sobota, 3 października 2026

Dziś jestem leniwcem i proszę mnie nie szturchać, czyli sobota pod znakiem majestatycznego zwisu...

Sobota.

Syndrom piżamowca pospolitego dopadł mnie dziś z całą bezwzględnością i najwyraźniej nie zamierza odpuścić. Piżama przejęła władzę nad moim ciałem, umysłem oraz wszelkimi planami rozwojowymi - o ile takie w ogóle zaistniały. Włóczę się więc bez składu i ładu po chałupie, wykonując ruchy pozorowane między kuchnią, kanapą a łazienką i ze zdumieniem obserwuję, jak czas przecieka mi między palcami szybciej niż pieniądze po wypłacie.

Jest dopiero… właściwie już… nieważne która godzina. Mam niejasne przeczucie, że za chwilę ocknę się w niedzielę wieczorem z przysłowiową ręką w nocniku, stertą niewykonanych obowiązków i świadomością, że poniedziałek właśnie ostrzy sobie na mnie zęby.

Nic sensownego dziś nie zrobię. Już to wiem.

Przeprowadziłam nawet kilka poważnych rozmów sama ze sobą. Były argumenty, kontrargumenty, próby perswazji, drobny szantaż emocjonalny i wizja poniedziałkowego biegu do roboty z wywalonym jęzorem. Bez rezultatu. Organizm odmówił współpracy. Wyszło ze mnie prawdziwe dzikie zwierzę... Leniwiec. Brakuje mi tylko stosownej gałęzi, kawałka tropikalnego lasu oraz biologicznego przystosowania pozwalającego przeżyć kilka godzin bez konieczności robienia sobie herbaty. Mogłabym wtedy zawisnąć majestatycznie pod konarem, przyjąć minę istoty całkowicie pogodzonej z bezsensem ludzkiej gonitwy i zabijać wzrokiem liście „szalejące” na wietrze, którego nie ma. Od czasu do czasu przekręciłabym głowę. Powoli. Żeby się nie przemęczyć.

Miałam sprzątać. Oczywiście. Ubrania porzucane tu i ówdzie podczas minionego tygodnia zaczynają już tworzyć własne struktury społeczne. Te z krzesła patrzą na mnie z wyrzutem. Te z fotela najwyraźniej pogodziły się z losem. Jedna skarpeta od dwóch dni wystaje spod łóżka i sprawia wrażenie, jakby próbowała uciec. Wszystkie liczą na akt łaski. Szafa albo pralka. Nie jestem jednak dziś człowiekiem zdolnym do podejmowania tak doniosłych decyzji.

Po podłodze walają się tak zwane koty. Jeszcze nie miauczą, ale dajmy im czas. Jeśli dalej będę je ignorować, być może do jutra wykształcą układ nerwowy, zaczną reagować na imię i trzeba będzie kupować karmę.

Na stole nastąpiło natomiast cudowne rozmnożenie wszelakiej maści dupereli. Są papiery, paragony, gumki do włosów, długopisy, ładowarki, kubek, który nie pamięta już swojej pierwotnej funkcji, i kilka przedmiotów, o których pochodzeniu nie wiem absolutnie nic. Podejrzewam działalność sił nadprzyrodzonych. Nie ma przecież możliwości, żebym sama to wszystko tam położyła.

W zlewie Armagedon talerzowo-garczano-sztućcowy. Gdyby perfekcyjna pani domu weszła teraz do mojego mieszkania, zapewne najpierw zbladłaby, potem zrobiła znak krzyża, następnie zadzwoniła po odpowiednie służby, a na końcu zażądała dla mnie publicznej egzekucji ku przestrodze innych niewiast.

Moje poczucie estetyki, o dziwo, nie cierpi szczególnie. Od czasu do czasu tylko odzywa się mały wyrzut sumienia. Muszę dziada czymś ogłuszyć. Najlepiej słodkim. Czekolada ma tę cudowną właściwość, że po jej spożyciu wyrzuty sumienia nie znikają, ale człowiek przestaje się nimi szczególnie przejmować.

Zamierzałam też zrobić parę rzeczy papierzanych do roboty. Ale na tym polu moja piżama również wykazuje zdecydowany brak zainteresowania współpracą. Poza tym jest sobota. A kto przy zdrowych zmysłach produkuje papiery w sobotę? Papiery muszą dojrzeć. Leżą więc cierpliwie i czekają na lepsze czasy albo na pojawienie się znanego od wieków systemu motywacyjnego zwanego nożem na gardle. Jest to metoda niezwykle skuteczna. Nagle człowiek odkrywa w sobie pokłady energii, o których istnieniu wcześniej nie miał pojęcia, potrafi wykonać trzydniową robotę w dwie godziny i jeszcze zrobić sobie kawę. Na razie jednak nóż znajduje się gdzieś daleko. Możliwe, że nawet w innym województwie. Nie ma więc powodów do gwałtownych ruchów.

Planowałam iść na basen. Naprawdę planowałam. Strój przygotowany, dobre chęci teoretycznie gdzieś były, nawet przez chwilę widziałam siebie oczami wyobraźni jako kobietę aktywną i wysportowaną. Potem spojrzałam za okno. Deszcz. No i kto idzie na basen, kiedy pada? Rozumiem, że z logicznego punktu widzenia jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego. Basen jest przecież pomieszczeniem zamkniętym, a człowiek i tak zamierza dobrowolnie wejść do wody. Ale mój system nerwowy nie był dziś w stanie poskładać tych dwóch zjawisk w symbiotyczną całość. Deszcz oznacza przecież, że jest mokro. Basen także oznacza, że jest mokro. Dwa razy mokro jednego dnia? Nie szalejmy. Zadowolę się popołudniowym prysznicem. Poranny właśnie odjechał ostatnim autobusem, bo na zegarze za chwilę będzie 14.30, a piżama nadal przylega do mnie z determinacją bluszczu wspinającego się po ruinach starego zamczyska.

W planach było też napisanie posta… O! I proszę. To mi się chyba udało. Może więc dzień nie jest całkowicie stracony? Dobra. Koniec tych pobożnych życzeń. Nie posprzątam dziś mieszkania, nie popełnię prania, nie wypoleruję rodowych sreber. Nie przepłynę iluś tam basenów, nie uporządkuję papierów w segregatorach i nie rozpocznę nowego życia od godziny 15.00. Będę natomiast snuła się po domu w piżamie, zaglądała do lodówki bez wyraźnego powodu, piła to i owo, jadła coś, czego nie planowałam jeść, i od czasu do czasu spoglądała na bałagan rozmyślając o złotej rybce spełniającej trzy życzenia, która specjalizuje się w domowych bajzlach. Czyli zrobię dokładnie to, czego domaga się dziś mój wewnętrzny leniwiec. 

Mam tylko nadzieję, że moje sobotnie lenistwo zostanie mi kiedyś wybaczone na Sądzie Ostatecznym. A jeśli istnieje reinkarnacja, to za karę nie zostanę ponownie zesłana na Ziemię jako perfekcyjna pani domu. Tego już sobie nie wyobrażam, a wyobraźnię mam bujnie rozrośniętą. Ja o szóstej rano z uśmiechem prasująca kolorowe ścierki i planująca etapy porządkowania kuchennych szafek? O nie! Są jednak granice ludzkiego cierpienia. Poza tym każdemu od czasu do czasu należy się dzień, w którym największym osiągnięciem jest przejście z kanapy do kuchni bez konieczności odpoczynku po drodze. I nazwijmy go jak chcemy: Dzień lenia. Dzień piżamy. Dzień majestatycznego zwisu. 😉

środa, 30 września 2026

Donoszę wyłącznie z troski, czyli napompowane usta w akcji...

Każda porządna plotka zaczyna się od świadectwa moralności:

- Ja się naprawdę nie interesuję cudzym życiem…

Chwilę później ta sama osoba wie już, kto wyszedł z czyjego mieszkania, dlaczego niósł sernik i co oznaczało jego spojrzenie na klatce schodowej.

Plotka nie potrzebuje solidnych fundamentów. Wystarczy jej jeden fakt - jak guzik przy płaszczu. Resztę można sobie doszyć. Zwyczajna informacja wyrusza więc w świat w płaskich butach, a po kilku rozmowach wraca w wypasionych szpilkach, w futrze, z wachlarzem i przeszłością, której nigdy nie miała.

Fascynujące jest to, że nikt plotki nie wymyślił. Każdy jedynie „coś słyszał”, "coś przeczytał", „tak tylko skojarzył” albo „powtarza, broń Boże, bez przekonania”. Plotka jest zatem literaturą bez autora, za to z wyjątkowo licznym zespołem redakcyjnym.

Plotkarz również nie ocenia. On się martwi. Tak intensywnie, że musi poinformować kilkanaście osób, zanim troska odbije mu się na układzie krążenia. I w taki oto sposób człowiek dowiaduje się, że porzucił męża w towarzystwie widowiskowej awantury, choć mąż siedzi obok, je pierogi i pyta, czy jest jeszcze słodka śmietana.

Prawda mogłaby oczywiście zażądać sprostowania. Tylko kto chciałby jej słuchać? Przyszła cichaczem, bez krzykliwego makijażu i stosu dokumentów. Plotka tymczasem podjechała limuzyną, wystawiła przez okno powiększone usta i sztuczne rzęsy oraz z wdziękiem pomachała tłumowi. 😉

sobota, 26 września 2026

Za dobrze sobie radzisz, kochanie, czyli dramat kobiety, której nie ma już czym zaimponować...

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sprawa była stosunkowo prosta, ponieważ mężczyzna miał przynieść do domu wypłatę, naprawić cieknący kran, zabić pająka i od czasu do czasu wykazać się znajomością tajemnej wiedzy dotyczącej bezpieczników, podczas gdy kobieta miała patrzeć na niego z podziwem odpowiednim dla człowieka, który właśnie ocalił rodzinę przed zwarciem instalacji elektrycznej. Dzisiaj sytuacja nieco się skomplikowała, gdyż współczesna kobieta sama zarabia, kran dokręca kluczem znalezionym po obejrzeniu trzyminutowego filmu na YouTubie, pająka wynosi w słoiku, a kiedy wysiada prąd, zanim mężczyzna zdąży powiedzieć: „Daj, zobaczę”, ona już sprawdziła korki, zadzwoniła do administracji i wie, że awaria obejmuje pół osiedla.

W tym miejscu zaczynają się problemy natury romantycznej...

Okazuje się bowiem, że na świecie pojawił się nowy, wyjątkowo niebezpieczny gatunek kobiety: kobieta, która sobie radzi. Ma pracę, konto, samochód, własne zdanie i numer telefonu do hydraulika, który naprawdę przychodzi wtedy, kiedy obiecał, co samo w sobie jest kapitałem porównywalnym z nieruchomością w centrum Warszawy. Potrafi sama pojechać na wakacje, zamówić stolik w restauracji, skręcić regał, kupić wino i otworzyć je bez konieczności biegania po sąsiadach z pytaniem, czy w domu znajduje się jakiś mężczyzna posiadający korkociąg oraz odpowiednią ilość testosteronu.

Kiedyś nazywało się to zaradnością i rodzice byli dumni. Dzisiaj internet potrafi człowiekowi wyjaśnić, że właśnie przez tę zaradność jest samotny.

