środa, 29 kwietnia 2015

Szlachetne ciało! Jak cię trzeba żywić byś blaskiem powalało?

Grafika: www.facebook.com/WiemCoJemTV

Obracam się ostatnio w kręgach zdrowego żywienia. Zdrowe to ono może i jest, ale w życiu nie uczynię wyznania, że pyszne, mniamuśne i świata poza nim nie widzę. Natomiast znalazłam parę grafik, które może społeczeństwu wpadającemu na tego bloga przyniosą jakieś pożyteczne wymiary i rozmiary. W wolnej chwili można przestudiować i wdrożyć wedle uznania w życie lub zapomnieć i powrócić do żerowania na normalnym, tłuściutkim, słodziutkim pożywieniu :)

Metabolizm szybki jak szarżujący dzik w młodych kartoflach!

Nierozłączni jak plaster cytryny i martini!

Porzucamy cukier i z ksylitolu robimy lukier!

Pomaluj swój świat warzywami!

Produkty z listy poniżej w dłoń, a ty się stresie broń!

Cellulicie mój ukochany! 
Mordować Cię będziem pokarmami!

Zdrowe włosy na głowie mają się panoszyć? 
Jedz co trzeba i nie daj się prosić!

Paznokcie jak u rasowej czarownicy?
Konsumuj te cuda za dnia i po ciemnicy!

Grafika: www.facebook.com/WiemCoJemTV

wtorek, 28 kwietnia 2015

Porwała mnie mafia, a "Ojciec Chrzestny" zaatakował narząd słuchu...

Grafika: www.audioteka.pl

„Ojca Chrzestnego” nikomu polecać nie trzeba – kto czytał książkę wie, że to majstersztyk, do którego zachęta jest absolutnie zbędna - po prostu literatura z górnej półki. Dlatego trudno ubrać w słowa coś tak niezwykłego. Puzo świetnie wykreował grupę bohaterów, których osadził w mafijnym świecie pełnym jasno sprecyzowanych zasad. Przyznaję, że nie czytałam wcześniej książki – „Ojciec Chrzestny” trafił do mnie w wersji audiobooka. I w tym miejscu pozostaje mi również roztoczyć same zachwyty. To jeden z najlepszych audiobooków z jakim się zetknęłam – czytany z podziałem na role. Przygotowany po mistrzowsku z doborową obsadą – w roli Dona Corleone sam Janusz Gajos. Towarzyszą mu między innymi: Krzysztof Banaszyk, Łukasz Simlat, Adam Woronowicz, Kamilla Baar, Tomasz Kot, Borys Szyc, Olga Bołądź, Wojciech Mecwaldowski.
Słuchowisko zostało podzielone na rozdziały, które spajają krótkie fragmenty muzyczne znakomicie oddające atmosferę książki. Pan Krzysztof Banaszyk występuje w roli narratora i robi to wyjątkowo dobrze. Warto zwrócić też uwagę na rolę kreowaną przez pana Konopkę, który spektakularnie sapie – oczami wyobraźni po prostu widać tego zasapanego grubasa jakim jest Peter Clemenza. Nie sposób opisywać wszystkich postaci, ponieważ jest ich tam całe mnóstwo i każda zyskała nowe wcielenie dzięki aktorom, którzy w tym rewelacyjnym słuchowisku wystąpili. 
Audioteka.pl umieściła "Ojca Chrzestnego" w zakładce - bestsellery wszech czasów; audiobook ma świetne opinie i z pewnością zainwestowane w jego zakup złotówki nie są wyrzuconymi w przysłowiowe błoto. To dziewiętnaście godzin słuchania, więc jest to niewątpliwie wyzwanie, ale to wyzwanie akurat warto podjąć – jak dla mnie genialnie spędzony czas. Polecam.

Reżyseria słuchowiska: Krzysztof Czeczot
Kompozycja muzyki: Adam Walicki

sobota, 25 kwietnia 2015

Potęga wyobraźni w Parku Dzikich Zwierząt ;)

Grafika: www.stsonstage.com

Pozostając w klimacie szkolnym, który objawił swoje oblicze w poprzednim poście - W przyszłości zostanie orzeszkiem ziemnym. Ma do mnie żal, że przeszkadzam mu w karierze..., postanowiłam podzielić się z Wami tym co wpadło w moje ręce kilka dni temu - wypracowanie jednego z uczniów gimnazjum na temat "Wizyty w Parku Dzikich Zwierząt". Po przeczytaniu popadłam w prawdziwą zadumę zawieszoną na obniżonym poziomie żuchwy i prezentującą początkowy odcinek układu trawiennego. Tyle się mówi o braku kreatywności wśród polskiej młodzieży, że oni tylko internet obrabiają, żadnego polotu, wypracowania piszą w myśl zasady - co by Polska nie zginęła, a tu taka perełka się trafia... Proszę zwrócić uwagę na kompozycję opowiadania, zastosowanie dialogów, niesamowite zwroty akcji i szczęśliwe zakończenie. Zatem autor nie jest typowym przedstawicielem gimbazy charakteryzującej się zafiksowaniem na płaskie, nie wnoszące nic w życie czytelnika, skróty myślowe tak powszechnie stosowane jako forma porozumiewania się. O niezwykłej wrażliwości autora świadczy skierowanie swojej uwagi na małe dziecko i starsze pokolenie w postaci śmiejących się emerytów i klaszczących rencistów. Chłopiec zaskakuje tutaj swoim optymistycznym podejściem do życia, gdyż jak wiadomo te grupy społeczne nie są skore do takich harców. Niepokoi mnie tylko sposób odżywiania się tego młodzieńca - należałoby zwrócić uwagę Pani Minister od Edukacji, by utworzyła komitety, złożone z nauczycieli ochotników, zajmujące się kontrolą jakości i ilości spożywanych wśród gimnazjalistów pokarmów w szkole i poza nią ;)
Co ja tam będę Wam szyć... Sami przeczytajcie:

