czwartek, 26 marca 2026

Smycz, kapcie i wirtualny penis, czyli krótki traktat o tresurze mężczyzn...

Jest piąta rano. Ta godzina, o której człowiek przy zdrowych zmysłach przewraca się na drugi bok, mamrocze coś do poduszki i poprawia sobie życiorys w trakcie sennych marzeń. Tymczasem ja siedzę przy klawiaturze jak nocny stróż własnych myśli, za oknem jakiś zbłąkany ptaszor trzepie skrzydłami na balkonie, a w mojej głowie - nie wiedzieć czemu - znowu plącze się temat mężczyzn. Czy to już starość? Bardzo możliwe. Podobno starzy ludzie nie śpią. Jeśli tak, to wygląda na to, że moje wejście w wiek średni odbywa się bez fanfar, za to z bezsennością, ptactwem i rozważaniami społecznymi o piątej rano.

A temat, który od jakiegoś czasu regularnie włazi mi do łepetyny, brzmi mniej więcej tak: dlaczego tyle kobiet mówi dziś z rozczulającą powagą, że faceta trzeba sobie wychować? Ułożyć. Ustawić. Utemperować. Najlepiej jeszcze trzymać na smyczy z regulowanym dozownikiem długości, żeby broń Boże nie wyskoczył za daleko poza wyznaczony kojec. Taki osobisty chłop - według tej szkoły tresury - nie może samodzielnie obejrzeć meczu z kolegami, wyskoczyć do knajpy, pojechać na weekend, a już wieczór kawalerski kumpla jawi się niczym brama piekieł, przez którą w jednej chwili wyfruwa z człowieka moralność, rozsądek i bielizna.

W tym modelu relacji mężczyzna jest stworzeniem chwiejnie pionizowanym, które należy stale nadzorować. Coś pomiędzy labradorem, nastolatkiem po energetyku a skazanym na dozór elektroniczny. Sam nie może, bo zrobi głupotę. Z kolegami nie może, bo wiadomo: koledzy to siedlisko zła. Na mecz nie może, bo tam piwo, emocje i jeszcze mu się przypomni, że kiedyś miał wolną wolę. Do baru nie może, bo każda kobieta siedząca przy stoliku automatycznie zamienia się w syrenę z portowego burdelu. Na kawalerski nie może, bo jak wiadomo, każdy męski wieczór kończy się rzekomo katastrofą obyczajową, zbiorowym ogłupieniem i tańcem na granicy rozwodu.

I tak sobie myślę: może ja jestem durna, może naiwna, może niedzisiejsza jak kryształowa cukiernica po ciotce, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tresować faceta. Owszem, można z kimś rozmawiać, ustalać granice, mieć zasady, można się na coś zgadzać albo nie zgadzać. Ale wychowywać? Smycz zakładać? Dawać przepustki? Odbierać przywileje za złe sprawowanie? Przecież to nie jest pies, syn ani recydywista po warunkowym. To ma być partner, a nie projekt resocjalizacyjny.

Zresztą nie oszukujmy się: jeżeli dorosły człowiek będzie chciał wprowadzić jakąś głupotę w życie, to naprawdę nie powstrzyma go żadna smycz. Co najwyżej nauczy go lepiej kłamać. Taki gagatek nie pójdzie oficjalnie na piwo, tylko nagle zacznie mieć „trudny projekt”, „niespodziewane zebranie”, „delegację”, „kryzys w zespole” albo „awarię systemu”, choć jedyna awaria będzie dotyczyła jego kręgosłupa moralnego. Atrakcja i tak zostanie zrealizowana, tylko pod innym szyldem. Bo zakaz nie produkuje cnót. Zakaz produkuje logistykę, alibi i ukrywanie telefonu ekranem do dołu.

Są oczywiście kobiety, które uwielbiają dzierżyć w dłoni wirtualnego penisa i traktują ten gadżet jak berło władzy absolutnej. Ich życiowa filozofia sprowadza się do przekonania, że miejsce męża czy partnera jest pod kapciem. Nie obok. Nie z przodu. Nie z tyłu. Pod. Najlepiej głęboko i bez prawa głosu. Spod wyznaczonego kapcia biedak może wysunąć fragment swojej egzystencji wyłącznie po złożeniu odpowiedniego podania, najlepiej w dwóch egzemplarzach, z uzasadnieniem, celem wyjścia i przewidywaną godziną powrotu. Dobrze widziane są również załączniki: mapa trasy, lista uczestników, grupa krwi i podpis dwóch świadków.

