czwartek, 30 lipca 2026

Cud przyszedł po cywilnemu, więc nikt go nie poznał!


Wiele osób oczekuje, że cud przybędzie w towarzystwie fajerwerków, w cekinach i przy akompaniamencie chóru anielskiego. Najlepiej, żeby przy okazji anulował rachunek za prąd, odchudził bez diety i sprawił, że włosy ułożą się same. Dopiero wtedy człowiek łaskawie mruknie: „No dobrze, coś się chyba wydarzyło”.

Druga droga jest mniej widowiskowa, ale za to ciekawsza. Człowiek zauważa, że życie rzadko przysyła cuda limuzyną. Zwykle podrzuca je pod drzwi jak paczkę bez firmowej taśmy: rozmowę w odpowiedniej chwili, czyjąś obecność, wynik badania lepszy, niż się człowiek spodziewał, albo śmiech w dniu, który zapowiadał się jak sernik bez cukru - niby da się przełknąć, tylko po co.

Nie chodzi, rzecz jasna, o to, żeby każdą dziurę w asfalcie uznawać za portal do szczęścia, a życiową katastrofę pakować w celofan wdzięczności. Naiwność jest kiepską kosmetyczką: przypudruje siniaka, ale go nie wyleczy. Chodzi raczej o to, by nie przejść przez własne życie z miną urzędnika od cudów, który wszystko odrzuca, bo pieczątka krzywo, zachwyt nie na tym formularzu, a szczęście przyszło po terminie.

Największy problem z cudami polega nie na tym, że ich nie ma. One po prostu mają fatalny marketing. Nie świecą neonem, nie wysyłają powiadomień i nie krzyczą: „Patrz, właśnie dostałaś coś bezcennego!”. Częściej stoją cicho w kuchni, parzą kawę, pytają, jak się czujesz, albo sprawiają, że mimo wszystkiego nadal chce ci się wstać.

A człowiek? Człowiek potrafi całe życie wypatrywać jednorożca, nie zauważając konia, który od lat cierpliwie niesie go przez wyboje i jeszcze nie zażądał podwyżki.

Dlatego wybieram tę drugą drogę - nie dlatego, że ma mniej zakrętów, lecz dlatego, że więcej na niej widać. Szkoda byłoby dotrzeć do końca i dopiero wtedy odkryć, że cuda czekały na każdym poboczu, a człowiek mijał je obojętnie, uparcie wypatrując wielkiej tablicy z napisem: „CUD - 200 metrów”.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Nocne prykanie utrudnia zasypianie, czyli dlaczego nie należy lekceważyć warzyw po godzinie dwudziestej trzeciej...

Sobotni, późny wieczór należał do tych, które człowiek chciałby zakonserwować w słoiku, postawić na najwyższej półce spiżarni i odkręcać wyłącznie wtedy, gdy dorosłe życie zaczyna za bardzo szarżować z rachunkami, obowiązkami oraz innymi atrakcjami dla ludzi, którzy kiedyś myśleli, że dorosłość polega głównie na jedzeniu lodów przed obiadem. Za oknem panował taki upał, że nawet komary sprawiały wrażenie stworzeń pogodzonych z losem, latały wolniej, bez przekonania, jakby przed każdym ukąszeniem musiały najpierw usiąść i przemyśleć sens własnej egzystencji. W mieszkaniu unosiło się to ciężkie, letnie powietrze, którego nie da się przewietrzyć, schłodzić ani przekupić, gdyż ono po prostu wisi nad człowiekiem jak urzędnik nad źle wypełnionym formularzem.

Mój osobisty chłop domowy już od dłuższego czasu romansował z Morfeuszem w pokoju obok, czyniąc to z oddaniem godnym człowieka, który nie zamierzał przejmować się ani temperaturą, ani inflacją, ani faktem, że gdzieś na świecie ludzie nadal próbują zrobić zdrowy deser, który nie smakuje jak kara za grzechy. Z sypialni dochodziło jego cichutkie pochrapywanie, całkiem zresztą niewinne, bardziej przypominające próbę generalną małej lokomotywy niż pełnoprawny koncert tartaku. Znam Mariana już kilka dobrych lat i przez ten czas życie wykształciło we mnie zdolności, których nie wpisuje się do CV, choć w razie potrzeby mogłyby okazać się bezcenne dla kryminalistyki; gdyby ktoś ustawił przede mną rząd chrapiących chłopów domowych, obcych, półobcych i całkiem przypadkowych, bez wahania wskazałabym właściwego, albowiem są takie akustyczne szczegóły wspólnego życia, które kobieta zapamiętuje nawet wbrew własnej woli.

Ja natomiast rozłożyłam się na kanapie niczym rasowa jaszczurka na rozgrzanym kamieniu, bez kołdry, bez koca i bez najmniejszej chęci przykrywania się czymkolwiek, ponieważ przy tej temperaturze nawet prześcieradło mogłoby zostać uznane za narzędzie tortur. Miałam na sobie coś, co producent prawdopodobnie nazwał piżamą, chociaż równie dobrze mogłaby to być letnia wersja stroju negocjacyjnego z własnym potem. W telewizji leciał jakiś film, którego fabułę porzuciłam po kilku minutach, bo Internet, jak zawsze, podsunął mi temat ważniejszy, głębszy i bardziej niebezpieczny dla psychiki, czyli przepisy na desery z mąki kokosowej.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale Internet ma w sobie coś z nadgorliwej ciotki na weselu, która raz usłyszy, że człowiek lubi sernik, i od tej pory prześladuje go sernikiem we wszystkich możliwych wydaniach. Wystarczyło, że jeden jedyny raz zainteresowałam się kokosankami z mąki kokosowej bez cukru, a algorytm natychmiast uznał, że odkryłam powołanie, misję życiową oraz nową religię. Kokosanki bez cukru, placuszki kokosowe bez cukru, brownie kokosowe bez cukru, chleb kokosowy bez sensu, naleśniki kokosowe bez nadziei, a gdybym przewinęła jeszcze trochę niżej, zapewne znalazłabym kurs stolarski „Zbuduj altankę z mąki kokosowej”. Mąka kokosowa zaczęła mnie prześladować z takim zapałem, jakby podpisała ze mną umowę abonamentową i teraz miała prawo wyskakiwać z każdego zakątka ekranu, lodówki oraz sumienia.

Kiedy zegar przekroczył jedenastą, doszłam do wniosku, że dalsze udawanie osoby aktywnej społecznie, intelektualnie i kulinarnie nie ma najmniejszego sensu, ponieważ mój organizm przeszedł właśnie w tryb „nie pytaj, nie wymagaj, śpij”. Dokonałam więc wieczornych ablucji, które w tym upale bardziej przypominały próbę odświeżenia ogórka zostawionego na parapecie, po czym wsunęłam się do łóżka właściwego z nadzieją, że za chwilę dołączę do Mariana w krainie snów, gdzie być może panuje klimat umiarkowany, a mąka kokosowa nie ma dostępu do Wi-Fi.

Nie zdążyłam jednak porządnie ułożyć głowy na poduszce i wejść w ten przyjemny stan, w którym człowiek jeszcze niby istnieje, ale już nie odpowiada za swoje myśli, kiedy usłyszałam odgłos tak osobliwy, że mój mózg natychmiast przerwał procedurę zasypiania i włączył tryb śledczy. Nie był to huk, stukot ani trzask, nie brzmiał też jak coś, co powinno wymagać telefonu do administracji, straży pożarnej lub egzorcysty. Był to dźwięk cichy, stłumiony i nieśmiały, coś pomiędzy pękającą bańką mydlaną a miniaturowym wyznaniem winy.

