środa, 25 lutego 2026

Włosy ujędrnione, mózg rozrzedzony, czyli raport z niżowego frontu...

Koleżanka z pracy, tonem właściwym dla komunikatów o zagrożeniu meteorologicznym, oznajmiła mi, że dziś nad całym krajem rozlało się potężne niskie ciśnienie, i w tym momencie wszystko stało się boleśnie zrozumiałe, bo nagle zyskałam naukowe wyjaśnienie faktu, że od rana funkcjonuję jak istota, której ktoś zamiast mózgu zainstalował w czaszce wór trocin, po czym dla lepszego efektu zaczął tym wszystkim energicznie potrząsać.

Jako niskociśnieniowiec nie tyle reaguję na niż, ile zamieniam się w żywy eksperyment atmosferyczny, a że od lat podejrzewam, iż w środku głowy mam nie tyle centrum dowodzenia, ile legendarny sznurek podtrzymujący uszy, to przy takich warunkach pogodowych pozostaje mi wyłącznie modlić się, żeby konstrukcja nośna wytrzymała do wieczora i żaden element nie odpadł przy gwałtowniejszym skręcie szyi.

Katastrofa rozpoczęła się wcześnie i z przytupem godnym dnia, który najwyraźniej od świtu planował mnie skompromitować.

W łazience, działając na porannym autopilocie, myłam włosy z przekonaniem, że wszystko przebiega zgodnie z procedurą, dopóki nie dotarło do mnie, że coś tu nie gra, bo zapach jest dziwnie mało „włosowy”, konsystencja jakby z działu „ujędrnianie i walka z grawitacją”, a całość daje efekt, który sugeruje raczej pielęgnację ud niż fryzury; kiedy spojrzałam na opakowanie, okazało się, że z pełnym zaangażowaniem zafundowałam sobie mycie głowy balsamem ujędrniającym do ciała, co samo w sobie jest osiągnięciem, choć trudno powiedzieć, w jakiej dyscyplinie. Na szczęście zorientowałam się w porę, zanim przeszłam do suszenia, bo mogłabym wyjść z domu z fryzurą przypominającą polakierowany hełm i miną kobiety, która sama sobie zrobiła zabieg „lifting objętościowy” preparatem do pośladków.

Naturalnie ta kosmetyczna innowacja wprowadziła lekkie opóźnienie w porannym harmonogramie, czyli w moim prywatnym projekcie logistycznym pod tytułem „dotrzeć do pracy i nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania”.

Z łazienki przemieściłam się do kuchni, kierowana jedyną myślą, która o tej porze ma we mnie jakąkolwiek moc sprawczą, mianowicie kawą, a dokładniej kawą z mlekiem; rozpoczęłam więc poszukiwania mleka, znalazłam kartonik i przez ułamek sekundy poczułam triumf, po czym zrozumiałam, że trzymam w ręku pustą atrapę, dowód nocnego rabunku dokonanego przez domowego Misia płci męskiej, który nie tylko wyżarł zapasy, ale nawet nie zdobył się na minimalną przyzwoitość w postaci ukrycia zwłok po produkcie. Kartonik stał na widoku jak eksponat na wystawie: „Tu było mleko. Powodzenia dalej”.

Po tej scenie, uzbrojona w szczątkową kofeinę i malejące zasoby cierpliwości, przystąpiłam do finału przygotowań: kurtka, berecik, torba, wszystko w porządku, aż do momentu, w którym okazało się, że rękawiczki zniknęły z powierzchni ziemi, a ja rozpoczęłam klasyczny taniec desperacji po przedpokoju, sprawdzając kieszenie, półki, torbę, drugą torbę, kieszenie ponownie, a zapewne także miejsca, w których rękawiczki z definicji nie bywają, ponieważ czas gonił, rozsądek się ulatniał, a wyjście bez nich stawało się smutną koniecznością.

