Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2026

Rozmnażać się każdy może, czyli dziecko to nie paprotka z marketu...

Od czasu do czasu społeczeństwo dochodzi do wniosku, że należy zainteresować się cudzym układem rozrodczym. Najczęściej dzieje się to podczas świąt, wesel, chrzcin, pogrzebów oraz innych uroczystości, na których człowiek chciałby spokojnie zjeść sałatkę jarzynową, ale zamiast tego musi zdawać egzamin ustny z jajników, nasieniowodów i planów prokreacyjnych na najbliższą pięciolatkę.

- A wy kiedy dziecko? - pyta ciocia, nabijając na widelec marynowanego grzybka i patrząc człowiekowi głęboko w macicę.

Jak to: trzydzieści lat, stała praca, dwa pokoje z aneksem, ekspres do kawy, samochód na kredyt i ani jednego potomka? Przecież to tak, jakby ktoś kupił komplet garnków, lecz bezczelnie nie ugotował bigosu. Albo postawił garaż i trzymał w nim rower. Marnotrawstwo infrastruktury!

Po przejrzeniu internetowych dyskusji doszłam do wniosku, że człowiek może nie nadawać się do prowadzenia samochodu, hodowania pitbulla, obsługi wózka widłowego ani sprzedaży zapiekanek na festynie, ponieważ do wszystkiego potrzebuje badań, zezwoleń, kursów, instrukcji i gaśnicy. Żeby natomiast powołać na świat drugiego człowieka, wystarczy wieczór lub poranek (ewentualnie środek nocy lub dnia), odrobina biologicznego entuzjazmu oraz przekonanie babci, że „jakoś to będzie”.

„Jakoś to będzie” jest zresztą jednym z najpopularniejszych modeli wychowawczych w Polsce. Zaraz obok „mnie tak wychowano i żyję” oraz „tablet mu daj, bo próbuję rozmawiać”.

Pytanie nie brzmi więc, czy każdy może zostać rodzicem. Biologia bywa pod tym względem hojna jak automat rozdający ulotki. Pytanie brzmi: czy każdy powinien?

I tu zaczyna się problem, ponieważ społeczeństwo traktuje rodzicielstwo jak kolejny poziom gry pod tytułem „Dorosłość”. Najpierw szkoła, potem praca, kredyt, ślub, dziecko, drugie dziecko, działka, grill, nadciśnienie i awantura z sąsiadem o tujki. Wszystko ma następować w odpowiedniej kolejności, niczym procesja, tylko zamiast baldachimu niesie się fotelik samochodowy i mokre chusteczki.

Na forach regularnie pojawiają się ludzie, którzy przyznają, że zdecydowali się na dzieci nie dlatego, że naprawdę pragnęli być rodzicami, lecz dlatego, że wszyscy znajomi już nimi byli, rodzina naciskała, zegar biologiczny tykał, a życie wymagało odhaczenia następnego kwadracika. Jedna z matek pisała wprost, że zawsze robiła to, co człowiek „powinien”: odpowiednia szkoła, odpowiednia praca, odpowiedni związek, a potem dziecko, bo przecież tak się robi. Dziecko okazało się jednak nie kwadracikiem, lecz całodobowym człowiekiem, który nie znika po prawidłowym wypełnieniu formularza.

To odkrycie bywa dla niektórych równie wstrząsające jak informacja, że kot z reklamy karmy nie gotuje obiadu.

Dziecko bowiem nie jest pakietem startowym rodzinnego szczęścia. Nie przychodzi z gwarancją spokojnego snu i numerem infolinii, na której konsultant powie:

- Proszę przytrzymać przycisk „drzemka” przez dziesięć sekund, a następnie zresetować trzylatka.

Nie jest też żywym medalem za prawidłowe wejście w dorosłość. Tym bardziej nie powinno być klejem do związku. A jednak wciąż można spotkać przekonanie, że para, która od trzech lat komunikuje się głównie za pomocą trzaskania szafkami, powinna „postarać się o dziecko”, gdyż potomek ich zbliży. Owszem, zbliży. Najczęściej o drugiej trzydzieści jeden, kiedy oboje pochylą się nad łóżeczkiem, próbując ustalić, kto tym razem obsługuje bąbelka. Nic tak nie cementuje małżeństwa jak wspólna bezsenność, kolka i dyskusja o tym, czy zdanie „przecież ty jesteś na macierzyńskim” można uznać za okoliczność łagodzącą podczas procesu karnego.

