niedziela, 28 czerwca 2015

Natura wzywa, czyli wakacyjne podboje Polki na Ziemiach Kszaubsko-Kociewskich :)

Grafika: www.bywajtu.pl

3, 2, 1, 0, start :) Jutro odpalam miotłę, pakuję na pokład osobistego chłopa i włochate monstrum w postaci wielce nieszablonowej mastifki tybetańskiej i odlatuję na wieś leżącą na pograniczu Kaszubsko-Kociewskim. Jak dobrze pamiętam, to niezwykle sympatyczna i utalentowana blogerka prowadząca blog KURA PAZUREM zamieszkuje Ziemię Kociewską. Mam nadzieję na spotkanie niezapomnianych zachodów słońca w towarzystwie ptactwa zamieszkującego jeziora i rzeki, odurzenia zapachem kwiecia panoszącego się po przecudnych łąkach kociewskich oraz naładowanie akumulatorów niezwykłą muzyką przyrody. Oczywiście tony sprzętu wędkarskiego zabrane, aparaty fotograficzne, lornetki i lupy, by przyrodę ojczystą poznawać z każdej możliwej strony. Jeżeli ktoś ma wizję moich morderczych połowów i konsumowania biednych rybek to informuję, że jestem zwolenniczką opcji "złap i wypuść"; nie pożarłam każdej złowionej ryby i ciężko przychodzi mi pakowanie do przewodu pokarmowego moich zdobyczy. 
Wszystkim czytającym życzę letnich powiewów radości, odpoczynku, natchnienia; w miarę możliwości będę nadawać blogowo, o ile technika i zasięg pozwolą :)

czwartek, 25 czerwca 2015

Człowiek… to nie brzmi dumnie…

Grafika: www.the-viral-feed.com

Zabijamy świnie, krowy, kury, kaczki, gęsi i inne zwierzaki, by je po prostu zjeść. Skóry niektórych zwierząt wykorzystujemy do produkcji różnorodnych przedmiotów. Ale mam nadzieję, że uśmiercamy te stworzenia w humanitarny sposób. To nie jest post nawołujący do porzucenia mięsa na rzecz zieleniny. To krótki post, który powstał po tym jak na Facebooku obejrzałam film, który po prostu mnie przygiął do podłogi, serce mi pękło, a moja bezradność wobec tego co zobaczyłam nie daje mi spokoju. Przedstawia chińską fabrykę skór, które są pozyskiwane z psów. Ostrzegam – film jest mocny i pozostawi ślad w każdym normalnym człowieku. Pozostaje pytanie kim są stworzenia ukazane na tym filmie, bo na pewno nie są ludźmi, przynajmniej dla mnie. Jestem w stanie zrozumieć to, że spożywanie psów czy kotów w tamtych rejonach świata jest czymś normalnym, ale bezmyślnego okrucieństwa wobec zwierząt nie rozumiem. Wszyscy wiemy, że Chińczyków jest najwięcej na świecie, że człowiek tam czasami niewiele znaczy, ale jak można tak postępować?!? Internet ma cały pakiet filmików ukazujących chińską „miłość” do zwierząt. Pewnie nie wszyscy są źli, ale takie praktyki powinny być zakazane i ścigane przez prawo. 


Dla tych, którzy nie mają możliwości zalogowania się na Youtube wstawiam link z mojej strony na Facebooku: 

wtorek, 23 czerwca 2015

Miss Bikini Fitness w zasięgu ręki... O tym jak ZUS zaraził mnie bakcylem :)