Nie wiem dlaczego, ale gdy słyszę ten cały ton „ja to sobie mojego ustawiłam”, natychmiast stają mi przed oczami hieny. U hien rządzi samica, wyposażona przez naturę w narzędzie, które wygląda jak bardzo zuchwała karykatura męskiego przyrodzenia. I ilekroć widzę te ludzkie dominatorki, takie napuszone swoją wszechmocą, z tym symbolicznym, wirtualnym penisem wycelowanym w świat, to mam przed oczami właśnie hienę: dziarsko maszerującą po sawannie własnego ego, miotającą rozkazy i pokazującą nieposłusznym samcom, gdzie jest ich miejsce. A miejsce to zwykle bywa gdzieś między szafką na buty a psychicznym parterem.

Rzecz jasna, bywają panowie, którym rola kapciowego wyraźnie służy. Są mężczyźni, którzy bez zalegania pod paputkiem czują egzystencjalny niepokój. Taki osobnik nie tyle szuka partnerki, ile etatowej przełożonej. Gdy nikt nim nie zarządza, biedaczysko zaczyna się chwiać jak źle skręcony regał z marketu. On potrzebuje komendy, instrukcji i harmonogramu. Sam nie wie, czy ma ochotę na rosół czy na śmierć, więc z ulgą oddaje stery kobiecie z donośnym głosem i talentem do wydawania poleceń. Owszem, tacy też istnieją. Natura jest bogata i czasem miewa bardzo osobliwe poczucie humoru.

Ale z własnego żywota wiem jedno: zabranianie nie prowadzi do niczego dobrego. W latach młodości miałam szlabany na prawie wszystkie atrakcje tego świata, choć byłam dzieckiem raczej grzecznym niż rozbójniczym. Nie podpalałam stodół, nie rabowałam kiosków, nie hodowałam grzechu w doniczce. A mimo to kontrola była taka, jakbym co najmniej dowodziła osiedlowym gangiem. I cóż się wtedy rodziło w moim niewinnym serduszku? Skrucha? Posłuszeństwo? Urocza wdzięczność? Ależ skąd. Rodziła się przekora. Płomienna, uparta, kreatywna przekora, napędzana poczuciem niesprawiedliwości. Zakazy łamałam z partyzancką precyzją, a swoje „fantastyczne” pomysły realizowałam tym chętniej, im bardziej były zabronione. Nie dlatego, że były mądre. Często były głupie jak but z odklejoną podeszwą. Ale były moje.

I dokładnie tak samo działa wielu panów, którym usiłuje się urządzić życie metodą smyczy i zakazu. Im mocniej zaciskasz pętlę, tym bardziej marzy im się wiatr wolności. Wystarczy moment nieuwagi, lekkie poluzowanie nadzoru i chłopina, dotąd stateczny jak regał z książkami, nagle zaczyna oddychać pełną piersią, odzyskuje błysk w oku i zachowuje się tak, jakby właśnie uciekł z hodowli klatkowej. Nie dlatego, że każdy mężczyzna to urodzony idiota. Tylko dlatego, że każdy człowiek źle znosi bycie własnością.

Bo cała ta opowieść o „wychowywaniu faceta” jest, prawdę mówiąc, dość ponura. Ładnie się to może sprzedaje w babskich pogadankach i internetowych mądrościach z brokatem, ale pod spodem siedzi zwykła pogarda. Pogarda przebrana za troskę, kontrola udająca miłość, dominacja pusząca się jak paw w czerwonych szpilkach. Jakby mężczyzna był z definicji półgłówkiem, którego trzeba pilnować, bo inaczej zeżre pilota, zgubi portfel i zapłodni pierwszą lepszą kelnerkę. To obraża nie tylko jego. To obraża również kobietę, która najwyraźniej uważa, że jedyne, czym może utrzymać związek przy życiu, jest kaganiec, monitoring i system kar administracyjnych.

