środa, 16 września 2026

Życie pod nadzorem, czyli kto, z kim, gdzie i dlaczego przy śmietniku...

Do osiedlowej grupy na Facebooku zapisałam się z pobudek niewinnych jak ktoś, kto otwiera lodówkę tylko po to, żeby sprawdzić, co w niej jest. Chciałam znaleźć numer do pana, który podobno naprawia rolety, bierze rozsądnie i nie zaczyna rozmowy od zdania: „Pani, tego się nie da...”, wypowiadanego tonem chirurga stojącego nad przypadkiem beznadziejnym. Numeru do pana nie znalazłam, za to w ciągu pierwszych dwóch dni dowiedziałam się, że ktoś z klatki C regularnie wyrzuca śmieci bez segregowania, srebrna toyota parkuje „jakby właściciel prawo jazdy wygrał w chrupkach” plus inne, fascynujące doniesienia z osiedlowego pierdolnika.

Z początku czytałam grupę z ciekawością etnografa, który przypadkiem trafił na nieopisane wcześniej plemię i odkrył, że jego członkowie komunikują się za pomocą zdjęć źle zaparkowanych samochodów. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie jest zwyczajna grupa mieszkańców. To jest całkowicie autonomiczny organizm państwowy, bez budżetu i hymnu, za to z bardzo rozbudowanym wywiadem. Administracja może tygodniami nie zauważyć, że z dachu odpada tynk, ale osiedle w ciągu siedmiu minut ustali, że facet stojący przy paczkomacie nie mieszka w żadnej z czterech sąsiednich klatek, miał granatową kurtkę, a około 16.20 rozglądał się „jakoś tak dziwnie”.

Zwrot „jakoś tak dziwnie” jest zresztą w osiedlowej kryminalistyce równie ważny jak odciski palców. Człowiek uczciwy powinien poruszać się zdecydowanie, patrzeć przed siebie i najlepiej nie zatrzymywać się bez wyraźnego powodu. Jeśli natomiast stoi pod blokiem, zerka na domofon albo, nie daj Boże, chodzi tam i z powrotem, zostaje „osobnikiem”. Z człowieka do osobnika droga jest krótka i prowadzi zwykle przez balkon pani Grażyny, która ma telefon z zoomem takim, że gdyby bardzo chciała, mogłaby sfotografować życie na Marsie.

Pewnego dnia ktoś zamieścił zdjęcie mężczyzny właśnie przy paczkomacie i zapytał, czy „ktoś go kojarzy”. Mężczyzna nie robił absolutnie nic, co w normalnym kodeksie karnym mogłoby zostać uznane za czyn zabroniony, ale miał tę nieszczęśliwą właściwość, że wyglądał na człowieka, którego nikt nie kojarzył. W dodatku spoglądał na telefon, a potem na blok, co po kilku komentarzach zaczęło przypominać przygotowania do zamachu na lokalną architekturę.

Jedna pani widziała go już wcześniej przy Żabce. Druga nie widziała, ale jej zdaniem „trzeba uważać, bo teraz różnie bywa”. Trzecia zapytała, czy ktoś zgłosił sprawę na policję, a czwarta przytomnie zauważyła, że właściwie nie wiadomo, jaką sprawę należałoby zgłosić. Na szczęście ten głos rozsądku utonął dość szybko, bo rozsądek na grupie osiedlowej pełni mniej więcej taką funkcję jak koperek na pizzy - teoretycznie może się pojawić, ale nikt na niego nie czeka.

Po godzinie córka „osobnika” napisała, że to jej ojciec, przyjechał po nią samochodem i czekał, ponieważ schodziła z dzieckiem.

I tu objawiła się największa siła osiedlowej społeczności: zdolność do płynnego przejścia od podejrzenia o działalność przestępczą do całkowitej obojętności, bez najmniejszej potrzeby zatrzymania się po drodze na przystanku „może przesadziliśmy”.

