piątek, 25 września 2015

Strach się bać... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Ostatnio coś mi po drodze z baranami było, a jak powszechnie wiadomo takie baraniaste stworzenia po halach się włóczą. Czasu wolnego mają sporo, no bo co one tam ciekawego robią? Żrą, łażą i kombinują jak tu z tej hali zwiać i wiatru wolności się nawąchać. Za dużo trawy się najadłam, albo ta trawa czym skażona była lub wąchanie wiatru wolności mi zaszkodziło, gdyż nowe przebłyski mnie nawiedziły. Niegroźna społecznie agresja z nich nieśmiało wyziera, ale to tylko pozory. Bowiem baraniaste to niby takie puchate, niewinne, słodko beczące, ale jak się dobrze rozpędzi i wyceluje to zadek boli tydzień po spotkaniu z baraniastym ;) 



Grafika: Eve Daff

środa, 23 września 2015

Stara, głupia i baraństwem przesiąknięta...

Grafika: www.northernsound.ie

Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ogarnęło mnie takie jakieś zniesmaczenie życiowe. Czasami ciężka myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb i wtedy dochodzę… Dochodzę do wniosków zagadkowo dziwacznych, a może zwyczajnie zwyczajnych? Zastanawiam się nad sensem wykonywania różnych czynności okołożyciowych. Spokojnie – depresja mnie nie toczy. Tak się po prostu zastanawiam. I zazwyczaj wtedy bardzo szybko dochodzę do wniosku, że nie ma sensu się zastanawiać. Po prostu trzeba żyć miętosząc każdy dzień i wykonywać te swoje mało ekscytujące aktywności  i tyle. Od czasu do czasu trafia się jakiś moment bądź momenty, które wyzwalają w nas ponadprogramową podnietę i to cała magia rzeczywistości. Generalnie to jak się tak zagłębić w temat to nasz żywot składa się z czekania. Czekania na coś. Na cokolwiek. Gdy nie mamy na co czekać to jakoś tak dziwnie się zaczyna robić. Natomiast mało optymistyczne wydaje mi się życie, które wygląda każdego dnia podobnie. Szczerze mówiąc to panika mnie ogarnia jak o tym pomyślę. W związku z czym sama wynajduję sobie ciągle nowe zajęcia, żeby nie zwariować. Nawet kiedyś zastanawiałam się czy ja do końca normalna jestem – nie potrafię się skupić na jednej rzeczy i dopracować ją do perfekcji tylko ciągle nowy ogon się za mną wlecze. Nie potrafię się nudzić. Nie potrafię siedzieć i nie myśleć. W mojej głowie wiecznie się coś „tworzy”. Nawet jak śpię to się „tworzy”. Normalnie bania mnie boli od tego co tam się w środku dzieje. Poszłabym z jaką siekierą na wojnę tylko nie wiem z kim? A wiem! Znajdzie się cały tabun do wyrąbania. Drażni mnie głupota, drażni mnie takie pielęgnowanie własnej, wymuskanej i wypolerowanej na błysk dupy, bezustanne dbanie o ową dupę i nie widzenie niczego poza nią. Zapomnijcie w tym kraju o bezinteresownej pomocy; jak to moja znajoma mówi: takich baranów jak my to już nie pasą na halach, co to za darmo coś zrobią. A przyjaźń? A co to jest przyjaźń? Rozkłada się jak truposzcze i zaczyna śmierdzieć w momencie, kiedy trzeba coś zrobić w imię tej szumnej przyjaźni. Obcy ludzie wam więcej serca okażą i ruszą wspomnianą dupę, by wam pomóc. Drażni mnie materializm co to się panoszy wszędzie. Uwielbiam pytania typu: ile mam kasy z prowadzenia tego bloga? Otóż nie mam kasy. No to po co ci to?!? No tak – jak nie ma kasy to tylko mentalny baran coś takiego robi. Witajcie w krainie baranów. Proponuję minutą zbiorowego beczenia uczcić własne baraństwo. Beee... Beee... Beee... Musiałam sobie ulżyć. Ulżyło mi, wobec czego wracam do swojego życia na halach i towarzystwa innych baranów ;)

niedziela, 20 września 2015

Diabelskie ciasto czekoladowe z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu...