Podobno kobiety stały się zbyt niezależne, zbyt wykształcone, zbyt wymagające i generalnie tak potwornie kompetentne życiowo, że biedny amant staje w progu ich uporządkowanego świata i nie bardzo wie, co mógłby do niego wnieść poza ładowarką do telefonu, których właścicielka i tak ma trzy.

Rzeczywiście, sytuacja mężczyzny zrobiła się trudniejsza, ponieważ samo pojawienie się już nie wystarcza. Dawniej facet z samochodem miał przewagę konkurencyjną. Dziś kobieta ma własny samochód, assistance, aplikację pokazującą ceny paliwa i mechanika, któremu ufa bardziej niż połowie rodziny. Dawniej można było powiedzieć: „Znam świetne miejsce na weekend” i wywołać dreszcz ekscytacji, teraz zaś kobieta w ciągu siedmiu minut sprawdzi owo świetne miejsce w internecie, przeczyta sto osiemdziesiąt siedem opinii, obejrzy łazienkę na zdjęciach satelitarnych i odkryje, że romantyczny pensjonat „z widokiem na góry” stoi za stacją benzynową, a widok pojawia się wyłącznie wtedy, gdy człowiek wejdzie na pralkę i wychyli się przez okno w łazience.

Nie znaczy to jednak, że kobieta samowystarczalna nie potrzebuje mężczyzny. Potrzebuje, tylko niestety coraz rzadziej potrzebuje go do czegokolwiek, co można wpisać w instrukcję obsługi gospodarstwa domowego.

Skoro nie potrzebujemy już faceta do wniesienia szafy na czwarte piętro, odwiezienia nas na dworzec, wymiany żarówki ani zapewnienia bytu, pozostaje niezwykle niewygodne pytanie: po co właściwie mamy go wpuszczać do domu?

Jak wiemy wpuszczenie mężczyzny do domu nie jest decyzją pozbawioną konsekwencji. Obcy człowiek zaczyna bowiem zajmować pół łóżka, choć śpi dokładnie na środku, odkłada kubek dwa centymetry od zmywarki i z czasem wprowadza do łazienki kosmetyk typu „8 w 1”, którym według producenta można umyć włosy, twarz, ciało, samochód oraz prawdopodobnie kostkę brukową.

Żeby zgodzić się na tak poważną ingerencję w ekosystem, kobieta powinna jednak coś z tego mieć...

Wbrew obiegowej opinii wcale nie chodzi o BMW, sześciopak na brzuchu ani kolację za czterysta złotych, podczas której kelner trzy razy opowiada historię pomidora leżącego na talerzu. Kobieta, która potrafi sama zapłacić za kolację, nie mdleje już na widok karty kredytowej wysuniętej z męskiego portfela. O wiele bardziej imponuje jej człowiek, który pamięta, co mówiła tydzień temu, nie traktuje „zobaczymy” jako oficjalnej formy planowania przyszłości i potrafi przeprowadzić rozmowę o emocjach bez zachowywania się tak, jakby właśnie kazano mu własnoręcznie wykonać kolonoskopię.

Tymczasem współczesny rynek randkowy bywa miejscem osobliwym, na którym spotykają się ludzie wyposażeni w doświadczenia, oczekiwania, lęki, kredyty hipoteczne oraz zdjęcia profilowe sprzed siedmiu lat. Każdy chce autentyczności, choć wcześniej przepuszcza kandydatów przez zestaw filtrów, każdy szuka szczerości, chociaż na pytanie „czego właściwie szukasz?” odpowiada „zobaczymy, co życie przyniesie”, jak człowiek siedzący na przystanku bez sprawdzania, czy w ogóle jeździ tędy autobus.

Do tego dochodzi niezwykle popularny współczesny typ relacji, w której dwoje ludzi spotyka się, sypia ze sobą, spędza weekendy, zna swoje alergie, zamawia wspólną pizzę, trzyma szczoteczki do zębów w jednej łazience, ale za nic w świecie nie nazwie tego związkiem, ponieważ nazwanie rzeczy po imieniu mogłoby wywołać niepotrzebne napięcie emocjonalne. Można więc znać numer PESEL człowieka, jego matkę, psa i hasło do Netfliksa, ale pytanie „kim właściwie dla siebie jesteśmy?” nadal traktowane jest jak próba przejęcia spółki przez wrogiego inwestora.

Nic dziwnego, że część kobiet po kilku takich przygodach wraca do domu, zdejmuje stanik, robi herbatę i dochodzi do wniosku, że samotność ma przynajmniej tę zaletę, iż nie wysyła o pierwszej trzydzieści w nocy wiadomości „śpisz?”, żeby następnego dnia przez czternaście godzin nie odpowiadać.

Wtedy najczęściej słyszymy, że kobiety mają za wysokie wymagania...

Być może rzeczywiście mamy. Po czterdziestce czy pięćdziesiątce człowiek zaczyna stawiać partnerowi wymagania skandalicznie wygórowane: żeby był dorosły, słowny, ciekawy świata, potrafił mówić, słuchać i nie uważał wierności za egzotyczną praktykę religijną uprawianą przez niewielkie plemię gdzieś w Andach. Dobrze również, gdyby miał poczucie humoru, ponieważ bez niego wspólne starzenie się może przypominać wieloletnie zebranie wspólnoty mieszkaniowej dotyczące wymiany pionów kanalizacyjnych.

Problem polega na tym, że współczesna kobieta po prostu przestała potrzebować byle kogo. Nie musi już wybierać człowieka dlatego, że ma samochód, mieszkanie, pensję albo potrafi obsługiwać wiertarkę. Może pozwolić sobie na znacznie większą fanaberię: wybrać tego, przy którym jej życie będzie lepsze niż bez niego. A to jest konkurencja wyjątkowo niewdzięczna, ponieważ mężczyzna nie konkuruje już z innym mężczyzną. Konkuruje z jej świętym spokojem. Z sobotnim porankiem, podczas którego nikt nie pyta, gdzie leżą jego skarpetki. Z łóżkiem, w którym cała kołdra należy do niej. Z wieczorem spędzonym dokładnie tak, jak chce, bez oglądania filmu wybranego w ramach kompromisu, który nikogo nie interesuje. Z podróżą, na którą nie trzeba nikogo namawiać, oraz z ciszą, której nikt nie przerywa pytaniem zadanym dokładnie w chwili, gdy bohater kryminału ma wyznać, kto zabił.

I to jest odpowiedź na pytanie dlaczego niektórym kobietom tak trudno dziś zaimponować. Nie dlatego, że stały się zimne, roszczeniowe czy „za bardzo niezależne”, tylko dlatego, że odkryły rzecz wysoce niewygodną dla rynku matrymonialnego: samotne życie wcale nie musi być poczekalnią przed życiem właściwym. Może być całkiem przyjemnym mieszkaniem, urządzonym po swojemu, z wygodnym fotelem, dobrym winem i pilotem leżącym dokładnie tam, gdzie człowiek go zostawił. Dlatego jeśli ktoś chce się do niego wprowadzić, nie wystarczy już przyjść z własną szczoteczką do zębów i przekonaniem, że jego obecność jest wartością dodaną z definicji. Trzeba jeszcze rzeczywiście być tą wartością.

A to, moje drogie panie, może być najpiękniejszym skutkiem całej kobiecej emancypacji: nie to, że nauczyłyśmy się żyć bez mężczyzn, tylko że wreszcie możemy sobie pozwolić na luksus życia wyłącznie z takimi, bez których byłoby nam zwyczajnie gorzej. 😉

(Przy końcówce mała prywata: pozdrawiam osobistego chłopa domowego, bez którego moje życie niewątpliwie byłoby gorsze - mniej absurdalne, mniej komiczne i stanowczo zbyt normalne. A tego przecież nie życzę sobie nawet w najbardziej poczochranych koszmarach. 
😉)

poniedziałek, 21 września 2026

Cicho sza, głupota będzie przemawiać...

Intuicja to mizerny lokator na poddaszu czaszki. Czasem stuknie w rurę, ale nigdy nie zbiega po schodach z megafonem. Szepcze właśnie wtedy, gdy człowiek zdążył już pokochać własny idiotyczny pomysł i szykuje mu miejsce przy stole. „Nie rób tego” - mówi. Tyle że głupota jest szybsza. Zdążyła się nagłośnić i właśnie prowadzi galę ku czci naszej nieomylności.

Głupota ma nad rozsądkiem pewną przewagę: nic jej nie ciąży. Wiedzy nie dźwiga, więc porusza się lekko i zamaszyście. Wchodzi w rozmowę jak wujek Zdzisiek na weselu, którego nikt nie zaprosił do mikrofonu, ale orkiestra popełniła błąd, bo chwilowo zostawiła go na krześle. Od tej chwili rozmowa przestaje mieć kierunek, za to zyskuje wodzireja. Fakty wykluwają się na bieżąco i jeszcze mają skorupkę na tyłku.

Niezwykle fascynujący jest fakt, że głupota nigdy nie ma kaca po własnych występach. To słuchacze budzą się z bólem głowy. Ona wstaje wypoczęta i gotowa objaśniać świat dalej. 😉

środa, 16 września 2026

Życie pod nadzorem, czyli kto, z kim, gdzie i dlaczego przy śmietniku...

Do osiedlowej grupy na Facebooku zapisałam się z pobudek niewinnych jak ktoś, kto otwiera lodówkę tylko po to, żeby sprawdzić, co w niej jest. Chciałam znaleźć numer do pana, który podobno naprawia rolety, bierze rozsądnie i nie zaczyna rozmowy od zdania: „Pani, tego się nie da...”, wypowiadanego tonem chirurga stojącego nad przypadkiem beznadziejnym. Numeru do pana nie znalazłam, za to w ciągu pierwszych dwóch dni dowiedziałam się, że ktoś z klatki C regularnie wyrzuca śmieci bez segregowania, srebrna toyota parkuje „jakby właściciel prawo jazdy wygrał w chrupkach” plus inne, fascynujące doniesienia z osiedlowego pierdolnika.

Z początku czytałam grupę z ciekawością etnografa, który przypadkiem trafił na nieopisane wcześniej plemię i odkrył, że jego członkowie komunikują się za pomocą zdjęć źle zaparkowanych samochodów. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie jest zwyczajna grupa mieszkańców. To jest całkowicie autonomiczny organizm państwowy, bez budżetu i hymnu, za to z bardzo rozbudowanym wywiadem. Administracja może tygodniami nie zauważyć, że z dachu odpada tynk, ale osiedle w ciągu siedmiu minut ustali, że facet stojący przy paczkomacie nie mieszka w żadnej z czterech sąsiednich klatek, miał granatową kurtkę, a około 16.20 rozglądał się „jakoś tak dziwnie”.

Zwrot „jakoś tak dziwnie” jest zresztą w osiedlowej kryminalistyce równie ważny jak odciski palców. Człowiek uczciwy powinien poruszać się zdecydowanie, patrzeć przed siebie i najlepiej nie zatrzymywać się bez wyraźnego powodu. Jeśli natomiast stoi pod blokiem, zerka na domofon albo, nie daj Boże, chodzi tam i z powrotem, zostaje „osobnikiem”. Z człowieka do osobnika droga jest krótka i prowadzi zwykle przez balkon pani Grażyny, która ma telefon z zoomem takim, że gdyby bardzo chciała, mogłaby sfotografować życie na Marsie.

