Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2026

Dziesięć rzeczy, których lepiej nie mówić kobiecie, która nie chce mieć dzieci...


W naszym społeczeństwie istnieje osobliwa kategoria tematów, które – choć z natury należą do sfery prywatnej – z uporem godnym lepszej sprawy są wyciągane na forum publiczne i obracane w zbiorową debatę. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje kobieca macica, ten niewielki organ, który z niewiadomych przyczyn urasta w oczach otoczenia do rangi dobra narodowego. Wystarczy, że kobieta po trzydziestce, z twarzą spokojną i sumieniem nieobciążonym, oświadczy mimochodem, iż nie planuje potomstwa, a natychmiast uruchamia się dobrze naoliwiona machina komentarzy, westchnień i pouczeń.

Nagle każdy staje się ekspertem od cudzego szczęścia, anatomii, psychologii i planowania emerytalnego. Ciotki, koleżanki z pracy, panie z osiedlowego sklepu, a czasem nawet osoby, które nie potrafią zapamiętać naszego nazwiska, z zaskakującą śmiałością zaglądają tam, gdzie nie zostały zaproszone. Wszystko oczywiście w trosce. Bo przecież nic tak nie usprawiedliwia wścibstwa, jak troska.

Przez lata uzbierał się imponujący katalog złotych myśli, które kobieta bez dzieci słyszy z regularnością godną hejnału mariackiego. Niektóre brzmią jak sentencje wyjęte z taniego poradnika psychologicznego, inne przypominają subtelnością młot pneumatyczny, ale wszystkie łączy jedno przekonanie: że decyzja o nieposiadaniu dzieci jest co najwyżej chwilową fanaberią, którą należy skorygować za pomocą kilku dobrze dobranych sloganów.

„Będziesz szczęśliwsza, kiedy będziesz miała dzieci”

To zdanie bywa wypowiadane z miną człowieka, który właśnie przekazuje tajemnicę wszechświata. Tymczasem szczęście nie jest produktem seryjnym, sprzedawanym według jednego wzoru, w którym pozycja „dziecko” stanowi element obowiązkowy niczym instrukcja obsługi. 
Dla jednej kobiety szczęściem będzie gwar rodzinnego domu, rozrzucone po podłodze klocki i małe dłonie obejmujące ją za szyję. Dla innej – sobotni poranek, cisza, filiżanka mocnej kawy, pies śpiący u stóp i świadomość, że nikt nie pyta, gdzie są jego skarpetki. Trudno rozstrzygnąć, która z tych wizji jest bardziej wartościowa, podobnie jak trudno dowieść, że róża jest szlachetniejsza od jaśminu tylko dlatego, że częściej pojawia się w bukietach.

„Nie mogę sobie wyobrazić, że nie chcesz mieć dzieci”

I bardzo dobrze. Wyobraźnia jest sprawą indywidualną. Ja z kolei nie potrafię pojąć, jak można z entuzjazmem marzyć o dziewięciu miesiącach mdłości, porodzie i wieloletniej odpowiedzialności za drugiego człowieka. A jednak nie kwestionuję prawa innych do takich marzeń. 
Dojrzałość nie polega na tym, by wszyscy pragnęli tego samego, lecz by zaakceptować, że cudze wybory nie muszą być odbiciem naszych własnych.

„Co ty robisz całymi dniami?”

W tym pytaniu pobrzmiewa podejrzenie, że życie bez dzieci przypomina pustynną równinę, po której przetacza się jedynie tumbleweed rodem z westernu. Tymczasem brak potomstwa nie oznacza braku treści. Można pracować, podróżować, pisać, czytać, uczyć się, rozwijać pasje, spotykać się z ludźmi, troszczyć się o bliskich i zapełniać dni po brzegi rzeczami, które mają sens. Nuda nie jest stanem cywilnym.

„Kto poda ci szklankę wody na starość?”

To argument wzruszający w swojej prostocie i równie naiwny, jak wiara w to, że kupno losu na loterię jest strategią emerytalną. Dzieci nie są polisą ubezpieczeniową ani gwarancją opieki. Bywa, że mieszkają na drugim końcu świata, bywają pochłonięte własnym życiem, bywają emocjonalnie nieobecne. Sprowadzanie człowieka na świat z myślą o tym, by kiedyś podał nam kubek z wodą, jest koncepcją tyleż praktyczną, co moralnie osobliwą.