Ojciec przestał być interesujący natychmiast, gdyż ktoś właśnie wrzucił zdjęcie kartonu. Nie był to zwykły karton. Zwykły karton znajduje się w pojemniku na papier, gdzie prowadzi cichy żywot odpadu zgodnego z regulaminem. Ten stał obok, oparty bezczelnie o kontener, rozłożysty i pewny siebie jak człowiek, który przyszedł na wesele bez koperty. Po napisie na pudle można było wywnioskować, że jeszcze niedawno mieścił pięćdziesięciopięciocalowy telewizor, więc zaczęło się dochodzenie majątkowe.

- Kto ostatnio kupował telewizor?

Nie wiem, czy Centralne Biuro Antykorupcyjne dysponuje podobnymi metodami, ale jeśli nie, powinno wysłać ludzi na szkolenie.

Ktoś przypomniał sobie, że kilka dni wcześniej kurier wnosił duże pudło do klatki A. Ktoś inny znał rodzinę, która „chyba ostatnio coś remontowała”, co nie miało najmniejszego związku z telewizorem, ale brzmiało obiecująco. Pojawiła się propozycja sprawdzenia monitoringu, potem dyskusja, czy monitoring w ogóle może być w tym celu sprawdzony, i wreszcie człowiek nierozważny, zapewne nowy na grupie, napisał:

- Przecież to tylko karton.

Są zdania, których publicznie wypowiadać nie należy. „To tylko karton” było jednym z nich, ponieważ tu nie chodziło już o karton, tylko o zasady. W chwili, w której pojawiają się zasady, człowiek stojący po niewłaściwej stronie sporu może zacząć pakować rzeczy. Dowiedział się więc, że jeśli dla niego karton to „tylko karton”, to nic dziwnego, że potem osiedle wygląda, jak wygląda. Ktoś napisał o kulturze osobistej wyniesionej z domu, ktoś wspomniał czasy, kiedy „ludzie bardziej dbali o wspólną przestrzeń”, choć podejrzewam, że chodziło o lata osiemdziesiąte, kiedy wspólna przestrzeń składała się głównie z trzepaka, dwóch ławek i fiata 126p, więc dbanie było logistycznie prostsze.

W ogóle każda dyskusja osiedlowa, jeśli pozwolić jej trwać wystarczająco długo, dochodzi w końcu do upadku obyczajów. Zaczyna się od psiej kupy na trawniku, a kończy na diagnozie cywilizacji zachodniej. Ktoś stawia hulajnogę przy wejściu i już wiadomo, że młodzi nie mają szacunku. Ktoś nie odśnieży kawałka chodnika i natychmiast pojawia się „roszczeniowość”. Właściciel audi zajmie kawałek drugiego miejsca parkingowego, a po trzydziestu komentarzach okazuje się, że właśnie przez takich ludzi Polska od lat nie może się podnieść.

Samochody są zresztą osobną religią, przy czym najbardziej gorliwi wyznawcy zajmują się samochodami cudzymi. Źle zaparkowane auto fotografuje się z kilku stron, żeby sąd społeczny nie miał wątpliwości, że doszło do zaboru terytorialnego, a potem wrzuca z podpisem: „Brawo dla mistrza”. Uwielbiam to „brawo”, bo zawiera w sobie wszystko, czego polska ironia potrzebuje do życia: pogardę, satysfakcję i przekonanie, że człowiek obraził kogoś niezwykle kulturalnie.

Pod spodem rozpoczyna się tradycyjny taniec godowy komentujących. Jeden każe wzywać straż miejską, drugi odpowiada, że straż miejska „ma to gdzieś”, trzeci zna przepisy, ponieważ kiedyś dostał mandat pod Lidlem, a ktoś zawsze ma fotografię tego samego samochodu sprzed pół roku. Nie wiem, kim są ci ludzie, którzy przechowują w telefonach archiwum cudzych wykroczeń parkingowych, ale zakładam, że gdyby kiedyś zaginęły policyjne bazy danych, kraj spokojnie odbuduje je z galerii mieszkańców osiedli.