Po kilku sekundach odezwał się ponownie, potem raz jeszcze, już z pewną dozą bezczelności, jakby pierwszy odgłos tylko wybadał teren, a kolejne uznały, że skoro nikt nie protestuje, można kontynuować działalność. Leżałam nieruchomo, z oczami utkwionymi w ciemność, usiłując nadać temu zjawisku nazwę godną dorosłej kobiety, ale język polski, ze swoją całą poetyckością, chrząszczami brzmiącymi w trzcinie i deszczami jesiennymi, w tej konkretnej sytuacji nie pozostawiał mi szerokiego pola manewru.

To było pryknięcie, tylko w wersji demonstracyjnej, kieszonkowej, jakby ktoś zamówił je z katalogu dla początkujących i nie odważył się jeszcze przejść na pełny pakiet.

Pierwszym podejrzanym, z przyczyn całkowicie naturalnych i zgodnych z wieloletnią praktyką domową, został oczywiście Marian. Oddaliłam jednak ten trop niemal natychmiast, ponieważ znałam możliwości mojego osobistego chłopa domowego na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to nie był jego styl, jego tonacja ani jego skala wykonawcza. Marian, gdyby już miał w tej dziedzinie zaistnieć, zrobiłby to z rozmachem człowieka, który nie bawi się w półśrodki, podczas gdy tutaj miałam do czynienia z czymś skromnym, filigranowym, prawie pensjonarskim. To było pryknięcie, które mogłoby nosić kapelusik, przepraszać za kłopot i pytać, czy może wejść.

Zaczęłam więc nasłuchiwać dalej, a moja wyobraźnia, jak zwykle w sytuacjach wymagających spokoju, postanowiła wejść na scenę w cekinach i przejąć całe przedstawienie. Przez chwilę rozważałam, czy przypadkiem nie mamy myszy, co samo w sobie byłoby już wystarczająco nieprzyjemne, ale myszy wydające z siebie dyskretne pierdnięcia otwierały zupełnie nowy, niepokojący rozdział zoologii domowej. Wyobraziłam sobie małą gryzoniową rodzinę siedzącą gdzieś za szafką po wspólnej, obfitej kolacji z resztek znalezionych tu i ówdzie; w tej wizji ojciec-mysz z powagą mówi do dzieci: „Cicho, bo usłyszy”, po czym wszyscy solidarnie zawodzą własnym układem pokarmowym.

Po chwili uznałam jednak, że nawet jak na moje mieszkanie byłoby to zbyt dziwne i przerzuciłam się na hipotezę sąsiedzką. Bloki mają przecież akustykę, która potrafi z człowieka zrobić mimowolnego uczestnika cudzych dramatów, remontów, kłótni małżeńskich, ćwiczeń na orbitreku i rozmów telefonicznych prowadzonych tonem odprawy wojskowej. Niewykluczone więc, że sąsiad z góry zjadł późną kolację złożoną z fasolki, cebuli i życiowych błędów, a nasz strop, zamiast zachować się jak przyzwoita przegroda budowlana, postanowił zrobić mi transmisję na żywo z jego prywatnej walki o przetrwanie.

Im dłużej leżałam, tym bardziej czułam się jak bohaterka kryminału klasy B, w którym nie ginie człowiek, tylko nie wiadomo co, a główny trop prowadzi przez jelita, wentylację i kuchnię. W głowie odtwarzałam plan mieszkania, analizowałam kierunek rozchodzenia się dźwięku, porównywałam natężenie kolejnych pryknięć i zaczynałam już niemal żałować, że nie mam notesu, latarki oraz takiego skupionego wyrazu twarzy, jaki mają detektywi w serialach, kiedy pochylają się nad śladem buta w błocie. W moim przypadku śladu buta nie było, błota również, za to gdzieś w ciemności co kilka sekund rozlegało się „pryk”, które z każdą chwilą nabierało charakteru osobistej zniewagi.

I wtedy mnie olśniło z taką siłą, że gdyby w pokoju była kamera, można by ten moment wykorzystać w programie popularnonaukowym jako przykład nagłego triumfu ludzkiego rozumu nad absurdem.

Cieciorka.

Przecież w kuchni od kilku godzin moczy się pół kilograma cieciorki, ponieważ mój osobisty chłop domowy zapowiedział na jutro produkcję pasztetu. Ciecierzyca, zwana również grochem włoskim, choć nie mam pojęcia, co Włosi zrobili, żeby wplątać ich w tę historię, leżała sobie w garnku, chłonęła wodę, pęczniała, naprężała skórki i najwyraźniej co pewien czas któreś ziarno przeżywało własny mały przełom egzystencjalny.

Wszystko zaczęło układać się w całość tak logiczną, że przez chwilę byłam z siebie dumna. Nie każdy potrafi w środku nocy rozwiązać zagadkę akustyczną przy pomocy wiedzy o roślinach strączkowych, zwłaszcza będąc półprzytomnym, przegrzanym i świeżo po kontakcie z mąką kokosową. Poczułam się jak Sherlock Holmes w wersji kuchennej, który zamiast lupy ma zmęczenie, zamiast doktora Watsona śpiącego Mariana, a zamiast zbrodni garnek pełen bezczelnych ziaren.

Niestety, radość z odkrycia trwała krótko, ponieważ do głosu doszedł mój umysł ścisły, który zazwyczaj milczy całymi tygodniami, żeby potem obudzić się w najgorszym możliwym momencie i zadać pytanie, po którym człowiek już wie, że nie zaśnie. Pół kilograma cieciorki to przecież nie jest kilka sztuk, które można by personalnie upomnieć i poprosić o ciszę nocną. To jest całe osiedle. Miasteczko. Strączkowa aglomeracja z pełną infrastrukturą, radą mieszkańców i zapewne własnym regulaminem wspólnoty.

Nie miałam pojęcia, ile ziaren mieści się w pięciuset gramach, ale intuicja podpowiadała mi, że stanowczo zbyt wiele jak na porę po jedenastej. Jeśli każde z nich zamierzało choć raz zakomunikować światu, że właśnie pękła mu skórka, czekał mnie koncert na kilkaset, a może kilka tysięcy solowych występów. Co gorsza, zaczęłam zastanawiać się, czy każde ziarno robi to tylko raz, czy może istnieją egzemplarze bardziej ekspresyjne, które pękają etapami, z dramaturgią, w trzech aktach i z bisem. A jeśli są tam ziarna dominujące, typy przebojowe, liderzy opinii, które zaczęły pierwsze, żeby dać przykład reszcie? A jeśli właśnie w garnku trwa zebranie wspólnoty cieciorkowej pod hasłem „Pękajmy razem, siostry i bracia, niech ta baba z sypialni wie, że żyjemy”?

Leżałam więc w tym upale, otoczona nocą i własnym obłędem, coraz wyraźniej rozumiejąc, że zostałam jedynym świadkiem wydarzenia, którego nikt normalny nie uznałby za warte uwagi, a jednak ja nie mogłam już go zignorować. Człowiek może udawać, że jest ponad pewne rzeczy, może czytać książki, płacić podatki, interesować się światem, a potem przychodzi noc, garnek zaczyna prykać i cała cywilizacyjna fasada odpada z niego jak źle położony tynk.

