czwartek, 28 maja 2026

Ballada o pustej rolce po papierze toaletowym i innych porannych katastrofach...


Mam chyba zawieszkę. Taką blogową. Nie jakąś tam elegancką, artystyczną pauzę twórczą, podczas której człowiek w lnianej koszuli popija sobie kawę z alternatywnej palarni i kontempluje sens życia, patrząc melancholijnie przez okno na krople deszczu spływające po szybie niczym łzy niespełnionego poety. Nie, nie. U mnie to bardziej przypomina psychiczne leżenie twarzą w kałuży codzienności przy wtórze odkurzacza, korków ulicznych i chichotu losu.

Proza życia i zajęcie zarobkowe pochłonęły mnie bowiem z siłą czarnej dziury, która najpierw pożera człowiekowi czas, potem energię, a na końcu jeszcze godność i ostatnią czystą pidżamę. Moja miłość do blogowania nie osiągnęła jeszcze poziomu himalajskiego szaleństwa, bym zarywała noce niczym natchniona artystka karmiąca się kofeiną, marzeniami i samotnością twórczą. Nie jestem tym typem blogerki, która o drugiej nad ranem siedzi przy laptopie w świetle świec zapachowych i pisze tekst o duchowym znaczeniu fermentowanych buraków.

Około dwudziestej drugiej jestem już człowiekiem mentalnie wyłączonym z eksploatacji. Leżę w pozycji horyzontalnej niczym zwłoki odnalezione po tygodniu w serialu kryminalnym, tyle że w pidżamce w misie i z błogim wyrazem twarzy. Morda mi się cieszy do poduszki, bo oto nadeszła chwila święta - cisza nocna. Żadnych pytań. Żadnych telefonów. Żadnych decyzji. Tylko ja, kołderka, lampka nocna i ten luksusowy stan psychiczny, w którym człowiek nie chce już od życia sukcesu, podróży ani samorealizacji. Chce jedynie, żeby nikt go, do cholery, nie wołał.

Ale noc mija szybko. Zdecydowanie za szybko. Mam wręcz teorię, że sen ludzi pracujących trwa realnie jakieś czternaście minut, reszta to reklamy i loading systemu nerwowego.

Nadchodzi więc poranek, a wraz z nim moje codzienne igrzyska śmierci. Człowiek jeszcze dobrze oka nie otworzy, jeszcze jedna noga tkwi mentalnie w świecie snów, a już rzeczywistość z rozmachem kopie go w zadek niczym wykidajło pod remizą.

Wypełzam z łóżka jak stara jaszczurka po zimowaniu i pierwsze kroki kieruję do toalety. Oczywiście miejscówka przeznaczona dla papieru toaletowego świeci pustką, a samotna tekturowa rolka kiwa się lekko niczym wyschnięty krzew na pustyni. Zawsze mnie fascynuje ten fenomen. Dlaczego faceci nie potrafią założyć nowej rolki papieru? Czy w ich mózgach istnieje jakiś biologiczny mechanizm obronny, który powoduje paraliż kończyn górnych w kontakcie z papierem toaletowym? 

Sięgam więc siedząc na klozecie do zapasów papieru, wyginając się przy tym jak wkurzona skolopendra, i już wtedy wiem, że dzień będzie miał charakter wybitnie edukacyjny dla mojego układu nerwowego.

Potem kuchnia.

Wyciągam puszkę z kawą i oczywiście rozsypuję pół zawartości po blacie oraz podłodze. Kawa rozpryskuje się malowniczo niczym prochy w słabym filmie wojennym. I człowiek stoi nad tym od rana, patrzy w tę brazylijską arabikę walającą się po fugach i myśli:

„Tak. Dokładnie tak wygląda moje życie”. Zamiatam więc tę kawę z godnością kobiety, która już niczemu się nie dziwi. Bo rano człowiek nie sprząta dlatego, że lubi porządek. Rano człowiek sprząta, żeby nie zacząć płakać.