"Kupuję bilet. Przechodzę przez ciężką mosiężną bramkę. Bileter przerywa bilet i życzy mi miłego zwiedzania. Wchodzę, przede mną tłok. To nie jest zwyczajny dzień. Oglądam dzikie pawiany, mamuty, osły, konie, psa z wścieklizną. Nagle czuję, że ktoś dotyka mnie po plecach. 
- Dzień dobry. Jestem Zbysiu - przewodnik w parku. Czy chce pan mnie o coś zapytać?
- Skąd pan wiedział?
- Jestem półetatową wróżką.
- Ja natomiast dziennikarzem gazety. Czy mogę zadać kilka pytań?
- Oczywiście, chętnie na nie odpowiem.
- Jak dużo jest tutaj zwierząt?
- Dokładnie nie wiadomo, ponieważ w pewnych granicach mogą one dowolnie zmieniać miejsce, a nawet wychodzić poza park.
- Cały czas idzie za nami dzik. Czy jest niebezpieczny?
- Owszem, jest. Proszę uciekać.
Dzik rzuca się w pościg za Zbysiem. Przewodnik ucieka ile sił w nogach, a ja idę po podwójnego cheeseburgera z serem i niesamowicie ostrym sosem tabasco. Kanapka rozpływa mi się w ustach. Ten smak jest nie do porównania nawet z pizzą z pieczarkami. To jest pyszne. Nagle usłyszałem krzyk malutkiego dziecka. To olbrzymi orangutan porwał je i żąda okupu w postaci banana. Moja ciepła bułeczka ląduje na ziemi. Każda sekunda staje się wiecznością. Moje mięśnie powoli się napinają, rzucam się w kierunku klatki niebezpiecznego zwierzęcia. Wyrywam mu dziecko, rzucam je w kierunku gapiów. Orangutan wbija swoje olbrzymie pazury w moją twarz, gwałtownie wypluwam jeszcze niezmieloną do końca bułeczkę wprost na pawiana. On postanawia się zemścić i rzuca się na mnie. Jestem na brzegu klatki otoczony przez parę krwiożerczych istot pragnących mojej krwi. One rzucają się na mnie, ja nie tracąc opanowania obezwładniam je i wyjaśniam ich prawa. Dzikie zwierzęta lądują z powrotem w klatkach. To jednak nie jest koniec wrażeń. Słoń ucieka z wybiegu. Nie zastanawiając się długo, wskakuję do ciuchci zoo- autobusu i włączam piąty bieg. Pędzę za słoniem 500 metrów na godzinę. Wskakuję na dach ciuchci, a następnie na grzbiet rozjuszonego słonia. Oswajam go i parkuję nim. Tłum wiwatuje, matki z dziećmi klaszczą, emeryci się śmieją, a renciści skaczą. To ja Tarzan- król dzikich zwierząt." 
Źródło: http://www.45minut.pl/

czwartek, 23 kwietnia 2015

W przyszłości zostanie orzeszkiem ziemnym. Ma do mnie żal, że przeszkadzam mu w karierze...

Grafika: www.natablicy.pl

Temat stary jak świat, ale zawsze, bynajmniej u mnie, wywołujący uśmiech na facjacie. Nauczyciel doprowadzony do ostateczności potrafi stać się właścicielem prawdziwych złotych ust, chociaż w tym przypadku raczej złotego pióra. Szperając w Internecie natknęłam się na uwagi ze szkolnych dzienników – niektóre rozbudziły moją wyobraźnię, co zakończyło się niekontrolowanymi wybuchami radosnego rechotu. 

Polski uczeń to jednak mocno inspirujący być potrafi…

Bartek S. zabrał z ubikacji przetykacz do WC i robił stemple na ścianie. 

Twierdzi, że w przyszłości zostanie orzeszkiem ziemnym. Ma do mnie żal, że przeszkadzam mu w karierze. 

Na wf-ie nosi za małe spodenki. Zapytana dlaczego, twierdzi, że takie są bardziej sexy. 

Uczeń K. na lekcji przysposobienia obronnego podnieca koleżanki za pomocą gazety. 

Na fizyce pociera laskę o sweter bez pozwolenia. 

Na wycieczce szkolnej zerkał ku sklepowi z napojami alkoholowymi, gdzie potem dokonał zakupu pamiątek. 

Dłubie w zębach cyrklem, a to, co wydłubał, układa na ławce. 

W czasie zwiedzania muzeum ślizgał się na kapciach i podciął nogi przewodniczce. 

Bartosz przebiera się za rusałkę, demoluje parapet z kwiatami i gania za sprzątaczką. 

Przyniósł do szkoły trutkę na szczury z zamiarem wypróbowania jej na wychowawcy. 

Kowalski w trakcie lekcji uprawiał ziemię cyrklem w doniczce. 