„Dzieci nadają życiu sens”

Jeżeli sens życia można zamknąć wyłącznie w akcie reprodukcji, to ludzka egzystencja jawi się jako przedsięwzięcie zaskakująco ubogie. Sens odnajdujemy w pracy, twórczości, przyjaźni, miłości, podróżach, poznawaniu świata, pomaganiu innym i tysiącu codziennych doświadczeń, które nie mają nic wspólnego z numerem PESEL wpisanym w rubryce „dziecko”.

„Zmienisz zdanie, kiedy urodzisz”

Trudno o bardziej osobliwą logikę. To tak, jakby osobie, która nie chce skakać ze spadochronem, doradzać, by jednak spróbowała, bo być może spodoba jej się lot. 
Macierzyństwo nie jest próbką kosmetyku, którą można przetestować i odstawić, jeśli nie spełni oczekiwań. To decyzja, której skutki rozciągają się na całe życie – zarówno matki, jak i dziecka.

„Powinnaś się pospieszyć, zanim będzie za późno”

Niewiele rzeczy wzrusza bardziej niż nagłe zainteresowanie obcych ludzi stanem naszych jajników. Oczywiście istnieje biologiczny kalendarz, lecz świadomość jego istnienia nie oznacza automatycznej potrzeby dostosowania do niego całego życiowego scenariusza. A jeśli kiedyś pojawi się żal? Cóż, każdy człowiek nosi w sobie jakieś niewykorzystane możliwości. To nieodłączny element dorosłości.

„Jeśli nie rodziłaś, nie znasz prawdziwego bólu”

Życie ma zadziwiającą zdolność dostarczania cierpienia w rozmaitych konfiguracjach, nie pytając uprzednio o historię położniczą. Poza tym trudno zrozumieć, dlaczego doświadczenie bólu miałoby stanowić argument za podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Gdyby tak było, stomatolodzy byliby największymi ambasadorami sensu życia.

„Co mówisz ludziom, gdy pytają, dlaczego nie masz dzieci?”

Najczęściej odpowiadam zgodnie z prawdą, że dobrze mi z moim życiem. Czasem, dla urozmaicenia, dodaję, że praca z ludźmi małymi i dużymi jest najskuteczniejszym środkiem antykoncepcyjnym, jaki wynaleziono. To zwykle wystarcza, by rozmowa, niczym źle zaplanowana wycieczka, dobiegła końca.

„Tik-tak, twój zegar biologiczny tyka”

Być może. Ja jednak od lat nie słyszę żadnego tykania, a jeśli nawet gdzieś w tle pracuje jakiś subtelny mechanizm, najwyraźniej nie ma w zwyczaju wydawać mi rozkazów. Nigdy nie wierzyłam, że życie należy układać według dźwięku metronomu, którego istnienie najczęściej deklarują ci, którzy wyjątkowo chętnie dyrygują cudzym losem.

Najbardziej zdumiewa mnie to, że decyzja o nieposiadaniu dzieci bywa traktowana jak moralna usterka, którą należy niezwłocznie naprawić. Kobieta bezdzietna nadal zbyt często bywa postrzegana jako egoistka, istota niedojrzała albo ktoś, kto najwyraźniej nie zrozumiał instrukcji obsługi własnego życia.
Tymczasem nie ma nic bardziej dojrzałego niż świadomość, czego się chce – i czego się nie chce.
Nie każdy powinien zostać rodzicem. Nie każdy odczuwa taką potrzebę. Nie każdy musi realizować ten sam społeczny scenariusz, według którego po ślubie następuje dziecko, po dziecku drugie, a potem kredyt i rodzinne zdjęcie przy choince. Jedni wybierają macierzyństwo i znajdują w nim spełnienie. Inni wybierają inną drogę i również żyją pełnią życia. Żadna z tych decyzji nie wymaga usprawiedliwienia. Bo w gruncie rzeczy cała ta dyskusja sprowadza się do bardzo prostej prawdy, którą – paradoksalnie – najtrudniej zaakceptować: nie każdy człowiek potrzebuje tego samego, aby czuć, że jego życie jest kompletne.
A jeśli ktoś patrzy na własną codzienność i z cichym, pozbawionym egzaltacji zadowoleniem stwierdza, że jest mu dobrze dokładnie tak, jak jest, to naprawdę nie ma powodu, by poprawiać ten scenariusz wyłącznie dlatego, że komuś innemu bardziej podobałaby się inna wersja.

