piątek, 26 czerwca 2026

Mały cesarz z telefonem, czyli jak wyhodować tyrana i dziwić się, że żąda tronu...


Jest taki szczególny gatunek współczesnego rodzica, który potrafi kupić dziecku smartfon o mocy centrum dowodzenia lotami kosmicznymi, hulajnogę pędzącą szybciej niż rozsądek po trzecim espresso, buty droższe niż lodówka babci, a potem usiąść przy kuchennym stole z miną człowieka zdradzonego przez cywilizację i zapytać: „Co się dzieje z tą dzisiejszą młodzieżą?”. Otóż dzieje się głównie to, co wcześniej stało się z dorosłymi, tylko w wersji młodszej, głośniejszej, bardziej roszczeniowej i z lepszym zasięgiem.

Dzieci nie spadły nam z TikToka jak cyfrowe meteoryty, nie wykluły się z tabletu i nie przyszły na świat z naturalną potrzebą scrollowania do utraty kontaktu z bazą. One po prostu świetnie odrobiły lekcję, którą im codziennie zadawaliśmy. Patrzyły, słuchały, nasiąkały, kopiowały, a potem - ku naszemu zdumieniu - zaczęły zachowywać się dokładnie tak, jak je nauczyliśmy. Skandal, doprawdy!

Przez lata hodowaliśmy w domach małych cesarzy w skarpetkach antypoślizgowych, którym świat miał nie przeszkadzać, nie wymagać, nie nudzić, nie męczyć, nie frustrować i broń Boże nie stawiać oporu, bo opór mógłby naruszyć delikatną konstrukcję psychiczną naszego słoneczka. Dawniej dziecko, kiedy się nudziło, brało patyk i robiło z niego miecz, różdżkę, mikrofon, konia albo granicę państwa, której należało bronić przed kuzynem. Dziś dziecko, kiedy się nudzi, dostaje ekran, żeby przypadkiem nie musiało spotkać się z własną wyobraźnią, bo jeszcze by się okazało, że coś tam w głowie żyje bez ładowarki.

Nazywamy to troską, choć często wygląda to bardziej jak obsługa hotelowa dziecięcego ego w standardzie all inclusive. Dowozimy atrakcje, podtykamy rozrywki, negocjujemy obowiązki, usprawiedliwiamy fochy, tłumaczymy chamstwo „przebodźcowaniem”, lenistwo „wrażliwością”, a brak szacunku „trudnym etapem rozwojowym”, bo przecież „diagnoza” brzmi znacznie lepiej niż brutalnie proste: ktoś tu nie dostał granic, a ktoś inny nie miał odwagi ich postawić.

Granice są dziś słowem podejrzanym. Trochę jak gluten na warsztatach jogi albo cukier na zebraniu świadomych matek z klasy pierwszej. Wszyscy wiedzą, że istnieją, ale lepiej nie wymawiać ich zbyt głośno, bo komuś może spaść komfort psychiczny na panele.

Tymczasem dziecko bez granic nie jest wolnym duchem galopującym po łące możliwości. Jest pasażerem auta, w którym nikt nie trzyma kierownicy, hamulec służy za ozdobę, a dorosły z tylnego siedzenia mówi: „Kochanie, sama zdecyduj, czy jedziemy pod prąd, mamusia nie chce ci narzucać swojej wizji skrzyżowania”. Potem auto ląduje w rowie, a winni są oczywiście nauczyciele, szkoła, internet, rówieśnicy, hormony, pogoda, Księżyc w Byku i pani od matematyki, która bezczelnie zażądała zeszytu.

Największym kłamstwem współczesnego rodzicielstwa jest przekonanie, że miłość musi być pluszowa, pachnąca świecą sojową i pozbawiona słowa „nie”. Że dobra matka to ta, która rozumie wszystko, wybacza wszystko, tłumaczy wszystko, po wszystkim robi kakao i jeszcze przeprasza, że kakao nie było bardziej empatyczne. Że dobry ojciec to kolega w większych butach, który zamiast wymagać - negocjuje, zamiast prowadzić - pyta o zgodę, a zamiast stawiać granice - organizuje debatę obywatelską przy lodówce.