W końcu niechętnie zwlekłam się z łóżka, z tym rodzajem cierpienia, jaki zna każdy, kto właśnie znalazł w miarę chłodne miejsce na prześcieradle i musi je opuścić z powodu roślin strączkowych. Powędrowałam do kuchni, starając się zachować powagę osoby dorosłej, choć trudno o godność, gdy idzie się przez mieszkanie po to, żeby uciszyć cieciorkę. Garnek stał dokładnie tam, gdzie go zostawiliśmy, niewinny, spokojny, wręcz zwyczajny, jakby nie organizował właśnie nocnego festiwalu akustycznego dla jednej zirytowanej kobiety.

Pochyliłam się nad nim i przez chwilę patrzyłam na tę beżową masę ziaren zanurzonych w wodzie, które wyglądały tak niewinnie, że gdyby nie dowody dźwiękowe, można by im jeszcze współczuć. W środku jednak trwało prawdziwe życie towarzyskie. Co kilka sekund któreś ziarenko najwyraźniej dochodziło do wniosku, że to jest jego moment, jego scena, jego szansa na zaistnienie w historii domowej gastronomii, po czym wydawało z siebie kolejne cichutkie „pryk”, niepozorne, ale wystarczająco irytujące, by kobieta w środku nocy zaczęła rozważać, czy strączki mają świadomość i czy można im grozić konsekwencjami.

Moja interwencja była szybka, stanowcza i godna służb porządkowych wyspecjalizowanych w zamieszkach roślinnych. Nałożyłam pokrywkę na garnek, zamknęłam drzwi do kuchni i uznałam, że skoro cieciorka musi się artystycznie realizować, niech robi to w warunkach kameralnych, bez udziału publiczności z sypialni. Nie będę przecież negocjować z grochem włoskim o ciszę nocną, zwłaszcza że nie miałam pewności, czy mówi po polsku, włosku, czy tylko w języku krótkich emisji gazowych.

Wróciłam do łóżka z poczuciem dobrze wykonanej misji, choć muszę przyznać, że przez kilka minut nadal nasłuchiwałam, czy za drzwiami kuchni nie wybuchnie bunt. Wyobrażałam sobie, jak cieciorka, oburzona nałożeniem pokrywki, zwołuje nadzwyczajne posiedzenie, podczas którego najbardziej napęczniałe ziarno wchodzi na łyżkę i przemawia do reszty: „Towarzysze, próbują nas uciszyć, ale nie po to moczymy się od sześciu godzin, żeby teraz milczeć”. Na szczęście kuchnia zachowała względną dyskrecję, Marian dalej spał snem człowieka, którego ominęło najważniejsze śledztwo dekady, a ja w końcu odpłynęłam, choć z poczuciem, że granica między spokojnym wieczorem a absurdem jest cienka jak skórka na namoczonej ciecierzycy.

Następnego dnia z tej wyjątkowo wygadanej cieciorki powstał pasztet tak dobry, że Marian, po pierwszej kromce, przybrał minę zawodowego degustatora, który właśnie odkrył produkt zdolny zakończyć kilka konfliktów zbrojnych, po czym oznajmił, że wszystkie sklepowe pasztety powinny natychmiast przejść na emeryturę, najlepiej bez prawa do odprawy. Trudno było się z nim nie zgodzić, bo niektóre przemysłowe wyroby pasztetopodobne wyglądają tak, jakby do maszynki trafiała nie tylko świnia, ale również pół chlewa, fragment ciągnika, dwóch rolników, przypadkowy geodeta, worek trocin i jeszcze ktoś z działu księgowości, żeby masa miała odpowiednią strukturę.

Jadłam ten pasztet z mieszanymi uczuciami, ponieważ z jednej strony był naprawdę pyszny, a z drugiej miałam świadomość, że każda kromka zawiera historię nocnych występów, których byłam jedyną, nieproszoną i stanowczo zbyt trzeźwą publicznością. Marian zachwycał się konsystencją, smakiem i przyprawami, a ja patrzyłam na talerz z miną człowieka, który wie o tej potrawie zdecydowanie za dużo i ma poważne podejrzenia, że przed trafieniem na chleb prowadziła bogatsze życie towarzyskie niż niejeden emeryt na turnusie w Ciechocinku ;)

sobota, 25 lipca 2026

Pióro w obcych rękach zawsze robi kleksy, czyli życie bez cudzej korekty...

Zadziwiające, ilu ludzi zna właściwą fabułę naszego życia, choć własną piszą najwyraźniej na kolanie, tępym ołówkiem i podczas jazdy autobusem po kocich łbach. Wiedzą, kiedy powinnyśmy wyjść za mąż, urodzić dziecko, zmienić pracę, schudnąć, przytyć, zapuścić włosy, obciąć włosy i koniecznie „trochę odpuścić”, przy czym sami trzymają się swoich problemów z zacięciem kolekcjonera rzadkich znaczków.

Najbardziej przedsiębiorczy próbują nawet przejąć nasze pióro. Dopisują obowiązki, wykreślają marzenia, poprawiają charakter czerwonym długopisem i na marginesie zostawiają uwagę: „Stać cię na więcej”. Człowiek jeszcze nie zdąży dobrze rozpocząć rozdziału, a już zbiera się komisja literacka złożona z cioci, sąsiadki, koleżanki i przypadkowego internauty.

Tymczasem własne życie nie jest pracą zbiorową ani dokumentem udostępnionym wszystkim do edycji. Można przyjąć dobrą radę, skorzystać z korekty, a nawet przepisać cały rozdział, jeśli fabuła zaczęła przypominać brazylijską telenowelę połączoną z instrukcją obsługi pralki. Ostateczna wersja powinna jednak należeć do nas - razem z przecinkami postawionymi w dziwnych miejscach, nieplanowanymi zwrotami akcji i zakończeniami, których nikt poza nami nie rozumie.

Jeśli już popełniać błędy, to przynajmniej własnym charakterem pisma. Cudze kleksy wyjątkowo trudno spiera się z życiorysu.

środa, 22 lipca 2026

Kiedyś najlepsza przyjaciółka, dziś tylko reakcja pod zdjęciem, czyli gdzie znikają kobiece przyjaźnie...

Kiedyś była pierwszą osobą, do której dzwoniłaś po każdej życiowej katastrofie oraz po tych wydarzeniach, które obiektywnie katastrofą nie były, ale wymagały natychmiastowego posiedzenia sztabu kryzysowego. Wiedziała, że twoje „nic się nie stało” oznacza mniej więcej tyle, co komunikat o niewielkim zadymieniu wydany przez człowieka stojącego po kolana w pogorzelisku. Rozpoznawała po sposobie, w jaki mówiłaś „cześć”, czy należy otwierać wino, paczkę chusteczek, czy może listę mężczyzn, których wspólnie należało uznać za pomyłkę ewolucji.

Znała nazwisko twojej pierwszej miłości, numer mieszkania drugiej, znak zodiaku trzeciej i powód, dla którego czwarty do dziś powinien omijać twoje miasto obwodnicą. Widziała cię bez makijażu, bez pieniędzy oraz w spodniach, których istnienia obie przysięgłyście nigdy nikomu nie ujawniać. Ty wiedziałaś, jak naprawdę wygląda jej matka, zanim przyjdą goście, co oznacza przeciągłe milczenie jej partnera i gdzie ukrywa słodycze przed rodziną, chociaż rodzina od lat doskonale znała to miejsce i jedynie podtrzymywała narodową tradycję udawania.