Pewnego dnia ktoś zamieścił zdjęcie mężczyzny właśnie przy paczkomacie i zapytał, czy „ktoś go kojarzy”. Mężczyzna nie robił absolutnie nic, co w normalnym kodeksie karnym mogłoby zostać uznane za czyn zabroniony, ale miał tę nieszczęśliwą właściwość, że wyglądał na człowieka, którego nikt nie kojarzył. W dodatku spoglądał na telefon, a potem na blok, co po kilku komentarzach zaczęło przypominać przygotowania do zamachu na lokalną architekturę.

Jedna pani widziała go już wcześniej przy Żabce. Druga nie widziała, ale jej zdaniem „trzeba uważać, bo teraz różnie bywa”. Trzecia zapytała, czy ktoś zgłosił sprawę na policję, a czwarta przytomnie zauważyła, że właściwie nie wiadomo, jaką sprawę należałoby zgłosić. Na szczęście ten głos rozsądku utonął dość szybko, bo rozsądek na grupie osiedlowej pełni mniej więcej taką funkcję jak koperek na pizzy - teoretycznie może się pojawić, ale nikt na niego nie czeka.

Po godzinie córka „osobnika” napisała, że to jej ojciec, przyjechał po nią samochodem i czekał, ponieważ schodziła z dzieckiem.

I tu objawiła się największa siła osiedlowej społeczności: zdolność do płynnego przejścia od podejrzenia o działalność przestępczą do całkowitej obojętności, bez najmniejszej potrzeby zatrzymania się po drodze na przystanku „może przesadziliśmy”.

Ojciec przestał być interesujący natychmiast, gdyż ktoś właśnie wrzucił zdjęcie kartonu. Nie był to zwykły karton. Zwykły karton znajduje się w pojemniku na papier, gdzie prowadzi cichy żywot odpadu zgodnego z regulaminem. Ten stał obok, oparty bezczelnie o kontener, rozłożysty i pewny siebie jak człowiek, który przyszedł na wesele bez koperty. Po napisie na pudle można było wywnioskować, że jeszcze niedawno mieścił pięćdziesięciopięciocalowy telewizor, więc zaczęło się dochodzenie majątkowe.

- Kto ostatnio kupował telewizor?

Nie wiem, czy Centralne Biuro Antykorupcyjne dysponuje podobnymi metodami, ale jeśli nie, powinno wysłać ludzi na szkolenie.

Ktoś przypomniał sobie, że kilka dni wcześniej kurier wnosił duże pudło do klatki A. Ktoś inny znał rodzinę, która „chyba ostatnio coś remontowała”, co nie miało najmniejszego związku z telewizorem, ale brzmiało obiecująco. Pojawiła się propozycja sprawdzenia monitoringu, potem dyskusja, czy monitoring w ogóle może być w tym celu sprawdzony, i wreszcie człowiek nierozważny, zapewne nowy na grupie, napisał:

- Przecież to tylko karton.

Są zdania, których publicznie wypowiadać nie należy. „To tylko karton” było jednym z nich, ponieważ tu nie chodziło już o karton, tylko o zasady. W chwili, w której pojawiają się zasady, człowiek stojący po niewłaściwej stronie sporu może zacząć pakować rzeczy. Dowiedział się więc, że jeśli dla niego karton to „tylko karton”, to nic dziwnego, że potem osiedle wygląda, jak wygląda. Ktoś napisał o kulturze osobistej wyniesionej z domu, ktoś wspomniał czasy, kiedy „ludzie bardziej dbali o wspólną przestrzeń”, choć podejrzewam, że chodziło o lata osiemdziesiąte, kiedy wspólna przestrzeń składała się głównie z trzepaka, dwóch ławek i fiata 126p, więc dbanie było logistycznie prostsze.

W ogóle każda dyskusja osiedlowa, jeśli pozwolić jej trwać wystarczająco długo, dochodzi w końcu do upadku obyczajów. Zaczyna się od psiej kupy na trawniku, a kończy na diagnozie cywilizacji zachodniej. Ktoś stawia hulajnogę przy wejściu i już wiadomo, że młodzi nie mają szacunku. Ktoś nie odśnieży kawałka chodnika i natychmiast pojawia się „roszczeniowość”. Właściciel audi zajmie kawałek drugiego miejsca parkingowego, a po trzydziestu komentarzach okazuje się, że właśnie przez takich ludzi Polska od lat nie może się podnieść.

Samochody są zresztą osobną religią, przy czym najbardziej gorliwi wyznawcy zajmują się samochodami cudzymi. Źle zaparkowane auto fotografuje się z kilku stron, żeby sąd społeczny nie miał wątpliwości, że doszło do zaboru terytorialnego, a potem wrzuca z podpisem: „Brawo dla mistrza”. Uwielbiam to „brawo”, bo zawiera w sobie wszystko, czego polska ironia potrzebuje do życia: pogardę, satysfakcję i przekonanie, że człowiek obraził kogoś niezwykle kulturalnie.

Pod spodem rozpoczyna się tradycyjny taniec godowy komentujących. Jeden każe wzywać straż miejską, drugi odpowiada, że straż miejska „ma to gdzieś”, trzeci zna przepisy, ponieważ kiedyś dostał mandat pod Lidlem, a ktoś zawsze ma fotografię tego samego samochodu sprzed pół roku. Nie wiem, kim są ci ludzie, którzy przechowują w telefonach archiwum cudzych wykroczeń parkingowych, ale zakładam, że gdyby kiedyś zaginęły policyjne bazy danych, kraj spokojnie odbuduje je z galerii mieszkańców osiedli.

Najwięcej emocji wywołuje jednak wiercenie, czyli ten moment, kiedy człowiek przypomina sobie, że kupił mieszkanie, ale nie powietrze wokół niego. Cudza wiertarka ma niezwykłą właściwość fizyczną: zawsze jest głośniejsza od własnej i zawsze uruchamia się w porze, w której wiercić nie wypada. W sobotę za wcześnie, albowiem ludzie chcą odpocząć; w tygodniu nie można, bo ktoś pracuje zdalnie; po siedemnastej dzieci wracają z przedszkola; po dziewiętnastej to już w ogóle barbarzyństwo. Z obliczeń grupowych wynika więc, że remont w bloku należy przeprowadzać najlepiej bez użycia narzędzi, a jeśli już człowieka przyciśnie, powinien wywiercić otwór we wtorek około 11.36, wcześniej zawiadamiając sąsiadów listem poleconym.

Szczególnym uwielbieniem darzę ludzi, którzy co pewien czas opuszczają grupę. Zawsze robią to publicznie i uroczyście, jakby oddawali insygnia władzy po przewrocie wojskowym.

„Mam dość poziomu tej grupy. Żegnam.”

Nikt oczywiście nie może po prostu kliknąć „opuść”. Odejdźcie kiedyś z grupy po cichu, a zmarnujecie jedyną okazję, żeby poinformować kilkuset obcych ludzi, że właśnie tracą kogoś wartościowego. Taki człowiek zwykle jeszcze przez godzinę odpowiada na komentarze pod własnym pożegnaniem, prostuje nieścisłości i zapewnia, że „nie będzie się zniżał do tego poziomu”, zniżając się przy tym regularnie mniej więcej co siedem minut. Potem rzeczywiście znika, żeby po trzech tygodniach wrócić, ponieważ komuś uciekł york i sprawa wymagała mobilizacji wszystkich dostępnych sił.

Czasami, czytając te wszystkie doniesienia o kartonach, podejrzanych osobnikach, źle ustawionych donicach, psach, kotach, chomikach zastanawiam się, skąd ludzie biorą na to czas. Ja potrafię przez trzy dni nie odpisać na wiadomość, bo „muszę mieć chwilę świętego spokoju”, a ktoś inny o 7.12 rano zdąży sfotografować worek stojący obok śmietnika, wrzucić zdjęcie, oznaczyć administrację i jeszcze odpowiedzieć czternastu osobom, które mają własną teorię pochodzenia worka.

Może to ja źle gospodaruję dniem. Być może człowiek dobrze zorganizowany po prostu wstaje, pije kawę, robi zakupy, pracuje, odbiera dzieci, gotuje obiad, a między jednym a drugim prowadzi niewielkie śledztwo w sprawie pojemnika po farbie wystawionego przy wiacie. Jedni uczą się hiszpańskiego, drudzy biegają półmaratony, a jeszcze inni rozwijają pasję do dokumentowania, że ktoś z klatki B znowu nie domknął drzwi.

Nie chcę nikogo oceniać. Broń Boże. Sama mam zajęcia, o których przydatności dla ludzkości lepiej szerzej nie mówić, i potrafię przez kwadrans szukać w internecie aktorki, której nazwiska nie pamiętam, z filmu, którego tytułu też nie pamiętam, tylko dlatego, że „muszę sobie przypomnieć”. Ale żeby o 23.48 fotografować z balkonu śmietnik, bo „jakiś podejrzany wór spoczywa obok kontenera”, trzeba jednak mieć w sobie rodzaj powołania.

Być może niesprawiedliwie nazywam to wścibstwem. Może mamy tu do czynienia z pełnoprawnym sposobem spędzania wolnego czasu, tylko jeszcze nikt nie wpisał go do katalogu zainteresowań. Są ludzie, którzy wieczorem czytają książki, inni oglądają seriale, a ktoś najwyraźniej czuje się spełniony dopiero wtedy, gdy ustali, z którego mieszkania wyniesiono fotel pod śmietnik i dlaczego leżał tam aż do rana.

Patrząc na niektóre dyskusje, dochodzę nawet do wniosku, że nuda została niesłusznie oczerniona. Dawniej człowiek się nudził i najwyżej patrzył przez okno. Dziś patrzy przez okno z telefonem w ręku, robi zdjęcie, powiększa je, zakłada wątek i po godzinie ma poczucie, że uczestniczył w czymś bardzo ważnym.

Za chwilę zapewne ktoś z grupy odpowie:

- Też to zauważyłam. Trzeba coś zrobić!

I wieczór uratowany. 😉

piątek, 11 września 2026

Nie każde pęknięcie w ego wymaga gipsu - niektórym wystarczy plaster z autoironii...

Zauważyłam, że najciężej idzie się przez życie ludziom, którzy własną powagę niosą przed sobą jak tort z kremem w zatłoczonym autobusie. Łokcie szeroko, twarz napięta, oczy wbite w horyzont i wieczny lęk, że ktoś potrąci majestat, a różyczka z bitej śmietany przyklei się do nosa.

Tymczasem umiejętność śmiania się z siebie jest wyjątkowo praktyczna. Człowiek potknie się na oczach połowy ulicy i zamiast przez trzy dni analizować, kto widział, jak bardzo widział oraz czy monitoring miejski planuje emisję nagrania w godzinach największej oglądalności, otrzepuje się, sprawdza stan kolan i idzie dalej.

Nie chodzi oczywiście o robienie z siebie etatowego błazna, któremu każdy może przykleić na plecach kartkę z napisem „kopnij mnie, mam dystans”. Poczucie humoru wobec siebie nie jest wycieraczką dla cudzej bezczelności. To raczej niewielka szpilka, którą od czasu do czasu przekłuwamy nadęte ego, zanim zacznie zajmować dwa miejsca w tramwaju i domagać się tytułowania per „Wasza Nieskazitelność”.

Psychiatrze pracy nie odbierajmy, gdyż nie każdą biedę da się wypłoszyć dowcipem. Jednak sporą część codziennych dramatów sami hodujemy pod kloszem, podlewamy wspomnieniami i zaglądamy co godzinę, czy już wypuściły nowe pretensje. A czasem wystarczyłoby spojrzeć na własne zachowanie z boku i zauważyć, że właśnie obraziliśmy się śmiertelnie, ponieważ ktoś nie docenił naszej genialnej uwagi dotyczącej ustawienia pojemnika na pranie.