A przecież relacja to nie obóz poprawczy. Miłość to nie tresura fok. Partnerstwo nie polega na tym, że jedno chodzi na dwóch nogach, a drugie na krótkiej smyczy. Można się z kimś nie zgadzać. Można czegoś nie akceptować. Można postawić granicę i powiedzieć: tego nie chcę w swoim życiu. Ale to jest zupełnie co innego niż urządzanie komuś egzystencji niczym kierowniczka internatu z problemem kontroli.

I jeszcze jedno: kobieta, która z dumą opowiada, że „mój to bez pozwolenia nigdzie nie pójdzie”, wcale nie brzmi jak zwyciężczyni życia. Brzmi raczej jak strażniczka zakładu zamkniętego, która pomyliła związek z wartownią. To nie jest triumf. To jest zmęczenie przebrane za władzę. Bo umówmy się - pilnowanie dorosłego człowieka przez całą dobę nie jest przejawem siły. To jest robota na pełen etat, tylko bez urlopu, premii i szacunku.

Dlatego, moje drogie panie, jeśli wasz wirtualny penis urósł już do rozmiarów groteskowych i zaczyna wam się niebezpiecznie bujać nad głową, to może pora spuścić z niego trochę powietrza. Naprawdę nie trzeba wymachiwać symbolicznym fallusem nad każdym obiadem, wyjściem na mecz i piwem z kolegami. Czasem warto zejść z tronu, odłożyć pejcz, odkleić papuciaka od podeszwy krwistoczerwonego obuwia i spojrzeć na niego łaskawszym okiem. Być może pod tym kapciem nie leży egzemplarz do tresury, tylko zwyczajny dorosły człowiek, który chciałby oddychać bez składania podania w trzech kopiach.

A jeśli mimo całej wolności, zaufania i zdrowego rozsądku zrobi jakąś głupotę? Cóż. Wtedy przynajmniej będzie to jego głupota, a nie wasz wspólny projekt wychowawczy zakończony widowiskową kompromitacją. Bo człowieka można kochać, można z nim być albo z nim nie być. Ale naprawdę nie trzeba go prowadzić na smyczy jak niesfornego jamnika z kryzysem męskości.

10 komentarzy:

  1. Dokładnie tak. Można z nim/nią być albo nie być. I to jest czyjaś głupota/ błąd, ale....
    -wszystko zależy czy trudno/łatwo zerwać inne ,,więzy,, typu: dzieci/mieszkanie inne dobra
    -i ile jest w parze Miłości, która zranione ego obu stron zaopatrzy na tyle by rany nie krwawiły
    Temat rzeka....czasem powiela się schematy z domu rodzinnego a czasem wręcz przeciwnie- w stosunku do relacji z innymi ludźmi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda - to nigdy nie jest tak proste, jak brzmi w jednym zdaniu. Często człowiek nie jest uwikłany już tylko w drugą osobę, ale w cały wspólny świat: dzieci, mieszkanie, zobowiązania, lata życia. Do tego dochodzą uczucia, ego, lęk przed zmianą i schematy wyniesione z domu. Dlatego właśnie relacje są takie trudne - bo rzadko bywają czarno-białe.

      Usuń
  2. Jeśli kobieta chce wychować faceta, to niech sobie syna urodzi.
    Wzajemnie się przecież docieramy, poznajemy, ciągle się zmieniamy - oboje.
    Chcesz zmienić faceta, zmień na innego, proste!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Facet to nie surowiec do obróbki ani program naprawczy rozpisany na raty. W związku ludzie się docierają, a nie tresują. A jeśli kobieta marzy o wychowywaniu, to rzeczywiście powinna skupić się na synu, nie na partnerze. Dorosły mężczyzna to nie plastelina - i całe szczęście.