środa, 4 lutego 2026

Matka Polka, czyli jak zostać dyktatorem w kapciach...

Bywają w życiu role, które człowiek przyjmuje z godnością: kierowca w korku, klient w urzędzie, petent w kolejce po sens istnienia. I jest też rola Matki Polki. Rola tak potężna, że mogłaby mieć własną rubrykę w dowodzie osobistym. Nie „mam dziecko”, tylko: sprawuję władzę. Nie „urodziłam”, tylko: zostałam namaszczona. I to namaszczenie potrafi robić z mózgiem rzeczy, przy których instrukcja obsługi miksera wygląda jak literatura piękna.

Uprzedzam: nie każda matka przechodzi metamorfozę w stronę „Wielkiego Inkwizytora Drzemki”. Wiele kobiet zostaje przy zdrowych zmysłach, nie zmienia się im osobowość w mobilny regulamin BHP, nie wyrasta im trzecie oko do skanowania otoczenia pod kątem zagrożeń typu: łyżeczka dotknęła talerza i wygenerowała hałas. Są matki normalne: śmieją się, oddychają, mają zdanie, a nie tylko listę zakazów. Ale są też te drugie – matki, które rodzą dziecko i razem z nim na świat przychodzą: święta cisza, święty spokój oraz święta racja Matki.

Miałam okazję obcować z Matką Polką terrorystką. Na wyposażeniu: niemowlę w wieku „jeszcze nie mówi, ale już rządzi” oraz mina, którą dałoby się kroić w plastry i sprzedawać jako przysmak dla wampirów. Dziecko kilkumiesięczne, a z psychologii manipulacji mogłoby prowadzić szkolenia dla zarządu. Taki mały człowiek, a już potrafi uruchamiać w rodzicach najstarszą technikę świata: szantaż emocjonalny. W wersji premium, bo z płaczem, bez argumentów i bez trybu odwoławczego.

I teraz pewnie ktoś uniesie brew: „Co ty możesz wiedzieć o macierzyństwie, skoro nie masz dzieci?”. Otóż tyle, ile wie każdy, kto stał kiedyś obok: żeby zauważyć absurd, nie trzeba być pilotem – wystarczy widzieć, że samolot leci do góry nogami, bo kapitan ma „własne metody”. Zresztą, logika jest jak pogoda: nie musisz jej produkować, żeby zauważyć, że nagle spadł grad.

Matka terrorystka miała żądania. Nie prośby. Żądania. Najważniejsze: cisza absolutna, bo Dzidzia śpi. Cisza taka, jakbyśmy przenieśli się do muzeum, gdzie eksponatem jest drzemka, a przewodnikiem – groźne spojrzenie. Nagle człowiek odkrywa, że widelec może być narzędziem zbrodni, a talerz – instrumentem perkusyjnym wymagającym natychmiastowej konfiskaty. Śniadanie zamienia się w balet pantomimy: każdy ruch sztućcem trzeba konsultować z sumieniem.

Tymczasem świat – ten bezczelny, głośny i najwyraźniej nieprzystosowany do drzemek – ma w zwyczaju… istnieć. A istniejąc, wydaje dźwięki. Dziecko prędzej czy później spotka autobus, klakson, wiertarkę sąsiada, psa, który uważa, że jego misją jest komentowanie wszystkiego, i ludzi, którzy śmieją się bez konsultacji z Matką. Jeśli niemowlę ma wejść w życie, to chyba lepiej, żeby poznało decybele wcześniej niż w wieku lat piętnastu, kiedy na pierwszej imprezie szkolnej dozna olśnienia i zrozumie, że świat nie został zaprojektowany przez dział „Rodzicielstwo i Lęk”.

Najbardziej wzruszający w tej operze jest jednak małżonek. Biedny Tatuś – człowiek, który jeszcze niedawno mógł mieć imię, hobby i godność. Teraz jest głównie funkcją. Jak czajnik: ma być, stać, działać, nie pytać. Na każde skinienie Matki Polki powinien pozostawać w pełnej gotowości bojowej, najlepiej w pozycji „na baczność, z chusteczką”. Staje się osobistym lokajem Jej Wysokości i małego księcia, który jeszcze nie umie chodzić, ale już wie, że wystarczy odpowiednio modulować płacz, a dwór się zbiegnie.