Szczęśliwie udaje mi się zrobić kawę. Nawet mleko się znalazło, co w moim domu jest wydarzeniem niemal mistycznym. Mieszkam bowiem z nocnym wypijaczem mleka. To nie jest zwykły człowiek. To jest mleczny terminator. Istota, która o drugiej trzydzieści siedem nad ranem potrafi wstać i wychłeptać litr mleka z takim skupieniem, jakby ratowała tym ludzkość przed zagładą. Na szczęście pustych kartonów po mleku w lodówce nie zostawia, choć wiem od znajomych kobiet, że istnieją osobniki zdolne wypić kefir, śmietankę czy sok do ostatniej kropli, po czym z namaszczeniem odstawić opakowanie z powrotem do lodówki. Prawdopodobnie liczą, że w warunkach chłodniczych nastąpi cud rozmnożenia nabiału czy innego wyżartego produktu.

No ale nic. Kawa wypita. Owsianka zjedzona. Czas doprowadzić twarz do stanu względnej używalności społecznej.

Idę więc do łazienki zrobić makijaż. I tu właśnie los postanawia przejść od lekkiej złośliwości do regularnej działalności terrorystycznej... Licho mnie podkusiło, żeby użyć pudru w kulkach. Puder w kulkach to, moi drodzy, kosmetyczny odpowiednik granatu odłamkowego. Dopóki stoi spokojnie na półce - wszystko jest dobrze. Ale wystarczy jeden fałszywy ruch i następuje eksplozja...Tak go sprytnie wyjmowałam, że kulki rozsypały się po całej łazience niczym paciorki różańca rozsypane przez egzorcystę podczas walki z demonem. Pod pralkę. Pod szafkę. Gdzieś pod kaloryfer. Reszta prawdopodobnie opuściła lokal i obecnie żyje własnym życiem w innym województwie. Teraz człowieku zbieraj to wszystko o szóstej rano. Klęczę więc na podłodze w pidżamie, z włosem sterczącym jak antena satelitarna podczas wichury, i zbieram te kulki z miną kobiety, która jeszcze pięć minut temu miała ambicje by być spokojnym, zrównoważonym człowiekiem. Wyrzucam resztki pudru do muszli klozetowej i patrzę z rozpaczą, jak kosmetyk za niemałe pieniądze kończy żywot w kanalizacji miejskiej.

I niech mi ktoś powie, że przedmioty martwe nie są złośliwe! Te cholery doskonale wiedzą, kiedy zaatakować. One czekają. Obserwują. Analizują słabości przeciwnika. Kubek spada zawsze wtedy, gdy człowiek jest ubrany na biało. Torebka rozsypuje się wyłącznie na parkingu przed supermarketem, najlepiej przy świadkach. A słuchawki plączą się w kieszeni z takim zaangażowaniem, jakby nocami trenowały makramę.

Pomimo tych wszystkich zamachów na moje zdrowie psychiczne udało mi się finalnie wydostać z domu i dotrzeć do pracy. A potem już było nawet znośnie. Znaczy pewnie wydarzyły się jeszcze jakieś katastrofy, ale po porannych atrakcjach mój układ nerwowy osiągnął stan kompletnego zobojętnienia. Taki wewnętrzny zwis emocjonalny spuszczający wszystko w wirtualnym klozecie. Myślę, że gdyby wtedy ulicą przemaszerował pawian w szlafroku, z wałkami na głowie i paragonem z Biedronki w zębach, a za nim jechał borsuk na hulajnodze elektrycznej, wioząc na plecach kurę z chowu klatkowego i bukiet sztucznych piwonii, spojrzałabym tylko tępo przed siebie i powiedziała:

- No tak. Czwartek.

środa, 20 maja 2026

O życiu, duupach i baranach, czyli felieton nie całkiem optymistyczny...


Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ten mały, pionowy patyczek mruga do mnie z cierpliwością godną tybetańskiego mnicha albo urzędniczki z okienka numer trzy, która już dawno wie, że i tak niczego dziś nie załatwię. Kursor pulsuje spokojnie, a ja patrzę na niego z miną człowieka, który właśnie odkrył, że życie jest trochę jak niedzielny rosół: niby pożywny, ale jeśli je się go codziennie, to w końcu zaczyna się marzyć o kebabie.

Ogarnia mnie czasem coś, co roboczo nazywam zniesmaczeniem życiowym. To nie depresja, broń Boże. Depresja to poważna sprawa, a u mnie to raczej filozoficzna czkawka. Taki stan, kiedy człowiek siedzi i zastanawia się, po co właściwie prasuje ręczniki, skoro za trzy dni i tak będą wyglądały jak zmięta mapa Bałkanów. Po co myje okna, skoro deszcz przychodzi z miną gangstera i w pięć minut robi z nich akwarelę. Po co odpisuje na maile, skoro za chwilę przyjdą trzy kolejne, każdy oznaczony jako „pilne”, choć dwa dotyczą promocji na karmę dla chomików.

Myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb z wdziękiem czołgu na lodowisku. Wtedy dochodzę do wniosków tak dziwacznych, że same się sobie dziwią. A potem, jak to zwykle bywa z wielkimi odkryciami, stwierdzam, że nie ma sensu się nad tym wszystkim rozwodzić. Trzeba po prostu żyć. Miętosić każdy dzień jak paragon znaleziony w kieszeni kurtki. Wstawać, ogarniać rzeczywistość i wykonywać te wszystkie mało ekscytujące aktywności, które składają się na dorosłość. Bo dorosłość to nie są fajerwerki. To raczej niekończąca się seria drobnych zadań. Trzeba zapłacić rachunki, kupić papier toaletowy, umówić dentystę, odebrać paczkę, sprawdzić, dlaczego pralka wydaje dźwięki, jakby w środku trenował zespół metalowy. A między tym wszystkim od czasu do czasu trafia się jakiś moment, który sprawia, że człowiekowi błyszczą oczy. Dobra książka. Rozmowa, po której czujesz, że świat jednak ma sens. Zapach lasu po deszczu. Pierwsze truskawki. Dziecko, które mówi coś tak mądrego, że na chwilę milkniesz. To są te bonusowe sceny, które scenarzysta życia dorzuca nam, żebyśmy nie wyszli z kina w połowie seansu.

Coraz częściej mam wrażenie, że życie w gruncie rzeczy składa się z czekania. Czekamy na weekend, na wakacje, na kuriera, na wypłatę, na odpowiedź, na lepsze czasy, na znak z nieba, na moment, kiedy „wreszcie będzie spokojniej”. Tylko że to „spokojniej” jest jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto widział. Gdy nie mamy na co czekać, robi się podejrzanie. Człowiek chodzi po domu i czuje się jak aktor, który zapomniał kwestii. Coś powinno się wydarzyć, tylko nikt nie dostarczył scenariusza. Z drugiej strony przeraża mnie wizja życia, w którym każdy dzień wygląda identycznie. Pobudka. Kawa. Obowiązki. Obiad. Zmęczenie. Sen. Powtórz. Jakby ktoś włączył tryb „kopiuj–wklej” i zapomniał, że człowiek nie jest dokumentem w Wordzie.

Dlatego nieustannie wymyślam sobie nowe zajęcia. Nowe pomysły, projekty, plany, notatki, listy, szkice, marzenia. W mojej głowie bez przerwy trwa budowa. Rusztowania stoją, betoniarka pracuje, a robotnicy przekrzykują się od świtu do nocy. Jedna myśl dopiero wylewa fundamenty, a już obok druga montuje dach. Trzecia pyta, czy nie warto byłoby dobudować oranżerii.

