Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 marca 2026

Smycz, kapcie i wirtualny penis, czyli krótki traktat o tresurze mężczyzn...

Jest piąta rano. Ta godzina, o której człowiek przy zdrowych zmysłach przewraca się na drugi bok, mamrocze coś do poduszki i poprawia sobie życiorys w trakcie sennych marzeń. Tymczasem ja siedzę przy klawiaturze jak nocny stróż własnych myśli, za oknem jakiś zbłąkany ptaszor trzepie skrzydłami na balkonie, a w mojej głowie - nie wiedzieć czemu - znowu plącze się temat mężczyzn. Czy to już starość? Bardzo możliwe. Podobno starzy ludzie nie śpią. Jeśli tak, to wygląda na to, że moje wejście w wiek średni odbywa się bez fanfar, za to z bezsennością, ptactwem i rozważaniami społecznymi o piątej rano.

A temat, który od jakiegoś czasu regularnie włazi mi do łepetyny, brzmi mniej więcej tak: dlaczego tyle kobiet mówi dziś z rozczulającą powagą, że faceta trzeba sobie wychować? Ułożyć. Ustawić. Utemperować. Najlepiej jeszcze trzymać na smyczy z regulowanym dozownikiem długości, żeby broń Boże nie wyskoczył za daleko poza wyznaczony kojec. Taki osobisty chłop - według tej szkoły tresury - nie może samodzielnie obejrzeć meczu z kolegami, wyskoczyć do knajpy, pojechać na weekend, a już wieczór kawalerski kumpla jawi się niczym brama piekieł, przez którą w jednej chwili wyfruwa z człowieka moralność, rozsądek i bielizna.

W tym modelu relacji mężczyzna jest stworzeniem chwiejnie pionizowanym, które należy stale nadzorować. Coś pomiędzy labradorem, nastolatkiem po energetyku a skazanym na dozór elektroniczny. Sam nie może, bo zrobi głupotę. Z kolegami nie może, bo wiadomo: koledzy to siedlisko zła. Na mecz nie może, bo tam piwo, emocje i jeszcze mu się przypomni, że kiedyś miał wolną wolę. Do baru nie może, bo każda kobieta siedząca przy stoliku automatycznie zamienia się w syrenę z portowego burdelu. Na kawalerski nie może, bo jak wiadomo, każdy męski wieczór kończy się rzekomo katastrofą obyczajową, zbiorowym ogłupieniem i tańcem na granicy rozwodu.

I tak sobie myślę: może ja jestem durna, może naiwna, może niedzisiejsza jak kryształowa cukiernica po ciotce, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tresować faceta. Owszem, można z kimś rozmawiać, ustalać granice, mieć zasady, można się na coś zgadzać albo nie zgadzać. Ale wychowywać? Smycz zakładać? Dawać przepustki? Odbierać przywileje za złe sprawowanie? Przecież to nie jest pies, syn ani recydywista po warunkowym. To ma być partner, a nie projekt resocjalizacyjny.

Zresztą nie oszukujmy się: jeżeli dorosły człowiek będzie chciał wprowadzić jakąś głupotę w życie, to naprawdę nie powstrzyma go żadna smycz. Co najwyżej nauczy go lepiej kłamać. Taki gagatek nie pójdzie oficjalnie na piwo, tylko nagle zacznie mieć „trudny projekt”, „niespodziewane zebranie”, „delegację”, „kryzys w zespole” albo „awarię systemu”, choć jedyna awaria będzie dotyczyła jego kręgosłupa moralnego. Atrakcja i tak zostanie zrealizowana, tylko pod innym szyldem. Bo zakaz nie produkuje cnót. Zakaz produkuje logistykę, alibi i ukrywanie telefonu ekranem do dołu.