Dziecko nie potrzebuje rodzica w wersji koleżeńskiej, miękkiej, niskokalorycznej i łatwej w obsłudze. Nie potrzebuje kumpla, menedżera atrakcji, rzecznika prasowego od usprawiedliwiania w szkole ani działu reklamacji od całego świata. Potrzebuje dorosłego. Takiego niewygodnego wynalazku, który umie powiedzieć: „Rozumiem, że ci się nie chce, ale masz to zrobić”. To zdanie nie nadaje się na kubek z motywacyjnym napisem. Nie brzmi jak afirmacja z Instagrama. Nie ma w sobie brokatu rozwojowego. Ma jednak jedną zaletę, której brakuje wielu współczesnym poradnikom wychowawczym: działa poza internetem.

Jeśli dziecko umie nazwać siedem odcieni swojego dyskomfortu, ale nie umie wynieść śmieci bez negocjacji przypominających rozmowy pokojowe po konflikcie międzynarodowym, to może jednak coś poszło nie tak. Jeśli nastolatek zna techniki oddechowe, pojęcie dobrostanu i prawo do odpoczynku, ale dostaje drgawek egzystencjalnych, kiedy ma odłożyć telefon na godzinę, to nie mamy wychowania emocjonalnego, tylko bezradność w ładnym opakowaniu. Jeśli dziecko doskonale wie, co mu się należy, ale nie ma bladego pojęcia, co należy do niego, to znaczy, że prawa odpięły się od obowiązków i poszły na samotny spacer po deptaku egoizmu.

Najzabawniejsze, choć właściwie bardziej tragiczne, jest nasze dorosłe zdumienie. Najpierw dajemy dziecku ekran, żeby zjadło obiad, nie przeszkadzało w rozmowie, wytrzymało w poczekalni, przetrwało podróż, dało nam pół godziny świętego spokoju, po czym po kilku latach jesteśmy autentycznie obrażeni, że ekran stał się ważniejszy niż rozmowa z nami. To trochę tak, jakby przez dekadę karmić domowego smoka benzyną, a potem z pretensją pytać, kto podpalił firanki. I nie, nie chodzi o powrót do zimnego chowu, wojskowej musztry i rodzica, którego głównym narzędziem wychowawczym było spojrzenie spod brwi oraz zdanie: „dzieci i ryby głosu nie mają”. Nikt rozsądny nie tęskni za emocjonalną Syberią. Chodzi o to, żeby nie pomylić czułości z kapitulacją, rozmowy z referendum, bliskości z usługą, a miłości z obowiązkiem spełniania każdej zachcianki. Czułość bez wymagań pięknie wygląda na zdjęciu w beżowym filtrze. W życiu codziennym produkuje ludzi z wielkimi potrzebami, małą odpornością i przekonaniem, że dyskomfort jest zamachem na ich godność osobistą.

Dziecko musi czasem przegrać, żeby odkryć, że porażka nie jest końcem świata, tylko informacją zwrotną. Musi się znudzić, żeby dowiedzieć się, że w głowie ma coś więcej niż powiadomienia. Musi się zmęczyć, pobrudzić, przewrócić, wejść za wysoko, zejść za szybko i spróbować jeszcze raz, bo bez kontaktu z prawdziwym światem wychowujemy nie człowieka, lecz porcelanową figurkę z dostępem do internetu. Musi też usłyszeć, że mama nie jest koleżanką, tata nie jest taksówką z portfelem, nauczyciel nie jest animatorem czasu wolnego, a dom nie jest pensjonatem, w którym obsługa bezszelestnie sprząta po gościu z klasy szóstej.

W tym wszystkim najbardziej brakuje nam dorosłości. Nie tej nadętej, pomnikowej, kaznodziejskiej, ale zwykłej, codziennej, trochę upierdliwej i bardzo potrzebnej. Dorosłości, która nie boi się powiedzieć „nie”, nie mdleje na widok dziecięcego focha, nie składa dymisji po pierwszym trzaśnięciu drzwiami i nie myli świętego spokoju z wychowaniem.

Dzieci nie potrzebują kolejnej aplikacji do samoregulacji, jeśli obok siedzi dorosły rozregulowany jak stare radio. Nie potrzebują kazań o szacunku, jeśli widzą, jak rodzic warczy na kasjerkę, nauczycielkę i własną matkę przez telefon. Nie potrzebują wykładów o ruchu, jeśli dorośli po pracy przyrastają do kanapy jak mech do północnej strony drzewa. Nie potrzebują moralitetów o ekranach, jeśli mama mówi „odłóż telefon”, nie odrywając wzroku od własnego. Dzieciaki czytają nas lepiej, niż nam się wydaje. A my jesteśmy dla nich często książką z poplamionymi stronami, sprzecznymi rozdziałami i okładką pod tytułem: „Rób, jak mówię, nie jak żyję”.

