środa, 4 listopada 2026

Wariatura stosowana, czyli kto tu wystawia zaświadczenia o normalności?

Podobno wszyscy jesteśmy wariatami, tylko nie każdy doczekał się oficjalnego potwierdzenia. I całe szczęście, bo gdyby przyszło nam zbiorowo poddać się badaniom, kolejki do specjalistów przypominałyby te po karpia w Wigilię.

Zresztą, czym właściwie jest normalność? Czasami odnoszę wrażenie, że to taki garnitur szyty przez kogoś, kto nigdy nie widział właściciela. Tu uwiera, tam ciągnie, w kroku dramat, ale najważniejsze, żeby dobrze wyglądać na zdjęciu grupowym.

Znam ludzi tak nieskazitelnie normalnych, że aż chciałoby się sprawdzić, czy mają puls, czy jedynie aktualny przegląd techniczny. Wstają o szóstej, jedzą owsiankę, segregują śmieci, mają wymiziane na błysk szafki kuchenne i znajomych według stopnia przydatności. Nawet spontaniczność mają wpisaną do kalendarza, między dentystą a wymianą filtra w dzbanku. Nie twierdzę, że to źle. Po prostu przy takiej dawce przewidywalności nawet szwajcarski zegarek dostałby depresji z nudów.

Potem pojawia się człowiek, który śmieje się w najmniej odpowiednim momencie, rozmawia z roślinami, tańczy przy otwartej lodówce i na rodzinnym obiedzie potrafi jednym niewinnym pytaniem sprawić, że ciotka Krysia przez trzy dni nie odbiera telefonu. I już. Diagnoza środowiskowa gotowa. Wariat!

Orzeczenie wydają zazwyczaj osoby, które od piętnastu lat prowadzą zaciekłą wojnę z sąsiadem o siedem centymetrów żywopłotu, a potem idą do kościoła modlić się o pokój na świecie. Albo takie, które z namaszczeniem tłumaczą innym, jak należy żyć, chociaż własną egzystencję trzymają na słowo honoru.
Nie wiem, kto komu wręczył pieczątkę z napisem „NORMALNY”, ale podejrzewam, że odbyło się to w wybitnie podejrzanych okolicznościach przyrody.

Oczywiście nie każda osobliwość jest uroczą ekstrawagancją. Niektórzy mają w głowie taki przeciąg, że rozsądnie byłoby pozamykać okna, zanim komuś innemu zerwie dach. Istnieje jednak zasadnicza różnica między człowiekiem, który żyje po swojemu, a takim, który urządza innym życie.

Osobiście wolę ludzi z odrobiną twórczego nieporządku pod czaszką. Takich, którym wyobraźnia czasem wychodzi na spacer bez smyczy, poczucie humoru nie wymaga pisemnej zgody przełożonego, a dystans do siebie jest większy niż lista pretensji do świata.
Jeśli mam już spędzić życie w tym osobliwym sanatorium zwanym ludzkością, zdecydowanie wybieram towarzystwo, przy którym można się pośmiać, zamiast nieustannie pilnować, żeby własna osobowość nie wystawała poza regulamin.

A gdyby ktoś koniecznie chciał mnie zbadać pod kątem normalności, uprzedzam: niech najpierw pokaże certyfikat na własną. Najlepiej z datą ważności. Albowiem najbardziej podejrzani wydają mi się ci, którzy nigdy nie mają żadnych wątpliwości co do stanu swojego umysłu. Za to cudzy potrafią ocenić nawet przez zamknięte drzwi. 😉