Kto potrafi śmiać się z siebie, ten nie staje się mniej poważny. Po prostu nie musi codziennie zatrudniać orkiestry symfonicznej do oprawy każdego fałszywego dźwięku, jaki wydało jego życie. A to już jest oszczędność - jeśli nie na psychiatrze, to przynajmniej na nadmiernym zużyciu własnych nerwów. 😉

niedziela, 6 września 2026

Brwi jak Breżniew, ambicje jak Sophia Loren, czyli zakład kosmetyczny w łazience...

Do eksperymentów ciągnęło mnie od zawsze, z tym że wybuchy, pożary oraz wszystko, co kończy się przyjazdem straży pożarnej lub innych, stosownych służb, jakoś szczególnie mnie nie pociągało. Znacznie bardziej fascynowały mnie eksperymenty przeprowadzane na własnym organizmie, gdyż człowiek młody ma w sobie tę cudowną mieszaninę brawury i bezmyślności, dzięki której jest święcie przekonany, że skoro coś sprzedają bez recepty, kasku ochronnego i podpisu dwóch świadków, to na pewno nie można sobie tym zrobić większej krzywdy.

Będąc po dwudziestce, do tego niecierpliwa jak dziecko stojące przed zamkniętym kioskiem z lodami, zapragnęłam pewnego dnia zrobić sobie hennę na brwi - pierwszy raz w mym skromnym żywocie.

Po co, tego do dziś nie wiem.

Brwi miałam bowiem własne, dorodne i tak wyraźne, że można było za ich pomocą nadawać sygnały statkom na Bałtyku. Nie były to żadne subtelne łuczki, nad którymi kosmetyczka pochyla się z lupą i szeptem mówi: „tu bym może coś delikatnie podkreśliła”. Moje brwi podkreślały się same i to bez pytania o zgodę. Breżniew, gdyby mnie zobaczył, zapewne skinąłby głową z uznaniem i pomyślał, że młodzież jednak ma świetlaną przyszłość.

Ale kobieta, kiedy już sobie coś wbije do głowy, potrafi z żelazną konsekwencją ignorować fakty, zdrowy rozsądek oraz wcześniejsze doświadczenia całego rodzaju ludzkiego. 

Wróćmy do henny...

W mojej głowie nie miała to być zwykła henna, tylko początek nowego etapu życia. Już widziałam tę subtelnie oprawioną twarz, szlachetniejsze spojrzenie i siebie patrzącą spod perfekcyjnego łuku brwiowego z taką tajemniczością, jakbym co najmniej miała romans z włoskim hrabią i konto w Szwajcarii.

Pobiegłam w podskokach do kosmetyczki, oczywiście bez wcześniejszego umawiania, bo po co planować coś, co według mnie miało potrwać mniej więcej tyle co posmarowanie kromki masłem. Zakładałam, że pani kosmetyczka gdzieś mnie tam upchnie między paznokciem jednej klientki a wąsikiem drugiej, chlapnie henną, odczeka, zetrze i wypuści w świat odmienioną, być może nawet piękniejszą o dwie klasy społeczne.

Niestety w salonie panował tłok taki, jakby właśnie ogłoszono, że od jutra uroda będzie reglamentowana na kartki. Panie siedziały wszędzie, jedne moczyły, inne suszyły, jeszcze inne miały na twarzach substancje wyglądające jak zaprawa murarska, a na moje brwi nikt nie miał ani czasu, ani ochoty.

Zostałam bezlitośnie odprawiona.

I tutaj normalny człowiek wróciłby do domu, zrobił sobie herbatę i uznał, że widocznie wszechświat nie chce dziś ingerencji w jego twarz. Ja natomiast uznałam, że wszechświat rzucił mi wyzwanie. Nie to nie, prosić się nie będę, sama sobie zrobię i jeszcze zobaczycie, jaka będę piękna. Tak piękna, że kosmetyczki z całego miasta będą chodziły za mną z notesami oraz rozdziawiszczem otworogębowym.

W pobliskim sklepie nabyłam odpowiedni zestaw do domowego hennowania i usłyszałam od sprzedawczyni sakramentalne: „To nic trudnego”. Powinnam była wtedy odłożyć wszystko na ladę i uciec. W życiu szanującej się kobiety zwrot „to nic trudnego” bardzo często poprzedza sytuacje, po których człowiek siedzi na podłodze z instrukcją w ręku i zastanawia się, dlaczego ma trzy śrubki za dużo albo czemu jego twarz właśnie zmieniła narodowość.

Do domu wróciłam pełna zapału i z obrazem przyszłej siebie tak atrakcyjnym, że aż dziw, iż nie zaczęłam rozdawać sąsiadom autografów.

Rozrobiłam hennę, nałożyłam ją na brwi, i to hojnie, bo jeśli coś ma działać, to przecież trzeba mu dać szansę. Była to filozofia bardzo moja w tamtych czasach pomyślunkowych: prosta, skuteczna i absolutnie idiotyczna. Po czym zajęłam się czymś innym. Nie pamiętam czym, ale musiało to być zajęcie nadzwyczaj absorbujące, skoro całkowicie zapomniałam, że nad oczami trzymam substancję, której zadaniem jest trwałe przyciemnienie włosów. Przypomniałam sobie po czasie. Dość długim czasie...

I nagle, bez żadnej zapowiedzi, przez mój mózg przemknęła myśl, że chyba nie powinno się tego trzymać aż tak długo.

Pognałam do łazienki i spojrzałam w lustro. Do dziś pamiętam ten moment. Nie dlatego, że był wzruszający. Był po prostu traumatyczny. Z lustra patrzyła na mnie twarz, której górna część została właśnie przejęta przez dwa czarne organizmy o własnej woli i imponującym zasięgu terytorialnym. Brwi nie były ciemniejsze. Brwi rozpoczęły ekspansję. Wyglądałam jak nieślubne dziecko wspomnianego wcześniej Breżniewa i człowieka, który od dwudziestu lat hoduje nad oczami dwa czarne, opasłe chomiki. Do tego skóra wokół brwi również przyjęła kolor z entuzjazmem, jakiego wcześniej nie wykazywała wobec żadnego kosmetyku.

Zalały mnie poty, ale nie takie zwyczajne. To były poty człowieka, który właśnie odkrył, że jego twarz ma inne plany na przyszłość albo zalicza czwartą turę potów nocnych podczas szczególnie paskudnej menopauzy. Wydałam z siebie jęk tak ponury, że pająki i inne bezkręgowce bytujące w wentylacji mojej łaźni blokowiskowej poszły się masowo wieszać.

Rzuciłam się do zmywania. Tarłam, płukałam, przecierałam, ale henna siedziała w skórze z uporem lokatora, który nie płaci czynszu, ale zna swoje prawa. Im bardziej ją zmywałam, tym bardziej miałam wrażenie, że ona po prostu patrzy na mnie z czarnej otchłani i mówi: „Możesz sobie trzeć naiwna babo!”.

W tej sytuacji mój mózg, zamiast wezwać rozsądek, uruchomił domowe laboratorium. Cytryna. Woda utleniona. Przez ułamek sekundy pojawił się nawet Domestos, ale na szczęście jakaś ostatnia przytomna komórka nerwowa stanęła w drzwiach i powiedziała: „Domestos? Świetnie. Potem tylko papier ścierny i możemy wzywać pogotowie.”

Nasmarowałam więc brwi oraz skórę cytryną i potraktowałam wodą utlenioną, wierząc, że chemia naprawi to, co wcześniej zepsuła kosmetyka. Efekt był mniej więcej taki, jakby próbować zeskrobać smołę płatkiem kosmetycznym. Kolor trwał. Brwi trwały. Moja panika również.

Skoro więc nie dało się zmniejszyć intensywności koloru, postanowiłam zmniejszyć ilość brwi. Chwyciłam pęsetę i ruszyłam do wyrębu. Rwałam z takim zaangażowaniem, jakby od każdego wyrwanego włoska zależało moje przyszłe życie towarzyskie. Na początku szło rozsądnie, potem trochę mniej rozsądnie, a później pęseta zaczęła podejmować decyzje samodzielnie.

Po pewnym czasie z moich dawnych, dumnych brwi zostały dwa cienkie paski przypominające ślady po oponach rowerowych - wersja dziecięca. Dobrze, że natura wcześniej wyposażyła mnie w taki zapas, bo gdybym zaczynała z brwiami skromniejszymi, skończyłabym z dwoma miejscami pamięci po brwiach.

Całe szczęście wydarzyło się to w piątek, co nagle uczyniło weekend wynalazkiem równie ważnym jak penicylina. Przez dwa dni mogłam spokojnie nie pokazywać się światu i obserwować, czy moja twarz zechce wrócić do wspólnoty europejskiej.

Co kilka godzin podchodziłam do lustra z nadzieją... W sobotę rano było źle. W sobotę wieczorem trochę mniej źle. W niedzielę dało się już przy odpowiednim świetle, korektorze i dużej życzliwości obserwatora udawać, że nic się nie wydarzyło.

Przez chwilę rozważałam nawet zafundowanie sobie grzywki, ale nie takiej zwykłej, tylko grzywki awaryjnej, pełniącej funkcję zasłony przeciwlotniczej. Miała być gęsta i odpowiednio długa, żebym w razie potrzeby mogła schować pod nią brwi, czoło, oczy, a przy gorszym nastroju również całą swoją przeszłość. Na szczęście nożyczek nie użyłam, bo najwyraźniej mój limit głupich pomysłów na tamten weekend został chwilowo wyczerpany.

Po latach powinnam zapewne napisać, że ta historia czegoś mnie nauczyła, że od tego dnia stałam się kobietą rozsądną, ostrożną i że już nigdy nie eksperymentowałam z zabiegami kosmetycznymi wykonywanymi samodzielnie.

Byłoby to jednak ordynarne kłamstwo...

Jakiś czas później postanowiłam bowiem samodzielnie wydepilować łono pastą cukrową domowej produkcji. I na tym skończę opowieść, albowiem istnieją wspomnienia, które z wiekiem nabierają uroku, oraz takie, które mimo upływu lat nadal powinny siedzieć cicho, przykryte puchatym kocem i nie wychodzić do ludzi.

Historia z henną należy do pierwszej kategorii. Historia z pastą cukrową zdecydowanie zamieszkuje w drugiej kategorii. 😉

wtorek, 1 września 2026

Starzeć się co roku? Bez przesady!


Dopóki człowiek jest młody, rozdaje lata jak ulotki przed marketem. „Mam dwadzieścia sześć” - obwieszcza światu, jakby właśnie nabył apartament w Sopocie, choć na stanie ma głównie debet, pryszcza przed ważnym spotkaniem oraz przekonanie, że po trzydziestce ludzie zaczynają interesować się zniczami. Później cyfry tracą urok i zamiast dumnie maszerować przodem, zaczynają skradać się za człowiekiem w płaszczu przeciwdeszczowym.

Maria Czubaszek słusznie radziła, żeby wiek ustalić i już się go trzymać. Najlepiej wybrać wiek wygodny, dobrze skrojony i niewymagający prasowania, a następnie nosić go tak długo, aż otoczenie nabierze szacunku albo zmęczy się dochodzeniem.