Grafika: www.willybmum.com

Obiecałam się podzielić wrażeniami z rehabilitacji leczniczej w trybie ambulatoryjnym w ramach prewencji rentowej. Więc się dzielę :) Niektórzy dopytywali o relację fotograficzną - no nie pokusiłam się niestety o taką ekstrawagancję. Moja rehabilitacja trwa już trzy tygodnie, został mi tydzień, by szczęśliwie zakończyć przygodę z ZUS-em. O innych przygodach z tą instytucją pisałam tutaj i tutaj.
W ramach wspomnianej prewencji rentowej obiecywano sporo atrakcji. I wiecie co? Jestem zmuszona ten ZUS pochwalić - nie wszystko wygląda oczywiście tak jak obiecywano, ale i tak jestem pozytywnie zaskoczona. Codziennie rano przychodzę do wyznaczonej na skierowaniu niepaństwowej placówki zlokalizowanej w mieście, w którym na co dzień bytuję. 
Udaję się do szatni i rozpoczynam swój rytuał rehabilitacyjny, który obejmuje w moim przypadku:
- basen - zajęcia w wodzie oparte na aerobiku, gdzie gromada ludzi w wieku średnim radośnie szarżuje w toni wodnej dzierżąc w dłoniach na przykład piankowe makarony. Zabawa jest przednia i człowiek w każdym wieku potrafi odnaleźć w sobie dziecko. Sama słodycz obserwować panie z siwym włosiem na głowie jak usiłują zaparkować sobie tego makarona między nogami :) Po czym radośnie pląsają niczym koniki morskie w oceanie. Poza tym takie tyranie w basenie sześć razy w tygodniu ma zbawienne skutki dla naszego ciała - widać, że to moje osobiste wyrobiło się znacząco: cellulit je prawie opuścił, jędrność też poprawiona, brzuch też się postanowił ogarnąć. Jak tak dalej pójdzie to ZUS zrobi ze mnie kandydatkę na Miss Bikini Fitness ;) Zatem stara, dobra zasada mówiąca o tym, że ruch to zdrowie sprawdza się jak mało co. Gdyby taki zwyczaj basenowania wprowadzić w swoje życie to ciało powalające rzeźbą i smukłością gwarantowane. W związku z czym po opuszczeniu turnusu zapisuję się dla zdrowotności na zajęcia typu: aqua aerobik.
- zabiegi z wykorzystaniem specjalistycznych urządzeń również są: leczenie polem elektromagnetycznym i terapię światłem bioptron też zaliczam sześć razy w tygodniu,
- ćwiczenia z rehabilitantem i potem indywidualnie puszczona samopas odbywam, a jakże, sześć razy w tygodniu,
- rehabilitację psychologiczną, w tym między innymi psychoedukację i treningi relaksacyjne; treningi relaksacyjne to zbyt wielkie słowa ;) - polega to na odbywaniu dwa razy w tygodniu posiadówek na wygodnych fotelikach i słuchaniu muzyki w połączeniu z głosem lektora, który wysyła nas na przykład od ogrodu i nakazuje spożywać tęczę :) Raz w tygodniu odbywają się spotkania z psychologiem, który wygłasza pogadanki - ostatnio było o stresie,
- edukacja zdrowotna odbywa się również raz w tygodniu i mądrzy ludzie starają się przekonać nas do zdrowego odżywiania, zdrowego stylu życia i tych tam innych atrakcji, które mają z nas zrobić młodych bogów i boginie.
Grupa, w której jestem obejmuje około 30 osób w różnym wieku i różnej płci. Moja sprawność zdecydowanie uległa poprawie. Nie mam tu na myśli tylko operowanych barków, ale całościowo się ogarnęłam. Wobec czego jestem wdzięczna naszemu kochanemu ZUS-owi i składam oficjalne podziękowania :)

sobota, 20 czerwca 2015

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

Grafika: blogs.discovermagazine.com

Chcesz się zabić, prawda? Pragniesz zniknąć z tego padołu, bo najzwyczajniej w świecie nie masz już siły, by żyć. Kolejny dzień jest kolejnym dowodem na to, że nie pasujesz do żadnej układanki ludzkich interakcji. Dusisz się powietrzem, które dla pozostałych jest życiodajną mieszaniną gazów. Każdego dnia zbliżasz się do dna, które wydaje się mieć kilka kolejnych poziomów – zastanawiasz się, gdzie jest Twoje dno i jak wiele jeszcze zniesiesz, żeby się przekonać czy to Twoje osobiste dno ma namiastkę trampoliny, od której być może się odbijesz. Osiągasz stan, w którym nic i nikt Cię nie obchodzi, Twój mózg jest bezużyteczną masą nastawioną tylko na jedno: Chcę się zabić! Chcę skończyć ze sobą! Najlepiej szybko i bezboleśnie! Szukasz tego właściwego Twojego sposobu pożegnania się z tą męką zwaną życiem. Paradoksalnie nie sprawiasz wrażenia osoby, w której kotłują się te wszystkie myśli. Potrafisz świetnie grać swoją kiepską, epizodyczną rolę w dramacie zwanym życie. W końcu nadchodzi ten dzień – pojawił się ten jeden, właściwy impuls, który poruszył machinę pchającą Cię ku śmierci. Przepastny Internet pouczył Cię jak popełnić samobójstwo łatwo, miło i przyjemnie. Dzierżysz w dłoniach to co trzeba – alkohol i tabletki. Łzy bezwiednie płyną po Twoich policzkach, gdy łykasz kolejną porcję swojego wybawienia. Twój mózg otumaniony cudownym eliksirem, który ma Cię przenieść do lepszego świata, sili się na ostatnie próby przekonania Cię, że warto żyć… że nie ma na tym świecie rzeczy, sytuacji i ludzi, którzy są warci tego, by się zabić. Tracisz świadomość, obojętniejesz i odpływasz TAM… Dawka okazała się za mała. Chichot losu – myślisz – Nawet tego nie potrafiłem zrobić dobrze. Jesteś wściekły, że się nie udało. Bezradnie gapisz się w szpitalny sufit planując kolejne podejście. Tymczasem Twoje otoczenie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki , dostrzega Twój problem. Rodzina przeżywa dramat: Dlaczego? Przecież nie miał powodu, żeby to zrobić? Jesteś w centrum uwagi: nagle okazuje się, że Twoje istnienie jest ważne dla innych, że jednak jesteś częścią jakiejś układanki. Ktoś powiedział, że Cię kocha i żałuje, że nie zrobił tego wcześniej. Ktoś inny tylko trzyma Twoją dłoń… Ktoś obcy głaszcze Cię po policzku... Tak niewiele potrzeba, by pomóc odnaleźć komuś miejsce w labiryncie życia...

