Od czasu do czasu społeczeństwo dochodzi do wniosku, że należy zainteresować się cudzym układem rozrodczym. Najczęściej dzieje się to podczas świąt, wesel, chrzcin, pogrzebów oraz innych uroczystości, na których człowiek chciałby spokojnie zjeść sałatkę jarzynową, ale zamiast tego musi zdawać egzamin ustny z jajników, nasieniowodów i planów prokreacyjnych na najbliższą pięciolatkę.
- A wy kiedy dziecko? - pyta ciocia, nabijając na widelec marynowanego grzybka i patrząc człowiekowi głęboko w macicę.
Jak to: trzydzieści lat, stała praca, dwa pokoje z aneksem, ekspres do kawy, samochód na kredyt i ani jednego potomka? Przecież to tak, jakby ktoś kupił komplet garnków, lecz bezczelnie nie ugotował bigosu. Albo postawił garaż i trzymał w nim rower. Marnotrawstwo infrastruktury!
Po przejrzeniu internetowych dyskusji doszłam do wniosku, że człowiek może nie nadawać się do prowadzenia samochodu, hodowania pitbulla, obsługi wózka widłowego ani sprzedaży zapiekanek na festynie, ponieważ do wszystkiego potrzebuje badań, zezwoleń, kursów, instrukcji i gaśnicy. Żeby natomiast powołać na świat drugiego człowieka, wystarczy wieczór lub poranek (ewentualnie środek nocy lub dnia), odrobina biologicznego entuzjazmu oraz przekonanie babci, że „jakoś to będzie”.
„Jakoś to będzie” jest zresztą jednym z najpopularniejszych modeli wychowawczych w Polsce. Zaraz obok „mnie tak wychowano i żyję” oraz „tablet mu daj, bo próbuję rozmawiać”.
Pytanie nie brzmi więc, czy każdy może zostać rodzicem. Biologia bywa pod tym względem hojna jak automat rozdający ulotki. Pytanie brzmi: czy każdy powinien?
I tu zaczyna się problem, ponieważ społeczeństwo traktuje rodzicielstwo jak kolejny poziom gry pod tytułem „Dorosłość”. Najpierw szkoła, potem praca, kredyt, ślub, dziecko, drugie dziecko, działka, grill, nadciśnienie i awantura z sąsiadem o tujki. Wszystko ma następować w odpowiedniej kolejności, niczym procesja, tylko zamiast baldachimu niesie się fotelik samochodowy i mokre chusteczki.
Na forach regularnie pojawiają się ludzie, którzy przyznają, że zdecydowali się na dzieci nie dlatego, że naprawdę pragnęli być rodzicami, lecz dlatego, że wszyscy znajomi już nimi byli, rodzina naciskała, zegar biologiczny tykał, a życie wymagało odhaczenia następnego kwadracika. Jedna z matek pisała wprost, że zawsze robiła to, co człowiek „powinien”: odpowiednia szkoła, odpowiednia praca, odpowiedni związek, a potem dziecko, bo przecież tak się robi. Dziecko okazało się jednak nie kwadracikiem, lecz całodobowym człowiekiem, który nie znika po prawidłowym wypełnieniu formularza.
To odkrycie bywa dla niektórych równie wstrząsające jak informacja, że kot z reklamy karmy nie gotuje obiadu.
Dziecko bowiem nie jest pakietem startowym rodzinnego szczęścia. Nie przychodzi z gwarancją spokojnego snu i numerem infolinii, na której konsultant powie:
- Proszę przytrzymać przycisk „drzemka” przez dziesięć sekund, a następnie zresetować trzylatka.
Nie jest też żywym medalem za prawidłowe wejście w dorosłość. Tym bardziej nie powinno być klejem do związku. A jednak wciąż można spotkać przekonanie, że para, która od trzech lat komunikuje się głównie za pomocą trzaskania szafkami, powinna „postarać się o dziecko”, gdyż potomek ich zbliży. Owszem, zbliży. Najczęściej o drugiej trzydzieści jeden, kiedy oboje pochylą się nad łóżeczkiem, próbując ustalić, kto tym razem obsługuje bąbelka. Nic tak nie cementuje małżeństwa jak wspólna bezsenność, kolka i dyskusja o tym, czy zdanie „przecież ty jesteś na macierzyńskim” można uznać za okoliczność łagodzącą podczas procesu karnego.