Schowany za podręcznikiem fizyki wydaje odgłosy przyprawiające mnie o mdłości. 

Wyrzucił koledze teczkę za okno i powiedział, że "jak kocha to wróci". 

Wysłany w celu namoczenia gąbki wrócił z mokrą głowa i suchą gąbką. 

Zapytany, czy ma jakieś zwierzę, odpowiedział, że świerzb

Pluje pod nogi nauczyciela. Upomniany twierdzi bezczelnie, że bada siłę grawitacji. 

Przy próbie wpisania uwagi powiedział "niech pani wymyśli jakiś ciekawy tekst". 

Karolina zjada suche osy z parapetu. 

Kilka razy kopnął kolegę. Potem tłumaczył, że dostał drgawek. 

Powiedział nauczycielowi, że gdy zostanie dyrektorem, to wyrzuci go ze szkoły.

Spożywa drugie śniadanie w sposób odrażający. 

Kiedy wykręcałam żarówkę, krzyczał: " No dalej maleńka, dasz radę!"

Na melodię hymnu szkolnego ułożył pieśń zagrzewającą uczniów do walki z nauczycielami.

Mariusz narysował w zeszycie do języka niemieckiego członek męski i wmawia nauczycielce, że to Św. Mikołaj.

Demonstrując działanie gejzeru, opryskał pomidorem całą klasę. 

Uczeń wchodzi pod stół i szczeka.

Agnieszka kopnęła kolegę w krocze tak mocno, że kolega już drugą godzinę chodzi z genitaliami w rękach, tzn. je trzyma w ręku przez odzież wierzchnią w postaci spodni męskich czarnych.

Rysuje trumny na marginesach, twierdząc, że zakłada przyszkolny zakład pogrzebowy, a ja mogę być pierwszym klientem.

Tomasz bezcześci eksponaty w pracowni biologicznej, wkładając cietrzewiowi w dziób papierosa.

środa, 22 kwietnia 2015

Leśny, śmieciowy defekaczu weź przykład z robaka!

Dziś Dzień Ziemi... 
Wybrałam się na spacer na bezkrwawe łowy z aparatem za pazuchą. Jestem mieszkanką dużego miasta, ale i tutaj można znaleźć prawdziwe perły przez Matkę Ziemię wytworzone: kawałek lasu się znajdzie, polna droga, a i zwierzyna jakaś wylezie zza krzaka. Jeśli dodamy do tego odpowiednią pogodę to można rzec, że szło mi się prawie jak po Puszczy Białowieskiej :) Wydobyłam zza pazuchy sprzęt i uwieczniłam to i owo:






Uwieczniałam dopóki mi się nie zagotowało w środku; w obawie o niebezpiecznie rosnące ciśnienie w naczyniach krwionośnych musiałam porzucić fotografowanie i powrócić do świata realiów naszego kraju. Matka Ziemia ma swoje święto, więc dostąpiła zaszczytu ozdobienia jej niezwykle urokliwymi elementami nieożywionymi, które prawdopodobnie osobniki pozbawione mózgu pozostawiły licząc na to, że same się wyrzucą do miejsc przeznaczonych na takie ewenementy przyrodnicze. Moi Drodzy to nie fauna i flora powinna wywoływać w Was okrzyki zachwytu i zmysłowe pomrukiwanie, ale takie oto widoki:




Czyż to nie jest piękne? Artystyczny nieład zastosowany podczas wywalania tego wszystkiego zespolił się w prawdziwej symbiozie z leśnym i łąkowym ekosystemem. Jak wiele bym straciła, gdyby moje oczy musiały tylko doświadczać widoku nagiej, odartej z tych efektownych śmieci, Ziemi. Zadbano o dynamiczne zmiany mojego nastoju, których doznałam podczas spaceru. Cóż ci, durna babo, po ciszy, zieleni, zapachu lasu?!? Możesz w pełni zachłysnąć się powietrzem wzbogaconym o ulatniające się z odpadów wyziewy, których cały wachlarz przygnie twoje nędzne ciało do Ziemi byś mogła w pełni zespolić się ze swoją planetą. Stój i podziwiaj! 
Temat śmieci był poruszany na wielu blogach. Smutne, tragiczne, wywołujące bezsilność i złość jednocześnie, dowody bezmyślnego postępowania ludzi, którzy dla mnie nie są ludźmi. Nie porównam ich nawet do robaków, bo robaki nie srają świadomie we własne gniazdo. Mam dla nich tylko garść informacji: w każdym mieście, mieścinie, wiosce można znaleźć miejsca, które przyjmują wszelakiej maści odpady. Niektóre, na przykład, wielkogabarytowe można wystawić w określonym czasie i miejscu i mili panowie zabiorą. Istnieje coś takiego jak harmonogram wywozu śmieci różnych i różnistych. Powiem więcej - istnieje coś takiego jak wykaz odpadów, jeżeli ktoś nie wie z czym ma do czynienia - patrz np. tutaj. Zamiast zabijać śmieciami pobliski las wysil się człowiecze, poczytaj co nieco, rusz zadek sprzed komputera, zostaw w spokoju lajkowanie najnowszych zdjęć cioci Maryni i zainteresuj się tematem odpadów. Być może twoje działania zainspirują innych leśnych, śmieciowych defekaczy i przyczynicie się w ten sposób do przedłużenia żywotu i tak już sponiewieranej Matki Ziemi. 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Robal mnie napada, a ja się zachwycam hybrydą Pana Kleksa i Alicji w Krainie Czarów…