Jeżeli miotasz się pomiędzy tym, a tamtym światem i opracowałeś plan skończenia ze sobą pamiętaj, że są na tym świecie ludzie, którym zależy. Pewnie brzmi to dla Ciebie mało wiarygodnie i banalnie, ale nie musisz odbierać sobie życia, by się o tym przekonać. Każde istnienie jest po coś – może niektórzy muszą stanąć na krawędzi, może nawet skoczyć w „przepaść” swojego umysłu, by odkryć w jakim celu pojawili się na tej planecie. Zazwyczaj są to niesamowicie wartościowe osoby, niezwykle utalentowane, przepełnione ogromem uczuć, które trzeba odkryć. Pozwól sobie pomóc. Na śmierć zawsze przyjdzie pora, a może ten post i wiele podobnych jest tym Twoim impulsem ku życiu. 

Na początek spróbuj sięgnąć po fachową pomoc i wsparcie:
116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Nie oddawaj bez walki czegoś tak cennego jak własne życie! Nawet, jeżeli przegrałeś mnóstwo bitew, nie przegrałeś jeszcze wojny...



Post bierze udział w akcji, której szczegóły można znaleźć pod adresem: http://stayfly.pl/2015/06/stop-samobojstwom/

piątek, 19 czerwca 2015

Stópki godne trolla i wyszukany bukiet w autokarze...

Grafika: Eve Daff

Pachnie już wakacjami, dlatego post też lekko trąci letnim klimatem. Pewnie jest spora grupa osób, które podróżują autokarami. Moja jedyna daleka podróż z użyciem tego środka transportu odbyła się, ponad dekadę temu, w kierunku bułgarskiej ziemi. Podróż wspominam z sentymentem do tej pory. Bułgarskie drinki i jedzenie kosztowały przysłowiowe grosze, więc człowiek jadł i pił ile żołądek przyjął ;) Ale nie o tym chciałam… Od czasu sławetnej wyprawy unikam autokarów jak ognia… 
Pełna entuzjazmu wsiadłam do pojazdu z nastawieniem na miłą i sympatyczną podróż, chociaż miałam świadomość tego, że nie będzie krótka. Towarzystwo autokarowe było młode duchem i ciałem, a to jak wiadomo sprzyja nadmiernemu rozwojowi ułańskiej fantazji skierowanej niekoniecznie w odpowiednią stronę. W związku z czym po dwóch godzinach podróży cały autokar śmierdział piwskiem, gdyż rozbawieni studenci okupujący tyły i nie grzeszący trzeźwością mieli coraz większe problemy z trafieniem do otworu gębowego, w którym to płyn piwny chcieli, w jak największej ilości, umieścić. O toczących się puszkach po autobusie nie wspomnę. Kolejny fantastyczny pomysł grupy młodzieńców polegał na tym, że spoili jakieś dziewczę, które się do nich przykleiło i owe dziewczę przeceniło swoje możliwości, co zakończyło się w sposób łatwy do przewidzenia. Kilkudziesięciogodzinna podróż została „ukwiecona” odorem piwska i wymiocin. Organizator zafundował nam również postój w Budapeszcie polegający na włóczeniu się przez pół dnia, bez celu, po uliczkach miasta skąpanych w niemiłosiernym upale. W związku z czym wraz z towarzyszkami podróży przekoczowałyśmy kilka godzin stołując się w różnych knajpach z klimatyzacją. Po dotarciu na miejsce repertuar przekleństw, który nawiedził moje usta był zaskakująco bogaty. Moje stopy wyglądały jak stopy skandynawskiego trolla - sowicie wyposażonego. 
Powrót z Bułgarii był jeszcze ciekawszy… Około godziny dziesiątej rano wymeldowano nas z hotelu. Czekamy na autokar… Dwunasta w południe: czekamy dalej, lekko upoceni, lekko głodni i lekko zirytowani. Okazuje się, że pojazd, który miał nas zabrać, w drodze do Bułgarii się zapalił, wysyłają następny – nie wiadomo skąd i nie wiadomo, kiedy się pojawi na miejscu. I jak tu zachować dalej stoicki spokój!?! Pętamy się jak bąki w słoikach cały dzień i wieczór; łaskawie około północy pojawia się ON! Pakujemy się do środeczka i odbywamy fantastyczną, kilkudziesięciogodzinną podróż do Polski. Wszyscy byli tak padnięci, że nikt nie pomyślał o piciu i innych atrakcjach. Docieramy do kraju ojczystego. Moje gigantyczne stopy prawie rozrywają paski ukochanych sandałków. Przypadłość sowicie wyposażonego skandynawskiego trolla nawiedza mnie po raz kolejny. I tak oto niezapomniana podróż wyleczyła mnie z autokarowych wojaży. Mogę ją opisać jednym słowem: KOSZMAR! 
Od tego momentu, jeżeli chciałam spędzić wakacje w jakimś odległym miejscu, wybierałam samolot :)