Są oczywiście kobiety, które uwielbiają dzierżyć w dłoni wirtualnego penisa i traktują ten gadżet jak berło władzy absolutnej. Ich życiowa filozofia sprowadza się do przekonania, że miejsce męża czy partnera jest pod kapciem. Nie obok. Nie z przodu. Nie z tyłu. Pod. Najlepiej głęboko i bez prawa głosu. Spod wyznaczonego kapcia biedak może wysunąć fragment swojej egzystencji wyłącznie po złożeniu odpowiedniego podania, najlepiej w dwóch egzemplarzach, z uzasadnieniem, celem wyjścia i przewidywaną godziną powrotu. Dobrze widziane są również załączniki: mapa trasy, lista uczestników, grupa krwi i podpis dwóch świadków.

Nie wiem dlaczego, ale gdy słyszę ten cały ton „ja to sobie mojego ustawiłam”, natychmiast stają mi przed oczami hieny. U hien rządzi samica, wyposażona przez naturę w narzędzie, które wygląda jak bardzo zuchwała karykatura męskiego przyrodzenia. I ilekroć widzę te ludzkie dominatorki, takie napuszone swoją wszechmocą, z tym symbolicznym, wirtualnym penisem wycelowanym w świat, to mam przed oczami właśnie hienę: dziarsko maszerującą po sawannie własnego ego, miotającą rozkazy i pokazującą nieposłusznym samcom, gdzie jest ich miejsce. A miejsce to zwykle bywa gdzieś między szafką na buty a psychicznym parterem.

Rzecz jasna, bywają panowie, którym rola kapciowego wyraźnie służy. Są mężczyźni, którzy bez zalegania pod paputkiem czują egzystencjalny niepokój. Taki osobnik nie tyle szuka partnerki, ile etatowej przełożonej. Gdy nikt nim nie zarządza, biedaczysko zaczyna się chwiać jak źle skręcony regał z marketu. On potrzebuje komendy, instrukcji i harmonogramu. Sam nie wie, czy ma ochotę na rosół czy na śmierć, więc z ulgą oddaje stery kobiecie z donośnym głosem i talentem do wydawania poleceń. Owszem, tacy też istnieją. Natura jest bogata i czasem miewa bardzo osobliwe poczucie humoru.

Ale z własnego żywota wiem jedno: zabranianie nie prowadzi do niczego dobrego. W latach młodości miałam szlabany na prawie wszystkie atrakcje tego świata, choć byłam dzieckiem raczej grzecznym niż rozbójniczym. Nie podpalałam stodół, nie rabowałam kiosków, nie hodowałam grzechu w doniczce. A mimo to kontrola była taka, jakbym co najmniej dowodziła osiedlowym gangiem. I cóż się wtedy rodziło w moim niewinnym serduszku? Skrucha? Posłuszeństwo? Urocza wdzięczność? Ależ skąd. Rodziła się przekora. Płomienna, uparta, kreatywna przekora, napędzana poczuciem niesprawiedliwości. Zakazy łamałam z partyzancką precyzją, a swoje „fantastyczne” pomysły realizowałam tym chętniej, im bardziej były zabronione. Nie dlatego, że były mądre. Często były głupie jak but z odklejoną podeszwą. Ale były moje.

I dokładnie tak samo działa wielu panów, którym usiłuje się urządzić życie metodą smyczy i zakazu. Im mocniej zaciskasz pętlę, tym bardziej marzy im się wiatr wolności. Wystarczy moment nieuwagi, lekkie poluzowanie nadzoru i chłopina, dotąd stateczny jak regał z książkami, nagle zaczyna oddychać pełną piersią, odzyskuje błysk w oku i zachowuje się tak, jakby właśnie uciekł z hodowli klatkowej. Nie dlatego, że każdy mężczyzna to urodzony idiota. Tylko dlatego, że każdy człowiek źle znosi bycie własnością.

