uczucie wygasa i zapada decyzja o rozstaniu. Każdy z partnerów musi wówczas udowodnić, że to on kupił samochód albo telewizor. Prawnicy radzą, by na fakturach czy umowach kupna wpisywać nazwiska obojga partnerów. Nawet, kiedy mężczyzna podaruje kobiecie cenny prezent warto poprosić go o spisanie umowy darowizny, co w przypadku smutnego finału związku pozwoli uniknąć nieporozumień. Czasem takie sprawy kończą się w sądzie, gdzie partnerzy muszą udowadniać, że to oni nabyli przedmiot sporu.
Przepisy prawa cywilnego zezwalają na zawarcie umowy konkubenckiej, w której można ustalić zasady podziału i zarządu wspólnym majątkiem. Taki dokument – w razie rozstania – rozwiąże wiele problemów.

Bez dziedziczenia...
Kwestie majątkowe są jeszcze bardziej skomplikowane, gdy partner pozostaje w związku małżeńskim, w którym nie ma rozdzielności. Może się wówczas okazać, że po rozwodzie jego żona będzie miała np. prawo do jego udziału w mieszkaniu kupionym przez konkubentów.
Problemy pojawiają się również po śmierci jednego z partnerów, ponieważ polskie prawo nie zakłada możliwości dziedziczenia po zmarłym konkubencie. Jedynym rozwiązaniem jest wcześniejsze sporządzenie testamentu i wskazanie przyszłego spadkobiercy.
Konkubina nie może również liczyć na rentę po zmarłym partnerze. Będzie miała natomiast prawo do pieniędzy zgromadzonych na koncie emerytalnym w OFE, jeśli ukochany wskazał ją jako osobę uprawnioną. Otrzyma też zasiłek pogrzebowy, gdy przedstawi w ZUS rachunki potwierdzające koszty pochówku. Pozostały przy życiu konkubent ma również prawo do wejścia w stosunek najmu lokalu mieszkalnego po śmierci partnera oraz pierwszeństwo w ubieganiu się o przydział lokatorskiego prawa do mieszkania spółdzielczego.”

Cóż… Proza życia…