Grafika: www.szokblog.pl

Siedzę, piję kawę i nagle jakiś wielki robal zaczyna ślizgać się po moich wnętrznościach. Spokojnie - nie połknęłam jaj tasiemca w akcie desperacji, która osiągnęła gigantyczne rozmiary po tym jak od miesiąca mój mózg jest ograbiany z doznań ekstatycznych związanych z konsumpcją słodkości ;) 
Coś tam w środku się kotłuje i rodzi się nieodparta potrzeba wyrzucenia z siebie przewracających się po układzie pokarmowym słów. Nie wiem dlaczego moje natchnienie zadomowiło się w okolicach jelit, ale tak to mniej więcej odczuwam. Czasami napada mnie podczas różnych czynności domowych lub w nocy. Tego napadającego w nocy nie lubię, gdyż jestem leniem i nie chce mi się złazić z łóżka, gdy wysokich lotów myśli przetaczają się po mózgownicy i w związku z tymi wysokimi lotami wypadałoby je gdzieś zapisać ;) Oczywiście rano nie pamiętam ani słowa i pluję w twarz temu mojemu nocnemu lenistwu. Wiem też, że bez toczących wnętrza robali nie da się nic sensownego napisać, pisanie na siłę, wbrew sobie, zawsze źle się kończy. Moje znajome babiszony często zastanawiają się dlaczego chce mi się pisać? Czy nie mam lepszych zajęć w życiu? Wychodzi na to, że nie mam ;) Bazgrolenie prześladowało mnie od dziecka - „najciekawszy” etap miałam w liceum, kiedy to mój organizm wykazywał się jakąś niezbadaną dawką buntu pospolitego, który znajdował ujście w postaci produkowanych masowo wierszy głęboko przesiąkniętych dekadentyzmem i poszukiwaniem sensu żywota człowieka poczciwego. Niestety w akcie zemsty i buntu pokoleń spaliłam zeszyty z moją twórczością po tym jak stwierdziłam, że „dorośli” ludzie takich bzdur nie piszą. Na maturze wybrałam temat związany z interpretacją wierszy – jeden z nich był autorstwa zacnego Norwida, który, jak wiadomo był właścicielem mocno zrytego beretu. Moja pani polonistka dała mi za wywody ocenę bardzo dobrą, tłumacząc, że nie mogła dać celującej, gdyż wymagałoby to konsultacji z innymi polonistami ze szkoły, a nie wszyscy mogliby się zgodzić z tymi moimi próbami rozłożenia Norwida na części pierwsze. 
Wędrując po różnych blogach natrafiam na teksty, które do mnie mniej lub bardziej przemawiają. Odkąd pętam się po tej polskiej blogosferze wpadłam przypadkiem na dwa blogi, które mnie rozłożyły na łopatki wstrząsając mocno moim ośrodkiem rechotu i zadowalając w pełni to co zadowolone być powinno jak się czyta coś niepospolitego. Niestety jeden z nich jest w stanie zawieszenia, ale mam nadzieję, że autorka powróci na łono swojego bloga i będzie dalej cieszyć gromadę swoich wielbicieli – blog Konstelacje damsko-męskie. Drugi to blog kobiety, która ma niesamowitą łatwość manewrowania słowem i tworzenia opowieści, przy których wielokrotnie wyłam ze śmiechu jak mocno pobudzona erotycznie żaba na wiosennych godach. Mowa o Pani S., która wizjonuje mi się jako odziana w groszkowozielone, zwiewne szaty niewiasta będąca skrzyżowaniem Pana Kleksa i Alicji w Krainie Czarów (mam nadzieję, że się kobieta nie obrazi i nie spali kukły stworzonej na moje podobieństwo na rynku swojego miasta ;)). Pewnie każdy ma takie ulubione blogi, które w szczególny sposób są mu bliskie i powodują nadmierną produkcję pociągu, okraszonego miętą, do ich właścicieli :)

środa, 15 kwietnia 2015

Moje kwiatki posiane na blogach... Stara i durna jak osioł na makowej łące ;)

Grafika: www.hi-wallpapers.com

Pałając się działalnością pod tytułem prowadzenie bloga człowiek z własnej, nieprzymuszonej woli pisze również komentarze na innych blogach. Dokonałam przeszukań sieciowych i odkryłam swoje "kwiatki" posiane na obcych polach ;) Pozwolę sobie je zacytować - w końcu te słowa wypłynęły z moich nieogarniętych trzewi ;):

1. Moja rodzina poznała, na szczęście nie na własnej skórze, zabójcze oblicze PRL-owskiego budownictwa… Pewnej nocy spadł cały sufit w naszej łazience – dobrze, że nikogo tam nie było, bo to, co odpadło miało grubość około 1 cm. Oczywiście nikt się nie poczuwał do odpowiedzialności, bo ofiar nie było, to jaki mają Państwo problem.
Ale znam też radosne oblicze – dzięki "profesjonalnemu" budownictwu mogłyśmy z koleżanką porozumiewać się mówiąc do rurki z centralnego ogrzewania, która biegła w rogu ściany – widocznie nie była omurowana czy obetonowana i szpara znajdująca się w jej sąsiedztwie umożliwiała dysputy moje z sąsiadką mieszkającą piętro niżej :) A, że chodziłyśmy do tej samej klasy to było o czym konwersować, takie PRL-owskie łoki toki :)