Zresztą metryka podaje wyłącznie datę rozpoczęcia działalności. Nie odnotowuje, ile razy właścicielka była remontowana, kiedy wymieniała instalację nerwową ani dlaczego w poniedziałek ma lat osiemdziesiąt sześć, a w sobotę wieczorem trzydzieści dwa i zamiar zatańczenia na stole. 😉

czwartek, 27 sierpnia 2026

Rozmnażać się każdy może, czyli dziecko to nie paprotka z marketu...

Od czasu do czasu społeczeństwo dochodzi do wniosku, że należy zainteresować się cudzym układem rozrodczym. Najczęściej dzieje się to podczas świąt, wesel, chrzcin, pogrzebów oraz innych uroczystości, na których człowiek chciałby spokojnie zjeść sałatkę jarzynową, ale zamiast tego musi zdawać egzamin ustny z jajników, nasieniowodów i planów prokreacyjnych na najbliższą pięciolatkę.

- A wy kiedy dziecko? - pyta ciocia, nabijając na widelec marynowanego grzybka i patrząc człowiekowi głęboko w macicę.

Jak to: trzydzieści lat, stała praca, dwa pokoje z aneksem, ekspres do kawy, samochód na kredyt i ani jednego potomka? Przecież to tak, jakby ktoś kupił komplet garnków, lecz bezczelnie nie ugotował bigosu. Albo postawił garaż i trzymał w nim rower. Marnotrawstwo infrastruktury!

Po przejrzeniu internetowych dyskusji doszłam do wniosku, że człowiek może nie nadawać się do prowadzenia samochodu, hodowania pitbulla, obsługi wózka widłowego ani sprzedaży zapiekanek na festynie, ponieważ do wszystkiego potrzebuje badań, zezwoleń, kursów, instrukcji i gaśnicy. Żeby natomiast powołać na świat drugiego człowieka, wystarczy wieczór lub poranek (ewentualnie środek nocy lub dnia), odrobina biologicznego entuzjazmu oraz przekonanie babci, że „jakoś to będzie”.

„Jakoś to będzie” jest zresztą jednym z najpopularniejszych modeli wychowawczych w Polsce. Zaraz obok „mnie tak wychowano i żyję” oraz „tablet mu daj, bo próbuję rozmawiać”.

Pytanie nie brzmi więc, czy każdy może zostać rodzicem. Biologia bywa pod tym względem hojna jak automat rozdający ulotki. Pytanie brzmi: czy każdy powinien?

I tu zaczyna się problem, ponieważ społeczeństwo traktuje rodzicielstwo jak kolejny poziom gry pod tytułem „Dorosłość”. Najpierw szkoła, potem praca, kredyt, ślub, dziecko, drugie dziecko, działka, grill, nadciśnienie i awantura z sąsiadem o tujki. Wszystko ma następować w odpowiedniej kolejności, niczym procesja, tylko zamiast baldachimu niesie się fotelik samochodowy i mokre chusteczki.

Na forach regularnie pojawiają się ludzie, którzy przyznają, że zdecydowali się na dzieci nie dlatego, że naprawdę pragnęli być rodzicami, lecz dlatego, że wszyscy znajomi już nimi byli, rodzina naciskała, zegar biologiczny tykał, a życie wymagało odhaczenia następnego kwadracika. Jedna z matek pisała wprost, że zawsze robiła to, co człowiek „powinien”: odpowiednia szkoła, odpowiednia praca, odpowiedni związek, a potem dziecko, bo przecież tak się robi. Dziecko okazało się jednak nie kwadracikiem, lecz całodobowym człowiekiem, który nie znika po prawidłowym wypełnieniu formularza.

To odkrycie bywa dla niektórych równie wstrząsające jak informacja, że kot z reklamy karmy nie gotuje obiadu.

Dziecko bowiem nie jest pakietem startowym rodzinnego szczęścia. Nie przychodzi z gwarancją spokojnego snu i numerem infolinii, na której konsultant powie:

- Proszę przytrzymać przycisk „drzemka” przez dziesięć sekund, a następnie zresetować trzylatka.

Nie jest też żywym medalem za prawidłowe wejście w dorosłość. Tym bardziej nie powinno być klejem do związku. A jednak wciąż można spotkać przekonanie, że para, która od trzech lat komunikuje się głównie za pomocą trzaskania szafkami, powinna „postarać się o dziecko”, gdyż potomek ich zbliży. Owszem, zbliży. Najczęściej o drugiej trzydzieści jeden, kiedy oboje pochylą się nad łóżeczkiem, próbując ustalić, kto tym razem obsługuje bąbelka. Nic tak nie cementuje małżeństwa jak wspólna bezsenność, kolka i dyskusja o tym, czy zdanie „przecież ty jesteś na macierzyńskim” można uznać za okoliczność łagodzącą podczas procesu karnego.

Dziecko nie jest żywicą epoksydową. Jeżeli związek przecieka przed jego narodzinami, po narodzinach może przeciekać nadal, tylko człowiek nie ma już czasu podstawić wiadra.

Kolejnym niezwykle szlachetnym powodem powoływania człowieka do życia jest troska o pierwsze dziecko, które rzekomo „musi mieć rodzeństwo”. Według rodzinnej komisji do spraw cudzej płodności skazany jest bowiem na egoizm, samotność i nieumiejętność dzielenia się chrupkami. Należy więc wyprodukować mu brata lub siostrę, najlepiej szybko, żeby różnica wieku nie przeszkodziła im w jednoczesnym darciu się o ten sam plastikowy traktor.

Na forach można znaleźć historie osób, które zgodziły się na drugie dziecko głównie pod naciskiem partnera albo otoczenia, po czym odkryły, że rodzeństwo nie zawsze zostaje drużyną zgodnych aniołków z katalogu odzieży dziecięcej. Czasem zostaje po prostu dwojgiem osobnych ludzi, którzy mają odmienne charaktery, potrzeby i wyjątkowo zbieżne zainteresowanie ostatnim naleśnikiem.

Rodzeństwo może być wielkim darem. Może być również osobą, której przez piętnaście lat pożyczamy bluzki bez pytania, a przez następne trzydzieści kłócimy się o podział porcelany po babci. Nie warto więc powoływać człowieka do istnienia wyłącznie po to, żeby pierwszy człowiek miał towarzystwo. Od towarzystwa są jeszcze rówieśnicy, kuzyni, pies i zajęcia z ceramiki. Żadne z nich nie wymaga porodu.

Idźmy dalej... Nieśmiertelnym argumentem pozostaje oczywiście:

- A kto ci poda szklankę wody na starość?

Ach, ta szklanka wody! Święty Graal polskiej prokreacji. Człowiek ma wychowywać potomka przez ćwierć wieku, ponieść koszty liczone w setkach tysięcy złotych, przeżyć ząbkowanie, ospę, wywiadówki i dojrzewanie, aby w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat otrzymać dwieście mililitrów kranówki. To najdroższy abonament na nawodnienie w historii ludzkości.

Dzieci nie są prywatnym ubezpieczeniem opiekuńczym. Nie rodzą się z podpisaną umową, że w zamian za pieluchy, mleczko, kaszkę i korepetycje z matematyki będą przez ostatnie dwadzieścia lat życia rodzica pełnić funkcję pielęgniarki, kierowcy, psychologa i dostawcy mineralnej. W internetowych dyskusjach dorosłe dzieci często protestują przeciwko takiemu myśleniu, przypominając rzecz dość podstawową: to rodzice zdecydowali o ich narodzinach, nie odwrotnie.

Jeszcze bardziej fascynuje mnie argument, że dziecko „nadaje życiu sens”. Naturalnie może nadać. Podobnie jak miłość, praca, sztuka, nauka, pomaganie innym, hodowanie pomidorów, ratowanie jeży albo tropienie człowieka, który od tygodnia zostawia reklamówki ze śmieciami obok osiedlowego kontenera. Problem zaczyna się wtedy, gdy dorosły nie ma własnego sensu, więc produkuje sobie małego człowieka i wręcza mu etat sensodawcy.

- Jesteś całym moim światem - mówi później matka do córki, co w romantycznym opisie brzmi pięknie, lecz w praktyce oznacza, że córka nie może wyjechać na studia do Gdańska bez wywołania rodzinnego kataklizmu, gdyż cały świat matki właśnie pakuje skarpetki do walizki.

Dziecko nie powinno być lekarstwem na pustkę, samotność, niespełnione ambicje i inne fanaberie dorosłych. Nie jest również wersją demonstracyjną rodzica, którą można zaprogramować tak, by została pianistą, lekarzem albo skoczkiem narciarskim, ponieważ tatuś w dzieciństwie miał słabe kolana, a mamusi zabrakło słuchu.

Na forach rodzice opisują innych rodziców, którzy próbują wtłoczyć dzieci w przygotowane wcześniej szablony, realizując za ich pomocą własne marzenia. Dziecko ma osiągać wyniki, zdobywać medale i rozwijać talenty, najlepiej jednocześnie, bo przecież grafik między angielskim, robotyką a tenisem ma jeszcze trzydzieści siedem minut luzu.

Potem dwunastolatek jest zmęczony jak górnik po nocnej zmianie, a rodzic mówi:

- Nie wiem, po kim on taki nerwowy.

Być może po kalendarzu Google...

Nie znaczy to oczywiście, że rodzicielstwo jest wyłącznie pasmem nieszczęść, podczas którego dorośli brodzą po kolana w klockach Lego, a ich dawna osobowość odchodzi w siną dal, machając im z autobusu. Wielu rodziców opisuje ogromną miłość, radość i satysfakcję, podkreślając jednak, że sami chcieli dzieci i byli psychicznie przygotowani na zmianę życia. I właśnie w tym tkwi sedno.

Nie róbmy z rodzicielstwa piekła, a bezdzietności nie przedstawiajmy jako nieustanne popijanie prosecco na Malediwach w białym szlafroku. Ludzie bez dzieci również mają kredyty, hemoroidy, chore koty, starzejących się rodziców i sąsiada, który wierci w niedzielę o siódmej rano. Brak dziecka nie zamienia życia w folder biura podróży. Podobnie jak jego posiadanie nie zamienia automatycznie człowieka w świętą istotę o głębokiej duszy, która odnalazła prawdę o wszechświecie między sterylizatorem a koszem na pieluchy.

Niewygodna prawda jest jednak taka, że niektórzy rodzice żałują swojej decyzji. W dwóch polskich badaniach żal z powodu rodzicielstwa deklarowało około 10,7 i 13,6 procent badanych. Wiązał się on między innymi z wypaleniem rodzicielskim, podatnością na ocenę społeczną, trudną sytuacją życiową oraz gorszym zdrowiem psychicznym i fizycznym.

Można kochać własne dziecko i jednocześnie żałować, że zostało się rodzicem. Te dwa uczucia nie wykluczają się bardziej niż miłość do kogoś i pragnienie, by przestał wreszcie mlaskać. Internetowe wyznania pokazują ludzi, którzy troszczą się o swoje dzieci, dbają o nie i nie zamierzają ich porzucać, ale gdyby mogli cofnąć czas, podjęliby inną decyzję.

Społeczeństwo nie chce tego słyszeć, ponieważ rodzicielstwo ma być krainą wiecznej szczęśliwości, w której pachnące niemowlę uśmiecha się z bawełnianego kocyka, matka ma delikatny makijaż, a ojciec w lnianej koszuli czule podaje butelkę. Nikt nie pokazuje, że pięć minut wcześniej matka płakała w łazience, ojciec szukał w internecie informacji, czy można umrzeć od niewyspania, a niemowlę zwymiotowało na psa.