środa, 17 czerwca 2015

Wywiad ... nie, nie, nie z wampirem, z autorką słowotoku wyzierającego z tego bloga :)

Grafika: Eve Daff

Jakiś czas temu, od dwóch zacnych niewiast, dostałam nominację do Liebster Blog Award. Oczywiście dziękuję im za pamięć i uznanie :) 
„Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego Blogera, w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował”.

W związku z tym, że już brałam udział w tej zabawie odpowiem na pytania zadane przez autorki blogów: http://jagatoja.blogspot.com/ oraz http://paniodbiblioteki.blogspot.com/. Natomiast sama zostawiam otwarte drzwi dla każdego kto chce wziąć udział w tym przedsięwzięciu - na końcu pytania dla chętnych :) Zapraszam.

A zatem do dzieła :)

Pytania od http://jagatoja.blogspot.com/:
1. Najlepsze wspomnienia... 
Tyle tego, że nie wiem co wywlec na światło dzienne; z ostatnich lat dość mocno buszują w mojej głowie wspomnienia z wyprawy do Chin :) Dziwna to kraina i takiemu europejskiemu nasieniu płci żeńskiej ciężko się przystosować do chińskiego świata; w związku z tym rozdziawiało gębę na każdym rogu i magazynowało wspomnienia hurtowo ;)
2. Pies czy kot. Dlaczego?
Oczywiście, że pies! Mój osobisty kudłacz w rozmiarze XXL to chodząca radość i duma właścicieli :) Nie ma to jak 55 kg żywej wagi, zaopatrzonej w rude futro, w łóżku ;)

3. Ulubiona książka czytana kilka(naście) razy.
Nie posiadam. Z natury jestem człekiem chwytającym się różnych rzeczy, więc i książki różne i różniste towarzyszą mi w życiu.

4. Jaki kraj robi na tobie największe wrażenie?
Będę patriotką - Polska :) Czegóż chcieć więcej - tylko w naszym kraju można się natknąć na cały repertuar zjawisk robiących duże wrażenie.

5. Lubisz prowadzić samochód?
Nie, nie i jeszcze raz nie! Doceniam, że prowadzę i opatrzność sprawiła, że jakimś cudem w wieku starczym,  za drugim razem, zdałam na prawo jazdy; doceniam, że nie muszę koczować na przystankach w deszczu, na wietrze i mrozie, w upale, ale nigdy nie pokochaliśmy się z samochodem miłością od pierwszego wejrzenia - tolerujemy się ;)

6. Co Ci poprawia humor po najgorszym dniu?
Ci, którzy mnie znają to krzyczeliby głośno, że ciastko z kremem, więc nie będę kłamać, że coś innego ;)

7. Dlaczego piszesz bloga?
Pisać zaczęłam jak wylądowałam na zwolnieniu lekarskim z powodu operacji barku i tak mi zostało; polubiłam ten świat, wirtualne znajomości i możliwość przelania w czeluści internetu tego co mi się w mózgownicy poniewiera.