Możemy więc dalej organizować narodowe misterium załamywania rąk nad młodzieżą, wzdychać, że „kiedyś było inaczej”, udostępniać artykuły o kryzysie psychicznym dzieci i robić miny zatroskane jak jury w programie talent show. Możemy też wreszcie przyznać, że ekran nie pojawił się w dziecięcej dłoni przez cud technologiczny, hulajnoga nie kupiła się przez pączkowanie, a brak zasad nie jest nowoczesnością, tylko lenistwem przebranym za wolność.

Najtrudniejsze pytanie nie brzmi więc: co się stało z dziećmi?

Najtrudniejsze pytanie brzmi: kiedy my, dorośli, tak bardzo przestraszyliśmy się własnej roli, że oddaliśmy władzę komuś, kto nie pamięta o wyniesieniu talerza do kuchni, ale potrafi sterować nastrojem całego domu?

Bo dzieci naprawdę patrzą... 

A potem robią dokładnie to, czego je nauczyliśmy - tylko brutalniej, głośniej, bez pudru, bez filtra i bez naszego ukochanego dorosłego alibi: „przecież to wszystko z miłości”.

17 komentarzy:

  1. Cudowny tekst,znakomity.Szkoda tylko,że nie każdy rodzic go przeczyta...Właśnie ostatnio 10latek z naszej rodziny dostał hulajnogę elektryczną.Jego Babcia westchnęła:może wreszcie schudnie...(!!)Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo, bardzo dziękuję! No tak, hulajnoga elektryczna jako sprzęt odchudzający to już chyba ten moment, w którym logika zakłada kask, macha nam smutno i odjeżdża w siną dal. A my potem stoimy na poboczu i dziwimy się, że dziecko nie biegnie za życiem, tylko czeka, aż samo podjedzie pod drzwi.

      Usuń
  2. Świetny, bardzo mądry i wartościowy tekst :) Masz rację, że żadne skrajności nie są dobre - ani "Syberia", ani kreowanie się na wyluzowanego kumpla swojego dziecka. Rodzic przecież jest tą dorosłą osobą, która wprowadza młodego człowieka w życie. Nikt nie zrobi tego za rodzica. Można przecież stawiać granice z rozsądkiem, egzekwować prawa z wyczuciem, nauczyć samodzielności i odpowiedzialności z miłością, być autorytetem, któremu można zaufać.
    Jestem naprawdę wdzięczna moim rodzicom, że jakimś cudem właśnie udało im się coś takiego osiągnąć. Teraz gdy jestem dorosła, faktycznie są moimi przyjaciółmi. Ale gdy dorastałam, to przede wszystkim byli rodzicami.
    Ciekawa jestem, w jakim kierunku to wszystko pójdzie, bo to, o czym piszesz, jest coraz bardziej powszechne.. Ehhh bądźmy dobrej myśli :D
    Serdecznie pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. Mam wrażenie, że cała sztuka polega właśnie na tym, żeby nie pomylić miłości z usługiwaniem, granic z tresurą, a rodzicielstwa z koleżeństwem na siłę. Twoi rodzice chyba trafili w ten trudny środek - najpierw dali Ci solidny kręgosłup, a dopiero potem miejsce przy stole dla dorosłych. I obyśmy rzeczywiście byli dobrej myśli, choć czasem przydałaby się jej wersja z dodatkową baterią i trybem awaryjnym ;)

      Usuń
    2. Tak, masz rację :) Dzięki wielkie, czekam na kolejny tekst!
      Piszesz o tak ważnych tematach w przystępny sposób, że to jest autentycznie prawdziwa sztuka :) Pisz tyle, na ile Ci tylko czasu i weny twórczej starczy! :*

      Usuń
    3. Dziękuję 😊😊😊

      Usuń
  3. Tak, dzieci patrzą, obserwują i potrafią w pewnym momencie wytknąć nam nasze błędy...ale o to wielu dorosłych się obraża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, jest tak jak napisałaś - dorośli mają problem z przyznaniem się do błędu w takiej sytuacji.