Rodzicielstwo może być cudowne. Ale „może” nie znaczy „musi”, „zawsze” ani „dla każdego”. Sama zdolność do rozmnażania nie jest kwalifikacją wychowawczą. Plemnik nie jest certyfikatem kompetencji, owulacja nie zastępuje dojrzałości, a pozytywny test ciążowy nie instaluje automatycznie cierpliwości, empatii i umiejętności stawiania cudzych potrzeb ponad własnym ego.

Oczywiście nikt nie jest idealnie przygotowany. Nie istnieje rodzic, który przed narodzinami dziecka ukończył wszystkie możliwe kursy, uporządkował każdą traumę, zabezpieczył finanse do 2074 roku i osiągnął buddyjskie panowanie nad sobą podczas wylewania kakao na świeżo upraną kanapę.

Nie trzeba być idealnym.

Trzeba jednak naprawdę chcieć podjąć tę rolę. Nie dla babci. Nie dla partnera. Nie dla związku. Nie dla nazwiska, zegara, społeczeństwa, Instagrama ani przyszłej szklanki wody.

Dlatego na pytanie: „Czy każdy powinien zostać rodzicem?” odpowiedź brzmi: Absolutnie nie. 

Każde dziecko zasługuje na rodzica, który naprawdę chciał zostać rodzicem. Ale żaden dorosły nie ma obowiązku tworzyć dziecka tylko dlatego, że ciocia spojrzała znacząco znad półmiska z jajkami w majonezie.

niedziela, 23 sierpnia 2026

Małżeństwo, czyli sport ekstremalny w stroju galowym...

Powiedzmy sobie szczerze: małżeństwo jest pomysłem dość brawurowym. Dwoje ludzi, z których każde ogarnia życie według własnej fantazji, postanawia połączyć finanse, rodziny, łazienkę oraz dwa komplety starannie pielęgnowanych dziwactw. Wszystko odbywa się w odświętnych ubraniach, jakby eleganckie buty miały kogokolwiek ochronić przed konsekwencjami.

W urzędzie pytają, czy oboje chcą zawrzeć związek małżeński. Nikt natomiast nie sprawdza, czy tak samo rozumieją słowa: „zaraz”, „nic mi nie jest”, „rób, jak chcesz” oraz „nie jestem głodna”. A przecież te cztery zwroty rozwaliły więcej związków niż wszystkie biuściaste blondynki z księgowości razem wzięte.

Po ślubie kończy się wersja demonstracyjna i uruchamia pełny program, razem z błędami. Urocze roztargnienie staje się nieuleczalnym gubieniem kluczy, spontaniczność - robieniem wszystkiego bez uprzedzenia, a rozmowa małżeńska coraz częściej przypomina konferencję prasową. 😉

Jeżeli po latach dwoje ludzi nadal potrafi się dogadać, a przy tym nie planuje wzajemnej eksmisji przy każdej kłótni o pilota, to znaczy, że trafiło im się coś rzadkiego: związek, który działa. Małżeństwo mu nie zaszkodziło. Chociaż robiło, co mogło. 😉

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Lizodup pospolity, czyli jak wejść bez wazeliny...

W każdej branży znajdzie się ktoś, kto z radością, pełnym zaangażowaniem i niemal misyjnym oddaniem pełni funkcję lizodupa władzy. Stanowiska takiego nie ma wprawdzie w oficjalnym wykazie zawodów, ale obsada zawsze jest pełna, a przed gabinetem szefa nieraz ustawia się kolejka chętnych. Widocznie niektórzy już od dziecka marzą, by zawodowo przytakiwać, otrzepywać cudze płaszcze i zginać kręgosłup w miejscach, w których zwykły człowiek ma jeszcze kręgi.

Lizodup pospolity charakteryzuje się pozornie miłym usposobieniem. Jego serdeczność działa jednak na fotokomórkę: uruchamia się, gdy w drzwiach pojawia się szef albo któryś z jego zastępców. Wtedy twarz lizodupa rozświetla się jak witryna sklepu przed Bożym Narodzeniem, źrenice nabierają urzędowego blasku, a język sam szuka powierzchni roboczej.

Wazelinki nigdy dość. Szef opowie dowcip? Lizodup zanosi się śmiechem, jakby właśnie usłyszał coś, przy czym Monty Python może zamknąć interes i zatrudnić się przy sortowaniu cebuli. Nieważne, że dowcip ma trzydzieści lat, brodę do pasa i puentę z „Familiady”. Szef powiedział - śmieszne. Szef powtórzył - jeszcze śmieszniejsze. Szef pomylił puentę - awangarda!

Szef kupi nowy płaszczyk? Lizodup zachwyci się krojem, kolorem, guziczkami, podszewką oraz sposobem, w jaki materiał podkreśla jego przywódczy charakter. Przy okazji strzepnie z ramienia pyłek, którego nie dostrzegłby nawet mikroskop elektronowy. Nigdy przecież nie wiadomo, czy właśnie ten pyłek nie stoi na drodze do premii.

Każdy pomysł, który wykluje się w łepetynie szefa, spotyka się z natychmiastowym aplauzem. Nawet jeśli jest równie rozsądny jak gaszenie pożaru benzyną. Lizodup nie pyta, nie wątpi, nie analizuje, bo jeszcze, nie daj Boże, doszedłby do własnych wniosków. A własne zdanie to w jego fachu zbędny balast, coś jak kręgosłup albo poczucie wstydu. Jeżeli szef oznajmi, że czarne jest białe, lizodup nie będzie się sprzeczał. Pobieg­nie po wybielacz.

Osobną specjalnością są wyszukane komplemenciki łechcące szefowskie podniebienie. Lizodup ma przygotowany cały wachlarzyk słów uwielbienia i odbezpiecza je przy każdym spotkaniu: znakomity pomysł, doskonała decyzja, genialna organizacja, przepiękna prezentacja, cudowna fryzura. Gdyby szef przyszedł do pracy w worku po ziemniakach, lizodup dostrzegłby w tym odważne nawiązanie do światowych wybiegów oraz głęboki szacunek dla polskiego rolnictwa.

Prawdziwy lizodup nie ogranicza się jednak do pochlebstw. Pełni także funkcję zakładowego monitoringu, tyle że zamiast kamer ma uszy, a nagrania przechowuje we własnej gębie. Ma słuch absolutny do cudzych potknięć i zadziwiająco wybiórczą głuchotę wobec własnych. Wyłapuje wszelkie niusy zasłyszane na korytarzu, w pokoju socjalnym, przy ekspresie do kawy i w toalecie, po czym zanosi je przełożonemu niczym polski rolnik wieniec dożynkowy pod sam ołtarz.

Oczywiście lizodup nie donosi. Skądże znowu! On tylko „przekazuje informacje”, „sygnalizuje problem” albo „dzieli się pewną obserwacją”. Donosicielstwo źle brzmi, natomiast troska o dobro zakładu od razu pachnie premią. Przecież nie zaszkodzi mimochodem wspomnieć, że pani Zosia spóźniła się siedem minut. Albo że pani Stasia jest wprawdzie na L4, ale widziano ją w sklepie osiedlowym, jak bez kul, respiratora i księdza z ostatnim namaszczeniem buszowała między nabiałem a chemią gospodarczą. Lizodup wie nawet, co miała w koszyku: żółty ser, płyn do naczyń, trzy banany i dwa pączki. Pączki szczególnie obciążają panią Stasię, gdyż jak powszechnie wiadomo, człowiek naprawdę chory odżywia się wyłącznie watą, leży nieruchomo pod kołdrą i nie opuszcza łóżka nawet w razie pożaru.

Swoje osiągnięcia, choćby wymagały jedynie przełożenia segregatora z lewej strony biurka na prawą, lizodup przedstawia z takim namaszczeniem, jakby właśnie uratował firmę przed bankructwem, wynalazł prąd i jeszcze po drodze ugasił pożar gołymi rękami. Jeżeli przesunął doniczkę, to nie przesunął doniczki - zoptymalizował przestrzeń wspólną. Jeżeli wysłał trzy maile - koordynował wieloetapową komunikację. Jeżeli kichnął - usprawnił obieg powietrza w pomieszczeniu.

Kiedy inni pracują, lizodup przede wszystkim pilnuje, żeby szef wiedział, że on pracuje. Najlepiej głośno, widowiskowo i w bezpośrednim sąsiedztwie gabinetu. Cudzy sukces potrafi schować do kieszeni, za to własne kichnięcie oprawi w ramkę i powiesi na głównym korytarzu.

Lizodup podziela również zainteresowania przełożonego. Szef chodzi na fitness? On właśnie planował kupić karnet. Szef gra w squasha? Cóż za zbieg okoliczności, rakieta już jedzie kurierem! Szef zaczyna morsować? Lizodup od dziecka czuł niewytłumaczalny pociąg do przerębli. Gdyby szef zainteresował się hodowlą jedwabników albo kolekcjonowaniem zasuszonych odwłoków chrząszczy, lizodup prawdopodobnie odkryłby, że jest to jego pasja wyniesiona jeszcze z domu rodzinnego. 

A potem zupełnym przypadkiem spotykają się na siłowni, zakupach, korcie albo weekendowym wyjeździe. Przypadek, oczywiście. Równie niewinny jak lis zatrzaśnięty nad ranem w kurniku z piórami między zębami. Każda okazja jest dobra, żeby ogrzać się w blasku władzy, potrzymać ją za łokieć i podkarmić świeżą porcją wazeliny.

Nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę lizodupem! Nie dlatego, że jestem istotą krystaliczną, wolną od wad i od urodzenia świeci mi nad łbem aureola. Wad mam sporo, niektóre w stanie bardzo dobrym, niewiele używane - mogę odstąpić. Akurat wazeliniarstwa natura mi poskąpiła. Najwidoczniej w pakiecie startowym zabrakło funkcji służbowego pełzania. Wazelina wywołuje u mnie mdłości, a widok dorosłego człowieka składającego kręgosłup na pół w nadziei na premię działa na mój układ trawienny szybciej niż śledź popity ciepłym mlekiem.

Nie potrafię lukrować rozmowy z szefem lukrem, którym później sama bym się udławiła. Nie umiem piać z zachwytu nad każdym pomysłem tylko dlatego, że przyszedł z góry. Z góry spadają również cegły, doniczki oraz ptasie gówno, a przecież nikt rozsądny nie urządza im z tego powodu owacji na stojąco.

Mam świadomość, że na tym tracę. Jestem tym pracownikiem, który bywa „beee”, rzuca się szefowi w oczy w niewłaściwy sposób i nie wchodzi w wiadomo co - ani z wazeliną, ani na sucho. Moja gęba ma zresztą paskudny zwyczaj uruchamiać się chwilę przed instynktem samozachowawczym. Zanim rozsądek zdąży krzyknąć: „Milcz, kobieto, premia!”, prawda stoi już na środku pokoju, rozebrana do majtek i pokazuje wszystkim to, co miało pozostać pod służbowym dywanem.

A już uchowaj cię opatrzności przed powiedzeniem prawdy w obecności szefa! Za prawdę dostaje się po dupsku, a później jeszcze sprawdzają, czy równo puchnie. Bo jak śmiałeś wywalić na światło dzienne coś, co widzieli wszyscy, ale dla świętego spokoju zgodnie udawali, że nie istnieje? Prawda w miejscu pracy przypomina pierdnięcie podczas uroczystego zebrania: każdy wie, że się pojawiła, wszyscy odczuwają skutki, ale nikt nie chce wskazać źródła. A już na pewno nikt nie życzy sobie osobnika, który nagle wstanie i powie:

- Tak, śmierdzi. I chyba wiem skąd.