Bo cała ta opowieść o „wychowywaniu faceta” jest, prawdę mówiąc, dość ponura. Ładnie się to może sprzedaje w babskich pogadankach i internetowych mądrościach z brokatem, ale pod spodem siedzi zwykła pogarda. Pogarda przebrana za troskę, kontrola udająca miłość, dominacja pusząca się jak paw w czerwonych szpilkach. Jakby mężczyzna był z definicji półgłówkiem, którego trzeba pilnować, bo inaczej zeżre pilota, zgubi portfel i zapłodni pierwszą lepszą kelnerkę. To obraża nie tylko jego. To obraża również kobietę, która najwyraźniej uważa, że jedyne, czym może utrzymać związek przy życiu, jest kaganiec, monitoring i system kar administracyjnych.

A przecież relacja to nie obóz poprawczy. Miłość to nie tresura fok. Partnerstwo nie polega na tym, że jedno chodzi na dwóch nogach, a drugie na krótkiej smyczy. Można się z kimś nie zgadzać. Można czegoś nie akceptować. Można postawić granicę i powiedzieć: tego nie chcę w swoim życiu. Ale to jest zupełnie co innego niż urządzanie komuś egzystencji niczym kierowniczka internatu z problemem kontroli.

I jeszcze jedno: kobieta, która z dumą opowiada, że „mój to bez pozwolenia nigdzie nie pójdzie”, wcale nie brzmi jak zwyciężczyni życia. Brzmi raczej jak strażniczka zakładu zamkniętego, która pomyliła związek z wartownią. To nie jest triumf. To jest zmęczenie przebrane za władzę. Bo umówmy się - pilnowanie dorosłego człowieka przez całą dobę nie jest przejawem siły. To jest robota na pełen etat, tylko bez urlopu, premii i szacunku.

Dlatego, moje drogie panie, jeśli wasz wirtualny penis urósł już do rozmiarów groteskowych i zaczyna wam się niebezpiecznie bujać nad głową, to może pora spuścić z niego trochę powietrza. Naprawdę nie trzeba wymachiwać symbolicznym fallusem nad każdym obiadem, wyjściem na mecz i piwem z kolegami. Czasem warto zejść z tronu, odłożyć pejcz, odkleić papuciaka od podeszwy krwistoczerwonego obuwia i spojrzeć na niego łaskawszym okiem. Być może pod tym kapciem nie leży egzemplarz do tresury, tylko zwyczajny dorosły człowiek, który chciałby oddychać bez składania podania w trzech kopiach.

A jeśli mimo całej wolności, zaufania i zdrowego rozsądku zrobi jakąś głupotę? Cóż. Wtedy przynajmniej będzie to jego głupota, a nie wasz wspólny projekt wychowawczy zakończony widowiskową kompromitacją. Bo człowieka można kochać, można z nim być albo z nim nie być. Ale naprawdę nie trzeba go prowadzić na smyczy jak niesfornego jamnika z kryzysem męskości.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Instrukcja obsługi, której nikt nie czyta, czyli o męskiej logice...

Męska logika to zjawisko, które — choć nie trafiło jeszcze do podręczników akademickich — funkcjonuje w przyrodzie równie stabilnie jak grawitacja. Występuje masowo, niezależnie od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Można ją spotkać w kuchni, w garażu, przy naprawie klamki oraz wszędzie tam, gdzie ktoś wypowiada sakramentalne: „Ja się tym zajmę”.

Historie zebrane poniżej są wzięte z życia — częściowo z mojego, częściowo zasłyszane przy kawie, w kolejkach i na rodzinnych spotkaniach. Wszystkie zaczynają się od dobrze znanego zdania: „Nie uwierzysz, co on zrobił…”, a kończą wspólną refleksją: może to już nie przypadek, tylko system.


I. Piętnaście paczek szczęścia

Marek poszedł po zakupy. Ot, zwykłe wyjście: chleb, mleko, coś na kolację. Ale tym razem nie była to wyprawa przypadkowa — kilka dni wcześniej w sklepie zabrakło prażonych, solonych pestek z dyni. Tych właśnie. Tych, które obiecała kupić Anka, a których w Lidlu akurat wtedy „nie było”.

