W każdej branży znajdzie się ktoś, kto z radością, pełnym zaangażowaniem i niemal misyjnym oddaniem pełni funkcję lizodupa władzy. Stanowiska takiego nie ma wprawdzie w oficjalnym wykazie zawodów, ale obsada zawsze jest pełna, a przed gabinetem szefa nieraz ustawia się kolejka chętnych. Widocznie niektórzy już od dziecka marzą, by zawodowo przytakiwać, otrzepywać cudze płaszcze i zginać kręgosłup w miejscach, w których zwykły człowiek ma jeszcze kręgi.
Lizodup pospolity charakteryzuje się pozornie miłym usposobieniem. Jego serdeczność działa jednak na fotokomórkę: uruchamia się, gdy w drzwiach pojawia się szef albo któryś z jego zastępców. Wtedy twarz lizodupa rozświetla się jak witryna sklepu przed Bożym Narodzeniem, źrenice nabierają urzędowego blasku, a język sam szuka powierzchni roboczej.
Wazelinki nigdy dość. Szef opowie dowcip? Lizodup zanosi się śmiechem, jakby właśnie usłyszał coś, przy czym Monty Python może zamknąć interes i zatrudnić się przy sortowaniu cebuli. Nieważne, że dowcip ma trzydzieści lat, brodę do pasa i puentę z „Familiady”. Szef powiedział - śmieszne. Szef powtórzył - jeszcze śmieszniejsze. Szef pomylił puentę - awangarda!
Szef kupi nowy płaszczyk? Lizodup zachwyci się krojem, kolorem, guziczkami, podszewką oraz sposobem, w jaki materiał podkreśla jego przywódczy charakter. Przy okazji strzepnie z ramienia pyłek, którego nie dostrzegłby nawet mikroskop elektronowy. Nigdy przecież nie wiadomo, czy właśnie ten pyłek nie stoi na drodze do premii.
Każdy pomysł, który wykluje się w łepetynie szefa, spotyka się z natychmiastowym aplauzem. Nawet jeśli jest równie rozsądny jak gaszenie pożaru benzyną. Lizodup nie pyta, nie wątpi, nie analizuje, bo jeszcze, nie daj Boże, doszedłby do własnych wniosków. A własne zdanie to w jego fachu zbędny balast, coś jak kręgosłup albo poczucie wstydu. Jeżeli szef oznajmi, że czarne jest białe, lizodup nie będzie się sprzeczał. Pobiegnie po wybielacz.
Osobną specjalnością są wyszukane komplemenciki łechcące szefowskie podniebienie. Lizodup ma przygotowany cały wachlarzyk słów uwielbienia i odbezpiecza je przy każdym spotkaniu: znakomity pomysł, doskonała decyzja, genialna organizacja, przepiękna prezentacja, cudowna fryzura. Gdyby szef przyszedł do pracy w worku po ziemniakach, lizodup dostrzegłby w tym odważne nawiązanie do światowych wybiegów oraz głęboki szacunek dla polskiego rolnictwa.
Prawdziwy lizodup nie ogranicza się jednak do pochlebstw. Pełni także funkcję zakładowego monitoringu, tyle że zamiast kamer ma uszy, a nagrania przechowuje we własnej gębie. Ma słuch absolutny do cudzych potknięć i zadziwiająco wybiórczą głuchotę wobec własnych. Wyłapuje wszelkie niusy zasłyszane na korytarzu, w pokoju socjalnym, przy ekspresie do kawy i w toalecie, po czym zanosi je przełożonemu niczym polski rolnik wieniec dożynkowy pod sam ołtarz.
Oczywiście lizodup nie donosi. Skądże znowu! On tylko „przekazuje informacje”, „sygnalizuje problem” albo „dzieli się pewną obserwacją”. Donosicielstwo źle brzmi, natomiast troska o dobro zakładu od razu pachnie premią. Przecież nie zaszkodzi mimochodem wspomnieć, że pani Zosia spóźniła się siedem minut. Albo że pani Stasia jest wprawdzie na L4, ale widziano ją w sklepie osiedlowym, jak bez kul, respiratora i księdza z ostatnim namaszczeniem buszowała między nabiałem a chemią gospodarczą. Lizodup wie nawet, co miała w koszyku: żółty ser, płyn do naczyń, trzy banany i dwa pączki. Pączki szczególnie obciążają panią Stasię, gdyż jak powszechnie wiadomo, człowiek naprawdę chory odżywia się wyłącznie watą, leży nieruchomo pod kołdrą i nie opuszcza łóżka nawet w razie pożaru.