Dziecko nie jest żywicą epoksydową. Jeżeli związek przecieka przed jego narodzinami, po narodzinach może przeciekać nadal, tylko człowiek nie ma już czasu podstawić wiadra.

Kolejnym niezwykle szlachetnym powodem powoływania człowieka do życia jest troska o pierwsze dziecko, które rzekomo „musi mieć rodzeństwo”. Według rodzinnej komisji do spraw cudzej płodności skazany jest bowiem na egoizm, samotność i nieumiejętność dzielenia się chrupkami. Należy więc wyprodukować mu brata lub siostrę, najlepiej szybko, żeby różnica wieku nie przeszkodziła im w jednoczesnym darciu się o ten sam plastikowy traktor.

Na forach można znaleźć historie osób, które zgodziły się na drugie dziecko głównie pod naciskiem partnera albo otoczenia, po czym odkryły, że rodzeństwo nie zawsze zostaje drużyną zgodnych aniołków z katalogu odzieży dziecięcej. Czasem zostaje po prostu dwojgiem osobnych ludzi, którzy mają odmienne charaktery, potrzeby i wyjątkowo zbieżne zainteresowanie ostatnim naleśnikiem.

Rodzeństwo może być wielkim darem. Może być również osobą, której przez piętnaście lat pożyczamy bluzki bez pytania, a przez następne trzydzieści kłócimy się o podział porcelany po babci. Nie warto więc powoływać człowieka do istnienia wyłącznie po to, żeby pierwszy człowiek miał towarzystwo. Od towarzystwa są jeszcze rówieśnicy, kuzyni, pies i zajęcia z ceramiki. Żadne z nich nie wymaga porodu.

Idźmy dalej... Nieśmiertelnym argumentem pozostaje oczywiście:

- A kto ci poda szklankę wody na starość?

Ach, ta szklanka wody! Święty Graal polskiej prokreacji. Człowiek ma wychowywać potomka przez ćwierć wieku, ponieść koszty liczone w setkach tysięcy złotych, przeżyć ząbkowanie, ospę, wywiadówki i dojrzewanie, aby w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat otrzymać dwieście mililitrów kranówki. To najdroższy abonament na nawodnienie w historii ludzkości.

Dzieci nie są prywatnym ubezpieczeniem opiekuńczym. Nie rodzą się z podpisaną umową, że w zamian za pieluchy, mleczko, kaszkę i korepetycje z matematyki będą przez ostatnie dwadzieścia lat życia rodzica pełnić funkcję pielęgniarki, kierowcy, psychologa i dostawcy mineralnej. W internetowych dyskusjach dorosłe dzieci często protestują przeciwko takiemu myśleniu, przypominając rzecz dość podstawową: to rodzice zdecydowali o ich narodzinach, nie odwrotnie.

Jeszcze bardziej fascynuje mnie argument, że dziecko „nadaje życiu sens”. Naturalnie może nadać. Podobnie jak miłość, praca, sztuka, nauka, pomaganie innym, hodowanie pomidorów, ratowanie jeży albo tropienie człowieka, który od tygodnia zostawia reklamówki ze śmieciami obok osiedlowego kontenera. Problem zaczyna się wtedy, gdy dorosły nie ma własnego sensu, więc produkuje sobie małego człowieka i wręcza mu etat sensodawcy.

- Jesteś całym moim światem - mówi później matka do córki, co w romantycznym opisie brzmi pięknie, lecz w praktyce oznacza, że córka nie może wyjechać na studia do Gdańska bez wywołania rodzinnego kataklizmu, gdyż cały świat matki właśnie pakuje skarpetki do walizki.