Czasami zastanawiam się, czy to jeszcze twórczy ferment, czy już mentalny bigos, do którego wrzucono wszystko, co było pod ręką. Nie potrafię skupić się na jednej rzeczy i doprowadzić jej do perfekcji. Ledwo zaczynam jeden projekt, a już za rogiem macha do mnie następny, kusząc jak wystawa cukierni w styczniu, gdy człowiek jest „na diecie”.

Nudzić się? Nie znam tego stanu. Dla mnie nuda jest jak jednorożec. Wszyscy o niej mówią, ale nigdy nie spotkałam jej osobiście. Nawet kiedy śpię, mój mózg nie bierze wolnego. On organizuje nocne zmiany, burze mózgów i narady strategiczne. Nic dziwnego, że czasem budzę się zmęczona, jakbym całą noc przerzucała worki z cementem.

A do tego dochodzi irytacja. Ach, jakże bogaty jest katalog rzeczy, które potrafią mnie zirytować. Głupota – ta bezczelna, rozparta w fotelu i przekonana o własnej genialności. Egocentryzm – czyli sport narodowy polegający na nieustannym polerowaniu własnej duupy do połysku tak intensywnego, że odbija się w niej cały wszechświat, byle tylko nie dostrzec drugiego człowieka.

Bezinteresowna pomoc? Towar luksusowy, niemal kolekcjonerski. Jak skarpetka, która po praniu wraca do szuflady w komplecie. Niby wiadomo, że to możliwe, ale za każdym razem budzi szczere zdumienie. Kiedy ktoś robi coś bez oczekiwania zapłaty, medalu i relacji na Instagramie, traktowany jest jak sympatyczny dziwak. Jakby w XXI wieku altruizm był rodzajem schorzenia.

A przyjaźń? Wielkie słowo. Piękne, wzruszające, pachnące herbatą i długimi rozmowami. Tylko czasem okazuje się, że to konstrukcja z kartonu. Dopóki świeci słońce – wygląda solidnie. Wystarczy jednak pierwszy deszcz prawdziwej potrzeby i cały ten zamek zaczyna się rozklejać. Paradoksalnie to obcy ludzie nieraz okazują więcej serca niż ci, którzy wcześniej składali deklaracje wielkie jak bilbordy przy autostradzie. Bo przyjaźń najłatwiej odmienia się przez wszystkie przypadki przy kawie. Trudniej, kiedy trzeba wstać z kanapy, odłożyć własne święte sprawy i naprawdę coś zrobić. Wtedy nagle okazuje się, że jedni mają „bardzo trudny czas”, drudzy „odezwą się później”, a trzeci właśnie „nie zauważyli wiadomości”. Za to ktoś zupełnie przypadkowy potrafi podać rękę bez przemówienia i wystawiania faktury za człowieczeństwo.

Drażni mnie też materializm, ten współczesny bożek ze złotą kartą płatniczą w dłoni. W świecie, w którym wartość człowieka mierzy się cyframi, pytanie „Ile na tym zarabiasz?” stało się odpowiednikiem dawnego „Jak się masz?”. Jeśli odpowiadasz, że nic, rozmówca patrzy na ciebie z czułością, jaką zwykle rezerwuje się dla ludzi, którzy próbują nauczyć kota aportować.

– Prowadzisz bloga? To świetnie! A ile z tego masz?

– Satysfakcję.

– Nie, ale tak konkretnie?

– Naprawdę satysfakcję.

– Aha… czyli nic.

Wtedy w oczach pytającego pojawia się ten błysk politowania, jakby właśnie odkrył, że dobrowolnie hoduję mniszki lekarskie w salonie. Bo przecież jeśli coś nie przynosi pieniędzy, to musi być stratą czasu. Pasja? Radość tworzenia? Potrzeba dzielenia się czymś z innymi? Proszę nie żartować. Gdzie tu słupek Excela?

A ja chyba rzeczywiście należę do stada baranów. Tych, które czasem zrobią coś bezinteresownie. Tych, które tworzą, choć nikt za to nie płaci. Tych, które wierzą, że dobre słowo ma wartość, nawet jeśli nie da się go wpisać do PIT-u.