2. Co do opowieści alkoholowych to jestem, stety lub niestety, z tych co mają łeb jak sklep – genetyka zrobiła swoje – mam to po tatusiu. W związku z tym ciężko mnie spić, no ale mam na swoim koncie wyczyny godne oskarowej gali: kiedyś na wakacjach w Grecji urządziliśmy sobie z chłopem osobistym tournee po miejscowych dyskotekach; chyba wypiłam sporo jak na mnie, ponieważ następnego dnia dowiedziałam się, iż: zdobyłam złoty medal za taniec na barze, a miejscowe dyskoteki zapraszały nas ponownie – takie odstawiliśmy show (dobrze, że to na obcej ziemi było, bo w ojczyźnie to ze wstydu bym umarła). Poza tym upojona tymi procentami doprowadziłam do tego, że chłop osobisty prawie zszedł na zawał, ponieważ wsadziłam głowę pomiędzy barierki w balkonie i ni cholery nie dało się jej wyjąć ;) Biedak ten mój czerep jakoś wyciągnął, ale już był bliski wzywania pomocy technicznej. Człowiek stary i durny jak osioł na makowej łące ;)

3. Też mieszkałam w bloku i jakoś tak przypomniały mi się dziwne rzeczy: z dzieciakami z klatki, w której mi przypadło żyć, wymyśliliśmy polowanie na pająki piwniczne, każdy podprowadził z domostwa jakiś słój i łaziliśmy po piwnicach w poszukiwaniu pająków ludojadów – śmiechu przy tym było, że aż łza się w oku kręci z sentymentalnym zawirowaniem. Pamiętam też jak wpadłam na zacny pomysł nałapania dżdżownic i poprzypinania ich klamerkami na sznurach przed blokiem, na których ludność blokowiskowa pranie wieszała :) Matka mnie prawie oskalpowała, jak się dowiedziała, że to ja jestem autorką tej nowoczesnej wystawy ziemnych bezkręgowców ;) To były czasy… :)

4. Znajoma ma dwójeczkę ślicznych dzieciątek. Pewnej nocy, jak już ululali z mężem pociechy, postanowili sobie urządzić erotyczny małżeński show… Zapalili świece, erotyczna bielizna, winko, zapach kobiety i pożądania unosi się w powietrzu… Następuje dziki, wyuzdany seks i… do pokoju włazi ich córka – 4-ro latka, zaspana, z tekstem, że miała okrutny sen i potrzebuje ululania. Znajomi oczywiście przerwali romantyczne uniesienia i idą z córcią do jej pokoju; dziecię usypia, a oni odetchnęli z ulgą, że nie musieli nic tłumaczyć… Następnego dnia… Ranek… Z pokoju wyłania się córcia i od progu pyta: Mamusiu, a pamiętasz, jak w nocy tak strasznie dyszałaś??? Co Ci było??? Mamusia zbladła, ale uruchomiła wszystkie szare komórki i rzecze: Wiesz, tyle świec sie paliło, a one tlen zabierają… i mamusia się dusiła z braku tlenu…
Dziecko od tej pory ma traumę i gasi wszystkie świeczki ;)

I mój ulubiony przykład pytania od starszych dzieci: dawno temu, na praktyce prowadziłam lekcję o układzie rozrodczym człowieka… aż tu nagle pada pytanie:
- Proszę Pani, a czy to prawda, że sperma wybiela zęby?
Prawie padłam z wrażenia pod biurko, ale zachowawszy resztki zimnej krwi odpowiedziałam, że najnowsze badania naukowców nie mówią nic na ten temat :) O osobistych przeżyciach nie wspominałam, a dziecięcia nie dopytywały ;)

5. Skąd ja to znam… Zdesperowana, ze śliną toczącą się z pyska, byłam w stanie biec w piżamie w środku nocy do Tesco 24h. Teraz mieszkam w miejscu, gdzie nawet nocnego nie ma w zasięgu ręki, więc pozostaje mi czynna napaść na sąsiadów. „Chorzy” na przypadłość słodyczową nie są rozumiani przez osoby, które nie znają tego bólu; ja podobno nawet robię spacjalną minę jak mam głód i specjalną minę jak dopadnę już coś słodkiego. Jestem fanką ciastek z kremem – chciałabym zemrzeć i zostać pochowana zanurzona w wielkim ptysiu ;)

6. Twój wpis odświeżył i w mojej łepetynie traumatyczne przeżycia fizjologiczne... Z moczem podchodzącym już do mózgu szukałam zjazdu na stację benzynową lub cokolwiek, pobiłam wtedy wszelakie rekordy prędkości, a jak dopadłam jakiegoś Orlena to byłam w stanie wymordować wszystkich ludzi z kolejki do WC. Zaspokojenie prymitywnej potrzeby robi z człowieka zwierzę ;)
Druga sytuacja dotyczy sprawy grubszego kalibru, nazywanej u mnie w domu – dwójką; opiszę ją ku przestrodze... Któregoś razu wybrałam się do rodziców piechotą, jakieś licho podkusiło mnie, żeby sobie kupić w warzywniaku paczkę moreli, którą spożyłam po drodze; posiedziałam u rodzicieli z godzinkę i wracam… Idę sobie, idę i czuję, że coś chce natychmiastowo opuścić moje jelita; bieg nie wchodził w grę – pogorszyłoby to zapewne sytuację; do domu, mojego i rodziców za daleko, krzaków nie ma, same łyse bloki dookoła, udało mi się wypatrzyć samotnie stojące garaże i tam, pomiędzy nimi, niestety, dokonałam spustoszenia. Jeżeli ktoś nie jadł suszonych moreli w większych ilościach to ostrzegam: działa z opóźnieniem, ale wyrywa z butów i nie ma zmiłuj, katastrofa pełną du.ą ;)