Dziecko nie powinno być lekarstwem na pustkę, samotność, niespełnione ambicje i inne fanaberie dorosłych. Nie jest również wersją demonstracyjną rodzica, którą można zaprogramować tak, by została pianistą, lekarzem albo skoczkiem narciarskim, ponieważ tatuś w dzieciństwie miał słabe kolana, a mamusi zabrakło słuchu.

Na forach rodzice opisują innych rodziców, którzy próbują wtłoczyć dzieci w przygotowane wcześniej szablony, realizując za ich pomocą własne marzenia. Dziecko ma osiągać wyniki, zdobywać medale i rozwijać talenty, najlepiej jednocześnie, bo przecież grafik między angielskim, robotyką a tenisem ma jeszcze trzydzieści siedem minut luzu.

Potem dwunastolatek jest zmęczony jak górnik po nocnej zmianie, a rodzic mówi:

- Nie wiem, po kim on taki nerwowy.

Być może po kalendarzu Google...

Nie znaczy to oczywiście, że rodzicielstwo jest wyłącznie pasmem nieszczęść, podczas którego dorośli brodzą po kolana w klockach Lego, a ich dawna osobowość odchodzi w siną dal, machając im z autobusu. Wielu rodziców opisuje ogromną miłość, radość i satysfakcję, podkreślając jednak, że sami chcieli dzieci i byli psychicznie przygotowani na zmianę życia. I właśnie w tym tkwi sedno.

Nie róbmy z rodzicielstwa piekła, a bezdzietności nie przedstawiajmy jako nieustanne popijanie prosecco na Malediwach w białym szlafroku. Ludzie bez dzieci również mają kredyty, hemoroidy, chore koty, starzejących się rodziców i sąsiada, który wierci w niedzielę o siódmej rano. Brak dziecka nie zamienia życia w folder biura podróży. Podobnie jak jego posiadanie nie zamienia automatycznie człowieka w świętą istotę o głębokiej duszy, która odnalazła prawdę o wszechświecie między sterylizatorem a koszem na pieluchy.

Niewygodna prawda jest jednak taka, że niektórzy rodzice żałują swojej decyzji. W dwóch polskich badaniach żal z powodu rodzicielstwa deklarowało około 10,7 i 13,6 procent badanych. Wiązał się on między innymi z wypaleniem rodzicielskim, podatnością na ocenę społeczną, trudną sytuacją życiową oraz gorszym zdrowiem psychicznym i fizycznym.

Można kochać własne dziecko i jednocześnie żałować, że zostało się rodzicem. Te dwa uczucia nie wykluczają się bardziej niż miłość do kogoś i pragnienie, by przestał wreszcie mlaskać. Internetowe wyznania pokazują ludzi, którzy troszczą się o swoje dzieci, dbają o nie i nie zamierzają ich porzucać, ale gdyby mogli cofnąć czas, podjęliby inną decyzję.

Społeczeństwo nie chce tego słyszeć, ponieważ rodzicielstwo ma być krainą wiecznej szczęśliwości, w której pachnące niemowlę uśmiecha się z bawełnianego kocyka, matka ma delikatny makijaż, a ojciec w lnianej koszuli czule podaje butelkę. Nikt nie pokazuje, że pięć minut wcześniej matka płakała w łazience, ojciec szukał w internecie informacji, czy można umrzeć od niewyspania, a niemowlę zwymiotowało na psa.

Rodzicielstwo może być cudowne. Ale „może” nie znaczy „musi”, „zawsze” ani „dla każdego”. Sama zdolność do rozmnażania nie jest kwalifikacją wychowawczą. Plemnik nie jest certyfikatem kompetencji, owulacja nie zastępuje dojrzałości, a pozytywny test ciążowy nie instaluje automatycznie cierpliwości, empatii i umiejętności stawiania cudzych potrzeb ponad własnym ego.

Oczywiście nikt nie jest idealnie przygotowany. Nie istnieje rodzic, który przed narodzinami dziecka ukończył wszystkie możliwe kursy, uporządkował każdą traumę, zabezpieczył finanse do 2074 roku i osiągnął buddyjskie panowanie nad sobą podczas wylewania kakao na świeżo upraną kanapę.

Nie trzeba być idealnym.