Witajcie więc w krainie baranów. Na zielonych halach pasą się osobniki niepraktyczne, sentymentalne i niepoprawnie idealistyczne. Beczą z przejęciem, pomagają sobie nawzajem i czasem z uporem godnym lepszej sprawy robią rzeczy, które „się nie opłacają”.

Proponuję minutę zbiorowego beczenia ku czci wszystkich, którzy jeszcze nie przeliczyli świata wyłącznie na złotówki.

Beeee…

Beeee…

Beeee…

No. Ulżyło mi.

Kursor nadal mruga. Życie nadal jest trochę absurdalne. Ludzie nadal potrafią rozczarowywać, ale też – od czasu do czasu – zaskakiwać dobrem. A ja? Wracam na swoje hale. Do stada innych baranów, które uparcie wierzą, że mimo całego tego chaosu, pośpiechu i codziennego czekania, warto jednak robić swoje. Choćby tylko po to, by od czasu do czasu spojrzeć na migający kursor i pomyśleć z lekkim uśmiechem, że ten cały absurd jest w gruncie rzeczy całkiem znośny.

środa, 13 maja 2026

Dziesięć rzeczy, których lepiej nie mówić kobiecie, która nie chce mieć dzieci...


W naszym społeczeństwie istnieje osobliwa kategoria tematów, które – choć z natury należą do sfery prywatnej – z uporem godnym lepszej sprawy są wyciągane na forum publiczne i obracane w zbiorową debatę. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje kobieca macica, ten niewielki organ, który z niewiadomych przyczyn urasta w oczach otoczenia do rangi dobra narodowego. Wystarczy, że kobieta po trzydziestce, z twarzą spokojną i sumieniem nieobciążonym, oświadczy mimochodem, iż nie planuje potomstwa, a natychmiast uruchamia się dobrze naoliwiona machina komentarzy, westchnień i pouczeń.

Nagle każdy staje się ekspertem od cudzego szczęścia, anatomii, psychologii i planowania emerytalnego. Ciotki, koleżanki z pracy, panie z osiedlowego sklepu, a czasem nawet osoby, które nie potrafią zapamiętać naszego nazwiska, z zaskakującą śmiałością zaglądają tam, gdzie nie zostały zaproszone. Wszystko oczywiście w trosce. Bo przecież nic tak nie usprawiedliwia wścibstwa, jak troska.

Przez lata uzbierał się imponujący katalog złotych myśli, które kobieta bez dzieci słyszy z regularnością godną hejnału mariackiego. Niektóre brzmią jak sentencje wyjęte z taniego poradnika psychologicznego, inne przypominają subtelnością młot pneumatyczny, ale wszystkie łączy jedno przekonanie: że decyzja o nieposiadaniu dzieci jest co najwyżej chwilową fanaberią, którą należy skorygować za pomocą kilku dobrze dobranych sloganów.

„Będziesz szczęśliwsza, kiedy będziesz miała dzieci”

To zdanie bywa wypowiadane z miną człowieka, który właśnie przekazuje tajemnicę wszechświata. Tymczasem szczęście nie jest produktem seryjnym, sprzedawanym według jednego wzoru, w którym pozycja „dziecko” stanowi element obowiązkowy niczym instrukcja obsługi. 
Dla jednej kobiety szczęściem będzie gwar rodzinnego domu, rozrzucone po podłodze klocki i małe dłonie obejmujące ją za szyję. Dla innej – sobotni poranek, cisza, filiżanka mocnej kawy, pies śpiący u stóp i świadomość, że nikt nie pyta, gdzie są jego skarpetki. Trudno rozstrzygnąć, która z tych wizji jest bardziej wartościowa, podobnie jak trudno dowieść, że róża jest szlachetniejsza od jaśminu tylko dlatego, że częściej pojawia się w bukietach.