Czekoladowe ciasto z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu

Czekoladowa rozpusta i kokosowe marzenie dla każdego łasucha i wielbiciela czekolady i smaku kokosowego. To ciasto zajmuje na mojej liście jedno z pierwszych miejsc. Doskonałe do aromatycznej, czarnej kawy. Wystarczy mały kawałeczek, by popaść w zachwyt i stracić rozum buszując w czekoladowej krainie rozkoszy. Diabelskie ciasto czekoladowe z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu wiedzie nas wprost do kulinarnego raju: czarne jak smoła, a w środku przepyszny krem, no i ta polewa…

Inspirowałam się przepisem pochodzącym ze strony: http://www.mojewypieki.com

Składniki na ciasto czekoladowe:
55 g gorzkiej czekolady 70%
85 g kakao
200 ml wrzącej wody
140 g mąki pszennej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
90 g masła
150 g cukru pudru
50 g brązowego cukru (można zastąpić cukrem pudrem)
2 duże jajka (temperatura pokojowa)
250 ml mleka kokosowego (temperatura pokojowa)

Kakao i połamaną na kostki czekoladę wrzucam do miski i zalewam wrzącą wodą. Mieszam do rozpuszczenia się czekolady i powstania gładkiej masy. Całość studzę. Mąkę, sodę, proszek i sól przesiewam i mieszam w kolejnej misce. Cukier puder i brązowy mieszam mikserem i dodaję do nich roztopione masło. Krótko miksuję i dodaję jajka, jedno po drugim; miksuję do momentu uzyskania puszystej, jasnej masy. Powoli wlewam mleko kokosowe i dokładam przestygniętą masę czekoladowo-kakaową (na przemian); miksuję. Dodaję suche składniki i krótko miksuję, by połączyły się ze sobą.
Wykładam papierem do pieczenia (tylko dno) blaszkę o wymiarach 24 cm x 27 cm (może być okrągła lub kwadratowa o zbliżonych wymiarach); wylewam na nią gotową masę i wstawiam do piekarnika. Piekę w temperaturze 180ºC przez około 40 minut (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). Czas pieczenia może być nieco dłuższy; należy patyczkiem sprawdzić czy ciasto jest upieczone.
Po upieczeniu wyciągam ciasto z piekarnika i studzę; można upiec dzień wcześniej.

Składniki na krem kokosowy:
około 200 ml śmietanki do ubijania 30% (mały kubeczek)
500 g serka mascarpone
1/3 szklanki cukru pudru (lub więcej, do smaku)
szklanka wiórków kokosowych
około 5 łyżek likieru kokosowego Malibu (można dodać więcej ;))

Krem można zrobić z połowy porcji.

Śmietanka i serek mascarpone powinny być schłodzone. Śmietankę ubijam na sztywno, dodaję serek mascarpone i delikatnie mieszam. Następnie dorzucam wiórki, cukier puder oraz likier i mieszam mikserem do połączenia się składników.
Ciasto kroję długim nożem wzdłuż i przekładam kremem kokosowym. Na wierzch wykładam polewę. Blaty ciasta można skropić likierem Malibu przed nałożeniem kremu.

Składniki na polewę czekoladową:
100 ml mleka kokosowego
100 g gorzkiej czekolady 70%

Mleko kokosowe wlewam do garnuszka i doprowadzam do wrzenia; zdejmuję z kuchenki i dorzucam do niego połamaną czekoladę. Mieszam do całkowitego rozpuszczenia się czekolady i powstania gładkiej, błyszczącej masy. Studzę ją do temperatury pokojowej i wykładam na ciasto. Można ją artystycznie „podrapać” patyczkiem do szaszłyków w celu uzyskania fantazyjnych wzorów. 
Ciasto najlepiej smakuje podane w temperaturze pokojowej. Poza tym samo ciasto, bez kremu, również jest pyszne. Krem można wykorzystać do innych ciast, podobnie jak polewę.