Opuściłam więc mieszkanie bez rękawiczek, za to w berecie założonym nie tylko z powodów termicznych, lecz przede wszystkim konstrukcyjnych, bo jeśli sznurek pełniący dziś funkcję układu nerwowego miałby jednak odmówić współpracy, to przynajmniej uszy pozostaną zabezpieczone i nie będzie trzeba ich potem szukać pod szafką na buty.

Do pracy dotarłam, zdjęłam beret i wtedy los, który najwyraźniej od rana prowadził ze mną bardzo osobistą grę, postanowił dorzucić kolejny żeton, ponieważ na dnie beretu leżały moje zaginione rękawiczki — starannie przeze mnie ukryte, skutecznie zabezpieczone i przez cały czas transportowane w sposób, którego nie przewidział żaden producent odzieży zimowej. Trudno o bardziej kompletną porażkę organizacyjną niż wielominutowe poszukiwanie rzeczy, którą człowiek dosłownie nosi na głowie, ale trzeba przyznać, że kreatywność nadal mam imponującą, nawet jeśli używam jej wyłącznie przeciwko sobie.

W tym miejscu dopadła mnie refleksja, że mijające lata, stres, tempo pracy i ogólna intensywność codzienności najwyraźniej przyspieszyły proces zużycia zasobów poznawczych, a mój mózg, zamiast walczyć, przeszedł w tryb energooszczędny i ograniczył funkcjonalność do podstawowego pakietu: oddychanie, przemieszczanie się, sporadyczne mruganie. O samej pracy wolę się nie rozpisywać, bo wystarczająco wiele materiału kompromitującego dostarczyłam jeszcze przed pierwszą kawą, a przecież człowiek powinien jednak zostawić sobie margines godności na drugą połowę dnia.

Kiedy wreszcie wyszłam z roboty, zmęczona, lecz karmiona naiwną nadzieją, że limit atrakcji został wyczerpany, podeszłam do samochodu, nacisnęłam pilot i usłyszałam niepokojące „pstryk, pstryk”, które brzmiało raczej jak komentarz niż reakcja zamka; ponowiłam próbę, samochód odpowiedział podobnie złośliwie, drzwi pozostały zamknięte, więc zaczęłam szarpać klamkę z rosnącym przekonaniem, że dzisiejszy scenariusz przewiduje także bunt własnego mienia. Właśnie wtedy zza pleców rozległo się rozbawione, ale jednak alarmujące: „Kobieto, włamujesz się do mojego auta!”, i okazało się, że rzeczywiście usiłuję sforsować samochód koleżanki, która ma identyczny model i ten sam kolor, a mój stoi kawałek dalej, jak zwykle tam, gdzie powinien, tylko dzisiaj mój system rozpoznawania rzeczywistości pracował na wersji demonstracyjnej.

Do domu wróciłam zdeterminowana przynajmniej tym, że czeka mnie gotowy obiad, bo w niedzielę, kierowana rzadkim przypływem przezorności, ugotowałam zapas zupy krem z rozmaitości i byłam z siebie tak dumna, jakby chodziło o strategiczne rezerwy państwowe. Wyjęłam garnek, nalałam porcję do mniejszego garnuszka, postawiłam na kuchence, by podgrzać, przygotowałam dodatki z rozmachem osoby, która mimo wszystko nie rezygnuje z cywilizacyjnych standardów: odrobinę tartego żółtego sera, małą grzankę, plaster szynki parmeńskiej, czyli zestaw skromny, ale podany z godnością.

Po kilku minutach zupa była gotowa, a ja usiadłam z poczuciem, że los wreszcie oddaje mi drobny dług, nabrałam pierwszą łyżkę, włożyłam do ust i w tej samej sekundzie zrozumiałam, że nawet tutaj wszechświat postanowił dopisać puentę, ponieważ zupa okazała się… gazowana. Nie metaforycznie, nie „dziwnie smakuje”, tylko autentycznie, musująco, biologicznie aktywnie gazowana, jakby w lodówce otworzyła własny zakład fermentacyjny i właśnie wchodziła na rynek z linią kremów premium z bąbelkami. Cała moja wizja ciepłego, domowego, bezpiecznego obiadu rozpadła się spektakularnie przy pierwszym kęsie, a ja zostałam z pytaniem, czy gar faktycznie stał w lodówce, czy może tylko przez chwilę koło niej przechodził i potem spędził pół doby w warunkach, które mikroorganizmom wydają się rajem all inclusive. Na pocieszenie została mi kromka chleba z plastrem szynki i startym żółtym serem, czyli posiłek może mało efektowny, ale przynajmniej pozbawiony ambicji enologicznych.