„Nie mogę sobie wyobrazić, że nie chcesz mieć dzieci”

I bardzo dobrze. Wyobraźnia jest sprawą indywidualną. Ja z kolei nie potrafię pojąć, jak można z entuzjazmem marzyć o dziewięciu miesiącach mdłości, porodzie i wieloletniej odpowiedzialności za drugiego człowieka. A jednak nie kwestionuję prawa innych do takich marzeń. 
Dojrzałość nie polega na tym, by wszyscy pragnęli tego samego, lecz by zaakceptować, że cudze wybory nie muszą być odbiciem naszych własnych.

„Co ty robisz całymi dniami?”

W tym pytaniu pobrzmiewa podejrzenie, że życie bez dzieci przypomina pustynną równinę, po której przetacza się jedynie tumbleweed rodem z westernu. Tymczasem brak potomstwa nie oznacza braku treści. Można pracować, podróżować, pisać, czytać, uczyć się, rozwijać pasje, spotykać się z ludźmi, troszczyć się o bliskich i zapełniać dni po brzegi rzeczami, które mają sens. Nuda nie jest stanem cywilnym.

„Kto poda ci szklankę wody na starość?”

To argument wzruszający w swojej prostocie i równie naiwny, jak wiara w to, że kupno losu na loterię jest strategią emerytalną. Dzieci nie są polisą ubezpieczeniową ani gwarancją opieki. Bywa, że mieszkają na drugim końcu świata, bywają pochłonięte własnym życiem, bywają emocjonalnie nieobecne. Sprowadzanie człowieka na świat z myślą o tym, by kiedyś podał nam kubek z wodą, jest koncepcją tyleż praktyczną, co moralnie osobliwą.

„Dzieci nadają życiu sens”

Jeżeli sens życia można zamknąć wyłącznie w akcie reprodukcji, to ludzka egzystencja jawi się jako przedsięwzięcie zaskakująco ubogie. Sens odnajdujemy w pracy, twórczości, przyjaźni, miłości, podróżach, poznawaniu świata, pomaganiu innym i tysiącu codziennych doświadczeń, które nie mają nic wspólnego z numerem PESEL wpisanym w rubryce „dziecko”.

„Zmienisz zdanie, kiedy urodzisz”

Trudno o bardziej osobliwą logikę. To tak, jakby osobie, która nie chce skakać ze spadochronem, doradzać, by jednak spróbowała, bo być może spodoba jej się lot. 
Macierzyństwo nie jest próbką kosmetyku, którą można przetestować i odstawić, jeśli nie spełni oczekiwań. To decyzja, której skutki rozciągają się na całe życie – zarówno matki, jak i dziecka.

„Powinnaś się pospieszyć, zanim będzie za późno”

Niewiele rzeczy wzrusza bardziej niż nagłe zainteresowanie obcych ludzi stanem naszych jajników. Oczywiście istnieje biologiczny kalendarz, lecz świadomość jego istnienia nie oznacza automatycznej potrzeby dostosowania do niego całego życiowego scenariusza. A jeśli kiedyś pojawi się żal? Cóż, każdy człowiek nosi w sobie jakieś niewykorzystane możliwości. To nieodłączny element dorosłości.

„Jeśli nie rodziłaś, nie znasz prawdziwego bólu”

Życie ma zadziwiającą zdolność dostarczania cierpienia w rozmaitych konfiguracjach, nie pytając uprzednio o historię położniczą. Poza tym trudno zrozumieć, dlaczego doświadczenie bólu miałoby stanowić argument za podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Gdyby tak było, stomatolodzy byliby największymi ambasadorami sensu życia.

„Co mówisz ludziom, gdy pytają, dlaczego nie masz dzieci?”

Najczęściej odpowiadam zgodnie z prawdą, że dobrze mi z moim życiem. Czasem, dla urozmaicenia, dodaję, że praca z ludźmi małymi i dużymi jest najskuteczniejszym środkiem antykoncepcyjnym, jaki wynaleziono. To zwykle wystarcza, by rozmowa, niczym źle zaplanowana wycieczka, dobiegła końca.