Smacznego :)

I oczywiście krótka fotorelacja:
Ciasto wyłożone na blachę, gotowe do pieczenia
W piekarniku...
Przełożone kremem kokosowym i polane polewą
Kawałeczek słodkości w towarzystwie ziaren kawy
Grafika: Eve Daff

sobota, 19 września 2015

Matka, żona i kochanka... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Dzisiaj jest sobota. W wielu domostwach to czas radosnych podrygiwań ze szmatą, mopem i odkurzaczem. Najczęściej podryguje strażniczka domowego ogniska w postaci matki, żony i kochanki. Kobieta w momencie narodzin jest wyposażona w oprogramowanie pt. urządzenie wielofunkcyjne, któremu w mniejszym lub większym stopniu się poddaje. Oczywiście buntowniczki są na pokładzie, ale każdą z nas w końcu szlag trafia i na widok panoszącego się po domu bajzlostwa pospolitego, poczynionego przez domowników, uruchamia się program w trybie turbo ;) U bardziej agresywnych strażniczek może się włączyć program: opierdalantus z agresorem w tle i wtedy wszystkie organizmy żywe, z gatunku Homo sapiens, spokrewnione ze strażniczką w obawie o swoje zdrowie i życie biorą szmaty w zęby i przykładnie pucują wszystkie kąty ;)


Grafika: Eve Daff

czwartek, 17 września 2015

Zostałam przemytnikiem, bo zupa była niesłona…

Grafika: www.kuchnia.wp.pl

Ja, prawa obywatelka przyznaję się bez bicia, iż zostałam przemytnikiem - przemytnikiem przypraw, które to przemycam w zakupionym, specjalnie do tego celu, dozowniku, który ukrywam w tylnej kieszeni spodni. Przemycam, bo uprawiam ten znienawidzony przez społeczeństwo zawód charakteryzujący się ogólnym nicnierobieniem, posiadaniem wiecznych wakacji, a jak już przypadkiem trafię do roboty to pracuję 18 godzin w tygodniu i dostaję na rękę cztery tysiące polskich złotych, a nawet pięć tysięcy, podobnież. Tak, tak, jestem nauczycielką. I dawno temu przestałam reagować na to błoto, którym jest obrzucana ta profesja, choć zawsze mnie zastanawiał fakt takiej dogłębnej znajomości specyfiki tego zawodu przez polskie społeczeństwo; nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek mądrzyła się na temat tajników pracy farmaceuty, kierowcy, pielęgniarki czy jakiejkolwiek innej. 
A przemytem się zajęłam, ponieważ na stołówkach szkolnych od 1 września 2015 roku dostajemy dania, które smakują jak trawa, nie obrażając trawy, bo jej w sumie nigdy nie jadłam. Nasze kochane ministerstwo wpadło na kolejny genialny pomysł, bo nasze ministerstwo tylko na takie pomysły wpada i w ten wyszukany sposób postanowiło odchudzić grube, przepraszam, puszyste dzieci. 
Ja, szary obywatel wnioskuję, by pani minister oświaty sama spożyła niesłone kartofle, niesłoną zupę i inne tam takie i z uśmiechem na ustach orzekła, że jest to pyszne. A więc, nie jest to pyszne. Chciałam też donieść, iż dzieci jedzące na stołówce też przemycają sól i inne przyprawy, a ja jako buntownik z wyboru wcale im tego nie zabraniam, bo wychodzę z prostego założenia, że lepiej jak zjedzą trochę posolone niż nie zjedzą wcale. Na temat cukru w napojach się nie wypowiadam, bo nie słodzę ich od dziecka, ale racuchy, naleśniki czy knedle bez cukru też nie smakują dobrze. Porady pani minister pod tytułem: kompot można słodzić miodem czy też doprawiać dania wyszukanymi przyprawami może sobie pani minister w buty wsadzić – będzie wyższa. Miód kosztuje, przyprawy też, a szkoła nie chce podnosić cen obiadów, więc nie ma kompociku słodzonego miodkiem, jest woda niegazowana – bez miodku. 
I tak to uprawiamy ten przemyt zbiorowy. Obawiam się również, że niebawem pojawią się dealerzy zajmujący się dystrybucją słodkości i innych oblechów spożywczych, gdyż jak wiecie pani minister zabroniła sprzedaży w sklepikach szkolnych wszelakiego zła tego świata. Nie wiem czy pani minister tego nie wie, ale poza terenem szkoły w każdej wsi i mieście są sklepy, w których to uczeń może nabyć owe zabronione produkty podczas drogi do szkoły jak i ze szkoły, a ja nie jestem w stanie śledzić każdego swojego ucznia, by go na tym czynie karygodnym przyłapać. Także nie tędy droga moja pani! Tu pracy u podstaw trza i namolnego edukowania rodzicieli, żeby własnym przykładem wpłynęli na postawę swych pociech, żeby te nie jadły świństw i nie tuczyły się na potęgę. Poza tym rodzicieli edukować trzeba w kierunku takim, żeby pociechy dupska ruszyły i zamiast siedzieć przed komputerami to np. pograły w to czy tamto na podwórku. Ja w dzieciństwie spędzałam większość czasu na dworze i ciężko mnie było z tego dworu wołami ściągnąć. Biegałam, grałam w gumę, podchody, chowanego i nawet jak się nażarłam (mówiąc brzydko) za dużo to te kalorie spożyte wymordowałam w terenie.
Szkoła to moje życie zawodowe od kilkunastu dobrych lat. Przeżyłam wiele: powstanie gimnazjów, wysłanie sześciolatków do szkół i mnóstwo innych zwalających z nóg fantastycznych pomysłów ministerstwa. Zawsze wiedziałam, że to się nie uda, że to są reformy zazwyczaj pozbawione sensu, ale ktoś mądrzejszy, kto nie ma pojęcia o szkolnej rzeczywistości, oczywiście wiedział lepiej. Ale nie będę się tutaj rozwodzić na temat, bo i tak moje nędzne jestestwo niewiele zmieni w tej materii, a ministrem i tak nie mam zamiaru zostać.
To "mówiłam" ja – przemytniczka soli ;)