Trzeba jednak naprawdę chcieć podjąć tę rolę. Nie dla babci. Nie dla partnera. Nie dla związku. Nie dla nazwiska, zegara, społeczeństwa, Instagrama ani przyszłej szklanki wody.

Dlatego na pytanie: „Czy każdy powinien zostać rodzicem?” odpowiedź brzmi: Absolutnie nie. 

Każde dziecko zasługuje na rodzica, który naprawdę chciał zostać rodzicem. Ale żaden dorosły nie ma obowiązku tworzyć dziecka tylko dlatego, że ciocia spojrzała znacząco znad półmiska z jajkami w majonezie.

poniedziałek, 8 lutego 2021

Dzieci w kuchni i grzyb atomowy gotowy!

Grafika: www.cafeleniwiec.pl

W dzieciństwie urządzaliśmy sobie z bratem, tak zwane, kuchenne niespodzianki. Zabawa polegała na tym, że wytypowany zamykał się w kuchni i przyrządzał „danie” dla drugiej osoby. Oczywiście wszystko się odbywało pod nieobecność rodziców. Z racji na to, że w tamtych czasach (lata 80-te) niewiele było w lodówce specjałów to nasze kuchenne szaleństwo ograniczało się do kruchych ciastek z dziurką posypanych cukrem i dżemu domowej roboty o smaku truskawkowym, podanych na milion sposobów. Były więc:
- kanapka z kruchych ciastek z dżemem w środku,
- kruszone kruche ciastka z kleksem z dżemu,
- torcik z kruchych ciastek z kremem dżemowym,
- gniecione kruche ciastka wymieszane z dżemem,
- dżem z posypką z kruchych ciastek.
Na zmianę zamykaliśmy się w tej kuchni i przygotowywaliśmy te mistrzowskie „dania” z dużym namaszczeniem. Oczekujący na degustację koczował w przedpokoju i najczęściej bawił się papierem toaletowym hurtowo nagromadzonym w mieszkaniu; budowało się z tego wieżę, na którą należało siąść i zrobić pierdut! Cała radocha była w tym upadku i masakrowaniu rolek cennego surowca. Niestety nie spotykało się to ze zrozumieniem ze strony rodzicieli. Wróćmy do ciastek… Niespodziankę przygotowaną przez „kucharza” należało spożyć z uśmiechem na ustach. Po kilku kolejkach takich eksperymentów kończyło się to tak, jak skończyć się powinno, czyli w otchłaniach porcelanowej muszli klozetowej ;)

Inny wyczyn kulinarny stworzony w duecie z braciszkiem to produkcja krówek domowej roboty: schajcowaliśmy wtedy część półki wiszącej nad zlewem ratując palącą się patelnię. Od tego czasu wiem, że palącej się patelni zawierającej tłuszcz nie zalewa się wodą, ponieważ uzyskujemy efekt grzyba atomowego. 

Do napisania powyższych wspomnień zainspirowała mnie opowieść znaleziona na www.forum.gazeta.pl, autorstwa - teresa104:
„Kiedyś jako dzieci wróciliśmy z bratem z kolonii, były wakacje, rodzice w pracy. I zapragnęliśmy odtworzyć wspaniały kolonijny przysmak, nieznany nam z domu, czyli pampuchy (drożdżowe kluski na parze). Wzięliśmy "Kuchnię polską" i tam z przepisu próbowaliśmy wyrobić te kluski i jakoś wciąż nie mogliśmy utrafić z konsystencją. Wreszcie wyszła cała mąka, jaka była w domu, brat poszedł zatem z moimi pieniędzmi zaoszczędzonymi na koloniach kupić surowca. Mojego majątku wystarczyło jeszcze na 3 kg mąki i drożdże. Kiedy ojciec wrócił z pracy, ujrzał na kuchennym blacie wielką górę suchych kłaków, których już nie byliśmy w stanie z bratem wyrobić naszymi siłami (ja ledwo nad ten blat wystawałam). Trudna rada, stary zdjął koszulę i wyrobił olbrzymią gulę ciasta, wciąż zresztą powiększającą się od drożdży. Resztę dnia wycinaliśmy szklankami kluski, które leżały na ściereczkach w całym domu, na balkonie, na szafkach, na stołach i partiami parowaliśmy je w garnkach na wszystkich palnikach. Powiem Wam... wreszcie najadłam się pampuchów. Na słodko, na słono, z masłem, z cukrem, z zupą, z kiełbasą, odgrzewane, na zimno, smażone, dopiekane, ojciec do pracy codziennie zabierał, matka też się starała, chociaż klusek nie lubi.”