A tu robi się jeszcze ciekawiej, bo Matka terrorystka ma teorię o tatusiach: tatuś się nie nadaje do usypiania. Nie zrozumcie mnie źle – nie że ma dwie lewe ręce. Po prostu jego istnienie nie ma certyfikatu. Tylko Ona, Matka przez wielkie M, potrafi „odpowiedzialnie” ululać dziecko. Ona ma ręce, w których jest tajemna moc, jakby karmiła nie mlekiem, tylko magią. A jednocześnie potrafi z wyrzutem powiedzieć: „Ty się w ogóle nie interesujesz dzieckiem”. Czyli: masz być obecny, ale tak, żeby nie przeszkadzać. Masz działać, ale nie po swojemu. Masz pomagać, ale w sposób niewidoczny, cichy i najlepiej telepatyczny.

To jest to słynne koło absurdu: oboje biegają jak chomiki, tylko że chomiki mają kołowrotek, a tu jest niemowlę dyrygujące za pomocą płaczu. Jasne: dziecko wywraca świat do góry nogami. Pytanie brzmi, czy dorośli muszą udawać, że to nowa konstytucja i nie ma od niej odstępstw.

Jest jeszcze jedna rzecz, której Matka terrorystka nie widzi: w jej narracji wszystko jest usprawiedliwione. Każdy zakaz to „dla dobra dziecka”, każda kontrola to „troska”, każda groźna mina to „zmęczenie”. A słowa „bo ja jestem matką” działają jak immunitet – społeczny i absolutny.

Tymczasem ktoś kiedyś mądrze powiedział (i to jest jedna z tych mądrości, które mają więcej sensu niż cała literatura poradnikowa): w wychowaniu dziecka trzeba czasem być nastawionym na siebie. Trzeba mieć kawałek życia, który nie jest listą zadań, drzemek i temperatur mleka. Trzeba mieć przyjemności, rozmowy, spacery bez liczenia pieluch, chwilę, w której jesteś człowiekiem, a nie robotem do obsługi potrzeb. Bo inaczej dziecko rośnie w domu pełnym frustracji, a rodzice zamieniają się w maszynę: działa, ale nie żyje. I wtedy – zupełnie zgodnie z prawami psychologii i dojrzewania – nastolatek pewnego dnia weźmie ten cały „poświęcony trud” i odda go rodzicom w formie komentarza. Pięknego, kwiecistego, niecenzuralnego. Takiego, po którym matka może poczuć, że cisza absolutna była jednak luksusem.

Może więc – zanim mózg zamieni się w papkę podporządkowaną dziecku, zanim w domu wprowadzi się stan wyjątkowy i zakaz używania widelców – warto sobie zadać proste pytanie: czy ja wychowuję dziecko, czy dziecko tresuje mnie? Czy moje macierzyństwo jest relacją, czy systemem politycznym? Czy w tym domu można się śmiać, czy śmiech budzi Dzidziusia? Czy mój partner jest człowiekiem, czy dodatkiem do wózka?

Bo Matka Polka nie musi być terrorystką. Może być kobietą, która ma dziecko – i nadal ma siebie. Może dbać o malucha i jednocześnie nie robić z otoczenia muzeum ciszy. Może pozwolić tatusiowi być ojcem, a nie pomocnikiem do zadań pobocznych. Może zaakceptować, że świat jest głośny, a dziecko nie jest porcelanową figurką, tylko człowiekiem w miniaturze, który musi nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, nie pod kloszem.

A jeśli mimo wszystko ktoś bardzo pragnie ciszy absolutnej… polecam bibliotekę. Albo klasztor. Cisza absolutna bywa piękna. Tylko że w rodzinie zwykle oznacza, że wszyscy już chodzą na palcach – i nikt nie wie po co.

wtorek, 20 stycznia 2026

Feminizm, kura domowa i kieliszek prawdy, czyli podwójny etat bez premii...

Feminizm obiecywał nam wiele. Przede wszystkim wolność, samostanowienie i poczucie, że możemy być kim chcemy — pod warunkiem, że zdążymy być tym wszystkim jednocześnie. Kobieta miała przestać być uwięziona w kuchni, a stać się obywatelką świata, rynku pracy i własnych ambicji. I rzeczywiście, wyszłyśmy z kuchni… tyle że garnek wzięłyśmy ze sobą, bo przecież ktoś musi pilnować, żeby obiad nie wykipiał, a świat — jak wiadomo — sam się nie ogarnie.