Swoje osiągnięcia, choćby wymagały jedynie przełożenia segregatora z lewej strony biurka na prawą, lizodup przedstawia z takim namaszczeniem, jakby właśnie uratował firmę przed bankructwem, wynalazł prąd i jeszcze po drodze ugasił pożar gołymi rękami. Jeżeli przesunął doniczkę, to nie przesunął doniczki - zoptymalizował przestrzeń wspólną. Jeżeli wysłał trzy maile - koordynował wieloetapową komunikację. Jeżeli kichnął - usprawnił obieg powietrza w pomieszczeniu.
Kiedy inni pracują, lizodup przede wszystkim pilnuje, żeby szef wiedział, że on pracuje. Najlepiej głośno, widowiskowo i w bezpośrednim sąsiedztwie gabinetu. Cudzy sukces potrafi schować do kieszeni, za to własne kichnięcie oprawi w ramkę i powiesi na głównym korytarzu.
Lizodup podziela również zainteresowania przełożonego. Szef chodzi na fitness? On właśnie planował kupić karnet. Szef gra w squasha? Cóż za zbieg okoliczności, rakieta już jedzie kurierem! Szef zaczyna morsować? Lizodup od dziecka czuł niewytłumaczalny pociąg do przerębli. Gdyby szef zainteresował się hodowlą jedwabników albo kolekcjonowaniem zasuszonych odwłoków chrząszczy, lizodup prawdopodobnie odkryłby, że jest to jego pasja wyniesiona jeszcze z domu rodzinnego.
A potem zupełnym przypadkiem spotykają się na siłowni, zakupach, korcie albo weekendowym wyjeździe. Przypadek, oczywiście. Równie niewinny jak lis zatrzaśnięty nad ranem w kurniku z piórami między zębami. Każda okazja jest dobra, żeby ogrzać się w blasku władzy, potrzymać ją za łokieć i podkarmić świeżą porcją wazeliny.
Nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę lizodupem! Nie dlatego, że jestem istotą krystaliczną, wolną od wad i od urodzenia świeci mi nad łbem aureola. Wad mam sporo, niektóre w stanie bardzo dobrym, niewiele używane - mogę odstąpić. Akurat wazeliniarstwa natura mi poskąpiła. Najwidoczniej w pakiecie startowym zabrakło funkcji służbowego pełzania. Wazelina wywołuje u mnie mdłości, a widok dorosłego człowieka składającego kręgosłup na pół w nadziei na premię działa na mój układ trawienny szybciej niż śledź popity ciepłym mlekiem.
Nie potrafię lukrować rozmowy z szefem lukrem, którym później sama bym się udławiła. Nie umiem piać z zachwytu nad każdym pomysłem tylko dlatego, że przyszedł z góry. Z góry spadają również cegły, doniczki oraz ptasie gówno, a przecież nikt rozsądny nie urządza im z tego powodu owacji na stojąco.
Mam świadomość, że na tym tracę. Jestem tym pracownikiem, który bywa „beee”, rzuca się szefowi w oczy w niewłaściwy sposób i nie wchodzi w wiadomo co - ani z wazeliną, ani na sucho. Moja gęba ma zresztą paskudny zwyczaj uruchamiać się chwilę przed instynktem samozachowawczym. Zanim rozsądek zdąży krzyknąć: „Milcz, kobieto, premia!”, prawda stoi już na środku pokoju, rozebrana do majtek i pokazuje wszystkim to, co miało pozostać pod służbowym dywanem.
A już uchowaj cię opatrzności przed powiedzeniem prawdy w obecności szefa! Za prawdę dostaje się po dupsku, a później jeszcze sprawdzają, czy równo puchnie. Bo jak śmiałeś wywalić na światło dzienne coś, co widzieli wszyscy, ale dla świętego spokoju zgodnie udawali, że nie istnieje? Prawda w miejscu pracy przypomina pierdnięcie podczas uroczystego zebrania: każdy wie, że się pojawiła, wszyscy odczuwają skutki, ale nikt nie chce wskazać źródła. A już na pewno nikt nie życzy sobie osobnika, który nagle wstanie i powie:
- Tak, śmierdzi. I chyba wiem skąd.
Lizodup oczywiście też czuje. Tyle że on pierwszy zakryje nos i oznajmi, że powietrze jest wyjątkowo rześkie, a podobna woń dowodzi znakomitego zarządzania wentylacją.
I tu rodzi się pytanie: jak głodny pochwał, zakompleksiony albo zwyczajnie głupi musi być szef, który łakomi się na lukier czy wazelinę tak podrzędnej jakości? Czy naprawdę nie słyszy, że każdy komplement lizodupa ma metkę, cenę i termin płatności? Gdzie podziała się jego inteligencja, zdolność oceny ludzi i cały ten rzekomy talent do zarządzania, skoro hołubi fałszywą gębę wazeliniarza, a nie potrafi dostrzec wartości pracowników, którzy naprawdę wykonują swoją robotę?