Opis bardzo zadziałał na moją wyobraźnię i suszyłam zęby opluwając monitor. Najbardziej wzruszył mnie fragment dotyczący poświęcenia oszczędności, by surowiec zakupić potrzebny na pampuchy.

Pozostając w klimatach słodkości i zbliżającego się, wielgachnymi, pączkowymi krokami, tłustego czwartku zapraszam w wolnej chwili na post wspominkowy z wytryskiem w roli głównej - Gdy pączek atakuje cnotliwą kobietę... 😁

czwartek, 12 marca 2015

"Matko, czy możesz mieć wszystko?" O bujaniu w bańce macierzyństwa...

Grafika: www.audioteka.pl

W moje ręce, a właściwie uszy, wpadł ostatnio audiobook: "Matko, czy możesz mieć wszystko?" (Kultowe teksty z serwisu Foch.pl) Jako przedstawicielka kobiet bezdzietnych przekornie wyciągam łapy po to, co obok wątku o macierzyństwie stało, stoi lub będzie stało. Dlaczego to robię? Zwykła ludzka ciekawość i nadzieja, że znajdę odpowiedzi na pytania, które stawia sobie kobieta dobiegająca czterdziestki i poszukująca z uporem maniaka tykającej bomby biologicznej wyrzucającej ze swoich trzewi pieśń godną Hejnału Mariackiego o treści: Kobieto! Idź i mnóż się na potęgę!

Wspomniany audiobook wciągnął mnie na tyle, że wysłuchałam z przyjemnością siedemnastu felietonów czytanych przez Marię Seweryn, która świetnie wprowadza słuchacza w klimat „bujania w bańce macierzyństwa”. Bujanie zajęło mi prawie dwie godziny, ale był to naprawdę pożytecznie spędzony czas. I tak to przepłynęłam przez różne oblicza macierzyństwa przedstawione w taki babsko - życiowy sposób: szczerze, z dystansem, polotem, dowcipem i co najważniejsze bez wazeliny, która ma pomóc w bezbolesnym wepchnięciu uroków macierzyństwa w każdy kobiecy tyłek nadający się do rozrodu. Pozycję polecam, przede wszystkim, matkom, które zachłysnęły się swoim macierzyństwem i potrzebują kogoś kto je po prostu walnie w plery tak, żeby przestały się dławić i w końcu przytomnie spojrzały na świat - niezależnie od tego czy mają u swego boku bobo ściśle zespolone z cycem czy też nastolatka, który nie wie czy najpierw zaprzyjaźnić się z marihuaną, a potem z alkoholem, czy odwrotnie. Matki, które straciły dystans do swojego macierzyństwa powinny, od czasu do czasu, opuścić swoje ciało i przyjrzeć się sobie z perspektywy widza. Autorki felietonów mogą w tym pomóc poruszając, między innymi, taką tematykę: 

Matka pracująca kontra niepracująca – która lepsza?

Czy narodziny to cud?

Matka jako urządzenie wielofunkcyjne – podziwiać, naśladować czy mieć na uwadze cały ten smrodek, który ciągnie się za babą zagrzebaną w macierzyństwie?

Dlaczego „pierwsze dziecko jest jak walnięcie obuchem w łeb”?

Czym grozi „rozszalały instynkt matki karmicielki”?

Jaki wiek jest najlepszy na ciążę?

Forumowe mamuśki – uczynne, dobre ciocie czy mątwy polujące na przyszłe i świeże mamy?

16 powodów, dla których fajnie być mamą.

Dziewięć rzeczy, których masz nadzieję, że twoje dziecko nie zrobi publicznie.

Czym grożą: zabawy genitaliami i rozbieranie, chowanie się pod spódnicą czy też zdradzanie intymnych, rodzinnych sekretów?