7. Pamiętam taki kawał ze szkoły podstawowej: Małgosia ma pierwszą miesiączkę. Nie wie biedna, co się stało i pokazuje Jasiowi swój problem. Jasiu ogląda z wielkim zainteresowaniem, kiwa głową i rzecze z miną znawcy:
- Nie wiem… nie wiem… Jak na mój gust, to Ci jaja urwało!

8. Co do śmiesznych nazw produktów to mnie bawią: „Leśne skarby” – mój mózg uparcie wiąże te skarby z paniami lekkich obyczajów, które stoją przy leśnych dróżkach w oczekiwaniu na tirowych amantów. „Leśne skarby” to seria grzybów marynowanych; można nabyć w marketach. Grzyby marynowane w kontekście higieny osobistej tych Pań też mi się dobrze nie kojarzą ;)

Z nazwą OSRAM kojarzy mi się baton MARS; kiedyś dziecko znajomych mówi do mnie: A wie Pani, że od tyłu to SRAM? Dobrze, że wtedy nic nie miałam w buzi, tylko ślinę, bo dziecko mogłoby bez oka zostać :) Nie tyle rozbawiło mnie to SRAM, co tekst „od tyłu sram”; no ja też sram chyba od tyłu – jak każdy ;) Nie wiem, też jakoś wszędzie widzę fizjologię obdartą z romantyzmu.

Przypomniały mi się jeszcze wina „rasowe”, zwane jabolami, mózgojebami, bełtami i tym podobnymi. Bywałam czasami na różnych wsiach, nie będę pisać w jakich regionach Polski i moimi idolami, jeśli chodzi o nazwy tych specjałów były:
- „MAMROT” – no nazwa adekwatna, po większej ilości człek jedyne, co czynił to mamrotał, ale w smaku nie najgorsze, muszę rzec ;)
- „SPERMA SZATANA” – nie miałam odwagi próbować; mój, wtedy, niewinny, dziewiczy mózg nie zniósłby faktu niepokalanego poczęcia przez żołądek i narodzenia pomiotu szatana ;)
- „CZAR TEŚCIOWEJ” – nie wiem z czego toto było, nie wnikałam, ale może po wypiciu obraz teściowej zyskiwał w oczach pijącego ;)

Mieszkam dość blisko sklepu „Piotr i Paweł” i tam na dziale mięsno-wędliniarskim mają prawdziwe cuda:
- salami bumerang (niestety po sklepie nie wolno rzucać),
- wędzonka z liszek (no liszki trochę oblechowate są, więc pewnie mniam, mniam ta wędzonka),
- szynka z liściem (ciekawe jakim? marihuanka?),
- smakołyk puchatka (nie, nie, nie jest to kiełbasa wypełniona miodem),
- kiełbasa palcówka polska :) Jest smaczna, ale zawsze mam problem natury egzystencjonalnej, aby prosić panią ekspedientkę o palcówkę ;D, bo to na dziale z obsługą się mieści.


cdn. ;)

piątek, 10 kwietnia 2015

Padam do nóżek i całuję stópki naszemu kochanemu ZUS-owi...

Grafika: www.nowiny24.pl

Wszyscy narzekają na instytucje działające w naszym zacnym kraju, a ja wręcz przeciwnie: pochwalę, pogłaskam po główce i do piersi przytulę. Na szczególne pochwały zasługuje tutaj ZUS. Chciałam wyróżnić Zakład Ubezpieczeń Społecznych za ekspresowe działania, skrupulatne kontrole i niesamowicie sympatycznych pracowników. Po niespełna trzech tygodniach od operacji mojego barku już skierował mnie na badanie kontrolne, które przeprowadzał lekarz orzecznik Zakładu. No chwała im za to – przecież mogłam zwolnienie lekarskie kupić na osiedlowym targu, a że fantazję mam nielichą to kazałam wpisać, że operacje miałam i w szpitalu siedziałam. Lekko skołowana, z ręką zaopatrzoną w ortezę, zostałam dowieziona przez członka rodziny, który musiał się z pracy zwalniać, do siedziby ZUS-u i tam oczekiwałam na przyjęcie. Po pół godzinie zawezwała mnie chuda zołza z wyrazem twarzy, pod tytułem: Bez kija nie podchodź! Szanowna pani orzekająca postukała sobie po klawiaturce, skserowała mój wypis ze szpitala, usiłowała wprawić moją rękę w ruch, po czym, po nieudanych próbach tej procedury, mogłam sobie iść. Minęło kilka dni i pojechałam na wizytę kontrolną pooperacyjną do lekarza, który operację przeprowadzał. Ten dokonał oględzin i wystawił zwolnienie lekarskie (poprzednie się skończyło) na kolejne tygodnie. I cóż robi nasz kochany ZUS… Od wystawienia L-4 mija dokładnie siedem dni i dostaję kolejne wezwanie do stawienia się przed orzecznikiem. Odbierając ten list polecony po prostu wzrosło mi zwyczajnie, po ludzku, ciśnienie. Czy oni myślą, że po tak krótkim czasie zdarzył się cud i moje poszarpane ścięgna, spięte śrubą cudownie się uleczyły? A może nie mają co robić i się nudzą? To ja mam dla nich zajęcie! Burza mózgów na temat: Dlaczego człowiek w tym kraju na operację, np. barku musi czekać dwa lata? Nie wspominając tutaj o takich kwiatkach jak np. endoproteza stawu biodrowego, gdzie czas oczekiwania wynosi kilkanaście lat!!! Albo – dlaczego człowiek, który pracuje jak jeleń, składki mu ściągają, jak musi mieć zrobiony rezonans magnetyczny to słyszy, że dopiero za pół roku? Jest zajęcie? Jest!
W tym kraju, żeby chorować trzeba mieć sakwę wypełnioną po brzegi, ewentualnie można zostać menelem, nie obrażając meneli, bo takim robią np. rezonans z marszu, jak znajdą pijanych z rozbitą głową na przystanku autobusowym. 
A zwykły, szary zjadacz chleba jest nikim:
Rok temu, dla odmiany, miałam operację drugiego barku, w którym również nastąpiło spustoszenie w ścięgnach i tym podobnych. Żyć się nie dało, ból nie do zniesienia, żyłam na ketonalu. By skrócić swoje cierpienia musiałam wydać fortunę, aby zapłacić za operację i badania towarzyszące, bo nasz NFZ jedyne co orzekł to właśnie to, że mam czekać dwa lata, a ból barku życiu nie zagraża. Dla złagodzenia nędznego żywota mogę się dalej paść ketonalem, ewentualnie spożywać trunki wysokoprocentowe. 

