niedziela, 6 września 2026

Brwi jak Breżniew, ambicje jak Sophia Loren, czyli zakład kosmetyczny w łazience...

Do eksperymentów ciągnęło mnie od zawsze, z tym że wybuchy, pożary oraz wszystko, co kończy się przyjazdem straży pożarnej lub innych, stosownych służb, jakoś szczególnie mnie nie pociągało. Znacznie bardziej fascynowały mnie eksperymenty przeprowadzane na własnym organizmie, gdyż człowiek młody ma w sobie tę cudowną mieszaninę brawury i bezmyślności, dzięki której jest święcie przekonany, że skoro coś sprzedają bez recepty, kasku ochronnego i podpisu dwóch świadków, to na pewno nie można sobie tym zrobić większej krzywdy.

Będąc po dwudziestce, do tego niecierpliwa jak dziecko stojące przed zamkniętym kioskiem z lodami, zapragnęłam pewnego dnia zrobić sobie hennę na brwi - pierwszy raz w mym skromnym żywocie.

Po co, tego do dziś nie wiem.

Brwi miałam bowiem własne, dorodne i tak wyraźne, że można było za ich pomocą nadawać sygnały statkom na Bałtyku. Nie były to żadne subtelne łuczki, nad którymi kosmetyczka pochyla się z lupą i szeptem mówi: „tu bym może coś delikatnie podkreśliła”. Moje brwi podkreślały się same i to bez pytania o zgodę. Breżniew, gdyby mnie zobaczył, zapewne skinąłby głową z uznaniem i pomyślał, że młodzież jednak ma świetlaną przyszłość.

Ale kobieta, kiedy już sobie coś wbije do głowy, potrafi z żelazną konsekwencją ignorować fakty, zdrowy rozsądek oraz wcześniejsze doświadczenia całego rodzaju ludzkiego. 

Wróćmy do henny...

W mojej głowie nie miała to być zwykła henna, tylko początek nowego etapu życia. Już widziałam tę subtelnie oprawioną twarz, szlachetniejsze spojrzenie i siebie patrzącą spod perfekcyjnego łuku brwiowego z taką tajemniczością, jakbym co najmniej miała romans z włoskim hrabią i konto w Szwajcarii.

Pobiegłam w podskokach do kosmetyczki, oczywiście bez wcześniejszego umawiania, bo po co planować coś, co według mnie miało potrwać mniej więcej tyle co posmarowanie kromki masłem. Zakładałam, że pani kosmetyczka gdzieś mnie tam upchnie między paznokciem jednej klientki a wąsikiem drugiej, chlapnie henną, odczeka, zetrze i wypuści w świat odmienioną, być może nawet piękniejszą o dwie klasy społeczne.

Niestety w salonie panował tłok taki, jakby właśnie ogłoszono, że od jutra uroda będzie reglamentowana na kartki. Panie siedziały wszędzie, jedne moczyły, inne suszyły, jeszcze inne miały na twarzach substancje wyglądające jak zaprawa murarska, a na moje brwi nikt nie miał ani czasu, ani ochoty.

Zostałam bezlitośnie odprawiona.

I tutaj normalny człowiek wróciłby do domu, zrobił sobie herbatę i uznał, że widocznie wszechświat nie chce dziś ingerencji w jego twarz. Ja natomiast uznałam, że wszechświat rzucił mi wyzwanie. Nie to nie, prosić się nie będę, sama sobie zrobię i jeszcze zobaczycie, jaka będę piękna. Tak piękna, że kosmetyczki z całego miasta będą chodziły za mną z notesami oraz rozdziawiszczem otworogębowym.

W pobliskim sklepie nabyłam odpowiedni zestaw do domowego hennowania i usłyszałam od sprzedawczyni sakramentalne: „To nic trudnego”. Powinnam była wtedy odłożyć wszystko na ladę i uciec. W życiu szanującej się kobiety zwrot „to nic trudnego” bardzo często poprzedza sytuacje, po których człowiek siedzi na podłodze z instrukcją w ręku i zastanawia się, dlaczego ma trzy śrubki za dużo albo czemu jego twarz właśnie zmieniła narodowość.

Do domu wróciłam pełna zapału i z obrazem przyszłej siebie tak atrakcyjnym, że aż dziw, iż nie zaczęłam rozdawać sąsiadom autografów.

Rozrobiłam hennę, nałożyłam ją na brwi, i to hojnie, bo jeśli coś ma działać, to przecież trzeba mu dać szansę. Była to filozofia bardzo moja w tamtych czasach pomyślunkowych: prosta, skuteczna i absolutnie idiotyczna. Po czym zajęłam się czymś innym. Nie pamiętam czym, ale musiało to być zajęcie nadzwyczaj absorbujące, skoro całkowicie zapomniałam, że nad oczami trzymam substancję, której zadaniem jest trwałe przyciemnienie włosów. Przypomniałam sobie po czasie. Dość długim czasie...

I nagle, bez żadnej zapowiedzi, przez mój mózg przemknęła myśl, że chyba nie powinno się tego trzymać aż tak długo.