Dawniej sprawa była jasna i brutalnie uczciwa. Kobieta siedziała w domu, mężczyzna pracował, a wszyscy wiedzieli, kto za co odpowiada. Nikt nie udawał, że to sprawiedliwe, ale przynajmniej było logiczne. Dziś logika poszła na urlop bezpłatny, a my zostałyśmy z jej obowiązkami. Współczesna kobieta bowiem pracuje zawodowo, rozwija się, realizuje, a po godzinach… wraca do pełnoetatowej pracy, za którą nie dostaje ani pensji, ani premii, ani nawet dobrego słowa, bo przecież „to normalne”.

Kura domowa XXI wieku to istota wybitnie wydajna. W jednej ręce trzyma torby z zakupami, w drugiej telefon służbowy, na brzuchu dziecko, przy nodze drugie dziecko, a w głowie plan dnia rozpisany z dokładnością do minuty, uwzględniający fakt, że ktoś w końcu musi pamiętać o szczepieniu kota, zapłaceniu rachunków i tym, że jutro w przedszkolu dzień koloru zielonego. Jej organizm funkcjonuje na kawie, poczuciu obowiązku i przekonaniu, że jak ona tego nie zrobi, to nie zrobi tego nikt.

Wieczorem, gdy świat zwalnia, ona przyspiesza. Zaczyna się spektakl pod tytułem „ogarniam wszystko i jeszcze się uśmiecham”, bo przecież zmęczenie jest passe, a frustracja źle wygląda przy dzieciach. I wtedy do domu wraca on — zmęczony, spracowany, po ośmiu godzinach jednego, konkretnego etatu. Patrzy na ten domowy armagedon i mówi zdanie, które powinno być wpisane na listę tekstów zakazanych przez ONZ: „Ty to masz dobrze, już jesteś w domu!”

W tym momencie feminizm płacze cicho w kącie, a kieliszek wina zaczyna wyglądać jak narzędzie terapeutyczne. Bo jak tu wytłumaczyć, że „bycie w domu” nie oznacza odpoczynku, tylko zmianę uniformu na niewidzialny? Jak przekazać, że praca domowa nie jest magiczną strefą relaksu, tylko systemem zadań, które same się nie wykonają, choć świat bardzo by chciał wierzyć, że wykonują się siłą kobiecej intuicji?

Nie chodzi o to, że feminizm był zły. On był naiwny. Uwierzono, że wystarczy dopuścić kobiety do rynku pracy, a reszta ułoży się sama. Tymczasem reszta… została dokładnie tam, gdzie była. W kuchni, w łazience, przy dzieciach, w kalendarzu pełnym cudzych terminów. Dołożono nam wolność, ale nie zdjęto obowiązków. I tak oto stałyśmy się symbolem sukcesu — kobietą, która „ogarnia”, nawet jeśli sama już ledwo się trzyma.

Czy jesteśmy głupie? Absolutnie nie. Jesteśmy skuteczne. A skuteczność, jak wiadomo, bywa najgorszym przekleństwem, bo szybko staje się normą. Skoro dajemy radę, to znaczy, że możemy jeszcze trochę. Jeszcze jeden projekt. Jeszcze jedno pranie. Jeszcze jedno „nie teraz, później odpocznę”. Tylko że to „później” jakoś nie nadchodzi.

Dlatego ten felieton najlepiej czytać wieczorem. Gdy dzieci śpią, z kieliszkiem wina w dłoni, w ciszy, która wreszcie nie wymaga reakcji. I może wtedy, między jednym a drugim łykiem, pojawi się myśl wywrotowa, niemal rewolucyjna: że równość nie polega na tym, że kobieta robi wszystko, tylko że nie robi wszystkiego sama.

A kura domowa? Ona już nie gdacze. Ona patrzy, popija wino i bardzo powoli zaczyna zadawać pytania. A to zwykle pierwszy etap zmian.

piątek, 20 marca 2015

Być córką w teorii i praktyce...