      Usuń
  3. Wow, to jest tekst, który naprawdę uderza w sedno 🤯. Zgadzam się w 100% – relacja nie powinna być laboratorium kontroli ani polem do testowania władzy. Niezależnie od płci, każdy dorosły człowiek potrzebuje przestrzeni i prawa do własnych błędów. To, co opisujesz, świetnie pokazuje, że „tresura” w związku zwykle kończy się frustracją i stratą autentyczności – zarówno u osoby kontrolowanej, jak i kontrolującej. Najcenniejsze są rozmowa, kompromis i granice, ale nie kaganiec i smycz 😅. A ten fragment o wirtualnym penisie – genialna metafora, przy której aż ciężko powstrzymać śmiech, ale jednocześnie każe się zastanowić nad dynamiką władzy w relacjach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Relacja powinna opierać się na rozmowie, szacunku i granicach, a nie na kontroli i ustawianiu drugiej osoby. Ironia i metafora dobrze pokazują, jak absurdalna, a jednocześnie realna bywa taka dynamika władzy w związku.

      Usuń
  4. Cudowny tekst, jak zawsze ;) Rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa. Ale prawdziwy dialog dwój osób, a nie monolog-podróbka. Naprawdę, warto rozmawiać ze swoją drugą połówką o wszystkim i jeśli coś jest dla nas ważne, to po takiej szczerej wymianie myśli jest większa szansa, że ta druga osoba wyjdzie naprzeciw i zrozumie.
    P.S. Przeczytałam Twój tekst mężowi, ogromnie mu się spodobał i twierdzi, że jest "szczęśliwym paputkiem":D
    P.S.2: Czekam na więcej tekstów, strasznie mi ich brakowało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że bez prawdziwej rozmowy związek prędzej czy później zamienia się w monolog w przebraniu dialogu, a z tego jeszcze nikomu nie wyrosło nic sensownego. Dziękuję Ci za te ciepłe słowa i za tę tęsknotę za moimi tekstami - działa lepiej niż kawa o świcie 😁 Będą kolejne, obiecuję.

      Usuń
  5. patrzymy na sprawę z POV ludzi, dla których związek partnerski jest tym jedynym słusznym, właściwym i prawidłowym... okay, taki mamy gust... ale obok nas istnieje też świat związków S/M, które postrzegamy jako patologię, ale okazuje się, paradoksalnie, że wiele tych związków nawet nieźle funkcjonuje, ci ludzie świetnie się w nich czują, niezależnie od tego, czy są na pozycji dominującej, czy submisywnej...
    no, ale nie o tym sumie mowa... pytanie brzmi, dlaczego tak wiele osób /obojga płci zresztą/ chętniej wybiera opcję S/M, niż partnerską... trudno mi powiedzieć, bo ja tych ludzi za bardzo nie czuję... czasem uprawiamy ze swoją Lady BDSM, jakiś tam wariant, ale to jest tylko zabawa, drobna, sporadyczna odmiana w naszym związku, generalnie jak najbardziej partnerskim i mowy nie ma, aby tą zabawę rozszerzać na poważnie na całe wspólne bycie ze sobą...
    ale tak szkicowo to mi się wydaje, że za tym parciem na związek S/M mogą stać takie rzeczy, jak a) lęk, b) wdrukowane do głowy konserwatywne wzorce /kiedyś związki partnerskie wcale nie istniały/, a także c) w takim związku jest prostu łatwiej, choćby w aspekcie komunikacyjnym, bo komunikacji w takim związku właściwie nie ma, sprowadza się ona do wręcz szczątkowej formy...
    takie mam hipotezy na ten temat...
    ...
    aha, jeszcze taki drobiazg na koniec, trochę z innej beczki... czy to gadanie co poniektórych kobiet, jak to one sobie ustawiają swoich chłopów, to aby na pewno zawsze jest prawda?... czy może to jest tylko takie coś w stylu erogawędziarstwa?... jak wiemy, erogawędziarstwo nie polega wcale na gadaniu o sprawach zasadniczych, tylko na tym, że taki erogawędziarz po prostu kłamie, nie opowiada o swoich faktycznych doświadczeniach, tylko zna je co najwyżej z filmów dla dorosłych... i być może u wielu takich paniusiek - ustawiaczek jest analogicznie?...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele osób bardziej niż wolności pragnie gotowego scenariusza: jasnych ról, świętego spokoju, zwolnienia z wysiłku bycia po partnersku.
      A „ustawianie chłopa”? Cóż, ludzie od zawsze lubią opowiadać nie tyle o tym, jak jest, ile o tym, jak efektownie brzmią we własnej legendzie.

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)