W jaki sposób tandetne zabawki, z wytrzeszczem, w kolorach ohydnego różu, ratują żywot rodzicieli?

Jak rozkręcić nietypowy biznes wykorzystując swoje potomstwo, a przy okazji pozbyć się, na przykład, trupa znienawidzonej cioci?

Czy cierpisz na paradoks białej bluzki? A może twoje dziecko, które potrafi zasrać się po pachy, staje się dla ciebie zagadką przyrodniczą?

W jaki sposób progenitura może doprowadzić cię do stanu obłędu na tyle skutecznie, że zapomnisz języka w gębie widząc siedzącą w pokoju zjawę?

Co przeżywa matka, która słyszy, że zwolnienie lekarskie dla rodzica chcącego opiekować się dzieckiem w szpitalu to fanaberia?

Kompot z wiadra, „zielony chleb krasnoludków” i krowi placek – gdzie dziecko może zjeść takie specjały?

Jak nie zwariować w świecie polskiej edukacji narodowej, zwłaszcza jak się jest matką gimnazjalisty?

Czy to prawda, że nikt nie zrobi ci większego obciachu niż własne dziecko?

Jakie zagrożenie niesie dziecko, które nadmiernie wykorzystuje swoją niesamowitą zdolność przepoczwarzania się w „dyktafon z trybem losowego odtwarzania”?


Audiobook pochodzi ze strony: www.audioteka.pl


Grafika: Kobicina Miejska (tekst), Internet (obrazek)

czwartek, 13 listopada 2014

Szukam męża... Chcę uratować świat?!?

Grafika: www.kiepy.pl

Czy małżeństwo jest niezbędnym warunkiem przetrwania normalnego świata i relacji społecznych? Ostatnie badania wskazują na tendencję spadkową, jeżeli chodzi o ilość zawieranych małżeństw na świecie. Coraz więcej młodych ludzi stawia na pracę, karierę, żyje w wirtualnej przestrzeni, odkładając decyzję o zakładaniu rodziny w daleką, daleką przyszłość. Przestrogą dla wszystkich ma być Japonia, która każdemu z nas kojarzy się z potęgą ekonomiczną; niestety ta potęga zaczęła kuleć, a przyczyny są bardzo prozaiczne: Japończycy pochłonięci pracą, oddani swoim ukochanym korporacjom, stali się społeczeństwem, któremu grozi katastrofa demograficzna. Coraz starsze społeczeństwo staję się przyczyną, coraz wolniejszego wzrostu gospodarczego. Młodzi Japończycy nie są zainteresowani flirtowaniem, seksem, poszukiwaniem żon i mężów; wolą spędzać czas gapiąc się na świat wirtualny. Do czego to prowadzi? Do społeczeństwa starców, a w kolejnym kroku do społeczeństwa, które przestaje istnieć…


A w naszym kraju, jak się sprawy mają? Obserwując społeczeństwo można zauważyć, że większość chce splątać się węzami małżeńskimi, tylko coraz więcej takich spętań kończy się, bardzo szybko, przed obliczem sądu - w celu zakończenia, często w atmosferze skandaliku, tego małżeńskiego pożycia. Młodzi ludzie, chyba bardzo szybko decydują się na śluby, nie zastanawiając się nad konsekwencjami tego kroku; pomieszkawszy, jako mąż i żona, ze sobą rok, dwa lata, mówią sobie: Baj, jesteś wolny/wolna, jak dzika świnia na zakręcie. 

Internet stał się miejscem, które daje nieograniczone możliwości poznania nowego partnera, pozostaje tylko pytanie, jak wielu partnerów chcemy poznać i w jakim celu? To jak wielki sklep z zabawkami: do wyboru, do koloru… Skoro zabawki są na wyciągnięcie ręki, to po co całe życie bawić się jednym i tym samym misiem czy lalą, pokusa jest wielka… By zainicjować znajomość nie trzeba nawet wychodzić z domu, wpadamy w pułapkę wirtualnych randek, seksu. Czy powstaną wirtualne rodziny i wirtualne dzieci? 