Pognałam do łazienki i spojrzałam w lustro. Do dziś pamiętam ten moment. Nie dlatego, że był wzruszający. Był po prostu traumatyczny. Z lustra patrzyła na mnie twarz, której górna część została właśnie przejęta przez dwa czarne organizmy o własnej woli i imponującym zasięgu terytorialnym. Brwi nie były ciemniejsze. Brwi rozpoczęły ekspansję. Wyglądałam jak nieślubne dziecko wspomnianego wcześniej Breżniewa i człowieka, który od dwudziestu lat hoduje nad oczami dwa czarne, opasłe chomiki. Do tego skóra wokół brwi również przyjęła kolor z entuzjazmem, jakiego wcześniej nie wykazywała wobec żadnego kosmetyku.

Zalały mnie poty, ale nie takie zwyczajne. To były poty człowieka, który właśnie odkrył, że jego twarz ma inne plany na przyszłość albo zalicza czwartą turę potów nocnych podczas szczególnie paskudnej menopauzy. Wydałam z siebie jęk tak ponury, że pająki i inne bezkręgowce bytujące w wentylacji mojej łaźni blokowiskowej poszły się masowo wieszać.

Rzuciłam się do zmywania. Tarłam, płukałam, przecierałam, ale henna siedziała w skórze z uporem lokatora, który nie płaci czynszu, ale zna swoje prawa. Im bardziej ją zmywałam, tym bardziej miałam wrażenie, że ona po prostu patrzy na mnie z czarnej otchłani i mówi: „Możesz sobie trzeć naiwna babo!”.

W tej sytuacji mój mózg, zamiast wezwać rozsądek, uruchomił domowe laboratorium. Cytryna. Woda utleniona. Przez ułamek sekundy pojawił się nawet Domestos, ale na szczęście jakaś ostatnia przytomna komórka nerwowa stanęła w drzwiach i powiedziała: „Domestos? Świetnie. Potem tylko papier ścierny i możemy wzywać pogotowie.”

Nasmarowałam więc brwi oraz skórę cytryną i potraktowałam wodą utlenioną, wierząc, że chemia naprawi to, co wcześniej zepsuła kosmetyka. Efekt był mniej więcej taki, jakby próbować zeskrobać smołę płatkiem kosmetycznym. Kolor trwał. Brwi trwały. Moja panika również.

Skoro więc nie dało się zmniejszyć intensywności koloru, postanowiłam zmniejszyć ilość brwi. Chwyciłam pęsetę i ruszyłam do wyrębu. Rwałam z takim zaangażowaniem, jakby od każdego wyrwanego włoska zależało moje przyszłe życie towarzyskie. Na początku szło rozsądnie, potem trochę mniej rozsądnie, a później pęseta zaczęła podejmować decyzje samodzielnie.

Po pewnym czasie z moich dawnych, dumnych brwi zostały dwa cienkie paski przypominające ślady po oponach rowerowych - wersja dziecięca. Dobrze, że natura wcześniej wyposażyła mnie w taki zapas, bo gdybym zaczynała z brwiami skromniejszymi, skończyłabym z dwoma miejscami pamięci po brwiach.

Całe szczęście wydarzyło się to w piątek, co nagle uczyniło weekend wynalazkiem równie ważnym jak penicylina. Przez dwa dni mogłam spokojnie nie pokazywać się światu i obserwować, czy moja twarz zechce wrócić do wspólnoty europejskiej.

Co kilka godzin podchodziłam do lustra z nadzieją... W sobotę rano było źle. W sobotę wieczorem trochę mniej źle. W niedzielę dało się już przy odpowiednim świetle, korektorze i dużej życzliwości obserwatora udawać, że nic się nie wydarzyło.

Przez chwilę rozważałam nawet zafundowanie sobie grzywki, ale nie takiej zwykłej, tylko grzywki awaryjnej, pełniącej funkcję zasłony przeciwlotniczej. Miała być gęsta i odpowiednio długa, żebym w razie potrzeby mogła schować pod nią brwi, czoło, oczy, a przy gorszym nastroju również całą swoją przeszłość. Na szczęście nożyczek nie użyłam, bo najwyraźniej mój limit głupich pomysłów na tamten weekend został chwilowo wyczerpany.

Po latach powinnam zapewne napisać, że ta historia czegoś mnie nauczyła, że od tego dnia stałam się kobietą rozsądną, ostrożną i że już nigdy nie eksperymentowałam z zabiegami kosmetycznymi wykonywanymi samodzielnie.

Byłoby to jednak ordynarne kłamstwo...

Jakiś czas później postanowiłam bowiem samodzielnie wydepilować łono pastą cukrową domowej produkcji. I na tym skończę opowieść, albowiem istnieją wspomnienia, które z wiekiem nabierają uroku, oraz takie, które mimo upływu lat nadal powinny siedzieć cicho, przykryte puchatym kocem i nie wychodzić do ludzi.

Historia z henną należy do pierwszej kategorii. Historia z pastą cukrową zdecydowanie zamieszkuje w drugiej kategorii. 😉

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)