Lizodup oczywiście też czuje. Tyle że on pierwszy zakryje nos i oznajmi, że powietrze jest wyjątkowo rześkie, a podobna woń dowodzi znakomitego zarządzania wentylacją.

I tu rodzi się pytanie: jak głodny pochwał, zakompleksiony albo zwyczajnie głupi musi być szef, który łakomi się na lukier czy wazelinę tak podrzędnej jakości? Czy naprawdę nie słyszy, że każdy komplement lizodupa ma metkę, cenę i termin płatności? Gdzie podziała się jego inteligencja, zdolność oceny ludzi i cały ten rzekomy talent do zarządzania, skoro hołubi fałszywą gębę wazeliniarza, a nie potrafi dostrzec wartości pracowników, którzy naprawdę wykonują swoją robotę?

Gówno też można zawinąć w złoty, błyszczący papierek. Będzie leżało na biurku i wyglądało jak pralinka z drogiej bombonierki. Świeci się? Świeci. Ładnie wygląda? Jeszcze jak! Dopóki ktoś nie rozwinie papierka. Wtedy szybko wychodzi na jaw, że opakowanie było jedyną reprezentacyjną częścią całego przedsięwzięcia. Ale niektórzy szefowie najwyraźniej nie mają węchu. Ważne, że papierek pasuje do wystroju gabinetu.

Wazeliniarstwo jest zresztą świetną formą manipulacji, szczególnie skuteczną wobec ludzi zakompleksionych, niepewnych siebie albo takich, którzy sami wspinali się po szczebelkach kariery, rozsiewając lizusostwo niczym wirusa grypy w szczycie sezonu. Kto sam wlazł na stołek po cudzych plecach, ten później uważa ukłony za naturalny element wyposażenia biura.

Do tanga trzeba dwojga. Do wazeliniarstwa również: jednego na kolanach i drugiego, któremu ta pozycja wyjątkowo schlebia. Bez próżnego, łasego na komplementy szefa lizodup byłby tylko człowiekiem wykonującym dziwne ruchy językiem. Dopiero władza nadaje jego działalności sens, kierunek oraz system premiowy.

Każdy lizodup ma więc swojego szefa, ale nie każdy szef musi sobie lizodupa hodować. Niektórzy jednak hodują. Dokarmiają pochwałami, podlewają przywilejami, wystawiają do światła i z dumą obserwują, jak toto pnie się po cudzych pleckach.

A potem są wielce zdziwieni, że otaczają ich sami giętcy, śliscy i potakujący, za to ani jednego człowieka z kręgosłupem.

piątek, 14 sierpnia 2026

Zęby w opozycji, apetyt przy władzy, czyli PESEL może sobie pogadać...


Z wiekiem człowiek nie traci apetytów. Co najwyżej zaczyna kroić je drobniej, popijać tabletką na zgagę oraz weryfikować, czy lokal ma krzesła z oparciem i serwuje mieszankę ziół dedykowaną mózgowi z odpowiednim stażem.
Największe nieporozumienie to fakt, że otoczenie zaczyna proponować człowiekowi spokój, jakby był deserem firmowym. A spokój, umówmy się, bywa mdły. Po dwóch łyżeczkach chce się czegoś z pieprzem: wyjazdu bez planu, czerwonej szminki we wtorek, rozmowy do rana albo faceta, o którym rozsądek mówi „absolutnie nie”.

Zęby mogą mieć inne zdanie. Kolana zresztą też. Organizm po pięćdziesiątce zaczyna przypominać wspólnotę mieszkaniową: każdy organ osobno zgłasza usterkę, nikt nie chce płacić za remont i wszyscy domagają się zebrania. Apetyt zaś nie uznaje kworum. Robi swoje.
Chce się nadal wszystkiego, tylko mądrzej? A skąd! Czasem chce się dokładnie tak samo głupio jak dawniej. Różnica polega jedynie na tym, że człowiek potrafi lepiej przewidzieć skutki, po czym z pełną świadomością robi swoje. Tyle że przed spontanicznym wyjazdem sprawdza prognozę pogody, dostępność łazienki i czy w torebce leży ibuprofen oraz inne medykamenty pierwszej potrzeby. Szaleństwo nie znika - po prostu nosi okulary do czytania i pamięta o ładowarce.

Starość może i posiada inne uzębienie, ale apetyt wciąż ma bezczelnie młody. Jeśli czegoś nie da się już ugryźć jak dawniej, zawsze można to rozczłonkować gustownym tłuczkiem nabytym na pobliskim jarmarku. 😉

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Gdy chłop mówi „niedaleko”, szykuj frytki, lawetę i narzędzie zbrodni...

W niedzielę - jakże urokliwą, słoneczną i od samego rana podejrzanie optymistyczną - wybrałam się z osobistym chłopem domowym na rower.

I tutaj pierwsza przestroga: nigdy nie ufajcie mężczyźnie, który regularnie jeździ na rowerze i mówi: „Nie pojedziemy daleko”. „Niedaleko” w męskim systemie miar jest pojęciem równie precyzyjnym jak „zaraz wracam”, „wypiję tylko jedno piwo” oraz „spokojnie, wiem, co robię”. Może oznaczać trzy kilometry, może granicę województwa, a może Bratysławę, jeśli wiatr będzie sprzyjający.

Ja oczywiście uwierzyłam. W swej naiwności i okresowym bezmózgowiu jechałam przed siebie, pedałując radośnie niczym skowronek na dopingu. Kompletnie nie przyszło mi do głowy, że każda droga ma również wersję powrotną. Geografia nigdy nie była moją mocną stroną, ale żeby człowiek w moim wieku dopiero po czterdziestu kilometrach odkrył istnienie drogi w przeciwnym kierunku, to już nie luka edukacyjna, tylko gigantyczne zaniedbanie systemowe.

Początkowo było nawet przyjemnie. Słońce świeciło, ptaszki świergoliły, okoliczności przyrody prezentowały się jak folder reklamowy gminy, a my sunęliśmy przed siebie, udając ludzi aktywnych i mających kontrolę nad własnym życiem. Był też postój w Żabce - pocieszajka w postaci loda sorbetowego i jakiegoś napoju, czyli pełnowartościowy posiłek sportowca, który nie wie jeszcze, że za kilka godzin będzie negocjował z własnymi nogami warunki dalszej współpracy.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zaistniała w dla siebie właściwy sposób...

Omijając balustradę blokującą przejazd samochodom, zahaczyłam o krawężnik i wykonałam widowiskowy manewr przejścia z pozycji pionowej do poziomej. Gleba była efektowna, choć jury techniczne mogłoby odjąć punkty za lądowanie. Na szczęście skończyło się na niewielkich obiciach, sztuk dwie, za co dziękuję aniołom stróżom, leśnym szaptuchom oraz producentowi kasku. Mam już bowiem za sobą dwa operowane barki wyposażone w tytanowe śrubki oraz nadgarstek zaopatrzony w blaszkę o wdzięcznej nazwie „Baby Foot”. Nazwa brzmi jak krem złuszczający do pięt albo kapela dziecięca występująca na festynie parafialnym, tymczasem jest to kawał metalu zamontowany w człowieku na stałe. I nie, proszę sobie nie wyobrażać, że kolekcjonowanie tytanowych gadżetów we wnętrzu organizmu stanowi moje hobby. Nic z tych rzeczy. Nie zbieram całej serii i nie interesuje mnie nagroda za skompletowanie szkieletu.

Po upadku otrzepałam więc godność, sprawdziłam, czy wszystkie części ciała nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie rano, i ruszyliśmy dalej.

Marian tymczasem był w znakomitej formie. Pruł w siną dal jak husaria, tyle że w spodenkach rowerowych. Gdyby go nie powstrzymać, zapewne wieczorem wysłałby mi zdjęcie spod czeskiej granicy z podpisem: „No widzisz, przecież niedaleko”.

Na szczęście resztki mojego rozumu, które dotychczas jechały z tyłu i najwyraźniej podziwiały widoki, wreszcie dogoniły peleton. Spojrzałam na licznik. Ponad czterdzieści kilometrów. Spojrzałam na Mariana. Spojrzałam w stronę domu, którego oczywiście nie było widać nawet przy bardzo bujnej wyobraźni. I wtedy dotarła do mnie informacja szokująca: trzeba jeszcze wrócić. Ogłosiłam zatem koniec ekspedycji. Zawrócilim.

W tym momencie moja dupa bolała już tak, jakby siedziała nie na rowerowym siodełku, lecz na kostce brukowej obitej kaktusem. Co kilka kilometrów zmieniałam pozycję, ale możliwości były zasadniczo dwie: bolało albo bolało inaczej.

Po drodze pożarłam jeszcze frytki w popularnym fast foodzie, ponieważ ilość spalonych kalorii zaczęła przybierać rozmiary niedopuszczalne. Człowiek musi reagować, zanim organizm wpadnie na pomysł, żeby schudnąć. Frytki zjadłam więc nie z łakomstwa, lecz odpowiedzialności. Była to interwencja medyczna, tylko podana w papierowym opakowaniu i posypana solą.

Trzymałam się długo. Naprawdę długo. Nie płakałam, nie jęczałam, nie groziłam Marianowi rozwodem ani porzuceniem jego zwłok w przydrożnym rowie po wcześniejszym odrąbaniu wszystkich wystających elementów. Byłam spokojna, dzielna i zadziwiająco zrównoważona, czyli zupełnie do siebie niepodobna.
Sielanka trwała do chwili, kiedy moje nogi zaczęły tracić czucie. Najwyraźniej dolna połowa organizmu zwołała zebranie związkowe i jednogłośnie uchwaliła przerwanie pracy. Wtedy - jak to określa osobisty chłop domowy - odpaliła mi się rasowa „drama queen”. Nie jakaś tam skromna księżniczka dramatu. Pełnoprawna cesarzowa, z dworem, orkiestrą, wirtualną siekierą i prawem do wypowiadania wojen.

Zsiadłam z roweru, rozsiadłam się na krawężniku jak zdetronizowana monarchini i przybrałam minę zdolną uśmiercić wszelkie formy życia w promieniu pięćdziesięciu metrów. Podejrzewam, że mleko w pobliskim sklepie skwaśniało bez otwierania lodówki.

- Dalej nie jadę - oznajmiłam tonem człowieka, który podjął decyzję ostateczną i właśnie żegna się ze światem.

Marian zapewne rozważał wezwanie taksówki, lawety albo księdza, ale zachował się rozsądnie i milczał. Po mniej więcej piętnastu minutach cudownie odzyskałam czucie w nogach, chęć życia oraz zdolność do dalszego pedałowania. Drama queen zeszła ze sceny, choć zrobiła to niechętnie.

Do domu dotarłam szczęśliwie. Ostatnie metry przejechałam siłą woli i wizji kanapy. Po przekroczeniu progu miałam ochotę go pocałować, objąć framugę i obiecać całemu domostwu, że już nigdy go nie opuszczę. Przynajmniej nie na rowerze.

Jaki z tego morał?