A dzisiaj?

Dzisiaj ona publikuje zdjęcie hortensji, ty zostawiasz pod nim czerwone serduszko i oto cała wasza przyjaźń mieści się w ikonce serwowanej przez media społecznościowe. Algorytm odnotował aktywność, sumienie podbiło kartę obecności, można rozejść się do obowiązków.

Najdziwniejsze jest to, że przecież nic się nie wydarzyło. Nie było zdrady, awantury, huku odkładanej słuchawki ani dramatycznego „dla mnie nie istniejesz”, po którym człowiek natychmiast sprawdza, czy osoba nieistniejąca obejrzała jego relację. Żadna nie powiedziała niczego niewybaczalnego. Żadna nie wyjechała na drugi koniec świata. Czasami mieszkacie nawet w tym samym mieście, zaledwie kilka ulic od siebie, ale odległość między wami mierzy się już nie w kilometrach, tylko w liczbie miesięcy od ostatniego „musimy się koniecznie spotkać”.

„Musimy się koniecznie spotkać” jest zresztą jednym z najbardziej osobliwych zdań w kobiecym słowniku. Brzmi jak plan, choć najczęściej pełni funkcję eleganckiego nagrobka dla relacji. Wypowiadamy je z energią działaczek społecznych, które właśnie powołały komitet organizacyjny, po czym żadna nie proponuje daty, miejsca ani nawet roku.

- Koniecznie!

- Może po wakacjach?

- Jasne!

Nie ustalono jedynie, po których.

Kiedyś spotykałyśmy się bez kalendarza, aplikacji i konsultacji z trzema domownikami. Wystarczało: „Będę za pół godziny”. Dziś umówienie kawy dwóch dorosłych kobiet przypomina organizację międzynarodowego szczytu pokojowego. Jedna może we wtorek, ale tylko do siedemnastej. Druga w czwartek, pod warunkiem że mąż będzie się lepiej czuł, córka nie przywiezie wnuków, pies przestanie kaszleć, a człowiek odpowiedzialny za naprawę pralki rzeczywiście przyjdzie między ósmą rano a końcem cywilizacji.

Życie nie wchodzi między przyjaciółki z łomem. Ono wciska się dyskretnie: jednym zebraniem w pracy po godzinach, chorobą rodzica, problemem dziecka, przeprowadzką, rozwodem, zmęczeniem, którego nie da się już przykryć drugim pudrem. Najpierw przekładamy jedno spotkanie, później drugie, a następnie zaczynamy orientować się w swoim życiu na podstawie zdjęć. A więc była nad morzem. Zmieniła fryzurę. Syn skończył szkołę. Kupiła nowy stół. O ważnych wydarzeniach dowiadujemy się razem z czterystoma innymi osobami, z których połowa to byli współpracownicy, a reszta ludzie poznani kiedyś na weselu kuzynki lub pogrzebie pradziadka.

Internet stworzył zresztą niezwykle wygodną protezę bliskości. Nie trzeba pytać, co słychać, ponieważ wszystko widać. A raczej widać starannie wybrane dowody na to, że coś słychać. Zostawiamy serduszko pod zdjęciem urodzinowego tortu, kciuk pod informacją o awansie i smutną buźkę pod wiadomością o stracie. Obsłużyłyśmy przyjaźń w trzech kliknięciach, jak rachunek za prąd. Bez rozmowy, bez ciszy po drugiej stronie słuchawki, bez ryzyka, że ktoś naprawdę odpowie na pytanie: „Jak się trzymasz?”.

Czasami jednak prawda jest mniej romantyczna: nie tylko brakuje nam czasu. Bywa, że przestałyśmy się mieścić we własnych życiach.

Niektóre przyjaźnie powstają, ponieważ przez kilka lat siedzimy w tej samej szkolnej ławce, pracujemy z tym samym nieznośnym człowiekiem albo wspólnie przeżywamy etap, w którym dzieci śpią wyłącznie wtedy, gdy matka stoi na jednej nodze i nuci kołysankę głosem umierającego wieloryba. Łączy nas miejsce, sytuacja, wspólny wróg lub identyczny poziom niewyspania. To wystarcza, żeby pokochać drugą osobę prawdziwie, lecz nie zawsze wystarcza, żeby iść obok niej przez całe życie.

Po prostu zmieniamy się. Czasami jedna rusza dalej, a druga nadal chce rozmawiać o tym samym szefie, choć żadna nie pracuje z nim od dwunastu lat. Jedna nauczyła się stawiać granice, druga traktuje każdą granicę jak płot, który należy sforsować z pretensją i torbą pełną cudzych spraw. Jedna potrzebuje rozmowy, druga publiczności. Po spotkaniu z niektórymi kobietami człowiek wraca lżejszy, nawet jeśli przyszedł z życiem zapakowanym w trzy reklamówki problemów. Po spotkaniu z innymi trzeba poleżeć w ciszy i doładować psychikę jak telefon, który przez dwie godziny służył za nawigację.

My, kobiety, mamy jednak osobliwy talent do konserwowania relacji, które dawno przestały nam służyć. Zostałyśmy wychowane w przekonaniu, że dobra kobieta pamięta, wybacza, podtrzymuje kontakt, wysyła życzenia i nie sprawia nikomu przykrości, nawet jeśli sama po każdej rozmowie czuje się jak ścierka po generalnym sprzątaniu dworca. Skoro przyjaźniłyśmy się przez dwadzieścia lat, należy kontynuować. Jak abonament, którego nie potrafimy wypowiedzieć, bo konsultant może się zrobić smutny.

Tyle że długość znajomości nie jest certyfikatem jej jakości. Historia to nie kajdanki. Można być komuś wdzięczną za wspólne lata i jednocześnie nie chcieć dopisywać następnych. Można kochać osobę, którą przyjaciółka była kiedyś, i nie umieć już rozmawiać z kobietą, którą stała się dzisiaj. Można też uczciwie przyznać, że to my przestałyśmy być dla niej tym, czego potrzebowała. W każdej kończącej się przyjaźni nie musi przecież występować czarny charakter. Czasami są tylko dwie porządne kobiety, które doszły do różnych stacji i z uprzejmości przez kilka lat udają, że nadal jadą tym samym pociągiem.

Nie każda cisza oznacza jednak koniec. Są przyjaźnie, które potrafią przespać kilka miesięcy, a potem obudzić się bez pretensji, rozczochrane i gotowe rozmawiać dalej. Nie prowadzą listy obecności, nie wystawiają rachunku za każde nieodebrane połączenie i nie wymagają, żeby życie było wysprzątane przed wizytą. Prawdziwa przyjaciółka potrafi wejść do naszego bałaganu bez białej rękawiczki i komisji sanitarnej. Rozumie, że czasami nie dzwonimy nie dlatego, że przestałyśmy kochać, lecz dlatego, że ledwie dajemy radę być przytomne.

Jak więc rozpoznać, czy przyjaźń tylko przycichła, czy już umarła?

Może po tym, co czujemy na myśl o spotkaniu. Czy chcemy przy niej zdjąć zbroję, czy przeciwnie - prasujemy ją, polerujemy i sprawdzamy, czy dobrze leży. Czy możemy powiedzieć prawdę, czy musimy prezentować wersję życia po retuszu. Czy po rozmowie mamy więcej siły, czy zastanawiamy się, gdzie człowiek składa wniosek o zwrot zużytej energii.