„Tik-tak, twój zegar biologiczny tyka”

Być może. Ja jednak od lat nie słyszę żadnego tykania, a jeśli nawet gdzieś w tle pracuje jakiś subtelny mechanizm, najwyraźniej nie ma w zwyczaju wydawać mi rozkazów. Nigdy nie wierzyłam, że życie należy układać według dźwięku metronomu, którego istnienie najczęściej deklarują ci, którzy wyjątkowo chętnie dyrygują cudzym losem.

Najbardziej zdumiewa mnie to, że decyzja o nieposiadaniu dzieci bywa traktowana jak moralna usterka, którą należy niezwłocznie naprawić. Kobieta bezdzietna nadal zbyt często bywa postrzegana jako egoistka, istota niedojrzała albo ktoś, kto najwyraźniej nie zrozumiał instrukcji obsługi własnego życia.
Tymczasem nie ma nic bardziej dojrzałego niż świadomość, czego się chce – i czego się nie chce.
Nie każdy powinien zostać rodzicem. Nie każdy odczuwa taką potrzebę. Nie każdy musi realizować ten sam społeczny scenariusz, według którego po ślubie następuje dziecko, po dziecku drugie, a potem kredyt i rodzinne zdjęcie przy choince. Jedni wybierają macierzyństwo i znajdują w nim spełnienie. Inni wybierają inną drogę i również żyją pełnią życia. Żadna z tych decyzji nie wymaga usprawiedliwienia. Bo w gruncie rzeczy cała ta dyskusja sprowadza się do bardzo prostej prawdy, którą – paradoksalnie – najtrudniej zaakceptować: nie każdy człowiek potrzebuje tego samego, aby czuć, że jego życie jest kompletne.
A jeśli ktoś patrzy na własną codzienność i z cichym, pozbawionym egzaltacji zadowoleniem stwierdza, że jest mu dobrze dokładnie tak, jak jest, to naprawdę nie ma powodu, by poprawiać ten scenariusz wyłącznie dlatego, że komuś innemu bardziej podobałaby się inna wersja.

środa, 6 maja 2026

O swędzących cyckach na dziale mięsnym...

W sklepie...

Stoję sobie grzecznie w kolejce na dziale mięsnym. Cel mam prosty, klarowny i życiowo uzasadniony: dziesięć plasterków salami A i dziesięć plasterków salami B. Misja specjalna od osobistego chłopa domowego, który rzucił tylko lakoniczne:

– Zjadłbym jakieś dobre salami…

Jakie? Ile? Czym się różni od złego salami? Tego już osobisty chłop domowy nie był w stanie doprecyzować, bo po co ułatwiać życie kobiecie. W każdym razie stoję. Czekam. Mentalnie już widzę siebie w domu, jak z triumfem wręczam zdobycz i słyszę:

– Ooo, właśnie o takie mi chodziło.

Albo:

– A nie było tego drugiego?

Przede mną kolejka jak z castingu do filmu obyczajowego klasy średniej: kobieta w dziwnej czapce przypominającej połączenie beretu z pokrowcem na czajnik, pani w kraciastym czymś i ON. Mężczyzna z łysiną połyskującą pod marketowym oświetleniem niczym kula dyskotekowa bieda edition.

Ekspedientka pyta:

– Co dla pana?

I wtedy zaczyna się spektakl.

– Jakąś wędlinkę chciałem… dobrą…

Aha.

No tośmy se postali.

Bo „jakaś dobra wędlinka” to nie jest zamówienie. To jest filozofia życia. To jest temat na trzytomową sagę. To jest hasło wywoławcze dla całego asortymentu mięsnego od Podlasia po Bieszczady.

Pani zza lady zaczyna więc prezentację.

Tu szynka.

Tu baleron.

Tu salceson.

Tu kiełbasa sucha.

Tu kiełbasa mokra.

Tu taka wędzona.