Jeżeli rowerzysta mówi: „Nie pojedziemy daleko”, należy natychmiast zapytać: „Daleko według mapy czy według twojej pokręconej psychiki?”. Warto też pamiętać, że czterdzieści kilometrów w jedną stronę nie oznacza czterdziestu kilometrów wycieczki. Oznacza osiemdziesiąt kilometrów oraz gruntowną rewizję związku.

A poza tym człowiek może mieć tytan w barkach, blaszkę w nadgarstku i stalowy charakter, lecz ostatnie słowo i tak zawsze należy do dupy. ;)

czwartek, 6 sierpnia 2026

Otwór otworowi nierówny, czyli zanim skoczysz, sprawdź, czy to nie szambo...

Optymista to osobnik, który na hasło „jakoś to będzie” spokojnie dopija kawę. Pesymista w tym czasie robi kopię dokumentów, ładuje powerbank i sprawdza, gdzie znajduje się najbliższe prosektorium.

Pierwszy wchodzi w nieznane z entuzjazmem labradora, który zobaczył otwartą lodówkę. Drugi podchodzi do życia jak saper zatrudniony na umowie śmieciowej - ostrożnie, bez wiary w jutro i z przekonaniem, że premii raczej nie będzie.

Nie wiem, który ma lepiej. Optymista częściej obija sobie tyłek, ale przynajmniej rusza z miejsca. Pesymista wprawdzie nie spada, bo nigdzie nie wchodzi, za to pół życia siedzi obok drabiny i tłumaczy wszystkim, że szczeble od początku wyglądały podejrzanie.

Osobiście wybieram wariant mieszany: entuzjazm optymisty oraz podejrzliwość kobiety, która choć raz zamówiła sukienkę ze zdjęcia w internecie. Świat może i stoi otworem, ale zanim człowiek rzuci się w niego z rozwianym włosem i nadzieją w zębach, dobrze sprawdzić, czy prowadzi do przygody, czy do szamba. Jedno i drugie bywa głębokie - tylko wspomnienia pachną zupełnie inaczej. 😉

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Kryzys wieku średniego z dostawą do paczkomatu, czyli człowiek planuje rewolucję, a kupuje masażer karku...

Kiedyś kryzys wieku średniego miał rozmach. Człowiek kupował czerwony kabriolet, skórzaną kurtkę i ruszał przed siebie, zostawiając za sobą rodzinę, rozsądek oraz ratę za zmywarkę. Ewentualnie wdawał się w romans z kimś tak młodym, że podczas wspólnej kolacji jedna osoba wspominała stan wojenny, a druga była przekonana, że Jaruzelski to polska marka okularów przeciwsłonecznych.

Dziś kryzys wieku średniego również zgłasza się punktualnie, tylko budżet już w progu studzi mu temperament. Człowiek marzy o kabriolecie, zagląda na konto i ostatecznie kupuje elektryczną hulajnogę. Przez chwilę rozważa jeszcze kochankę, ale zamawia urządzenie do masażu karku. Wibruje, nie oczekuje deklaracji i można je wyłączyć jednym przyciskiem, zanim naprawdę zacznie działać na nerwy.

Współczesny bunt nie pachnie więc benzyną, drogimi perfumami ani skandalem obyczajowym. Pachnie kartonem, folią bąbelkową lub innym badziewiem służącym do pakowania. Przychodzi kurierem albo czeka w skrytce. Druga czy nawet trzecia młodość ma dziś kod odbioru i trzeba ją zabrać z paczkomatu, zanim zechce wrócić do nadawcy.

Najczęściej przychodzi w postaci sprzętu sportowego.

Około pięćdziesiątki budzi się bowiem w człowieku atleta, który przez trzy dekady leżał cicho, prawdopodobnie przygnieciony pilotem do telewizora. Pewnego ranka podnosi głowę i woła:

- Biegamy!

Organizm, który nie zna tego człowieka, odpowiada:

- Kim pan, do cholery, jest i jak pan tu wszedł?

Mimo to kupujemy buty biegowe, legginsy, koszulkę odprowadzającą wilgoć i zegarek, który mierzy puls, sen, stres oraz stopień upokorzenia podczas wchodzenia na drugie piętro. Zegarek szybko okazuje się elektronicznym kapusiem. Wibruje przy stole i oznajmia: „Czas się poruszać”, jakby sam nie spędził całego dnia przyczepiony do ręki.
Po pierwszym spacerze gratuluje nam życiowego rekordu. Cztery tysiące osiemset kroków! Dyskretnie pomija, że połowę nabiliśmy jeszcze przed wyjściem, kursując między kuchnią a sypialnią w poszukiwaniu telefonu, który przez cały czas tkwił w kieszeni szlafroka i zwiedzał mieszkanie razem z nami.

Niektórzy kupują rower. Koniecznie profesjonalny, z siodełkiem wielkości kromki pumpernikla i z liczbą przełożeń przewyższającą liczbę zębów użytkownika. Do tego kask, okulary oraz odblaskowa odzież, w której człowiek wygląda jak zbiegły pracownik remontu autostrady.
Pierwsza wyprawa ma rozpocząć nowe życie. Kończy się osiem kilometrów dalej, pod piekarnią, gdzie kupujemy wodę, drożdżówkę i coś przeciwbólowego. Aplikacja przyznaje nam odznakę „Górski wojownik”, chociaż jedyne wzniesienie znajdowało się przed sklepem mięsnym. Kolano również wystawia ocenę, ale zamiast medalu doręcza nakaz natychmiastowego zaprzestania tej destrukcyjnej działalności.

Są też tacy, którzy postanawiają nauczyć się grać na gitarze. Instrument przychodzi w ogromnym pudle, pachnie drewnem i niespełnioną młodością. Kupujemy stroik, kostki, stojak, wzmacniacz oraz internetowy kurs prowadzony przez chłopca wyglądającego tak, jakby za godzinę miał kartkówkę z ułamków.

- Pierwszy akord jest banalnie prosty - oznajmia dziecko, przebierając palcami po strunach z szybkością spanikowanego pająka.

Nasz pierwszy akord brzmi natomiast jak szafa spadająca ze schodów z zamkniętym w środku kotem.
Po tygodniu bolą palce. Po dwóch boli kręgosłup. Po trzech boli świadomość, że wykupiliśmy roczny abonament. Po miesiącu gitara nadal stoi w salonie, tyle że suszy się na niej ręcznik. Marzenie o własnym zespole nie umarło. Zostało czasowo przekształcone w mebel.

Kolejnym objawem jest nagła potrzeba podróżowania. Człowiek ogląda w internecie ludzi mieszkających w kamperach i czuje zew wolności. Oni budzą się nad fiordem, piją kawę z emaliowanego kubka i powtarzają, że do szczęścia wystarczą im cztery metry kwadratowe. Oczywiście, że wystarczą. Mają po dwadzieścia pięć lat, kręgosłupy z gumy i pęcherze o pojemności cysterny.
Po pięćdziesiątce nocleg w samochodzie nie jest przygodą. Jest eksperymentem medycznym bez zgody komisji bioetycznej. Rano człowiek wysuwa się z kampera jak paragon z uszkodzonej kasy: powoli, krzywo i z fragmentem, którego nie można doczytać. Jedna noga śpi, druga domaga się masażysty, a kręgosłup wygląda, jakby przez noc próbował uciec z organizmu.
Ostatecznie zamiast kampera rezerwujemy hotel. Ma łóżko, łazienkę i śniadanie w cenie. Wolność wolnością, ale człowiek nie po to przez trzydzieści lat dorabiał się hemoroidów, żeby teraz myć zęby nad kanistrem i robić jajecznicę na masce samochodu.

Nie brakuje również kryzysów bardziej duchowych. Ktoś zapisuje się na jogę, ktoś kupuje misę tybetańską, a ktoś inny instaluje aplikację do medytacji. Aplikacja mówi kojącym głosem:

- Zamknij oczy. Uwolnij umysł.

Zamykamy oczy, a umysł natychmiast zwołuje walne zebranie. Pojawia się niezapłacony rachunek, rozmowa sprzed jedenastu lat, podczas której należało powiedzieć coś błyskotliwego, oraz pytanie, gdzie leży gwarancja od pralki. Wszystkie troski siadają w pierwszym rzędzie z popcornem i czekają, aż spróbujemy oddychać przeponą.

Popularne są także warsztaty poszukiwania wewnętrznego dziecka. Wewnętrzne dziecko odnajduje się zaskakująco szybko. Siedzi obrażone pod stołem, żąda zwrotu klocków oddanych kuzynowi w 1978 roku i pyta, dlaczego przez całe dorosłe życie kupowaliśmy brokuły, skoro nikt nas już do tego nie zmusza.

Nad wszystkim czuwa internet. Algorytm rozpoznaje kryzys wieku średniego wcześniej niż sam zainteresowany. Najpierw pokazuje reklamy motocykli, kursów nurkowania i apartamentów w Hiszpanii. Dwa przewinięcia później proponuje kolagen, wkładki ortopedyczne, aparat do leczenia bezdechu sennego oraz ubezpieczenie pogrzebowe. To się nazywa kompleksowa obsługa klienta. Najpierw sprzedać mu skok ze spadochronem, potem stabilizator kolana, a na końcu elegancką urnę. Cała ścieżka zakupowa bez wychodzenia z domu.

Człowiek zaczyna więc planować prawdziwą rewolucję. Sprzeda mieszkanie, rzuci pracę i przeprowadzi się na Kretę. Otworzy małą tawernę nad morzem, gdzie będzie podawał oliwki, wino i mądrość życiową. Po chwili przypomina sobie jednak, że nie znosi upałów, źle śpi w obcym łóżku, a gdy trzy osoby naraz czegoś od niego chcą, dostaje tików pod lewym okiem. Tawerna odpada również dlatego, że goście odsyłaliby musakę jako „zbyt grecką”, pytali, czy ośmiornica jest keto, a na koniec wystawiali jedną gwiazdkę, ponieważ morze przez całą noc hałasowało, a właściciel nie zrobił z tym absolutnie nic.
Kreta zostaje zatem w zakładkach przeglądarki, między kursem greckiego, pontonem dla czterech osób i przepisem na rustykalny chleb, którego nigdy nie upieczemy.

Czy kryzys wieku średniego polega na tym, że chcemy nagle zostać kimś innym? Chyba nie... Chcemy tylko sprawdzić, czy pod rachunkami, obowiązkami, cholesterolem i hasłem do bankowości elektronicznej zostało jeszcze coś naszego. Jakiś pomysł, który nie jest rozsądny. Pragnienie, którego nie trzeba konsultować z ortopedą. Odrobina życia nieprzeliczona na raty, kalorie i punkty lojalnościowe.

Może więc nie chodzi o drugą młodość, tylko o pierwszy od dawna kaprys. Gitarę, rower czy kajak kupujemy nie dlatego, że zamierzamy zostać gwiazdą rocka, zwycięzcą Tour de France albo odkrywcą Amazonki. Chcemy po prostu zrobić coś, czego nie da się uzasadnić zdrowiem, oszczędnością ani przydatnością w gospodarstwie domowym.

Jeżeli któregoś dnia przyniesiemy do domu kajak, chociaż nie mamy bagażnika dachowego, piwnicy ani szczególnej sympatii do zimnej wody, nie róbmy z tego dramatu. Najwyżej przez kilka tygodni będziemy pokonywać przedpokój bokiem.

A jeśli to naprawdę jest kryzys wieku średniego - trudno. Lepiej wylądować w kajaku niż w niewłaściwym łóżku ;)