Gówno też można zawinąć w złoty, błyszczący papierek. Będzie leżało na biurku i wyglądało jak pralinka z drogiej bombonierki. Świeci się? Świeci. Ładnie wygląda? Jeszcze jak! Dopóki ktoś nie rozwinie papierka. Wtedy szybko wychodzi na jaw, że opakowanie było jedyną reprezentacyjną częścią całego przedsięwzięcia. Ale niektórzy szefowie najwyraźniej nie mają węchu. Ważne, że papierek pasuje do wystroju gabinetu.
Wazeliniarstwo jest zresztą świetną formą manipulacji, szczególnie skuteczną wobec ludzi zakompleksionych, niepewnych siebie albo takich, którzy sami wspinali się po szczebelkach kariery, rozsiewając lizusostwo niczym wirusa grypy w szczycie sezonu. Kto sam wlazł na stołek po cudzych plecach, ten później uważa ukłony za naturalny element wyposażenia biura.
Do tanga trzeba dwojga. Do wazeliniarstwa również: jednego na kolanach i drugiego, któremu ta pozycja wyjątkowo schlebia. Bez próżnego, łasego na komplementy szefa lizodup byłby tylko człowiekiem wykonującym dziwne ruchy językiem. Dopiero władza nadaje jego działalności sens, kierunek oraz system premiowy.
Każdy lizodup ma więc swojego szefa, ale nie każdy szef musi sobie lizodupa hodować. Niektórzy jednak hodują. Dokarmiają pochwałami, podlewają przywilejami, wystawiają do światła i z dumą obserwują, jak toto pnie się po cudzych pleckach.
A potem są wielce zdziwieni, że otaczają ich sami giętcy, śliscy i potakujący, za to ani jednego człowieka z kręgosłupem.

Doświadczenie pokazuje, że szef owego Lizodupa ma w marnym poważaniu jednak, a winę za dobre samopoczucie takiego osobnika ponosimy my wszyscy, którzy boimy się krzyknąć - król jest nagi!
OdpowiedzUsuńOtóż to: lizodup najlepiej rośnie na szefowskim nawozie i w cieplarni zbiorowego milczenia. Dopóki nikt nie krzyknie, że król jest nagi, on będzie zachwalał krój niewidzialnych portek i jeszcze zgarnie premię za znajomość mody.
UsuńNaprawiać świat i ludzi czy zostawić ich samym sobie? Zżymać się na powyższe zachowanie czy nie? Problem tkwi może nie tyle w takim zachowaniu, ale w wywiązywaniu się ze swoich obowiązków i tym w jakim stopniu ktoś jest faworyzowany i dlaczego.
OdpowiedzUsuńŚmieszno-smutny felieton, ale przecież takie jest życie ....z tymi pierdnięciami i udawaniem, że to przecież ,,nie ja,, :-)
Świata naprawiać nie zamierzam, bo nie mam ani części zamiennych, ani uprawnień serwisowych. Ale gdy wazelina zaczyna zastępować kompetencje, a nagrody zależą od giętkości kręgosłupa, trudno udawać, że to tylko niewinne firmowe pierdnięcie. Zwłaszcza kiedy wszyscy wiedzą, skąd wieje, a premię dostaje ten, kto najgłośniej chwali wentylację.
UsuńProblem tkwi zatem w ,,ślepocie,, przełożonego. Udawanej lub niekoniecznie. I w człowieku, który tak funkcjonuje w otoczeniu. Czy tylko w pracowniczym? Nie wiadomo. Niektórzy tak przechodzą przez całe życie. Egocentryzm i manipulacja idą w parze i są jawne lub skrzętnie skrywane. Stwarzanie pozorów niektórzy mają we krwi. Co się za tym kryje...można się domyślać.
UsuńSzef nie rozumie, że Lizodup będzie pierwszym, który wbije mu nóż w plecy, gdy będzie mieć okazję.
OdpowiedzUsuńSzef najczęściej myli służalczość z lojalnością. Tymczasem lizodup trwa przy nim tylko do chwili, gdy na horyzoncie pojawi się ktoś z większym gabinetem - wtedy w sekundę przekłada język na drugą stronę, a dawnego dobroczyńcę podaje nowemu na tacy.
UsuńUderza mnie w takich sytuacjach to, jak szybko przesadna uprzejmość może przestać być zwykłą życzliwością, a zacząć wyglądać jak wyrachowana gra. Chyba każdy zetknął się z kimś, kto nagle robi się niezwykle miły wobec osoby mającej wpływy, a zupełnie inaczej traktuje tych, od których niczego nie potrzebuje. I chyba właśnie ta różnica najlepiej pokazuje, z czym mamy do czynienia.