Ponieważ dzień jeszcze trwał, a ja coraz wyraźniej przeczuwałam, że dalsza aktywność mogłaby skończyć się wyrzuceniem brudnych ubrań do klozetu zamiast do pralki — co, niestety, nie jest wyłącznie figurą retoryczną, lecz wspomnieniem z archiwum moich osiągnięć — podjęłam jedyną rozsądną decyzję i zaległam na kanapie w trybie awaryjnym, ograniczając ruch do minimum i unikając wszelkich działań wymagających koordynacji, osądu albo kontaktu z przedmiotami, które da się pomylić z czymkolwiek. Istnieje bowiem realne ryzyko, że przy dalszym obciążaniu systemu zaatakują mnie bambosze, rybiki cukrowe przejmą zarządzanie mieszkaniem i wyrzucą mnie z domu, a ja jeszcze im za to podziękuję.

Dlatego na dziś ogłaszam kontrolowaną kapitulację i apeluję do sił wyższych, meteorologii oraz własnej anatomii: trociny proszę o opuszczenie głowy, sznurek — o utrzymanie właściwego naprężenia, uszy — o trzymanie pozycji, a ciśnienie atmosferyczne uprasza się o szybki powrót do normy, zanim zacznę myć zęby kremem do rąk, rozmrażać pilot w piekarniku i z pełnym przekonaniem parkować w cudzym garażu.

9 komentarzy:

  1. Dobrze, że pogoda zmienną jest i my, niskociśnieniowcy (a do tego zacnego grona zaliczam się i ja...) możemy odetchnąć z ulgą, że nasze życie to nie taki "dzień świstaka" :D A ujędrnieniem włosów nieświadomie zrobiłaś sobie niezły włosing - maski do włosów mają większość podobnych składników co balsamy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło spotkać bratnią duszę z frontu niskociśnieniowego - razem raźniej znosić te meteorologiczne sabotaże organizmu 😉 I powiem Ci, że bardzo mnie pocieszyłaś z tym „włosingiem” 😂 Czyli wychodzi na to, że nie popełniłam gafy, tylko przeprowadziłam spontaniczny zabieg eksperymentalny!
      Oby tylko kolejne dni były mniej „świstakowe”, a ciśnienie łaskawsze dla naszych trocin i sznurków podtrzymujących uszy ❤️

      Usuń
  2. Tak, tak, gdy zaczynam robić głupoty podobnego typu, to jednak zwalam to na karb niskiego ciśnienia, a nie zbliżającej się demencji:-) zawsze to jakieś pocieszenie...choć nie wszystko musi pójść źle. Kiedyś wlałam do brytfanny z wołowiną wodę z czajnika, w którym mąż wcześniej zagotował ocet dla usunięcia kamienia. Zrobiłam mu straszna awanturę, a potem okazało się, że tak nawet można, bo mięso szybciej kruszeje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta historia z wołowiną jest super: najpierw scena małżeńska, a potem się okazuje, że mąż przypadkiem zastosował metodę godną programu kulinarnego 😂 Czyli jednak niż nie tylko odbiera rozum, ale czasem w zamian daje innowacje!