Aaa… I nie jestem odosobnionym przypadkiem trudniącym się przemytem, jest nas więcej, patrz tutaj: http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,18746519,szkolne-stolowki-bez-soli-jedzenie-uczniom-nie-smakuje.html

Miłego dnia i pamiętaj: 
Jest coś takiego jak "złoty środek" i zawsze warto go poszukać, a nie popadać w skrajności :)

wtorek, 15 września 2015

Optymistyczne oblicza garderoby... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Spodnie na gumce, zwłaszcza te dresowe, to rzeczywiście moja ulubiona część garderoby niosąca powiew optymizmu - nic nie gniecie, nic nie wyłazi, bałwany tłuszczowe nie zwisają smętnie przyduszone zbyt ciasnym paskiem od spodni. 
A ubrania typu oversize... Po prostu ubraniowa poezja - nawet jak człowiek odstawi się w takie przyduszające brzuch spodnie to elegancko można ukryć sporą część mankamentów pod swetrami czy tunikami tego typu. Warto zaopatrzyć swoje szafy w takie optymistyczne oblicza, bo jak wiadomo z naturą i jej prawami nie wygrasz: za cały ogrom łez wylanych przez kobiety, które o poranku w dzikim szale usiłują się wbić w ulubione spodnie, sukienki czy też spódnice, odpowiedzialne są małe, wredne organizmy zwane kaloriami, które specjalizują się w dyskretnym zwężaniu naszych ubrań, zwłaszcza nocą, ale to temat na inne przebłyski ;)



Grafika: Eve Daff

niedziela, 13 września 2015

"Szepty dzieciństwa" nie milkną...


Książka „Szepty dzieciństwa” jest inna niż wcześniejsze pozycje Anny Sakowicz. Pozostawia miejsce, między innymi, na refleksje i spojrzenie na swoje poczynania w roli rodzica. Uświadamia jak niewiele potrzeba, by zepsuć własne dziecko i takie okaleczone puścić w świat. Nawet jeżeli odnajdzie szczęście w dorosłym życiu to nie uwolni się od szeptów dzieciństwa, które nie tak łatwo odpuszczają i milkną. Zalęgają się w mózgu i drążą tam swoje korytarze wypełzając, od czasu do czasu, na światło dzienne. Baśka, główna bohaterka powieści, to kobieta, której los rzuca pod nogi „niespodzianki” dnia codziennego; o większość z nich się potyka i dostaje bolesne lekcje. Zwyczajna babka z mężem, którego trzeba kopać w dupsko na życiowy rozpęd, dwójką dzieciaków niczym nie wyróżniających się z tłumu i ojcem pijakiem, który wlecze za sobą ducha zmarłej żony to mieszanka, po której możemy się spodziewać wielu życiowych „atrakcji”. Całość to opowieść o życiu trzydziestokilkulatki, które zostało napiętnowane nieszczęśliwym dzieciństwem, zimną matką i ojcem, który nigdy nie tupnął, nie potrząsnął sobą i kobietą, którą wybrał na żonę i matkę swoich dzieci, by ta wreszcie zrozumiała, że jest złym człowiekiem. Bo jak nazwać kogoś kto określa swoje nienarodzone dziecko „larwą” i bardziej przejmuje się wyglądem niż losem dziecka. W książce znajdziemy cały ogrom emocji i przeżyjemy z główną bohaterką sporo życiowych zakrętów. Polecam na jesienne wieczory towarzystwo „Szeptów dzieciństwa”. 