Dla Marka nie był to drobiazg. To była sprawa honoru. Misja naprawcza. Zadośćuczynienie światu, który bywa kapryśny i czasem pozbawia człowieka pestek w momencie, gdy są najbardziej potrzebne. Dlatego, gdy zobaczył je na półce — świecące triumfalnie, w pełnym komplecie — nie wahał się ani chwili.

Wrócił do domu w nastroju człowieka, który właśnie uratował sytuację na skalę strategiczną.

— Były — oznajmił z dumą, stawiając torby na podłodze.

— Co było? — zapytała Anka, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Pestki z dyni. Prażone. Solone. Wziąłem piętnaście paczek.

Anka podniosła głowę powoli, jak ktoś, kto właśnie podejrzewa, że wchodzi w sytuację, której logikę trzeba będzie zrozumieć… albo od razu odpuścić.

— Otwieramy schronisko dla dzikiego ptactwa? — zapytała ostrożnie.

Marek spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Dla niego wszystko było oczywiste.

— Przecież ostatnio nie było. A teraz były.

I w tym jednym zdaniu zawarł całą filozofię. Skoro świat raz odmówił pestek, należało zabezpieczyć przyszłość. Na zapas. Na kryzys. Na wypadek globalnej katastrofy dyniowej.

Kilka dni później Anka usłyszała podobną historię od Ewy. Jej mąż wrócił do domu z pięcioma opakowaniami kaszy — mimo że nikt w domu jej nie jadał.

— Była — wyjaśnił z pełną powagą.

Argument nie do podważenia. Bo jeśli czegoś kiedyś „nie było”, a teraz „jest” — to grzechem byłoby tego nie kupić. W dużej ilości. Najlepiej hurtowo.

Niektórzy mówią, że to echo dawnych czasów niedoboru. Inni — że wrodzona potrzeba posiadania zapasów „na wszelki wypadek”. A może to po prostu specyficzny rodzaj miłości: do rzeczy rzadkich, potrzebnych, albo takich, które kiedyś się przydadzą.

Czasem tylko pozostaje pytanie — czy zapasy dotyczą wyłącznie pestek i kaszy… czy jednak można się tu dopatrzyć pewnego ryzyka… poligamicznego. 


II. Pranie w stanie oczekiwania

Magda poprosiła Tomka, żeby „ogarnął pranie”. Tomek przyjął zadanie z powagą i odpowiedzialnością, tak jak przyjmuje się misję ratunkową w filmach katastroficznych. Skinął głową, powiedział „spoko” i zniknął w łazience z miną człowieka, który wkracza w świat technologii na najwyższym poziomie.

Kilka godzin później Magda weszła do łazienki. Pralka była otwarta. W środku — mokre, zgniecione ubrania, wyglądające jak małe ofiary losu.

— Dlaczego pranie nie jest rozwieszone? — zapytała spokojnie, choć w środku już widziała nadchodzącą odpowiedź.

— Bo było wilgotne — odpowiedział Tomek tonem eksperta do spraw fizyki cieczy.

Magda odczekała chwilę, licząc do trzech. Bez skutku.

— Tomek… ono zawsze jest wilgotne.

— No tak, ale uznałem, że lepiej poczekać, aż podeschnie.

— Gdzie?

— W pralce. Tam jest bezpiecznie.

Magda spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie ogłosił, że rośliny najlepiej rosną w szafie, bo tam jest ciemno i spokojnie.

— Czyli… czekasz, aż wyschnie… w środku pralki? — upewniła się.

— No. Naturalnie.

Słowo „naturalnie” wybrzmiało jak pieczęć naukowej pewności.

Magda westchnęła. Uświadomiła sobie, że od dziś w ich domu istnieje nowa kategoria stanu skupienia: pranie w oczekiwaniu na los. Nie suche. Nie mokre. Zwyczajnie — kontemplujące swoją przyszłość.