Współczesne kobiety, nie są uwiązane do swojego chłopa ekonomicznym sznurem i bez chłopa doskonale sobie poradzą. Kiedyś, kobieta nie pracowała, siedziała w domu, niańczyła dziecięcia i oddawała się obowiązkom pani domu; to pan domu zarabiał, a tym samym trzymał najlepsze karty w ręce. Nie tak łatwo było wtedy odejść i rzucić ukochanemu brudnymi gaciami w twarz. A dziś… pstryk i pani domu znika, ponieważ stać ją na własne mieszkanie, samochód i wolność bez mężczyzny i gaci do prania.

Kolejna sprawa to brak zasad i znieczulica, która panoszy się nawet wśród najmłodszych. Wystarczy się przyjrzeć: dwadzieścia lat temu nie bałam się grupy wyrostków, którą mijałam na chodniku, a dziś się boję… Boję się, że mnie okradną, pobiją, zabiją… I wcale nie mam na myśli dzieci z patologicznych rodzin, to dzieci z „normalnych” domów, w których brakuje jednej, najważniejszej rzeczy: czasu dla dzieci… To życie zawodowe, kariera, pieniądze kradną ten czas, ale jak żyć bez pracy? Tworzymy społeczeństwo z powywracanymi zasadami: dzieci nie mają szacunku dla starszych, dzieci mają dzieci, dzieci potrafią pobić swoją matkę czy ojca, dzieci dyktują warunki w domu – jacy dorośli wyrosną z tych dzieci? Strach się bać…

To wszystko, być może, doprowadzi nas na krawędź przepaści, w którą wrzucimy: małżeństwo, dzieci i rodzinę…

Czy doczekamy czasów, kiedy świat nie będzie miał małżeństw i staniemy się społeczeństwem, w którym największy odsetek stanowić będą klany singli? 

A może przemodelujemy nasze myślenie, niech podąży w innym kierunku... W Chinach mieszka grupa etniczna Mosuo, w której wszystko jest urządzone nieco inaczej: 
Najbardziej niezwykłym aspektem kultury Mosuo jest praktyka tzw. „chodzonego małżeństwa”, który jest dominującym systemem małżeńskim wśród Mosuo żyjących w okolicach jeziora Lugu Hu, a także w Syczuanie w okolicy Zuosuo i Yonging. Związek ten polega na tym, że zarówno mężczyzna, jak i kobieta na stałe mieszkają w swoich domach rodzinnych, a mężczyzna zaakceptowany przez kobietę odwiedza ją po kolacji i zostaje u niej na noc, po czym wraca do swojego domu rano. Dzieci powstałe z takiego związku są dziećmi kobiety i są wychowywane przez jej rodzinę, a więc przez jej siostry, braci i innych mieszkańców domu, rozstanie się kochanków nie ma, więc wpływu na ich sytuację. Para nie jest złączona żadnymi więzami ekonomicznymi. „Chodzone małżeństwo” oparte jest wyłącznie na miłości i wzajemnej atrakcyjności. W społeczności Mosuo panuje ścisły podział ról na kobiece i męskie. Kobiety odpowiedzialne są za prowadzenie domu oraz wszelkie prace domowe. Mężczyźni wykonują cięższe prace i pracują zarobkowo oraz są odpowiedzialni za wszystkie sprawy związane z pogrzebami. Bracia matki są odpowiedzialni za życie religijne i obchody świąt. Wszystkie siostry pełnią rolę matek dzieci swoich i swoich sióstr. Kobieta zapytana, ile ma dzieci zawsze odpowie liczbą odpowiadającą liczbie dzieci swoich i wszystkich jej sióstr. Niepełnosprawni są uważani za wysłanników boga i mają swoje specjalne miejsce w społeczności Mosuo. Wszystkie dobra materialne, w tym pieniądze zarobione przez mężczyzn, są własnością całego klanu. Każdy z jego członków wnosi wkład pracy stosownie do swoich umiejętności i korzysta z dóbr odpowiednio do swoich potrzeb. W ten sposób również osoby chore czy za stare, by pracować, mają zapewnioną opiekę i wyżywienie. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Mosuo)

Współczesne małżeństwo...