OdpowiedzUsuńPrawdziwa życzliwość nie sprawdza najpierw nazwiska na drzwiach i wysokości stołka, żeby ustalić, jak szeroko ma się uśmiechnąć. Jeśli ktoś przy szefie jest puchatym kocykiem, a przy człowieku, od którego niczego nie potrzebuje - papierem ściernym, to nie zmienia mu się charakter. Zmienia mu się cennik.
UsuńPowiem Ci, że czytając ten felieton, odetchnęłam z ulgą, że pracuję w małej firmie, gdzie takie "lizusostwo" nie bardzo ma jak się rozwinąć, nie muszę udawać kogoś kim nie jestem i mogę z szacunkiem ale szczerze wyrazić swoje zdanie... To przecież jest luksus w dzisiejszych czasach!
OdpowiedzUsuńAle przyznam, że mam podobną mimikę twarzy jak Ty :D Nie umiem udawać i wyraz mojej mordki zdradza wszystko hahaha
Rewelacyjny tekst! Temat trudny i szczerze współczuję wszystkim, którzy tak muszą na co dzień pracować...
To naprawdę zawodowy luksus: móc powiedzieć, co się myśli, i nie musieć wcześniej smarować tej myśli wazeliną, żeby przeszła przez drzwi gabinetu. A z mimiką widzę, że należymy do tego samego pechowego gatunku - człowiek jeszcze uprzejmie milczy, a morda już wywala na wierzch wszystko co w mózgu wytworzone. ;)
Usuńno, i właśnie... pół biedy, gdy lizodup używa języka do lizania tego, co lubi, w końcu jego język - jego sprawa, kładę na to to, wokół czego mi to lata... ale gdy się okazuje, że ten jego język robi nad dwa etaty, a ten drugi polega na podpierdalaniu /że tak to nazwę po ludzku/ koleżanek i kolegów, to już przestaje być to jego tylko sprawa i kwestia kładzenia plus latania wymaga wtedy ponownego rozpatrzenia...
OdpowiedzUsuńp.jzns :)
Dopóki język pracuje wyłącznie przy polerowaniu szefowskiego zadka, można uznać, że właściciel sam wybrał sobie etat i odciski na kubkach smakowych. Ale kiedy po godzinach dorabia przy podpierdalaniu kolegów, przestaje być prywatnym narządem, a staje się zakładowym sprzętem szpiegowskim - i wtedy to, wokół czego nam latało, ma pełne prawo zmienić trajektorię lotu.
UsuńThat bit about running for the bleach when the boss says black is white nearly took me out, because it is painfully accurate to how corporate survival instincts turn people into literal caricatures. You can practically smell the desperation walking down the hallway, and it baffles me how leadership fails to see through performance art that belongs in a circus rather than a boardroom. Give me an honest, slightly grumpy coworker who actually does their job over a professional cheerleader any day of the week, because at least I don't have to worry about them selling me out for a glazed donut.
OdpowiedzUsuńYou’ve summed it up perfectly - some offices are less a workplace than a circus with spreadsheets. I’ll take the honest, slightly grumpy coworker too; at least their spine hasn’t been traded in for a company lanyard. And yes, never underestimate the moral power of a glazed donut - entire careers have probably been betrayed for less.
UsuńJeszcze do niedawna u mnie w pracy panował ustrój totalitarny. I wtedy z wielkim obrzydzeniem patrzyłam, jak "kanałami" przemykają jak cienie lizydupy. A to mąż receptę wypisał, a to pani korektę zrobiła, a to mamusia naleweczkę własnej roboty podaje, a to miodzik z pasieki kuzyna, a to malinki z własnego ogrodu... Od razu stawał mi przed oczami obraz Pietera Brueghela "Pochlebcy". Nicczego bardziej adekwatnego nie widziałam! I działało, lizydupy dostawały nagrody, były publicznie chwalone, a szanujące się bure osiołki takie jak ja były od czarnej roboty. Na szczęście 2 lata temu dyrekcja się zmieniła i jest dobrze. Bardzo dobrze,
OdpowiedzUsuńTo nie był zakład pracy, tylko kantor pochlebczo-spożywczy, w którym recepty, nalewki, miody i malinki wymieniano po korzystnym kursie na nagrody. Bure osiołki ciągnęły wóz, a salonowe jamniki odbierały medale za merdanie ogonem. Dobrze, że po zmianie dyrekcji kręgosłup znów jest atutem, a nie przeszkodą w karierze. :D
Usuń