      Usuń
  3. Oby Twój sznurek nie podupadł na zdrowiu i trzymał fason, a nie tak jak mój. Podejrzewam, że zwinął się w kłębek, co naraża mnie na testowanie sosu bolońskiego z ubiegłego roku ( wraz z przeterminowanym makaronem, który nie może się rozgotować, a tak liczyłam na papkę.) i ma inne dziwne pomysły. Przeważnie związane z testami żywnościowymi.
    Na szczęście kawa zawsze jest świeża, bo schodzi migiem- jak to u niskociśnieniowców poszukujących wsparcia z innej strony niż aktualne wyże i niże baryczne.
    Los na szczęście bywa łaskawy dla pozbawionych sznurka, bo nie wyłysiałam podczas sprawdzania przydatności reszek farby do włosów, którą zakamuflowałam w szafce pod umywalką. Włosy nadal trzymają się cebulek, a że kolor odbiega od tego zaprezentowanego na opakowaniu? Nic to-wszak mamy okres Wielkiego Postu, więc wpisałam się w liturgiczny krajobraz..i zniknęłam , a dzięki temu uniknęłam posypywania głowy popiołem. Piochtanina przy mnie wygląda jak młodsza siostra, której nie mam.
    Módlmy się...Oby kawy nam nigdy nie zabrakło ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest komentarz, tylko epopeja niskociśnieniowa, z wątkiem kulinarnym, fryzjerskim i liturgicznym, a wszystko na jednym sznurku (choć, jak rozumiem, chwilowo zwiniętym w kłębek i średnio zainteresowanym współpracą). Ten sos boloński z ubiegłego roku i makaron, który uparcie nie chce się rozgotować mimo wyraźnej prośby o papkę, to jest poziom eksperymentu, przy którym laboratoria badawcze powinny notować obserwacje. A kawa świeża, bo schodzi migiem? Oczywiście - to nie nawyk, to terapia baryczna stosowana, jedyna pewna forma wsparcia dla ludzi porzuconych przez wyże i niże. Do tego farba „resztkowa, ale z charakterem”, ukryta pod umywalką niczym materiał do tajnej operacji, i finał tak piękny, że aż wzruszający: włosy zostały, kolor poszedł własną drogą, ale za to idealnie wpisałaś się w krajobraz Wielkiego Postu i zniknęłaś tak skutecznie, że nawet popiół nie miał gdzie osiąść 😄 Módlmy się więc - nie tyle o sznurek, bo ten bywa humorzasty, lecz o rzeczy naprawdę fundamentalne: świeżą kawę, odrobinę rozsądku przed testami żywnościowymi i łaskawość losu dla wszystkich, którym mózg czasem robi fikołki, ale poczucie humoru nadal trzyma fason. ☕🙏

      Usuń
    2. Święta,święta, święta.... 😅🙏

      Usuń
  4. od razu mi się skojarzyło, jak na pewnym campingu próbowałem rano umyć zęby kremem do golenia... ale nie kwestie ciśnienia meteo było tego powodem... nie były też tego powodem kąpiące się pod prysznicami panienki, których widok w lustrze mógł mnie zdekoncentrować... tu wyjaśnię: camping był taki awaryjny, na czas konkretnej parodniowej imprezy, zaś łaźnia koedukacyjna, polowa taka, gdzie pojęcie prywatności było mocno zmodyfikowane... powodem fatalnej pomyłki był wielki melanż dnia poprzedniego, odmiana Kołomyji Elementarnej... jeszcze rano większość z nas miała w żyłach tablicę Mendelejewa ze śladową domieszką krwi... a ja przed aktem ablucji najpierw musiałem poprosić pana po drugiej stronie lustra, aby się przedstawił... więc te wspomniane Zuzanny w kąpieli kompletnie mi nie były w głowie...
    a jaka puenta?... taka, że pianka do golenia w sprayu lepsza od kremu w tubce, trudniej się pomylić...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To piękne, jak konsekwentnie uniewinnione zostają czynniki zewnętrzne, a winę bierze na siebie poranny stan skupienia po „Kołomyji Elementarnej”. Kiedy percepcja negocjuje z rzeczywistością, krem do golenia zyskuje zastosowania interdyscyplinarne. Wniosek brzmi jak dobra rada życiowa: wybierać rozwiązania, które minimalizują ryzyko błędu - pianka w sprayu spełnia ten warunek.

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)