Świat podobno chyli się ku upadkowi, ponieważ ludziom coraz rzadziej chce się brać ślub. Jakby cała nasza cywilizacja trzymała się na dwóch obrączkach i uroczystym przyrzeczeniu, że będziemy się nawzajem tolerować aż do momentu, kiedy jedno z nas zacznie chrapać tak, że drugie zapragnie popełnić zbrodnię ze szczególnym okrucieństwem. Demografowie biją na alarm, a instytucja małżeństwa, jeszcze niedawno traktowana jak obowiązkowe wyposażenie dorosłego człowieka, zaczyna przypominać porcelanowy serwis po babci. Niby wartościowy, niby wypada mieć, ale coraz mniej osób ma ochotę z niego korzystać, zwłaszcza że trzeba go potem myć.
Za przykład nadciągającej katastrofy robi Japonia, gdzie ludzie tak zapamiętale oddali się pracy, że na rozmnażanie zaczyna brakować im sił witalnych. Tamtejsze społeczeństwo starzeje się w tempie, przy którym nawet krem przeciwzmarszczkowy dostałby załamania nerwowego. Młodzi coraz później zakładają rodziny albo całkiem rezygnują z tego przedsięwzięcia. Trudno zresztą pielęgnować romantyczne uniesienia, kiedy człowiek wraca z pracy w stanie przypominającym przemielony przez korporacyjną maszynkę kotlet. Japończycy mają więc problem nie tylko z demografią, ale i z cywilizacją, która potrafi wycisnąć z człowieka ostatnie soki, a potem dziwi się, że nie ma on ochoty na produkowanie potomstwa.
W Polsce małżeństwo nadal ma swoich zwolenników, choć coraz częściej można odnieść wrażenie, że niektórzy bardziej zakochują się w perspektywie własnego wesela niż w osobie, z którą zamierzają spędzić resztę życia. Najpierw jest suknia, orkiestra, babcia Aniela w fioletowej kreacji i przysięga miłości do grobowej deski, a potem okazuje się, że już po roku wspólnego pożycia ową deskę najchętniej wykorzystano by do zatłuczenia współmałżonka. Wielkie uczucie potrafi bowiem skapitulować przed zatkanym syfonem, a romantyczny książę z czasem przeistacza się w faceta, który uważa, że brudne skarpety są elementem wystroju wnętrza.
Swoje dokłada internet, który urządził nam gigantyczny targ matrymonialny. Wystarczy przesunąć palcem po ekranie, żeby znaleźć następnego kandydata do wspólnego życia, najlepiej z pełnym uzębieniem, własnym mieszkaniem, samochodem i niewielkim przebiegiem uczuciowym. Dawniej, żeby kogoś poznać, należało przynajmniej ruszyć cztery litery z domu. Dzisiaj można przeżyć płomienny romans, nie zdejmując kapci, a zakończyć go jednym kliknięciem, zanim druga strona zdąży zapytać, czy jesteśmy wolni w sobotę. Trudno pielęgnować jedno uczucie, kiedy za rogiem wirtualnego bazaru wystawia się kolejny Adonis, który na zdjęciu wygląda jak młody Apollo, a w rzeczywistości okazuje się podstarzałym Kaziem z brzuszkiem i alimentami.
Do tego doszła emancypacja kobiet, która tradycyjny model małżeństwa potraktowała niczym buldożer starą szopę. Dawniej kobieta, nawet jeśli jej ślubny okazywał się egzemplarzem wyjątkowo nieudanym, często nie miała dokąd odejść. Chłop zarabiał, chłop decydował i uważał się za pana wszechświata, choć bez pomocy żony nie potrafił zlokalizować własnych majtek. Dzisiaj kobieta coraz częściej ma własne pieniądze i świadomość, że do szczęścia niekoniecznie potrzebny jest osobnik płci męskiej, który zajmuje trzy czwarte kanapy, a odkurzacz traktuje jak niebezpieczny przyrząd z laboratorium fizyki jądrowej. Jeśli wspólne życie zaczyna przypominać odsiadkę, można spakować walizkę i zostawić ukochanego sam na sam z jego gaciami. Co prawda niejeden taki bohater natychmiast ruszy na poszukiwanie nowej miłości, ale podejrzewam, że bardziej niż motyle w brzuchu interesować go będzie ktoś, kto umie obsługiwać pralkę.