8. Twoje niespełnione dotąd marzenie?
I teraz nastąpią salwy śmiechu i kulanie się po podłodze :) Zawsze chciałam profesjonalnie zatańczyć do kultowej piosenki z filmu "Dirty dancing" :D Poza tym marzy mi się napisanie książki.

9. Czego się najbardziej wstydzisz?
Hmm... Chyba durnot, które popełniłam w młodości.

10. Co Cię doprowadza do szewskiej pasji?
Ja niespotykanie spokojny człek jestem, ale trzepią mi się bebechy jak mam do czynienia z głupotą ludzką objawiającą się w różnej postaci.

11. Z czym sobie radzisz w życiu najlepiej?
Ze sobą ;) Oraz z gotowaniem, pieczeniem i robieniem błazna z siebie ;)

Pytania od http://paniodbiblioteki.blogspot.com/:
1. Jak najchętniej odpoczywasz?
Cisza, spokój, kumkanie żab, melodie przyrody i jakiś dobry drink :) Poza tym wędkowanie :)

2. Twoje ulubione desery...
No i to jest temat rzeka :D Nie będę odpowiadać, bo się Internet zawiesi :) 

3. Kogo najbardziej cenisz?
Nie mam jednej takiej osoby, cenię szczerość i dobro w ludziach.

4. Jakich ludzi unikasz?
Wampirów energetycznych, napompowanych lalek,  gaduł zamęczających mnie opowieściami o sobie, kłamców.

5. Na co wydasz ostatnie pieniądze?
Prawdopodobnie na jakieś zwierzę - swoje lub ze schroniska.

6. O jakim odbiorcy myślisz pisząc bloga?
Piszę dla każdego, aczkolwiek mam wrażenie, że moje słowa bardziej trafiają do kobiet.

7. Jakie filmy oglądasz najchętniej?
Kiedyś namiętnie oglądałam horrory, teraz cenię filmy, które zostawiają ślad w mojej psychice - niezależnie od gatunku.

8. Jaki strój preferujesz:elegancki czy swobodny?
Zdecydowanie swobodny :) Rzadko odstawiam się w sukienki, spódniczki, szpileczki i te inne wystawne gadżety, ale jak już się odzieję w takie cuda to tłumy padają z wrażenia ;) 

9. Który okres w historii lubisz najbardziej?
Historia to znienawidzony przeze mnie przedmiot w szkole; jedyne co byłam w stanie znieść to opowieści o ludziach pierwotnych :) Ciągnie swój do swego ;)

10. Co robisz tylko dla siebie?
Dbam o swoje połączenia w mózgu - nie chcę na starość być uciążliwym obiektem w społeczeństwie;  w związku z czym wiecznie szukam nowych bodźców dla swojego mózgu, żeby neurony nie zardzewiały.

11. Co Cię ostatnio zachwyciło?
Ja się zachwycam najczęściej robakami i roślinami, a że tego dookoła sporo to zachwyt mi często towarzyszy :)

Moje pytania dla chętnych:
1. Ulubiony (przez Ciebie) post na własnym blogu to: ...
2. Jaką książkę, ostatnio przeczytaną, polecisz innym blogerom?
3. Czego zazdroszczą kobietom mężczyźni?
4. Jaki masz sposób na poprawienie sobie samopoczucia?
5. Najbardziej wstrętna potrawa zjedzona w życiu to: ...
6. Czy byłaś główną bohaterką zdarzenia, które rozbawiło obserwatorów do łez? (jeżeli - tak, proszę o krótki opisik)
7. Pewnego dnia budzisz się w ciele faceta - jaka jest Twoja pierwsza myśl?
8. Czy masz jakieś małe osobiste dziwactwo?
9. Gęsiej skórki dostaję na widok...?
10. Jaki deser wystrzelił Twoje kubki smakowe w kosmos?
11. Jakie jest Twoje wymarzone miejsce (dowolne na świecie) na poranną kawę/herbatę?

Życzę udanej zabawy :)

sobota, 13 czerwca 2015

Dla kobiet marzących o sikaniu na stojąco...


