czwartek, 1 stycznia 2015

Miś Polerant i inne dziubdziusie drogowe...


Dziś słów parę o kierowcach i całym tym bajzlu, który można spotkać na drogach wszelakiego typu. Obiektywnym okiem patrząc nie nazwę się wirtuozem kierownicy: prawo jazdy zdobyłam będąc już w sędziwym wieku, czyli mając lat 28; w moich zamierzchłych czasach ludzie mieli prawko w wieku 17 lat. Nie chwaląc się, zdałam za drugim razem, ale wielkiej miłości do bycia kierowcą nie zanotowałam u siebie – jeżdżę, bo muszę. Trochę statystyki: mandat dostałam raz w życiu, pouczenie trzy razy – patrz urok osobisty ;), wypadków i kolizji z własnej winy: zero. Zatem uważam się za w miarę ogarniętego użytkownika drogi. Nie jeżdżę wulgarnie, chamsko, szpanersko, bezmyślnie, idiotycznie, pod wpływem alkoholu, itp., itd. 

Natomiast doznaję ciężkiej słabizny w następujących momentach: 
- jadę sobie za przypadkiem drogowym A, przypadek jedzie, nawet jak na moje oko, dość niemrawo; zaznaczam, że demonem prędkości nie jestem; zatem postanawiam przypadek A wyprzedzić; zabieram się dynamicznie za wspomnianą czynność i cóż się okazuje: przypadek A doznaje olśnienia, dokonuje wiekowego odkrycia i postanawia nagle wykorzystać maksymalną moc swojej bryki, dodaje gazu i w żaden sposób ja tym swoim, nie najgorszej jakości rzęchem, nie jestem w stanie wykonać manewru wyprzedzania, co powoduje, że jestem zmuszona powrócić na pas drogi, z którego wystartowałam; dla mnie – chamstwo drogowe, a nie rzadko spotykane…

- spotkanie z lanserem drogowym – koleś (nie spotkałam kobiety w takiej roli) siedzi mi na bagażniku, jakby mógł to wjechałby tym swoim przedłużeniem penisa w mój samochodzik, przebierając przy tym nogami na drodze w centrum miasta; rozumiem ciśnienie ma spore na zaprezentowanie możliwości swojego aucika, a tu takie ograniczenia na trasie - trafił się ruch, godzina szczytu i inne duperele skutecznie miażdżące możliwości wylansowania swojego mechanicznego cudeńka… Pozostawiam bez komentarza…

- niedzielni kierowcy: o matko i córko! – wyprowadzi na wybieg taki lub taka, najczęściej w weekend lub święta, ten swój wypolerowany, ściereczką z mikrofibry, samochodzik i jedzie tak, że nawet mnie, niespotykanie spokojnemu człowiekowi, w gaciach się gotuje; z namaszczeniem wprowadza ten swój wózek w zakręty, tak jakby źdźbło trawy rosące na uboczu miało porysować wypolerowaną karoserię, a podmuch wiatru zostawić ślad na lśniącym lakierze; na drodze, gdzie wolno rozwinąć zawrotną prędkość 70 km/h jedzie ten nasz Miś-polerant w porywach 40 km/h, też pozostawiam bez komentarza…

Takich perełek drogowych jest pewnie więcej na naszych kosmicznych drogach, a ich zachowania powodują, tylko i wyłącznie, wzmożone użycie słów powszechnie uważanych za wulgarne. Kierowców pod wpływem procentów nie komentuję - jak dla mnie - dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów jakichkolwiek, nawet taczki z cementem :)

2 komentarze:

  1. Cóż mam powiedzieć- prawda najprawdziwsza... Ale przypomniała mi się sytuacja, kiedy to będąc w Anglii zmuszono mnie dosłownie do tego bym jeździła na tamtejszych drogach... Pierwszego dnia- wjechałam na rondo nie z tej strony, z której powinnam... (moja wina), później nieco zatarasowałam drogę na skrzyżowaniu i... ku mojemu zdziwieniu nikt nie trąbił, każdy ustąpił pierwszeństwa z uśmiechem... W końcu opanowałam jazdę z kierownicą na opak i po nie tym "torze". Ale kultura jazdy u nas, a tam hmmm... zupełnie inna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam za jazdę po angielskich drogach - nie wiem, jak to można ogarnąć :)
      A kultura na drodze to w przypadku Polaków ciężki temat, pracę doktorską pewnie można o tym napisać.

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE, TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)