Tu taka mniej wędzona.

Tu „nasza najlepsza”.

Tu „ludzie chwalą”.

Tu „mąż bierze do domu”.

A pan z łysiną ogląda. Gałki oczne pracują. Analizuje. Jakby kupował mieszkanie pod inwestycję, a nie trzydzieści deko mielonki.

– A ta to jakaś taka tłusta…

– A ta za chuda…

– A ta jakaś blada…

– A ta droga…

– A tamta wygląda podejrzanie…

Panie kochany, to nie casting na żonę. To plaster szynki.

A ja stoję z tym swoim skromnym marzeniem o dwudziestu plasterkach salami i czuję, jak opuszcza mnie wola życia. Człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie medytują w górach. Oni po prostu wcześniej stali w kolejce do mięsnego za facetem bez sprecyzowanych oczekiwań.

Może się czepiam. Może jestem upierdliwa. Może układ nerwowy już dawno wypowiedział mi umowę o pracę i przeszedł na działalność gospodarczą. Ale jak widzę chłopa w sklepowej kolejce, to zaczynają mnie swędzieć cycki. I nie, absolutnie nie z ekscytacji. To jest reakcja obronna organizmu. Bo doświadczenie nauczyło mnie jednego: facet w kolejce oznacza kłopoty. Zawsze. No może... prawe zawsze. To jest wręcz fizyka kwantowa handlu detalicznego.

Facet albo:

– nie wie, co chce kupić,

– wie, ale dopiero przy kasie zaczyna się zastanawiać,

– stoi jak sarna na autostradzie,

– pakuje zakupy z prędkością emeryta rozwiązującego sudoku,

– nagle przypomina sobie o „jeszcze jednej rzeczy”,

– szuka portfela jak archeolog zaginionej cywilizacji,

– albo odkrywa przy terminalu, że jednak „chyba nie ma środków”.

I wtedy zaczyna się widowisko pod tytułem: „To może ja przeleję z oszczędności…” A kolejka za nim starzeje się biologicznie.

Najgorszy jest jednak moment pakowania zakupów. Kobieta przy kasie działa jak jednostka specjalna: skan, pak, karta, dziękuję, do widzenia. Trzydzieści siedem sekund i człowieka nie ma. Facet natomiast przeżywa przy kasie osobistą podróż duchową. Najpierw stoi i patrzy, jak kasjerka skanuje. Potem nagle orientuje się, że trzeba pakować. Wtedy zaczyna wkładać produkty do torby pojedynczo, z namysłem godnym jubilera układającego diamenty.

Jogurt.

Przerwa.

Ser.

Rozważenie sytuacji.

Papryka.

Lekki kryzys egzystencjalny.

Paragon.

I oczywiście torba zawsze okazuje się za mała. Albo jej nie ma. Bo po co zabierać torbę do sklepu, skoro można później dramatycznie pytać:

– A reklamówka płatna?

Nieee, dziś gratis. W prezencie od Ministerstwa Chaosu i Kolejkowej Rozpaczy.

Oczywiście – żeby było sprawiedliwie w osądach – kobiety też potrafią człowieka doprowadzić do stanu przedzawałowego. Szczególnie te, które przy kasie nagle przypominają sobie:

– OJ JEZU, JA JESZCZE ŚMIETANY NIE WZIĘŁAM!

I znikają. Po prostu znikają. Zostawiają wózek, męża, dzieci i pół biedronkowego dobytku narodowego na środku przejścia. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że skala zjawiska jest jednak mniejsza. Albo po prostu mój układ nerwowy wybiórczo rejestruje męskie grzechy sklepowo-kolejkowe.

W każdym razie wyszłam z tego sklepu po czterdziestu minutach, psychicznie starsza o siedem lat, bogatsza o salami i biedniejsza o resztki cierpliwości.

A osobisty chłop domowy spojrzał na zakupy i mówi:

– Oooo… a nie było może jeszcze takiego z zielonym pieprzem?