Kobiece przyjaźnie rzadko znikają w jednym spektakularnym momencie. Częściej rozpływają się między zakupami, pracą, rodziną, opieką nad rodzicami i wiecznym „odezwę się w spokojniejszym tygodniu”, choć spokojniejszy tydzień jest stworzeniem równie mitycznym jak jednorożec na etacie. Nie urządzamy im pogrzebu. Nie dostajemy urlopu na żałobę. Czasami mijamy dawną przyjaciółkę w sklepie i rozmawiamy uprzejmie jak dwie byłe pracownice tej samej firmy, które podpisały klauzulę poufności.

A przecież taka strata potrafi boleć. Wraz z przyjaciółką tracimy także kobietę, którą byłyśmy przy niej. Tę młodszą, naiwniejszą, bardziej szaloną, która mogła zadzwonić o drugiej w nocy i zacząć od słów: „Tylko się nie denerwuj”. Tracimy świadka własnego życia, depozytariuszkę historii, których dziś nie opowiedziałybyśmy nikomu bez konsultacji z prawnikiem.

Może dojrzałość nie polega więc na tym, żeby każdą przyjaźń utrzymać przy życiu za wszelką cenę. Może chodzi o to, aby wiedzieć, o którą warto zawalczyć, do której trzeba wreszcie zadzwonić, a której pozwolić spokojnie odejść bez aktu oskarżenia i publicznej sekcji zwłok.

Nie każda przyjaźń musi trwać wiecznie, żeby była prawdziwa. Niektóre kobiety przeprowadzają nas przez najtrudniejszy fragment drogi, a potem skręcają gdzie indziej. Były ważne. Były bliskie. Były nasze. Tyle że już nie są.

A serduszko pozostawione pod zdjęciem? Czasami jest marnym zamiennikiem rozmowy. Czasami wyrzutem sumienia w czerwonym kolorze. Ale czasami znaczy po prostu: „Nie ma mnie już obok ciebie. Jednak pamiętam, że kiedyś byłam. I cieszę się, że wtedy byłyśmy razem”.

wtorek, 14 lipca 2026

Szef, teściowa i inne zjawiska atmosferyczne, czyli wizualizacja ratunkowa...


Nie lubisz swojego szefa? Na samą myśl o rozmowie z nim w cztery oczy jelita zaczynają Ci trenować akrobatykę artystyczną, przewracają się na drugą stronę i wiążą w supełki godne harcerskiego obozu przetrwania? Spotkanie z teściową wywołuje u Ciebie syndrom nagłego, głębokiego i emocjonalnego przywiązania do muszli klozetowej? A może wystarczy, że ktoś powie: „Musimy porozmawiać”, a Twoje ciało natychmiast uruchamia tryb ewakuacji wewnętrznej?

Spróbuj wizualizacji.

Tak, wiem. Brzmi podejrzanie. Jak coś, co powinno występować w pakiecie z matą do jogi, olejkiem lawendowym i człowiekiem mówiącym spokojnym głosem: „Poczuj swoje wewnętrzne źródełko”. Ale spokojnie. Nie będziemy tu wchodzić boso do lasu, przytulać brzozy ani szeptać do własnej śledziony. Mówimy o narzędziu prostym, niepozornym i - co najważniejsze - dostępnym nawet wtedy, gdy człowiek siedzi naprzeciwko kogoś, kto właśnie testuje wytrzymałość jego układu nerwowego.

Weźmy spotkanie z szefem.

Niekoniecznie musisz się go bać. Może nie jest potworem z horroru, który wyskakuje zza ekspresu do kawy z tabelką Excela w zębach. Może po prostu wywołuje w Tobie dziesiąty stopień poirytowania, tuż przed fazą, w której zaczynasz rozważać, czy zszywacz biurowy może zostać użyty jako narzędzie zbrodni. Siedzisz więc, słuchasz i obserwujesz, jak Twój przełożony roztacza przed Tobą kolejną fantastyczną wizję zmian. Oczywiście takich zmian, które mają wynieść na wyżyny społeczne przybytek radości, w którym pracujesz, a przy okazji sprawić, że wszyscy będą pracować więcej, szybciej, taniej i najlepiej z wdzięcznością wypisaną na czole.
Dodatkowo załóżmy, że szef nie jest przesadnie podatny na przyjmowanie pomysłów szarego pracownika X. W jego oczach pracownik X posiada iloraz inteligencji wystarczający do obsługi krzesła, kubka oraz poleceń służbowych, ale już niekoniecznie do posiadania własnej opinii. Siedzisz więc grzecznie, kiwasz głową, a w środku Twoja dusza powoli osuwa się po ścianie jak przegrzana galaretka.

I wtedy wkracza wizualizacja.

Wyobraź sobie, że Twój szef ma na sobie strój pluszowego karczocha. Albo brokułu. Albo wielkiej, miękkiej brukselki z oczami człowieka, który właśnie tłumaczy strategię rozwoju firmy na kolejne pięciolecie. Nagle sprawa wygląda inaczej. Dramat traci ostre krawędzie. Groza służbowego monologu zostaje obita watoliną. Twój wyraz twarzy nabiera wymiaru dużo bardziej interesującego, bo z jednej strony nadal próbujesz wyglądać jak osoba zaangażowana zawodowo, a z drugiej walczysz o to, żeby nie parsknąć śmiechem wprost w pluszowy autorytet.
Wypluszowanie agresywnego szefa również może sprawdzić się w praktyce. Szef-postrach, który normalnie przypomina skrzyżowanie kontrolera biletów, smoka wawelskiego i niezapowiedzianego audytu, po mentalnym ubraniu w różowe futerko traci nieco na sile rażenia. Nadal może mówić rzeczy nieprzyjemne, nadal może mieć władzę i nadal może patrzeć na Ciebie wzrokiem człowieka, który wie, gdzie w systemie kadrowym znajduje się przycisk „problemy”, ale jednak - umówmy się - trudno drżeć przed kimś, kto w Twojej głowie ma puchaty ogonek.

Drugi klasyk: wystąpienia publiczne.

Kto je lubi? Są oczywiście jednostki podejrzane, które na hasło „proszę powiedzieć kilka słów” wstają z uśmiechem, poprawiają marynarkę i nagle stają się Cyceronem po espresso. Ja do nich nie należę. Ja należę raczej do grupy osób, które w takiej sytuacji czują, jak język zmienia się w sucharka, myśli rozbiegają się jak stado spanikowanych kur, a serce zaczyna wybijać rytm godny perkusisty na weselu po północy.
Publika wcale nie musi liczyć pięciuset osób, żeby człowiek poczuł się jak ofiara rytualna. Są ludzie, którzy tracą rezon już na urodzinach cioci Maryni, kiedy trzeba powiedzieć „zdrowia, szczęścia” i nie wyjść przy tym na człowieka, który pierwszy raz korzysta z aparatu mowy. A gdyby tak wyobrazić sobie, że nasza publika to kolorowe galaretki owocowe? Albo misie Haribo, które siedzą grzecznie w rzędach i podskakują na swoich żelowych zadkach? Od razu robi się lżej. Bardziej strawnie. Mniej jak sąd ostateczny, a bardziej jak deser po obiedzie.