Czego to ludzie nie wymyślą? Takiego cudaka dziś w przepastnym internecie znalazłam: GoGirl - lejek dla kobiet do sikania na stojąco :) Chociaż... Może się komuś przyda ;) 
Fachowe informacje na temat lejka, zamieszone poniżej, pochodzą ze strony: http://gogirl.pl:
GoGirl jest nowoczesnym produktem, który umożliwia kobietom aktywny styl życia. Produkty tego typu są dostępne i szeroko stosowane w Europie od lat. Opatentowana w Stanach Zjednoczonych konstrukcja GoGirl jest najbardziej zaawansowanym i atrakcyjnym z produktów konsumenckich tego typu. GoGirl jest łatwym w obsłudze wyrobem wykonanym z odpornego na rozwój bakterii medycznego silikonu. Bez problemu mieści się w torebce lub plecaku, podobnie jak inne preparaty do higieny intymnej. GoGirl można traktować jako produkt jednorazowego użytku, ale jego konstrukcja i możliwość łatwego utrzymania w czystości pozwala również na jego wielokrotne użycie.

Zalety GoGirl to:
Zwarta i wytrzymała konstrukcja. Produkt GoGirl jest wygodny, przenośny i dyskretny, dzięki czemu jest dostępny zawsze wtedy, gdy kobieta potrzebuje go najbardziej. Urządzenie GoGirl wykonane jest z silikonu stosowanego w medycynie, co sprawia, że wpływa korzystnie na zdrowie kobiety. Konstrukcja GoGirl sprawia, że jest higieniczny w użyciu. Specjalnie wyprofilowany silikon sprawia, że urządzenie przylega idealnie do ciała, a unikalny projekt końcówki GoGirl zapobiega wyciekom cieczy i zabrudzeniom. Urządzenie GoGirl łatwo utrzymać w czystości poprzez wypłukanie w wodzie z mydłem i osuszenie chusteczką higieniczną lub papierowym ręcznikiem. Dzięki temu może być wielokrotnie wykorzystywane. GoGirl sprzedawane jest w małej tubie z tworzywa sztucznego, w której – oprócz samego urządzenia – znajduje się plastikowy woreczek oraz papierowa chusteczka. Dzięki nim GoGirl można oczyścić, zapakować ponownie i przechować do następnego użycia.

Jak używać GoGirl ?
Korzystanie z toalety na stojąco to zupełnie nowa, wręcz rewolucyjna koncepcja dla większości kobiet. Oto kilka porad, które pomogą Ci korzystać z GoGirl skutecznie. Na początek warto potrenować w zaciszu własnego domu – jedna lub dwie próby we własnej łazience (albo jeszcze lepiej, pod prysznicem!) pozwolą na podjęcie próby zastosowania GoGirl „na trasie”. Najlepszy sposób to trzymać GoGirl wzdłuż za pomocą kciuka i środkowego palca, rozciągając od przodu do tyłu. Produkt GoGirl wykonany jest z silikonu, więc jest dzięki temu elastyczny i dobrze się układa na dowolnym kształcie ciała. Nie zaleca się trzymania GoGirl w poprzek, po bokach. Zbyt duży nacisk może spowodować, że produkt straci szczelność na styku z ciałem. Najlepiej sprawdza się przytrzymywanie produktu z umiarkowanym naciskiem wzdłuż. Dlatego warto wypróbować GoGirl kilka razy pod prysznicem, żeby wiedzieć, jakie ułożenie jest najbardziej korzystne i czego można się spodziewać, jeśli coś pójdzie nie tak. Dzięki temu poczujesz się pewniej, gdy przyjdzie Ci skorzystać z GoGirl w podróży. Nie zniechęcaj się, jeśli za pierwszym razem Ci się nie uda. Pamiętaj, że praktyka czyni mistrza.

prawidlowo nie-prawidlowo

Zestaw GoGirl zawiera plastikową tubę, w której znajduje się urządzenie, plastikowy woreczek do jego przechowywania oraz papierowa chusteczka. Żeby użyć GoGirl ponownie, wystarczy umyć go wodą z mydłem i osuszyć. Urządzenie GoGirl wykonane jest z wysokiej jakości medycznego silikonu, który szybko schnie – wystarczy nim lekko potrząsnąć. Po osuszeniu wystarczy umieścić GoGirl w dołączonym do zestawu woreczku (do tego celu nadają się również woreczki do pakowania kanapek) i zrolować wraz ze świeżą chusteczką (tak jak zwija się np. śpiwór), a następnie umieścić w tubie aż do ponownego użycia.
Produkt GoGirl jest bardzo trwały, dzięki czemu nadaje się do wielokrotnego użycia.

Któraś się skusi na lejek? :)