      Usuń
  4. Świetny wpis - dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  5. Łatwo dziś zgubić granicę między „kochaniem” a „ułatwianiem życia na siłę”, tylko że to nie zawsze wygląda tak czarno-biało w codzienności. Zastanawia mnie jednak jedna rzecz: czy to naprawdę jest wyłącznie kwestia „słabych rodziców”, czy też świata, który po prostu zrobił się tak szybki i wymagający, że trudno utrzymać konsekwencję bez wpadania w skrajności? Bo zgadzam się, że dzieci uczą się głównie przez obserwację, ale może problemem jest też to, że dorośli sami są dziś przeciążeni i często działają na granicy swoich możliwości, a nie z wygody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, masz rację - świat zrobił się szybki, głośny i wymagający, a wielu rodziców jedzie dziś na oparach, z miną człowieka, któremu życie właśnie doliczyło opłatę serwisową za oddychanie. Tylko że właśnie wtedy najłatwiej pomylić miłość ze świętym spokojem, a wychowanie z wciskaniem dziecku pilota do własnego losu. Poza tym, chyba, zbyt często z tego przeciążenia robimy usprawiedliwienie i odpuszczamy; niestety - decydując się na potomstwo powinniśmy mieć świadomość, że podejmujemy się kolejnego etatu na pełnych obrotach.

      Usuń
  6. Niektóre teksty powino się wrzucać do skrzynki jak ulotki. Powiny dotrzeć do wszystkich .Do starszych i młodszych. Już sama wiedza o dylematach obustronnych ma znaczenie, a gdy dociera ze źródła obcego, a nie od domownika- jest łatwiej przyswajalna. Tyle, że poszukujących takiej wiedzy. nie jest tylu- ile jest problemów rodzinnych. Unikanie jawnej konfrontacji z obu stron jest na porzadku dziennym- w imię chwilowego świętego spokoju i nie chce się pamiętać że już za moment trzeba będzie wziąć odpowiedzialność i ponieść konsekwencje swojego podejścia. I gdyby te dotykały tylko ich twórców- nie byłoby szerszego problemu , tylko domowy. Ale tak nie jest....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinny..powinno. Czasem nie dobijam klawiatury ...i stąd literówki .

      Usuń
    2. Mam podobne poczucie, że czasem obcy głos potrafi powiedzieć domownikom to, czego od siebie nawzajem już nie chcą albo nie umieją usłyszeć. W wielu rodzinach cisza bywa traktowana jak rozwiązanie, choć często jest tylko miękkim dywanem, pod który zmiata się sprawy z ostrymi kantami. A potem ktoś się o nie potyka - najczęściej nie ten, kto je tam pierwszy wsunął.

      Usuń
  7. Niestety od lania dzieci pasem przeszliśmy do trzymania ich pod kloszem i odgradzają od całego zła świata. No ale rodzice tez są ludźmi, też się uczą, chcieli dać swoim dzieciom to, czego sami nie mieli, czasem się przy tym zatracając. No ale wychowanie dziecka jest trudne, idealne wychowanie niemal niemożliwe. Ciężko znaleźć złoty środek we wszystkim, dlatego warto dać trochę zrozumienia rodzicom i dzieciom też. Zresztą dużo osób narzeka na to nowe pokolenie, ale czy jest ono takie złe. Ja zauważyłam wiele świetnych dzieciaków i młodzieży. Wśród tej roszczeniowości kryje się szacunek do siebie i swojej pracy. Młodzi nie chcę tyrać bezmyślnie, poświęcać się dla pracodawcy, nic z tego nie mając. Młodzi częściej odwiedzają psychologa. Czy to znaczy, że gorzej sobie radzą? A może są świadomi własnych problemów, rzadziej sięgają po alkohol. Więcej jest tolerancji. Technologia ma swoje minusy, też mnie przeraża maluch z telefonem w ręku, który świata nie widzi, z drugiej jednak strony oni wchodzą w świat, gdzie korzystanie z mediów jest na porządku dziennym. Niestety młodzi muszą umieć z tego korzystać, bo sobie nie poradzą, ale oczywiście warto zadbać, by uzależniali się, bo każde uzależnieni jest złe. No i tu rodzice pierwsze co powinni sami sprawdzić, jak często oni mają telefon w ręce :). Bardzo dobrze piszesz o tym, że dziecko potrzebuje nudy, czasem porażki i przykładu, a nie wykładu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uważam, że młode pokolenie jest „zepsute” - ono po prostu dorasta w świecie, który sami, dorośli, im urządziliśmy. W tekście nie stawiam dzieci na ławie oskarżonych, tylko próbuję zwrócić uwagę, że między pasem a wychowaniem bez granic jest jeszcze całkiem sporo miejsca na zwykłą, odpowiedzialną dorosłość. I chyba właśnie o ten środek najłatwiej dziś się potknąć.

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)