Oczywiście takie przykłady można mnożyć bez końca, bo wyobraźnia jest jak spiżarnia babci - człowiek zagląda tylko na chwilę, a tam okazuje się, że wszystko jest: kompot, dziwne słoiki, coś podpisane „na później” i jeszcze miejsce na kolejne absurdy.
Wizualizacja może pomóc w różnych sytuacjach. W kolejce do urzędu, kiedy pani w okienku patrzy na Ciebie tak, jakbyś przyszedł z zamiarem osobistego zburzenia porządku administracyjnego państwa. Na rodzinnym obiedzie, gdy wujek po raz trzeci zaczyna wykład o tym, że „kiedyś to było”. W rozmowie z osobą, która mówi dużo, długo i z takim przekonaniem, że człowiek zaczyna tęsknić za ciszą piwnicy.

Ale - bo zawsze jest jakieś „ale”, nawet w pluszowym świecie - wizualizacje mają swoją małą pułapkę. Jeśli człowiek zapędzi się za daleko, konsekwencje mogą być nieciekawe. Bo wizualizacja wizualizacją, ale twarz mamy jedną i niestety bywa zdradziecka. Usta mogą drgnąć. Oko może błysnąć. Z przepony może wydobyć się nieautoryzowany rechot. A wtedy cała misterna konstrukcja psychologicznego mechanizmu obronnego wali się jak domek z kart ustawiony na pralce w trakcie wirowania.

Dlatego ten mechanizm trzeba ćwiczyć. Najlepiej na obiektach, ze strony których nie grożą nam poważne sankcje. Spotkania rodzinne, grono znajomych, neutralne sytuacje towarzyskie - to są dobre poligony doświadczalne. Tam najwyżej ktoś uzna, że jesteś zmęczona, rozkojarzona albo masz specyficzne poczucie humoru. W gabinecie szefa sprawa jest bardziej delikatna. Tam niekontrolowany wybuch śmiechu może zostać odczytany jako brak szacunku, a nie jako spontaniczny efekt uboczny ujrzenia przełożonego w roli nadmuchanego brokułu.

Wiem, co mówię.

Moja własna wizualizacja, o której wspominałam kiedyś w jednym z komentarzy na blogu, skończyła się wyrzuceniem z zajęć na studiach. Zajęcia były nudne w sposób wybitny. Nie zwyczajnie nudne, nie „trochę przydługie”, tylko nudne tak, że czas przestawał płynąć i zaczynał kapać z sufitu. Prowadzący mówił, mówił i mówił, a każde kolejne zdanie było jak dodatkowa warstwa kołdry narzucona na resztki przytomności.
W pewnym momencie mój organizm, próbując ratować się przed całkowitym intelektualnym rozkładem, uruchomił tryb awaryjny. Zaczęłam wyobrażać sobie, że chłop prowadzący zajęcia ma na sobie różowy, pluszowy strój króliczka. Nie jakiś subtelny akcent. Nie niewinne uszka. Całość. Pełen kostium. Futro, brzuch, łapki, ogon. Monumentalny królik akademicki przemawiający do studentów z powagą człowieka, który wierzy, że właśnie przekazuje światu prawdy fundamentalne.

Niestety, popełniłam błąd strategiczny. Podzieliłam się tą wizją z koleżanką siedzącą obok. A to był moment, w którym rozsądek spakował walizkę i wyszedł bez pożegnania.
Zaczęłyśmy wzajemnie dokarmiać tę wizualizację, dorzucając kolejne szczegóły z życia ogromniastego pluszaka. Że poprawia uszko. Że wskakuje na katedrę. Że ma puchaty ogonek, który podryguje przy szczególnie ważnych fragmentach wykładu. Że po zajęciach kica do pokoju pracowników naukowych i tam, z godnością przynależną pluszowej zwierzynie wyższej uczelni, pije herbatę z termosu.
Oczywiście skończyło się to wybuchem niekontrolowanego śmiechu. Takiego, którego nie da się zatrzymać żadną znaną ludzkości metodą. Człowiek zaciska usta, odwraca głowę, udaje kaszel, myśli o rzeczach smutnych, o rachunkach, o podatkach, o przemijaniu - i nic. Śmiech idzie z trzewi jak lawa. Jedna parska, druga się trzęsie, pierwsza próbuje się opanować, druga kwiczy w zeszyt i już po wszystkim.
Prowadzący nie zdzierżył dwóch hien wyjących ze śmiechu w środku jego poważnego akademickiego monologu i wywalił nas za drzwi. Czy było nam przykro? No cóż. Nie przesadzajmy z tym dramatem. Po pierwsze, zajęcia były nudne. Po drugie, na korytarzu mogłyśmy wreszcie dać upust rechotowi blokowanemu w trzewiach. Po trzecie, różowy królik już na zawsze pozostał z nami jako dowód na to, że ludzki umysł w sytuacji zagrożenia potrafi wyprodukować rzeczy piękne, straszne i niebezpieczne jednocześnie.

Taki obrót spraw niekoniecznie powinien mieć jednak miejsce w gabinecie szefa. Dlatego wizualizacje trzeba trzymać w ryzach. One są jak przyprawy. Szczypta potrafi uratować potrawę, ale jeśli wsypiesz całe opakowanie, wszyscy przy stole zaczynają płakać, a ktoś otwiera okno.

Moim zdaniem wizualizowanie to naprawdę przydatna umiejętność. Czasami z niej korzystam, żeby ubarwić swój codzienny żywot, zmniejszyć poziom stresu, odsunąć od siebie lęk albo przynajmniej sprawić, że rzeczywistość przestaje wyglądać jak źle oświetlony korytarz w urzędzie. Niektóre momenty życia łatwiej przeżyć, kiedy człowiek na chwilę odcina się od nich w taki trochę bajkowy, trochę absurdalny sposób.
Świat bywa męczący. Ludzie bywają trudni. Szefowie bywają pluszoodporni tylko do czasu. A my, zamiast od razu eksplodować, możemy czasem po cichu ubrać kogoś w kostium królika, brukselki albo galaretki malinowej i przetrwać jeszcze jeden dzień bez strat w ludziach.

Polecam. Tylko ostrożnie. Pluszowy królik potrafi zaatakować w najmniej odpowiednim momencie ;)

wtorek, 7 lipca 2026

Dzieci PRL-u, czyli haute couture z papieru toaletowego...

Dzieci PRL-u były osobnym gatunkiem przyrodniczym. Nie do końca dzikim, ale też absolutnie nieudomowionym. Hodowanym na oranżadzie w proszku, trzepaku, kolanach zdartych do żywego mięsa i niejasnym przeczuciu, że świat jest wielki, kolorowy i chwilowo niedostępny w sklepie.

Nie mieliśmy wszystkiego. Właściwie, gdyby się uprzeć, nie mieliśmy prawie niczego w dzisiejszym rozumieniu dziecięcego dobrobytu. Nie było tabletów, aplikacji, psychologicznych poradników dla rodziców zatytułowanych „Jak rozmawiać z dzieckiem, które odmówiło zjedzenia brukselki i szpinaku”. Nie było zabawek edukacyjnych rozwijających jednocześnie motorykę małą, inteligencję emocjonalną i przyszłą zdolność kredytową. Były za to kapsle, patyki, guma Donald, jeśli los był łaskawy, oraz nieprzebrane zasoby wyobraźni, która w tamtych czasach pracowała na trzy zmiany, bez wolnych sobót i bez deputatu węglowego.