Dziecko nie jest żywicą epoksydową. Jeżeli związek przecieka przed jego narodzinami, po narodzinach może przeciekać nadal, tylko człowiek nie ma już czasu podstawić wiadra.
Kolejnym niezwykle szlachetnym powodem powoływania człowieka do życia jest troska o pierwsze dziecko, które rzekomo „musi mieć rodzeństwo”. Według rodzinnej komisji do spraw cudzej płodności skazany jest bowiem na egoizm, samotność i nieumiejętność dzielenia się chrupkami. Należy więc wyprodukować mu brata lub siostrę, najlepiej szybko, żeby różnica wieku nie przeszkodziła im w jednoczesnym darciu się o ten sam plastikowy traktor.
Na forach można znaleźć historie osób, które zgodziły się na drugie dziecko głównie pod naciskiem partnera albo otoczenia, po czym odkryły, że rodzeństwo nie zawsze zostaje drużyną zgodnych aniołków z katalogu odzieży dziecięcej. Czasem zostaje po prostu dwojgiem osobnych ludzi, którzy mają odmienne charaktery, potrzeby i wyjątkowo zbieżne zainteresowanie ostatnim naleśnikiem.
Rodzeństwo może być wielkim darem. Może być również osobą, której przez piętnaście lat pożyczamy bluzki bez pytania, a przez następne trzydzieści kłócimy się o podział porcelany po babci. Nie warto więc powoływać człowieka do istnienia wyłącznie po to, żeby pierwszy człowiek miał towarzystwo. Od towarzystwa są jeszcze rówieśnicy, kuzyni, pies i zajęcia z ceramiki. Żadne z nich nie wymaga porodu.
Idźmy dalej... Nieśmiertelnym argumentem pozostaje oczywiście:
- A kto ci poda szklankę wody na starość?
Ach, ta szklanka wody! Święty Graal polskiej prokreacji. Człowiek ma wychowywać potomka przez ćwierć wieku, ponieść koszty liczone w setkach tysięcy złotych, przeżyć ząbkowanie, ospę, wywiadówki i dojrzewanie, aby w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat otrzymać dwieście mililitrów kranówki. To najdroższy abonament na nawodnienie w historii ludzkości.
Dzieci nie są prywatnym ubezpieczeniem opiekuńczym. Nie rodzą się z podpisaną umową, że w zamian za pieluchy, mleczko, kaszkę i korepetycje z matematyki będą przez ostatnie dwadzieścia lat życia rodzica pełnić funkcję pielęgniarki, kierowcy, psychologa i dostawcy mineralnej. W internetowych dyskusjach dorosłe dzieci często protestują przeciwko takiemu myśleniu, przypominając rzecz dość podstawową: to rodzice zdecydowali o ich narodzinach, nie odwrotnie.
Jeszcze bardziej fascynuje mnie argument, że dziecko „nadaje życiu sens”. Naturalnie może nadać. Podobnie jak miłość, praca, sztuka, nauka, pomaganie innym, hodowanie pomidorów, ratowanie jeży albo tropienie człowieka, który od tygodnia zostawia reklamówki ze śmieciami obok osiedlowego kontenera. Problem zaczyna się wtedy, gdy dorosły nie ma własnego sensu, więc produkuje sobie małego człowieka i wręcza mu etat sensodawcy.
- Jesteś całym moim światem - mówi później matka do córki, co w romantycznym opisie brzmi pięknie, lecz w praktyce oznacza, że córka nie może wyjechać na studia do Gdańska bez wywołania rodzinnego kataklizmu, gdyż cały świat matki właśnie pakuje skarpetki do walizki.
Dziecko nie powinno być lekarstwem na pustkę, samotność, niespełnione ambicje i inne fanaberie dorosłych. Nie jest również wersją demonstracyjną rodzica, którą można zaprogramować tak, by została pianistą, lekarzem albo skoczkiem narciarskim, ponieważ tatuś w dzieciństwie miał słabe kolana, a mamusi zabrakło słuchu.
Na forach rodzice opisują innych rodziców, którzy próbują wtłoczyć dzieci w przygotowane wcześniej szablony, realizując za ich pomocą własne marzenia. Dziecko ma osiągać wyniki, zdobywać medale i rozwijać talenty, najlepiej jednocześnie, bo przecież grafik między angielskim, robotyką a tenisem ma jeszcze trzydzieści siedem minut luzu.