Najwięcej emocji wywołuje jednak wiercenie, czyli ten moment, kiedy człowiek przypomina sobie, że kupił mieszkanie, ale nie powietrze wokół niego. Cudza wiertarka ma niezwykłą właściwość fizyczną: zawsze jest głośniejsza od własnej i zawsze uruchamia się w porze, w której wiercić nie wypada. W sobotę za wcześnie, albowiem ludzie chcą odpocząć; w tygodniu nie można, bo ktoś pracuje zdalnie; po siedemnastej dzieci wracają z przedszkola; po dziewiętnastej to już w ogóle barbarzyństwo. Z obliczeń grupowych wynika więc, że remont w bloku należy przeprowadzać najlepiej bez użycia narzędzi, a jeśli już człowieka przyciśnie, powinien wywiercić otwór we wtorek około 11.36, wcześniej zawiadamiając sąsiadów listem poleconym.

Szczególnym uwielbieniem darzę ludzi, którzy co pewien czas opuszczają grupę. Zawsze robią to publicznie i uroczyście, jakby oddawali insygnia władzy po przewrocie wojskowym.

„Mam dość poziomu tej grupy. Żegnam.”

Nikt oczywiście nie może po prostu kliknąć „opuść”. Odejdźcie kiedyś z grupy po cichu, a zmarnujecie jedyną okazję, żeby poinformować kilkuset obcych ludzi, że właśnie tracą kogoś wartościowego. Taki człowiek zwykle jeszcze przez godzinę odpowiada na komentarze pod własnym pożegnaniem, prostuje nieścisłości i zapewnia, że „nie będzie się zniżał do tego poziomu”, zniżając się przy tym regularnie mniej więcej co siedem minut. Potem rzeczywiście znika, żeby po trzech tygodniach wrócić, ponieważ komuś uciekł york i sprawa wymagała mobilizacji wszystkich dostępnych sił.

Czasami, czytając te wszystkie doniesienia o kartonach, podejrzanych osobnikach, źle ustawionych donicach, psach, kotach, chomikach zastanawiam się, skąd ludzie biorą na to czas. Ja potrafię przez trzy dni nie odpisać na wiadomość, bo „muszę mieć chwilę świętego spokoju”, a ktoś inny o 7.12 rano zdąży sfotografować worek stojący obok śmietnika, wrzucić zdjęcie, oznaczyć administrację i jeszcze odpowiedzieć czternastu osobom, które mają własną teorię pochodzenia worka.

Może to ja źle gospodaruję dniem. Być może człowiek dobrze zorganizowany po prostu wstaje, pije kawę, robi zakupy, pracuje, odbiera dzieci, gotuje obiad, a między jednym a drugim prowadzi niewielkie śledztwo w sprawie pojemnika po farbie wystawionego przy wiacie. Jedni uczą się hiszpańskiego, drudzy biegają półmaratony, a jeszcze inni rozwijają pasję do dokumentowania, że ktoś z klatki B znowu nie domknął drzwi.

Nie chcę nikogo oceniać. Broń Boże. Sama mam zajęcia, o których przydatności dla ludzkości lepiej szerzej nie mówić, i potrafię przez kwadrans szukać w internecie aktorki, której nazwiska nie pamiętam, z filmu, którego tytułu też nie pamiętam, tylko dlatego, że „muszę sobie przypomnieć”. Ale żeby o 23.48 fotografować z balkonu śmietnik, bo „jakiś podejrzany wór spoczywa obok kontenera”, trzeba jednak mieć w sobie rodzaj powołania.

Być może niesprawiedliwie nazywam to wścibstwem. Może mamy tu do czynienia z pełnoprawnym sposobem spędzania wolnego czasu, tylko jeszcze nikt nie wpisał go do katalogu zainteresowań. Są ludzie, którzy wieczorem czytają książki, inni oglądają seriale, a ktoś najwyraźniej czuje się spełniony dopiero wtedy, gdy ustali, z którego mieszkania wyniesiono fotel pod śmietnik i dlaczego leżał tam aż do rana.

Patrząc na niektóre dyskusje, dochodzę nawet do wniosku, że nuda została niesłusznie oczerniona. Dawniej człowiek się nudził i najwyżej patrzył przez okno. Dziś patrzy przez okno z telefonem w ręku, robi zdjęcie, powiększa je, zakłada wątek i po godzinie ma poczucie, że uczestniczył w czymś bardzo ważnym.

Za chwilę zapewne ktoś z grupy odpowie:

- Też to zauważyłam. Trzeba coś zrobić!

I wieczór uratowany. 😉

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)