Dziecko PRL-u potrafiło zrobić dom z koca, sklep z parapetu, laboratorium chemiczne z octu i sody, a dramat antyczny z faktu, że ktoś mu podprowadził najlepszy kamień spod klatki. Z kawałka sznurka powstawał system komunikacji miejskiej, z kartonu - luksusowy apartament, a z braku wszystkiego - wszystko. Niedobór był naszym pierwszym nauczycielem plastyki, techniki, filozofii i kombinowania.

Moje dzieciństwo, jako się rzekło, wypełzło na świat w czasach, gdy papier toaletowy bywał niemal dobrem ceremonialnym. Nie był to miękki, pachnący rumiankiem obłoczek do delikatnych partii człowieczeństwa, tylko szary, chropowaty traktat o gospodarce centralnie planowanej. Produkt, który nie tyle służył, ile przypominał, że ciało też musi znać swoje miejsce w ustroju.

I właśnie z tego materiału, proszę państwa, pewnego pięknego popołudnia postanowiłyśmy stworzyć modę.

Miałam wtedy, w porywach, lat dziesięć i jako nasienie ze śląskiej, zakurzonej ziemi zostałam wysłana nad morze, na tak zwaną Zieloną Szkołę. Wiadomo: jod, zdrowie, klimat, wychowanie zbiorowe i tajemnicze ośrodki kolonijne, w których zapach pasty do podłogi, mokrych ręczników i zupy mlecznej mieszał się z aromatem polskiej pedagogiki wyjazdowej. Zakwaterowano nas, sześć dziewcząt, w jednym pokoju - był to skład wystarczający do założenia tajnego stowarzyszenia, przeprowadzenia przewrotu politycznego albo urządzenia konkursu piękności.

Wybrałyśmy trzecią opcję.

Tak narodziły się Wybory Miss Papieru Toaletowego.

Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy dorosłej kobiety, która teoretycznie powinna już mieć w sobie jakiś rozsądek, nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, skąd w dziesięcioletnich dziewczynkach wziął się impuls, by się rozebrać i odziać w papier toaletowy. Freud pewnie usiadłby ciężko w fotelu, Jung zapalił fajkę, a współczesny terapeuta zaproponowałby „przyjrzenie się potrzebie ekspresji poprzez materiał deficytowy”. My natomiast po prostu uznałyśmy, że to świetny pomysł.

Oczywiście materiału nie kupiłyśmy, bo po pierwsze: nie miałyśmy pieniędzy, po drugie: nie było gdzie, po trzecie: PRL nie znał pojęcia „szybko dokupić”. Papier został więc pozyskany metodą gospodarczą z okolicznych klozetów korytarzowych. Nie nazwę tego kradzieżą, bo z perspektywy dziecka był to raczej akt redystrybucji zasobów na potrzeby kultury wysokiej.

Zaczęła się gala.

Każda z nas była jednocześnie uczestniczką, jurorką, stylistką, scenografką i publiką. Samowystarczalność instytucjonalna godna małego państwa. Kreacje szeleściły majestatycznie, choć ich trwałość pozostawiała wiele do życzenia. Szary papier układał się na ciele mniej więcej tak, jak betonowa płyta na rabacie różanej, ale nam wydawało się, że ocieramy się o paryskie wybiegi. Tylko że Paryż miał Diora, a my korytarzowy sedes i rolkę zdobyczną.

Nagroda była równie wykwintna jak oprawa konkursu: spory kawałek pieczonej kiełbasy w bułce. Jedna z koleżanek przywiozła ją z domu jako suchy prowiant, co już samo w sobie brzmi jak początek raportu sanepidu. Podróż ze Śląska nad morze trwała wówczas tyle, że człowiek po drodze mógł nie tylko zgłodnieć, ale i przemyśleć sens istnienia, rozpad Układu Warszawskiego oraz własną przyszłość emerytalną. Kiełbasa przejechała tę trasę, potem poleżała dwa dni w pokoju, dojrzewając zapewne do roli biologicznej niespodzianki.

Ale dla nas była trofeum. Nie czekoladowym medalem, nie dyplomem z brokatem, nie voucherem na warsztaty kreatywności. Kawałek kiełbasy w bułce był wtedy niczym królewski diadem spoczywający na aksamitnej poduszce. W imię tej kiełbasy byłyśmy gotowe owijać się papierem, tańczyć, prężyć i znosić upokorzenia artystyczne, które w dzisiejszych czasach mogłyby zostać opisane w doktoracie o performansie dziecięcym w realiach niedoboru.

Zajęłam drugie miejsce.

Do dziś uważam, że mogło być pierwsze, gdyby nie nieprzewidziany sabotaż ze strony łóżka. W konkurencji finałowej należało dziko, ekspresyjnie owinąć się papierem przy akompaniamencie pieśni kolonijnej wykonywanej przez współlokatorki. Wpadłam w trans. Byłam ruchem, emocją, szeleściłam jak manifest wolności osobistej. Niestety podczas jednego z bardziej wyszukanych piruetów potknęłam się o łóżko i część mojej kreacji uległa poważnym zniszczeniom. A wiadomo: kiedy suknia wieczorowa z papieru toaletowego rozpada się w półobrocie, cierpi nie tylko konstrukcja, ale i wyraz artystyczny.

Miss została koleżanka. Kiełbasę wygrała, ale świnią nie była, więc się podzieliła. I tu właśnie zaczyna się drugi akt dramatu, ten, w którym grecki chór powinien wejść na scenę i zaśpiewać: „Nie jedzcie tego, dzieci, bo los już szczerzy kły”.

Zjadłyśmy.

Pazernie, radośnie, bezrefleksyjnie, z ufnością właściwą istotom, które nie wiedzą jeszcze, że jedzenie przechowywane przez dwa dni w kolonijnym pokoju może mieć własne plany wobec układu pokarmowego.

Noc nadeszła ciężka jak wyrok. Kiełbasa postanowiła wrócić do świata żywych. Nie sama, oczywiście. Z honorową eskortą naszych żołądków, jelit, godności osobistej i resztek papierowej mody. W pokoju rozpoczął się armagedon gastryczny. Jedne z nas dostąpiły zaszczytu dopchania się do muszli klozetowej, inne zaprzyjaźniły się z umywalką, a jeszcze inne z dowolnym fragmentem przestrzeni, który akurat nie uciekał. Rzygałyśmy jak koty, choć koty mają w tym jednak więcej elegancji.

Rankiem weszła wychowawczyni.

I zastygła.

To nie był widok dla człowieka o słabej konstrukcji psychicznej. Pokój wyglądał jak miejsce, w którym moda, gastronomia i układ trawienny zawarły pakt samobójczy. Papierowe resztki, pościel po przejściach, sześć bladych dziewczynek o twarzach filozofów po kontakcie z absolutem. Wychowawczyni najpierw chyba próbowała zrozumieć, potem oddychać, a potem wydała polecenie, które do dziś brzmi mi w pamięci jak rozkaz z frontu: Prać! Prać wszystko!

Prałyśmy więc w miskach zapaskudzoną pościel naszymi dziesięcioletnimi rączkami. Było to zadanie z pogranicza survivalu, pokuty i edukacji domowej. Himalaiści mają swoje ośmiotysięczniki, my miałyśmy kolonijne prześcieradła. Oni tracą oddech na wysokości, my - przy miskach.