Z okładki książki "Szepty dzieciństwa"
Grafika: Eve Daff

piątek, 11 września 2015

Gdy potrzebujesz zaskoku wpadaj do Kobietoskopu :)

Grafika: Eve Daff

Wczoraj spotkała mnie przemiła niespodzianka - poczułam się jak dobro narodowe na eksport gotowe :) Joasia, z bloga: http://paniodbiblioteki.blogspot.com, napisała o mnie i tym, co wyczyniam na Kobietoskopie świetny wierszyk. W życiu bym nie wymyśliła, że kiedykolwiek doczekam takiej chwili :) Chwalę się tym, a co tam - w  końcu nie o każdym wiersze piszą :) Za zgodą autorki go publikuję, a wszystkich zapraszam w gościnne progi Joasi - kobitka wie jak pisać i co pisać, więc wpadajcie do niej i komentarze zostawiajcie :)

"Dręczy" nas ciągle zdjęciami
przysmaków słodkich, deserów,
rozpala nam wyobraźnię, 
więc smakołyków łakniemy.

Dla dzieci i trochę starszych
wiernych swych czytelników
napisze i namaluje,
pomysłów u niej bez liku.

W ciekawym KOBIETOSKOPIE
jak w czarodziejskim zwierciadle,
odnajdziesz pasję i humor,
odnajdziesz to czego pragniesz.

Psich cudnych portretów parę,
zabawne i zmyślne posty, 
"przebłyski"dowcipem skrzące
i damsko-męskie różności.

Gdy nos spuszczony na kwintę
i potrzebujesz zaskoku -
zajrzyj choćby na chwilkę 
do Eve i KOBIETOSKOPU.

Miłego dnia :)

środa, 9 września 2015

Prawdziwa kobieta... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Kobieta... Stworzenie, które pojawiło się na Ziemi by siać zamęt, by mężczyźni nie popadli w życiowy marazm i nie utknęli pod górą nieposegregowanych skarpet; istota robiąca dziesięć rzeczy na raz, podążająca zawiłymi ścieżkami życia, wyposażona w skomplikowany sposób dobierania słów i konstruowania zdań nieczytelnych dla płci przeciwnej, zauroczona wędrówkami po sklepach i namiętnie polująca na promocje oraz bogatego kandydata na męża, potrafiąca odróżniać kilkanaście odcieni czerwieni, walcząca od szkoły podstawowej z cellulitem, nadwagą, zbędnym owłosieniem i całym tym przekleństwem, którego wytwórcami są te niereformowalne gady w męskich skórach ;) 
A co ja tam będę więcej pisać! Jaka kobieta jest, każdy widzi ;)



Grafika: Eve Daff

wtorek, 8 września 2015

Kruche ciasto z budyniową pianką i owocami zachwyca niebiańskimi walorami :)


Dziś propozycja nie do odrzucenia: kruche ciasto z budyniową pianką i owocami :) To pyszne ciasto zachwyca swoją lekkością i kruchością; znajdziemy w nim nuty maślane, śmietankowe i waniliowe, a całość przełamana kwaśnym smakiem owoców. Polecam :)
Inspirowałam się przepisem pochodzącym ze strony: www.mojewypieki.com

Składniki na kruche ciasto:
2,5 szklanki mąki pszennej 
220 g zimnego masła  
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki cukru pudru
5 żółtek
szczypta soli

Wszystkie składniki szybko mieszam i zagniatam. Następnie dzielę na dwie części – jedna ciut większa (około 60% i 40 %). Każdą część zawijam w folię spożywczą i wkładam do zamrażalnika. Ciasto przygotowuję zazwyczaj dzień wcześniej wieczorem. Okrągłą blachę o średnicy około 27 cm (może być prostokątna) wykładam papierem do pieczenia. Na tarce (grube oczka) ścieram większą część zamrożonego ciasta, wyrównuję i lekko przygniatam. Piekę na złoty kolor w temperaturze 190ºC przez około 15-20 minut (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). Spód odstawiam do całkowitego wystygnięcia. 