Grafika: www.pixgood.com i Kobicina Miejska

Księgi i inne papierzyska poświęcone teoriom o tym, jak być matką i córką pewnie zapchałyby niejeden gmach. Życie pisze swoje scenariusze i mądre księgi ma tam, gdzie wszystkie organizmy żywe mają zakończenie układu pokarmowego.
Matką nie jestem i pewnie nie będę – nic mi nie tyka i nie dzwoni w okolicy narządów rodnych, ale mam specjalny dzwonek w głowie, który skutecznie zniechęca mnie do podjęcia się tej roli: nie chcę być matką podobną do własnej matki. Jestem córką rodziców, którzy nie dostali instrukcji obsługi do swojej córki lub dostali tylko nie chciało im się przeczytać ze zrozumieniem. 
Nadopiekuńcza, a zarazem chłodna emocjonalnie matka i ojciec, który ojcem został z przysłowiowego przypadku to mieszanka, która nie rokowała dobrze. Nigdy nie usłyszałam, że mnie kochają, że są ze mnie dumni, że jestem śliczna, że jestem mądra i tych innych słów, które swojemu dziecku, niezależnie od wieku, powinno się mówić, żeby dziecko nie musiało czynić rozważań typu: jeżeli umrę to i tak nikt nie zauważy…? 
Byłam dzieckiem trzymanym na krótkiej smyczy zanim zrobiłam cokolwiek co wymagałoby w ogóle zastosowania smyczy w moim „wychowaniu”. Rosłam, a moje poczucie własnej wartości było dla mnie tworem tak abstrakcyjnym jak wytworzenie energii atomowej z ziemniaka. Im więcej miałam lat, tym częściej przesiadywałam w swoim światku stworzonym na potrzeby jako takiego funkcjonowania w społeczeństwie. Pieczołowicie pielęgnowałam w sobie nienawiść do matki, do ojca i samej siebie. W domu pełnym sztucznych relacji, który był z pozoru normalny i szczęśliwy, zamordowano we mnie umiejętność okazywania uczuć, nie potrafiłam się cieszyć z sukcesów, z tego kim jestem, jaka jestem, po co jestem i tak dalej. Jednak matka natura postanowiła ze mnie zakpić i wyposażyła mnie w cechy, które miały się nijak do kogoś kto nie marzył o staniu w świetle reflektorów, bo wychodził z założenia, że nie jest mu to do szczęścia potrzebne. Byłam cholernie ambitna, uparta i paradoksalnie – pazernie zdobywałam kolejne laury, które i tak nie przedstawiały dla mnie żadnej wartości. Chciałam być kimś niepodobnym do rodziców, którzy edukację zakończyli na szkole zawodowej, a cały świat ich wewnętrznych przeżyć ograniczał się do pracy w państwowym zakładzie i telewizora. 
Niestety brakowało mi jednej rzeczy, której sama nie byłam w stanie zdobyć – skrzydeł. Byłam córką rodziców, którzy powołali ją na świat i zapomnieli, że córce trzeba doprawić skrzydła, na których wzniesie się napędzana miłością, wsparciem, zrozumieniem, akceptacją. Bez skrzydeł ciężko latać… Swoje skrzydła zbudowałam z piór, które dostałam od obcych ludzi. To od nich po raz pierwszy usłyszałam słowa, które powoli zaczęły budować moje poczucie własnej wartości. Okazało się, że jednak jestem coś warta i nie przypominam szarej, bezkształtnej masy, której nikt nie zauważa. 
A moi rodzice… Dziś są starszymi ludźmi, a ja nigdy nie wpadłam na pomysł, by zrobić im pranie mózgów i wykład na temat ich nieudolnego rodzicielstwa. Nie miałam odwagi, było mi ich żal i znalazłam miliony powodów, żeby ich usprawiedliwić. Jestem tylko przykładem na to, jak w praktyce można wytworzyć „zepsutą” córkę, która do końca swoich dni będzie musiała nad sobą pracować i powtarzać jak mantrę, że jest niezwykłym, cudownym, niepowtarzalnym człowiekiem, który miał w życiu małego pecha. Nad rozlanym mlekiem wiecznie płakać nie można - trzeba się otrzepać i lecieć dalej na tych, nieco innych, skrzydłach.

czwartek, 12 marca 2015

"Matko, czy możesz mieć wszystko?" O bujaniu w bańce macierzyństwa...