Potem dwunastolatek jest zmęczony jak górnik po nocnej zmianie, a rodzic mówi:
- Nie wiem, po kim on taki nerwowy.
Być może po kalendarzu Google...
Nie znaczy to oczywiście, że rodzicielstwo jest wyłącznie pasmem nieszczęść, podczas którego dorośli brodzą po kolana w klockach Lego, a ich dawna osobowość odchodzi w siną dal, machając im z autobusu. Wielu rodziców opisuje ogromną miłość, radość i satysfakcję, podkreślając jednak, że sami chcieli dzieci i byli psychicznie przygotowani na zmianę życia. I właśnie w tym tkwi sedno.
Nie róbmy z rodzicielstwa piekła, a bezdzietności nie przedstawiajmy jako nieustanne popijanie prosecco na Malediwach w białym szlafroku. Ludzie bez dzieci również mają kredyty, hemoroidy, chore koty, starzejących się rodziców i sąsiada, który wierci w niedzielę o siódmej rano. Brak dziecka nie zamienia życia w folder biura podróży. Podobnie jak jego posiadanie nie zamienia automatycznie człowieka w świętą istotę o głębokiej duszy, która odnalazła prawdę o wszechświecie między sterylizatorem a koszem na pieluchy.
Niewygodna prawda jest jednak taka, że niektórzy rodzice żałują swojej decyzji. W dwóch polskich badaniach żal z powodu rodzicielstwa deklarowało około 10,7 i 13,6 procent badanych. Wiązał się on między innymi z wypaleniem rodzicielskim, podatnością na ocenę społeczną, trudną sytuacją życiową oraz gorszym zdrowiem psychicznym i fizycznym.
Można kochać własne dziecko i jednocześnie żałować, że zostało się rodzicem. Te dwa uczucia nie wykluczają się bardziej niż miłość do kogoś i pragnienie, by przestał wreszcie mlaskać. Internetowe wyznania pokazują ludzi, którzy troszczą się o swoje dzieci, dbają o nie i nie zamierzają ich porzucać, ale gdyby mogli cofnąć czas, podjęliby inną decyzję.
Społeczeństwo nie chce tego słyszeć, ponieważ rodzicielstwo ma być krainą wiecznej szczęśliwości, w której pachnące niemowlę uśmiecha się z bawełnianego kocyka, matka ma delikatny makijaż, a ojciec w lnianej koszuli czule podaje butelkę. Nikt nie pokazuje, że pięć minut wcześniej matka płakała w łazience, ojciec szukał w internecie informacji, czy można umrzeć od niewyspania, a niemowlę zwymiotowało na psa.
Rodzicielstwo może być cudowne. Ale „może” nie znaczy „musi”, „zawsze” ani „dla każdego”. Sama zdolność do rozmnażania nie jest kwalifikacją wychowawczą. Plemnik nie jest certyfikatem kompetencji, owulacja nie zastępuje dojrzałości, a pozytywny test ciążowy nie instaluje automatycznie cierpliwości, empatii i umiejętności stawiania cudzych potrzeb ponad własnym ego.
Oczywiście nikt nie jest idealnie przygotowany. Nie istnieje rodzic, który przed narodzinami dziecka ukończył wszystkie możliwe kursy, uporządkował każdą traumę, zabezpieczył finanse do 2074 roku i osiągnął buddyjskie panowanie nad sobą podczas wylewania kakao na świeżo upraną kanapę.
Nie trzeba być idealnym.
Trzeba jednak naprawdę chcieć podjąć tę rolę. Nie dla babci. Nie dla partnera. Nie dla związku. Nie dla nazwiska, zegara, społeczeństwa, Instagrama ani przyszłej szklanki wody.
Dlatego na pytanie: „Czy każdy powinien zostać rodzicem?” odpowiedź brzmi: Absolutnie nie.
Każde dziecko zasługuje na rodzica, który naprawdę chciał zostać rodzicem. Ale żaden dorosły nie ma obowiązku tworzyć dziecka tylko dlatego, że ciocia spojrzała znacząco znad półmiska z jajkami w majonezie.