Składniki na budyniową piankę:
5 białek
1 szklanka cukru pudru
1 opakowanie cukru wanilinowego lub cukru z prawdziwą wanilią
2 opakowania budyniu śmietankowego bez cukru
około 5 łyżek oleju rzepakowego (może być słonecznikowy)
szczypta soli

Dodatki:
około 500 g owoców (użyłam mieszanki owoców z Hortexu 400g: truskawki, maliny, czarna porzeczka, wiśnie); mogą być świeże owoce, np. maliny; ze świeżymi owocami jest lepsze :)
cukier puder do oprószenia upieczonego ciasta

Gdy spód wystygnie ubijam białka ze szczyptą soli. Po ubiciu na sztywno dodaję cukier puder i cukier waniliowy, cały czas ubijam na dużych obrotach. Następnie przechodzę na małe obroty i wsypuję budynie śmietankowe. Po wymieszaniu strużką wlewam olej i miksuję chwilę. Pianę wykładam na podpieczony spód ciasta. Na niej układam owoce lekko je wpychając w nią. Na wierzch ścieram resztę zamrożonego ciasta i wkładam do piekarnika. Piekę około 45 minut w temperaturze 190ºC (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). Gdy wierzch ciasta jest złoto-brązowawy wyjmuję ciasto, studzę i posypuję cukrem pudrem.
Ciasto można modyfikować, np. dodając kakao do kruchego ciasta, zmieniając smak budyniu czy też używając innych owoców, które raczej powinny być kwaskowate, ponieważ ciasto i pianka są słodkie.

Smacznego :)

Poniżej fotografie poszczególnych etapów:


Przygotowany do pieczenia spód kruchego ciasta

Upieczony spód

Pianka wraz z owocami na podpieczonym spodzie

Wierzchnia warstwa ciasta dodana, czas do piekarnika

Upieczone ciasto posypane cukrem pudrem

Jeszcze dobrze nie wystygło... ;)
 Grafika: Eve Daff

sobota, 5 września 2015

Kobiety, wino, sushi i agresywne mewy...

Grafika: www.ekologia.pl

Moja sąsiadka to urocze dziewczę, o szerokich horyzontach, z wielowymiarowym spojrzeniem na świat, posiadające męża i kilkuletnie dziecko. Pomimo sporej różnicy wieku między nami nadajemy na podobnej częstotliwości. I tak się złożyło, że ostatnio w tym samym czasie zostałyśmy słomianymi wdowami. Chłopy nasze osobiste udały się w celach służbowych w północne rejony Polski. No to co było robić? Telefon raz, telefon dwa i babski wieczór zaplanowany. Jesteśmy patologicznymi wielbicielkami sushi, więc zamówiłyśmy odpowiedniej wielkości porcję na wieczór, dorzuciłyśmy do tego białe wino i impreza się wyklarowała, że mucha nie siada. Po obgadaniu wszelakich spraw bieżących, wypiciu prawie dwóch butelek wina i pożarciu ogromu sushi opatrzność czuwająca nad odpowiednim prowadzeniem się dwóch niewiast zsyła nam kataklizm. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, spada na nasze bezcenne głowy karnisz, który zamontowany jest/był nad oknem tuż nad kanapą, na której siedzimy. Na szczęście nie ma ofiar w ludziach. Znak to z niebios czy co? – jesteśmy oburzone i zdegustowane. To już nawet w spokoju napić się nie można? Przecież my grzecznie, kulturalnie i bez ekscesów imprezę odbywamy. Owszem – wino jest! Ale śpiewu nie ma! O chłopach nie wspominając! I niech mi ktoś powie, że Bóg nie jest szowinistyczną męską świnią?!? Pewnie mu się nie podobało, że kobity się zmówiły i dobrze bawią z winem i żarełkiem. On to nas widział z mopami jak ochoczo polerujemy podłogi, najpierw u mnie, potem u niej w lokalu. Ciekawe czy tym naszym chłopom osobistym też na łby karnisze zrzucał? Znając potencjał tych osobników to cały sufit im na czerepy spaść powinien ;) 
***
Następnego dnia nie obudziłam się sama… Wszędzie były zwierzęta. Podłe zwierzęta. Rzuciły się pazernie na mój łeb i łażą po nim tam i z powrotem. Tupot białych mew też pewnie ten Bóg zapatrzony w męski ród na mnie zesłał i wytresował gadzinę stosownie, żeby upierdliwa do granic możliwości była ;) 