Grafika: www.audioteka.pl

W moje ręce, a właściwie uszy, wpadł ostatnio audiobook: "Matko, czy możesz mieć wszystko?" (Kultowe teksty z serwisu Foch.pl) Jako przedstawicielka kobiet bezdzietnych przekornie wyciągam łapy po to, co obok wątku o macierzyństwie stało, stoi lub będzie stało. Dlaczego to robię? Zwykła ludzka ciekawość i nadzieja, że znajdę odpowiedzi na pytania, które stawia sobie kobieta dobiegająca czterdziestki i poszukująca z uporem maniaka tykającej bomby biologicznej wyrzucającej ze swoich trzewi pieśń godną Hejnału Mariackiego o treści: Kobieto! Idź i mnóż się na potęgę!

Wspomniany audiobook wciągnął mnie na tyle, że wysłuchałam z przyjemnością siedemnastu felietonów czytanych przez Marię Seweryn, która świetnie wprowadza słuchacza w klimat „bujania w bańce macierzyństwa”. Bujanie zajęło mi prawie dwie godziny, ale był to naprawdę pożytecznie spędzony czas. I tak to przepłynęłam przez różne oblicza macierzyństwa przedstawione w taki babsko - życiowy sposób: szczerze, z dystansem, polotem, dowcipem i co najważniejsze bez wazeliny, która ma pomóc w bezbolesnym wepchnięciu uroków macierzyństwa w każdy kobiecy tyłek nadający się do rozrodu. Pozycję polecam, przede wszystkim, matkom, które zachłysnęły się swoim macierzyństwem i potrzebują kogoś kto je po prostu walnie w plery tak, żeby przestały się dławić i w końcu przytomnie spojrzały na świat - niezależnie od tego czy mają u swego boku bobo ściśle zespolone z cycem czy też nastolatka, który nie wie czy najpierw zaprzyjaźnić się z marihuaną, a potem z alkoholem, czy odwrotnie. Matki, które straciły dystans do swojego macierzyństwa powinny, od czasu do czasu, opuścić swoje ciało i przyjrzeć się sobie z perspektywy widza. Autorki felietonów mogą w tym pomóc poruszając, między innymi, taką tematykę: 

Matka pracująca kontra niepracująca – która lepsza?

Czy narodziny to cud?

Matka jako urządzenie wielofunkcyjne – podziwiać, naśladować czy mieć na uwadze cały ten smrodek, który ciągnie się za babą zagrzebaną w macierzyństwie?

Dlaczego „pierwsze dziecko jest jak walnięcie obuchem w łeb”?

Czym grozi „rozszalały instynkt matki karmicielki”?

Jaki wiek jest najlepszy na ciążę?

Forumowe mamuśki – uczynne, dobre ciocie czy mątwy polujące na przyszłe i świeże mamy?

16 powodów, dla których fajnie być mamą.

Dziewięć rzeczy, których masz nadzieję, że twoje dziecko nie zrobi publicznie.

Czym grożą: zabawy genitaliami i rozbieranie, chowanie się pod spódnicą czy też zdradzanie intymnych, rodzinnych sekretów?

W jaki sposób tandetne zabawki, z wytrzeszczem, w kolorach ohydnego różu, ratują żywot rodzicieli?

Jak rozkręcić nietypowy biznes wykorzystując swoje potomstwo, a przy okazji pozbyć się, na przykład, trupa znienawidzonej cioci?

Czy cierpisz na paradoks białej bluzki? A może twoje dziecko, które potrafi zasrać się po pachy, staje się dla ciebie zagadką przyrodniczą?

W jaki sposób progenitura może doprowadzić cię do stanu obłędu na tyle skutecznie, że zapomnisz języka w gębie widząc siedzącą w pokoju zjawę?

Co przeżywa matka, która słyszy, że zwolnienie lekarskie dla rodzica chcącego opiekować się dzieckiem w szpitalu to fanaberia?

Kompot z wiadra, „zielony chleb krasnoludków” i krowi placek – gdzie dziecko może zjeść takie specjały?

Jak nie zwariować w świecie polskiej edukacji narodowej, zwłaszcza jak się jest matką gimnazjalisty?

Czy to prawda, że nikt nie zrobi ci większego obciachu niż własne dziecko?

Jakie zagrożenie niesie dziecko, które nadmiernie wykorzystuje swoją niesamowitą zdolność przepoczwarzania się w „dyktafon z trybem losowego odtwarzania”?


Audiobook pochodzi ze strony: www.audioteka.pl


Grafika: Kobicina Miejska (tekst), Internet (obrazek)