Bez komentarza…

Post scriptum:
Mam nadzieję, że ZUS wszystko i wszystkich tak skrupulatnie kontroluje w tym kraju, siebie również...

wtorek, 7 kwietnia 2015

Poradnik pozytywnego myślenia, czyli wariat atakuje ;)

Grafika: www.audioteka.pl

Tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z kolejną „fantastyczną” pozycją, która ma nas wznieść na wyżyny optymizmu. Książka nie jest poradnikiem – to wciągająca opowieść o poczciwym wariacie o imieniu Pat. „Na podstawie powieści „Poradnik pozytywnego myślenia” powstał scenariusz filmu pod tym samym tytułem. Główne role zagrali Bradley Cooper (Pat) oraz Jennifer Lawrence (Tiffany). Partnerują im Robert De Niro (ojciec Pata) i Jacki Weaver (matka głównego bohatera). Wszyscy otrzymali za te role nominacje do Oscara, a sam film zebrał ich aż 8. Jennifer Lawrence została uhonorowana Złotym Globem.” (www.audioteka.pl
Filmu nie widziałam, ale chętnie po niego sięgnę, mając jednak świadomość tego, że adaptacja filmowa nigdy nie oddaje prawdziwego klimatu książki.

Na co się natkniemy czytając „Poradnik pozytywnego myślenia” autorstwa Matthew Quick’a?
Główny bohater - Pat zostaje wypuszczony z „niedobrego miejsca” jak pieszczotliwie nazywa dom wariatów. Mama zabiera go do domu. Tam nasz bohater zmierzy się między innymi z ojcem, z którym, mówiąc delikatnie, ma ciężkie relacje. Swoje codzienne życie Pat realizuje w nietypowy sposób… Owładnięty obsesją wykonywania ćwiczeń fizycznych żyje nadzieją, że wróci do żony Nikki. Pat urządza sobie: sesje nawadniające - stara się pić piętnaście litrów wody dziennie oraz dziesięciogodzinne treningi, które zawierają elementy szesnastokilometrowego biegu w celu pozbycia się jednego centymetra zwisającej skóry na brzuchu. Biega w worku na śmieci rozkoszując się zachodami słońca. Odkąd jest w stanie rozłąki z żoną schudł dwadzieścia kilogramów. (Nic tylko podziwiać moje drogie panie – receptura na zrzucenie zimowych zapasów tłuszczowych jak ta lala ;)) Oddający się czytaniu powieści, które mają przybliżyć go do żony, szuka łatwych do zacytowania fragmentów, by móc zarzucić np. Hemingway’em i zdobyć uznanie przyjaciół małżonki. Główny bohater ekspresyjnie reaguje również na niektóre rodzaje muzyki, które wywołują u niego zwierzęce napady. Pat to postać obok której nie przechodzi się obojętnie; w tym jego wariactwie jest jakaś głębsza logika wbrew logice. Oczywiście w powieści nie mogło zabraknąć kobiety, która namiesza w życiu Pata. To Tiffany, która obarczona pokręconą burzą w mózgu, staje się istotnym elementem układanki. Dla miłośników sportu też coś się znajdzie – sporo wątków autor powieści poświęca radosnemu kibicowaniu ulubionej drużynie "Orłów". Książka wciąga i jest jak najbardziej wskazana na poprawę samopoczucia tym, którzy ugrzęźli w przesileniu wiosennym i nie wiedzą jak z niego wyjść. Ja Pata obdarzyłam „miłością” od pierwszego wejrzenia - to moja swoista bratnia dusza w męskim wcieleniu ;) Ładunek pozytywnych wibracji jest tutaj spory i gęba się sama cieszy przy czytaniu czy słuchaniu.
„Poradnik pozytywnego myślenia”, dzięki uprzejmości Audioteki, zaliczyłam uszami, do których docierał świetnie wpisujący się w klimat głos pana Zbigniewa Zamachowskiego. 