III. Sikorka i teoria po fakcie

U Basi do mieszkania wleciała sikorka. Był chaos, bieganina, pies w stanie euforii i ptak w stanie histerii. Po długiej walce sytuacja została opanowana.

Wieczorem Basia opowiadała o wszystkim Pawłowi.

— A nie mogłaś zawiesić słoniny na sznurku? Albo widziałem na Discovery, jak takie pułapki na ptaki robili — zapytał po chwili namysłu.

Basia spojrzała na niego uważnie.

— Ja w tym czasie miałam w ręce ścierę, a w mieszkaniu psa ważącego pięćdziesiąt kilo. — Basi opadło wszystko, co mogło opaść… Pomyślała tylko: No tak — zapomniałam, że ukończyłam kurs dla zaawansowanych z budowy pułapek na sikorki. A słoninę, rzecz jasna, miałam sobie wykroić z grzbietu i wieszać na sznurze, oczywiście wcześniej podwędziwszy w kieszonkowej wędzarni, żeby aromat był kuszący. 

Paweł zaproponował rozwiązanie idealne. Spóźnione, teoretyczne i wymagające zasobów, których nikt nie posiadał. Ale w jego głowie było bezbłędne.


IV. Dziura, czyli kwestia perspektywy

Asia prowadziła samochód. Wjechała w dziurę.

— No nie możesz ich jakoś omijać? — rzucił Bartek. — Dziecko się poobija.

Kilka dni później role się odwróciły. Bartek prowadził. Ta sama droga. Ta sama dziura.

— Ku…! — zaklął. — Za co my te podatki płacimy?! Same dziury!

Asia spojrzała przez okno. Dziura wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Zmienił się tylko kierowca.


V. Skrót, który zna drogę

Piotr nie lubił nawigacji. Uważał ją za oznakę słabości charakteru. Jechał na pamięć.

— Tu skręcimy — powiedział z przekonaniem.

— Ale GPS pokazuje prosto — zauważyła Karolina.

— Wiem lepiej. To skrót.

Skrót prowadził przez osiedla, lasy i drogę, która nagle się kończyła. Po czterdziestu minutach Piotr westchnął.

— No dobra… sprawdźmy mapę.

Okazało się, że pierwotna trasa była krótsza i jedyna sensowna.

— Przynajmniej się przewietrzyliśmy — podsumował Piotr.

Karolina nie odpowiedziała. Zapisała tę historię w pamięci. Do opowiadania innym.


VI. Złota rączka i śrubka metafizyczna

Historia zasłyszana na imieninach, przy stole, gdy ktoś jeszcze dolewał herbaty, a ktoś inny już dolewał prawdy.

U Hanki zepsuła się klamka. Ot, drobiazg — lekko się ruszała, ale działała. Hanka wspomniała o tym mimochodem.

— Spokojnie — powiedział jej mąż, Wojtek. — Ja się tym zajmę.

To zdanie w męskiej logice oznacza: nie ruszaj, nie pytaj i najlepiej zapomnij.

Przez pierwszy tydzień klamka była „w trakcie”. Przez drugi — „zaraz”. W trzecim Wojtek przyniósł skrzynkę z narzędziami, położył ją na środku przedpokoju i otworzył jak relikwiarz.

— Masz śrubokręt? — zapytała Hanka.

— Ciii… — uciszył ją. — Najpierw muszę zrozumieć mechanizm.

Klamka została rozkręcona. Potem jeszcze bardziej rozkręcona. Następnie rozłożona na elementy pierwsze. Po godzinie na podłodze leżało siedem śrubek, z czego pięć było „na pewno ważnych”, a dwie „chyba zapasowe”.

— A ta? — zapytała Hanka, podnosząc jedną.

— Odłóż. Nie wiemy jeszcze, do czego służy.

Po trzech godzinach klamka przestała istnieć. Został otwór w drzwiach i filozoficzna cisza.