Z tamtego wyjazdu wyniosłam jedną ważną lekcję: stara kiełbasa i konkursy miss są źródłem kłopotów. Dlatego w późniejszym życiu starałam się unikać jednego i drugiego. Polska, rzecz jasna, straciła niepowtarzalną okazję poznania murowanej kandydatki na Miss Świata, ale trudno. Historia zna większe tragedie, choć zapewne nie wszystkie pachniały starą kiełbasą i paradowały w papierze toaletowym.

Współczesne dzieci mają inne dzieciństwo. Bardziej sterylne, bardziej monitorowane, bardziej sfotografowane. Każdy ich występ ma dokumentację w chmurze, każdy uśmiech trafia do galerii, a każdy problem można nazwać, opisać i skonsultować. My mieliśmy podwórko, niedobór, instynkt samozachowawczy w wersji testowej i dorosłych, którzy często dowiadywali się o naszych przedsięwzięciach dopiero wtedy, gdy trzeba było coś wyprać, odkazić albo ukryć przed kierownikiem kolonii.

Nie twierdzę, że było lepiej. To byłoby zbyt łatwe i zbyt sentymentalne. PRL nie był krainą beztroski, tylko rzeczywistością, która dzieciom również potrafiła przyprawić gębę dorosłości szybciej, niż powinno się to dziać. Ale jednego odmówić nam nie można: umieliśmy z niczego zrobić wydarzenie. Z braku - spektakl. Z papieru toaletowego - suknię. Z podejrzanej kiełbasy - wspomnienie na całe życie.

Jeżeli więc jacyś rodzice martwią się, że mają dziwne dziecko, niech odetchną. Dziwność bywa po prostu młodocianą odmianą wyobraźni. Czasem owija się w papier toaletowy, czasem organizuje konkurs piękności o kiełbasę, czasem kończy nocą przy muszli klozetowej, ale zazwyczaj jakoś z tego wyrasta.

Ze mnie wyrosła kobieta w miarę ogarnięta. A przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że nieświeżej kiełbasy nie należy jeść, papier toaletowy ma zastosowanie raczej użytkowe niż wieczorowe, a dzieciństwo - nawet to szare, chropowate i reglamentowane - potrafi po latach zaszeleścić w pamięci jak najdziwniejsza suknia świata ;)

środa, 1 lipca 2026

Letnia mina biologiczna, czyli natura też ma poczucie humoru ;)


Tekst inspirowany wieloletnim doświadczeniem autorki, która z pazernością ma relację długą, burzliwą i sezonowo odnawialną ;) 

Czereśnie to owoce, które udają wakacyjną przyjemność, a w rzeczywistości są sezonowym testem na chciwość, naiwność i odległość do najbliższej toalety. Leżą na straganie jak rubiny dla klasy średniej po wypłacie, błyszczą bezwstydnie, kosztują tyle, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w cenie jest chociaż konsultacja z sadownikiem albo mały akt własności gałęzi, po czym i tak kupuje kilogram lub więcej, bo najwyraźniej rozsądek też ma sezon urlopowy. 

Czereśnia nie ma w sobie uczciwości niedojrzałego agrestu, który od razu wali po twarzy kwasem i mówi: „Będzie nieprzyjemnie, mała!”. Nie ma charakteru porzeczki, po której człowiek czuje, że obcuje z owocem wychowanym twardą ręką. Czereśnia udaje pluszową przekąskę dla ludzi w lnianych koszulach, po czym po cichu organizuje w brzuchu posiedzenie sztabu kryzysowego. Czereśnia to słodka cwaniara w czerwonym lakierze, owocowy odpowiednik osoby, która na początku randki mówi, że „nie lubi dram”, a po dwóch godzinach płacze w łazience i pisze do byłego.

Najpierw zjadasz jedną, oczywiście kontrolnie, bo przecież trzeba ocenić jakość towaru. Potem drugą, ponieważ pierwsza mogła być statystycznym wyjątkiem. Potem trzecią, ciemniejszą, bardziej obiecującą, z tym głupim ogonkiem sterczącym jak antenka nadająca sygnał: „No chodź, słodziaku!”. W pewnym momencie miska zaczyna pustoszeć szybciej niż konto po wizycie w aptece, a ty nadal udajesz, że to nie jest obżarstwo, tylko kontakt z naturą.

Najbardziej bezczelne w czereśniach jest to, że człowiek nie potrafi ich jeść normalnie. Nikt rozsądny nie siada przy stole i nie mówi: „Spożyję teraz dwanaście sztuk, a następnie zakończę czynność”. Nie. Czereśnie żre się w transie, półświadomie, z ręką pracującą jak taśma produkcyjna w zakładzie przetwórstwa głupoty. Pestki lądują w misce, ogonki na stole, sok na palcach, a w brzuchu powoli otwiera się oddział interwencyjny pod hasłem: „Kto wpuścił tę czerwoną hołotę?”.

Czereśnia, choć wygląda jak niewinne maleństwo z reklamy zdrowego lata, w większej ilości zachowuje się jak lokator, który najpierw mówi, że będzie cicho, a po północy wnosi perkusję, kuzyna z akordeonem i dmuchany basen. Fruktoza robi swoje, błonnik dokłada od siebie, sorbitol puka w rury, a jelita zaczynają dyskutować tak głośno, że człowiek przez chwilę sprawdza, czy przypadkiem nie połknął dożynkowej orkiestry dętej z Kraśnika Dolnego.

I wtedy, w szczycie tej biochemicznej farsy, przychodzi pomysł genialny jak zakup białych spodni na grilla: „Popiję wodą!”.

Życzliwe donoszę, że woda po czereśniach nie jest niewinnym napojem. To nie jest wsparcie trawienia ani elegancki gest człowieka dbającego o nawodnienie. To jest naciśnięcie wielkiego, czerwonego guzika z napisem: „Uruchom procedurę błotnego odrzutu”. Człowiek jeszcze siedzi, jeszcze próbuje wyglądać jak obywatel stabilny wewnętrznie, ale jego brzuch już drukuje bilety w jedną stronę, a łazienka nagle przestaje być pomieszczeniem sanitarnym i staje się strategicznym punktem ewakuacji ludności cywilnej.

Najgorsze, że czereśnie mają opinię porządnego owocu. Przy chipsach przynajmniej wiadomo, że podpisujesz cyrograf z tłuszczem i solą. Przy kebabie o pierwszej w nocy nikt nie udaje, że bierze udział w programie profilaktyki zdrowotnej. A czereśnie? Proszę bardzo: sezonowe, polskie, naturalne, pełne słońca, dzieciństwa i innych kłamstw, którymi człowiek smaruje sobie sumienie, gdy wciąga trzecią garść i zaczyna słyszeć w jelitach marsz wojsk pancernych.

Po wszystkim przychodzi etap refleksji, czyli siedzenie bez gwałtownych ruchów i składanie sobie obietnic, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien traktować poważnie. Że następnym razem mniej. Że tylko miseczka. Że bez popijania. Że człowiek dorósł, zrozumiał, wyciągnął wnioski i nie da się już zmanipulować owocowi wielkości kulki z łożyska wyjętego z maszyny, która pamięta jeszcze PGR.

Co jest najgorsze? Następnego dnia znowu przejdziesz obok straganu, zobaczysz te czerwone, wypolerowane małe prowokatorki i zamiast zachować resztki instynktu samozachowawczego, zapytasz o cenę takim tonem, jakby wczorajsze wydarzenia dotyczyły kogoś słabszego psychicznie, a incydenty defekacyjne stanowiły przypadkowy element egzystencji kobiety w wieku średnim ;)