Może zamiast biadolić nad upadkiem instytucji małżeństwa, warto zastanowić się, czy sam ślub cokolwiek jeszcze załatwia. Jeśli dwoje ludzi mieszka pod jednym dachem, ale od lat porozumiewa się wyłącznie za pomocą pretensji i trzaskania drzwiami, to co właściwie uratowaliśmy? Rodzinę czy wspólny adres zamieszkania?
A może trzeba poszukać innych rozwiązań? W Chinach żyją Mosuo, społeczność, w której tradycyjnie funkcjonuje zwyczaj zwany „chodzonym małżeństwem”. Kobieta mieszka ze swoją rodziną, mężczyzna ze swoją, a kiedy oboje mają na siebie ochotę, pan przychodzi wieczorem w odwiedziny. Spędzają razem noc, po czym rano jegomość wraca do własnego domu.
Dzieci wychowują się w rodzinie matki, otoczone opieką krewnych, a rozstanie kochanków nie oznacza rozpadu domu. Rodzinny majątek służy całemu klanowi, który troszczy się również o starszych i chorych. Nie twierdzę, że Mosuo wynaleźli raj na ziemi, gdyż ludzkie charaktery potrafią spieprzyć nawet najrozsądniejszy system, ale trzeba przyznać, że pomysł ma w sobie pewien urok. Zwłaszcza dla kobiet, którym małżeńska codzienność zdążyła obrzydzić nie tyle mężczyzn, ile ich osobliwy stosunek do obowiązków domowych.
Wyobrażam sobie taką rewolucję w Polsce. Chłop przychodzi wieczorem wypachniony, w świeżych odzieżach, z bukietem kwiatów i miną zdobywcy. Kobieta zaprasza go do środka, a potem oboje oddają się zajęciom znacznie przyjemniejszym od wspólnego rozliczania rachunków za gaz. Rano ukochany całuje ją w czoło i wraca do siebie, gdzie czeka na niego własna pralka oraz pełna odpowiedzialność za biologiczne eksperymenty rozwijające się w lodówce. Ona zaś przeciąga się rozkosznie w łóżku, nie musi nikogo budzić do pracy ani wysłuchiwać pretensji, że zupa była wczoraj za słona.
Podejrzewam, że niejeden polski małżonek, usłyszawszy o takim rozwiązaniu, dostałby nagłego ataku tęsknoty za tradycyjnymi wartościami. Zwłaszcza kiedy dotarłoby do niego, że prawo do nocnych odwiedzin nie obejmuje dożywotniej obsługi pralniczo-gastronomicznej.
Nie namawiam oczywiście do natychmiastowego wyrzucania obrączek przez okno. Zastanawia mnie jedynie, dlaczego z takim uporem próbujemy wtłaczać ludzkie uczucia w jeden obowiązujący schemat, skoro nawet instrukcja obsługi tostera przewiduje więcej możliwości niż niektóre wyobrażenia o szczęśliwym związku. Być może małżeństwo wcale nie musi zniknąć, tylko należałoby wreszcie przestać traktować je jak obowiązkowy egzamin z dorosłości, na którym wszyscy mają zdać, choć połowa nawet nie przeczytała pytań.
Miłość, w przeciwieństwie do aktu ślubu, nie potrzebuje urzędowej pieczątki, żeby istnieć, a wspólny kredyt nie sprawi, że dwoje ludzi zacznie się lubić.
Gdyby jednak małżeństwa rzeczywiście zaczęły masowo wymierać, najbardziej martwiłabym się o przemysł weselny. Trudno sobie wyobrazić, jak przetrwa cywilizacja pozbawiona możliwości sprzedawania kawałka tortu za cenę obiadu dla czteroosobowej rodziny. Chociaż, znając ludzką pomysłowość, ktoś zapewne wymyśli uroczyste rozwody z orkiestrą i fotografem, a zamiast rzucania ślubnego bukietu będzie się odbywało publiczne palenie wspólnych zdjęć.
Babcia Aniela włoży swoją fioletową sukienkę, a były małżonek przyprowadzi nową ukochaną. Tylko pani rozwódka będzie się zastanawiać, dlaczego do cholery nie urządziła tej imprezy dziesięć lat wcześniej. 😉