— Trzeba będzie kupić nową — stwierdził Wojtek w końcu.

— Ale przecież mówiłeś, że się tym zajmiesz — przypomniała Hanka.

— No zająłem się — odpowiedział spokojnie. — Teraz już wiemy, że była zepsuta.

Nowa klamka została kupiona po tygodniu. Stara… nigdy nie wróciła do formy. Śrubka metafizyczna do dziś leży w szufladzie „na wszelki wypadek”.


VII. Ja tylko sprawdzę wynik

Historia zasłyszana w kolejce do lekarza, gdzie ludzie dzielą się życiem szybciej niż numerkami.

Ela poprosiła Pawła, żeby „na chwilę” przypilnował dziecka. Paweł przyjął zadanie z pełną odpowiedzialnością i usiadł na kanapie.

— Ja tylko sprawdzę wynik — powiedział, sięgając po telefon.

Minęła minuta. Potem pięć. Potem dwadzieścia. W tym czasie dziecko zdążyło: zjeść pół kredki, rozlać sok, wejść na stół, zdobyć kota.

Ela wróciła do pokoju i zobaczyła Pawła w stanie sportowego skupienia.

— Paweł! — zawołała.

— Cicho! Doliczają czas! — syknął.

— A dziecko?

— Jest. Przecież słyszę.

I faktycznie — słychać było. Z kuchni. Coś się tłukło.


VIII. Pilot, który żyje własnym życiem

Opowieść powtarzana w kilku domach, zawsze z tym samym finałem.

— Widziałeś pilota? — pytała Kasia.

— Leżał tu — odpowiedział Michał, wskazując przestrzeń.

— Gdzie dokładnie?

— No… tu.

Pilot zniknął. Przeszukano kanapę, poduszki, stół, lodówkę (profilaktycznie). Nic.

— Na pewno go nie ruszałem — stwierdził Michał.

Po godzinie pilot został odnaleziony: pod mężczyzną, na kanapie, dokładnie tam, gdzie siedział przez cały czas.

— A, no proszę — powiedział Michał. — Sam się przesunął.

Pilot został uznany za byt autonomiczny.


IX. To się samo zrobi

Ostatnia historia krążyła po rodzinnych spotkaniach jak legenda.

— Zrobisz obiad? — zapytała Marta.

— Jasne — odpowiedział Adam. — To proste.

Adam wyjął makaron, postawił garnek na kuchence i… wyszedł z kuchni.

Po pół godzinie Marta zajrzała do środka. Garnek był pusty. Woda nie zagotowana. Makaron nadal suchy.

— Co robisz? — zapytała.

— Czekam — odpowiedział Adam.

— Na co?

— Aż się zagotuje.

— Woda?

— No.

— Adam… nie włączyłeś palnika.

Adam spojrzał na kuchenkę, potem na garnek, potem na Martę.

— Aaa… myślałem, że to się samo zrobi.

I w ten sposób odkryto, że męska logika zakłada istnienie sił wyższych w kuchni.


Aneks naukowy, czyli dlaczego oni tacy są...

Badania, których nikt nie przeprowadził, ale wszyscy znamy ich wyniki, dowodzą, że logika męska i damska ewoluowały w zupełnie innych warunkach. Samiec pierwotny podejmował decyzje szybko, bez konsultacji i bez instrukcji — najlepiej z maczugą w ręku.

Stąd do dziś:

jeśli coś może się przydać, należy to kupić w nadmiarze,

jeśli coś wydaje się skrótem, należy nim jechać,

jeśli coś jest mokre, trzeba poczekać,

a jeśli coś działa, nie wolno czytać instrukcji.