Udanego weekendu :)

środa, 2 września 2015

Chciałam być piękna, a wyszło jak zwykle ;)

Grafika: www.talkceltic.net

Do eksperymentów mnie zawsze ciągnęło. Tylko te z wybuchami i pożarami w roli głównej nie były w kręgu moich zainteresowań. Ale inne, nie mniej atrakcyjne, były w kręgu. Często placem boju był mój własny organizm. Jako stara już baba, po dwudziestce ;), do tego napalona i niecierpliwa, spontanicznie polazłam razu jednego do kosmetyczki. Zachciało mi się hennę na brwi nałożyć. Sama nie wiem po co, bo brwi to ja zawsze miałam jak Breżniew. Niestety jak się w tym moim łbie projekcja, na brwi w hennie, uroiła to byłam żądna jej realizacji. Nie wykazałam się jednak logicznym myśleniem, gdyż nie umówiłam się wcześniej na wizytę, tylko naiwna myślałam, że takie hennowanie brwi to pani mi na kolanie, rach - ciach zrobi i już. Niestety, kochana, niestety! Nic z tego!  Z powodu nagromadzenia sporej ilości niewiast w przybytku kosmetycznej rozkoszy zostałam odesłana z kwitkiem. Nie to nie! Prosić się nie będę! Sama taką hennę sobie walnę, że klękajcie narody! Jak pomyślałam, tak i uczyniłam. W pobliskim sklepie z asortymentem stosownym, zakupiłam środki równie stosowne. Usłyszałam tam, że to nic trudnego i tym zachęcona pobiegłam do domu, a w mojej głowie już nowa, upiększona facjata się wizualizowała. Zaaplikowałam zakupioną maź na te moje brwi. A że ja to nigdy nic normalnie nie zrobię to oczywiście zajęłam się czymś i zapomniałam o tym, że tej mazi to się nie przetrzymuje dłużej niż kilka minut. W końcu mnie oświeciło na umyśle, że hennę trzeba zmyć. No i w te pędy do łaźni cisnę. Spojrzenie w lustro i zapaść, poty arktyczne mnie zalały i jęk wydałam z siebie tak żałosny, że pająki bytujące w kanałach wentylacyjnych poszły się masowo wieszać. Trza to natychmiast zmywać! Zmyło się i owszem, ale to co wżarło się w skórę to już inna bajka. Wyglądałam jak zmutowany Breżniew skrzyżowany z dziadkiem Gienkiem co to całe życie brwi szerokie, czarne i na pół twarzy z dumą eksponował. I co tu począć? Cytryna i woda utleniona mogą uratować sytuację! - tak mi logiczne myślenie podpowiadało. Mniej logiczne nawet chciało sięgać po Domestos. Aplikuję jedno i drugie, znaczy się cytrynę i wodę utlenioną. Efekt mizerny. Postanawiam wyrwać część brwi, żeby tą Breżniewską dzicz chociaż minimalnie wyplenić. Rwę i nie żałuję! Zostają mi mizerne paski brwiowe. Dobrze, że ja jednak po tym Breżniewie tak hojnie obdarowana włosiem byłam, bo inaczej glaca brwiowa jak ta lala.
Na moje szczęście było to piątkowe popołudnie i następnego dnia nie musiałam iść do roboty. Przez weekend kolor skóry wokół brwi, stylizowany na kobietę z plemienia zamieszkującego Czarny Ląd, nieco zbladł. Resztę zatuszowałam korektorem i było znośnie. Jednak byłam już bliska ochlastania skalpu nagłownego, żeby sobie grzywkę długą i gęstą zaaranżować, ale obeszło się bez masakry fryzjerskiej w moim wykonaniu. 
Inny przykład mojej zamaszystej działalności w charakterze domowej kosmetyczki dotyczył depilacji łona pastą cukrową. Ale opisywanie dramatycznych przeżyć z moim łonem w roli głównej chyba sobie daruję ;)

A tak zmieniając temat, to uwielbiam gruszki, a henny więcej nie popełniłam :)

Grafika: Eve Daff