Polecam :)

sobota, 4 kwietnia 2015

Jajeczne marzenia i Wielkanoc :)

Grafika: www.dziennikwschodni.pl

Jajo, jak to jajo, leżało na półce sklepowej,
marząc po cichutku o karierze domowej:
Zaraz mnie ktoś kupi, do domu zabierze,
chcę pławić się w luksusach niczym w Belwederze!
Wszyscy się miotają, o świętach konwersują,
nieprzebrane tłumy hurtowo jaja kupują!
Drugie jajo: XL, ekologiczne, po namyśle, rzekło:
Ty durne, pospolite jajo! Kariera domowa to piekło!
Kupią cię i ugotują, potem jak idiotę spaćkają farbami,
obiorą, pogryzą, połkną i zapoznasz się z ich jelitami!
Dobrze się schowaj, w wytłoczce zamaskuj,
lepsze szare życie niż śmierć wśród poklasku!
Oszczędzone ci będą te gastryczne tortury,
więc nie gadaj bzdur niedoszły pomiocie kury!

Wielkanoc ubrana w śniegowe ubranie,
czas rozpocząć nietypowe świętowanie!
Porzucamy stoły suto zastawione!
Płuca świeżym powietrzem już wypełnione!
Rodzinne zabawy na śniegu zaliczone!
Zając i jaja wielkanocne ulepione!

Wesołych Świąt!

czwartek, 2 kwietnia 2015

Gimnastyka mózgu na grządkach poezji stosowanej ;)

Grafika: www.poradopedia.pl

Czytelniku,
ten post stworzono w celu poprześladowania Cię twórczością, młodej duchem, nieco starszej ciałem, kobiety zajmującej się produkcją poezji stosowanej - specjalizacja: rymy częstochowskie. Zamieszczone poniżej wytwory umysłu wspomnianej niewiasty powstały w celach konkursowych (niestety mercedesa nie wygrałam). Zadanie polegało na dopisaniu trzech wersów do narzuconego wersu pierwszego, a całość miała plastycznie się zespolić i utworzyć czterowersowe "dzieło" dotyczące szeroko rozumianych wiosennych porządków.

Owacjom nie było początku!
Jak żyć bez sławy i majątku?
Schowaj zapędy swe w kieszenie,
weź na klatę sprzątania brzemię!

Owacjom nie było początku…
Zapłakał mężczyzna w kątku.
Owacje będą, mój mężu drogi,
gdy zniknie pyłek z całej podłogi!

Za słabe napięcie w rurach jest! -
zahuczał głośno majster Grześ.
Nadął się biedak z caluśkiej siły,
bo go zimowe zaparcia ćmiły!

Za słabe napięcie w „rurach” jest!-
klekotał bociek lecąc przez wieś.
„Rury” napięciem trzeba załadować -
wyż demograficzny zapoczątkować!

W pionie rurę korozja zżarła!
To wiosna z hukiem nadciąga!
Z wodą do mieszkań się wdarła
i w dziki wir porządków wciąga!

W pionie rurę korozja zżarła!
Czas bym oczy swe przetarła!
Zanim lenistwo pożre ciało moje,
wyruszę z mopem na podboje!

W pionie rurę korozja zżarła!
Ludzi też coś zżerać zaczyna!
Wiosenna obsesja ich dopadła i
w szponach porządkowania trzyma!

Kręć sobie te gwinciki!
Kręć sobie z namaszczeniem!
Lecz nie szukaj publiki!
To nie porządki! To chałturzenie!

Kręć sobie te gwinciki,
niczym z puszczy dzik dziki!
A wiosenne porządki leżą i kwiczą,
niczym odyniec w pogoni za samicą!

środa, 1 kwietnia 2015

W objęciach sławy - autorka Kobietoskopu po raz pierwszy na głównej stronie popularnego portalu ;)


Dzisiaj dzień powszechnej głupoty i robienia mniej lub bardziej wyszukanych dowcipów. Pozwoliłam sobie i ja zostać bohaterką pierwszej strony popularnego portalu ;) Nie do końca o to mi chodziło, ale cóż... nie ważne jak zaistniałam, ważne, że zaistniałam ;) Po tym jak ukazał się artykuł - pierwsze liźnięcia popularności zaczęły mnie atakować z każdej strony - popularna encyklopedia internetowa wyszukała mało chlubne fakty z mojego życia i niestety bez mojej zgody zamieściła je na swojej stronie:


Kobicina Miejska otacza się osobami z pierwszych stron poczytnych gazet - w związku z czym jej długoletni partner życiowy również może się pochwalić spektakularnymi sukcesami:


A tak poważnie to znalazłam w sieci taką stronkę, na której dowolna osoba może zostać: bohaterem artykułu, spocząć na okładce DVD dla dorosłych, dorobić się notki w internetowej encyklopedii czy też przejść test inteligencji, który wykryje poważne uchybienia w owej inteligencji. Pewnie nie wszystkich to rozśmieszy, ale zawsze to jakiś pomysł na niewinny żarcik i może kogoś uda się wkręcić ;)

Linki do moich dowodów sławy: 

A tutaj link do stronki, na której można to spreparować: Prima aprilis