Logika damska rozwijała się równolegle, w trosce o przetrwanie stada, porządek w jaskini i to, by nikt nie jadł rzeczy „ładnych, ale trujących”. I choć zderzenie tych dwóch światów bywa męczące, jedno jest pewne: bez męskiej logiki świat byłby bardziej przewidywalny — ale zdecydowanie mniej zabawny. A tak? Mamy życie pełne anegdot, śrubek „na wszelki wypadek” i skrótów, które prowadzą donikąd. A jeśli ktoś twierdzi, że to wszystko nie ma sensu… cóż — najwyraźniej po prostu nie zrozumiał zaawansowanych zasad męskiej logiki.

środa, 6 maja 2015

Igraszki w kremie śmietankowym w towarzystwie oswojonego ssaka...

Grafika: www.growingnaturals.com

Z osobistym, domowym osobnikiem płci męskiej czasami toczymy spontaniczne rozmowy mailowe, które jak to w takich przypadkach bywa nie zawsze są świadectwem potencjału intelektualnego toczących rozmowę. A zatem...

W jego słowach można się doszukać troski:
- Nie chcesz sobie wyjść z Pyśkiem do ogródka, jest fajna pogoda? Ty napijesz się kawy, zjesz jakieś dobre ciacho…
(Pysiek to nasz pies)

Hmm... Bierze mnie pod włos, kierowanie torów rozmowy w stronę ciastek nie oznacza nic dobrego, ale kontynuuję wątek podbarwiając go lekko syndromem ofiary:
- Do ogródka możemy iść, tylko ciastek nie mam, więc co mi tu smaka robisz?

Po chwili dowiaduję się, że jestem podejrzewana o mało chlubne czyny:
- Nie wierzę, że Ty nie masz gdzieś pochowanych jakiś czekoladek i ciastek... Przyznaj się!

Nie pozwalam zbić się z tropu i dalej brnę w syndrom ofiary ograbionej z odpowiednich ciastek:
- Ciastka i czekoladki są w szafce, ale nie są w kręgu moich zainteresowań - nie mają kremu w dużych ilościach :)

Jego logika po raz kolejny mnie zadziwia:
- To zjedz ich dużo, będzie dużo kremu!

Postanawiam wyjaśnić, że jego logika jest pozbawiona logiki; dorzucam jeszcze wątek chleba powszedniego w akcie chwilowej utraty mózgu zakupionego:
- Taa… Jak te ciastka są suche i kremu nie mają to ciekawe jak ich zwiększona ilość ma krem wyprodukować? Właśnie jem drugie śniadanie z tym nowoczesnym chlebem za 25 zł – dziadostwo jakich mało: nie słone, słodkawe, a konsystencja jakby ktoś kupę przykleił do kupy i upiekł.
(chleb, o którym mowa to chleb esseński bio)

Odpowiedź wyraźnie sugeruje, że widzi we mnie spory potencjał, aczkolwiek nie omieszka wytknąć mi chybionego zakupu:
- Ale dobry krem możesz sama sobie wyprodukować, co pewnikiem czynisz jak mnie nie ma. A co do chlebka - no cóż zachciało się wynalazków to teraz trzeba cierpieć ;)

Postanawiam zerwać z siebie szatę osobnika działającego w konspiracji, którą napastliwie usiłuje mi założyć rozmówca:
- Jasne... jak Ciebie nie ma to produkujemy z Pyśkiem całe galony kremu śmietankowego, ładujemy go do wanny i przez pół dnia tarzamy się w nim, a przez kolejne pół dnia robimy zawody - kto więcej i szybciej zje i nie zwróci ;)

Usilne starania zmierzające do zerwania szaty łasucha działającego w konspiracji są daremne… W końcu na swoje imię pracujemy całe życie, a do mnie wieki temu przylgnęło określenie ciasteczkowy potwór, więc rozmowa zostaje podsumowana tak jak się mogę tego spodziewać:
- I w końcu wyszła prawda na jaw i Ty ją wygłosiłaś! ;-)

Tutaj powinna się pojawić oprawa muzyczna - coś w stylu: 
Dadam! Tamtam! 
Dorzućmy jeszcze ze dwa bimbnięcia ze stuletniego dzwonu.

Miłego dnia ;)