poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rolnik szuka żony...? Wsi sielska, wsi anielska...?

Grafika: www.polskieradio.pl

Jako dziecko jeździłam na wakacje do rodziny na wieś. Po latach wspominam to z ogromnym sentymentem. Była to typowa wieś polska zabita dechami, gdzie psy dupami szczekały. Potrzeby fizjologiczne załatwiało się w drewnianym wychodku, a jak dziadzio naprawiał tenże kibelek przez miesiąc, bo uległ awarii, to najzwyczajniej w świecie rżnęło się pod chmurką wśród łanów zbóż. Wody bieżącej w obejściu nie było, więc człowiek wodę ze studni pozyskiwał, potem grzał ją w garze na piecu i mył się w misce; mógł również umyć się w pobliskiej rzece, gdzie często krowy pojono i nie raz zdarzyło się, że krowina dokonała defekacji wprost do wody, ale jakoś nikomu nie przeszkadzało to w czym się myje i co tam pływa.

Moje wakacjowanie nie ograniczało się tylko do zbijania bąków - dzielnie, wraz z kuzynostwem, pomagałam w pracach polowych i nie tylko. Praca rolnika w tamtych czasach nie była miła, łatwa i przyjemna - człowiek spędzał wiele godzin w polu: zrywając truskawki, fasolkę, dziabał, czyli kopaczką usuwał chwasty w niekończących się rzędach warzyw, uczestniczył w żniwach, grabił siano, chodził po krowy, żeby bidule na dojenie do domostwa sprowadzić.

Oczywiście moja wieś miała też swoje inne oblicza:
- w soboty wieczorami często organizowaliśmy sobie ogniska nad rzeką, a że nie było w tych czasach wypasu sklepowego to prowiant suchy i mokry zdobywaliśmy na różne sposoby; pamiętam jak raz kuzyn z kolegą ukradli jakąś kurę i piekli ją na tym ognisku z piórami i z flakami - na szczęście moja fantazja ułańska nie skłoniła mnie do spróbowania tego specjału,

- jako najmłodsze pokolenie w gospodarstwie postanowiliśmy umyć stertę butelek nagromadzonych pod chałupą w celach sprzedażowych - czego w tych butelkach nie było: zdechłe myszy, gatunki robali wszelakiej maści, resztki zbuzowanego alkoholu; ja niestety miałam wątpliwą przyjemność natrafienia na butelkę z pszczołami w środku - jedna mnie ugrzmociła w powiekę i przez ponad tydzień, ku uciesze reszty młodzieży, wyglądałam jak Gołota po walce stulecia,

- wyprawy do wiejskiej meliny po wino marki wino; po zakupie człowiek siadał w doborowym towarzystwie w przydrożnym rowie i pił te specjały; niestety większość pijących miała słabe żołądki i nie przyswajała tego napitku, co kończyło się wiadomo jak…

- sobotnie wiejskie zabawy taneczne w tak zwanej remizie - to trzeba zaliczyć i przeżyć, w życiu się tak dobrze nie bawiłam jak tam - chłopaki odstawione, wymyte na niedzielę, fryz użelowany i muzyka… typowe disco polo z przytupem,

- przyganianie krów z pastwiska do domu to była przygoda; bydlęta często nie chciały współpracować z poganiaczem i łaziły swoimi drogami, a człowiek się napocił, naużerał, nalatał, żeby krowie towarzystwo w komplecie do domu sprowadzić.

Dlaczego mi się to wszystko przypomniało? Wieś nauczyła mnie pokory i tego, że nic w życiu łatwo nie przychodzi, a poza tym, byłam z siebie dumna, że wiedziałam jak wygląda krowa i świnia, a nie jak moi miastowi koledzy rozdziawiałam japę, jak gdzieś jakaś pojedyncza sztuka zwierza hodowlanego się trafiła na przymiastowym poletku. Wiedziałam skąd się bierze mleko, masło i śmietana, jak się podbiera jaja z kurnika, jak się zabija kurczaki i co mają pod piórami i w żołądku.

Ostatnio w TVP1 furorę robił program: „Rolnik szuka żony”. Taka refleksja mnie naszła w związku z tym: czy te panie, które się tam hurtowo pozgłaszały rzeczywiście czuły w sobie zew polskiej wsi? Czy była to tylko i wyłącznie chęć wypłynięcia na szklany ekran? Z tego co pokazano wynika, że tylko jednej parze udało się stworzyć związek, a reszta jakoś się nie posklejała do kupy. Wieś i praca tam to nie jest sielanka pachnąca bochnem swojskiego chleba, to często harówka w pocie czoła i wstawanie o świcie - trzeba mieć wiele determinacji i naprawdę kochać przyrodę z całym ciągnącym się za nią smrodem, żeby czerpać przyjemność z pracy na roli. Ale na pewno warto to robić, jeżeli ktoś to kocha - świat rolników to inny świat, daleki od miejskiego wyścigu szczurów i każdego dnia ocierający się o Matkę Naturę, a ona jak wiadomo, i sielska i anielska bywa ;)

niedziela, 28 grudnia 2014

Dieta zimowa, czyli rusz głową i resztą ;)

Po czasie świątecznym, który jak wiadomo, wielu z nas spędza w pozycji siedząco - leżącej, doprowadzając swój biedny układ pokarmowy do rozpaczy, z każdej strony bombardują nas dietami, które mają z nas zrobić wychudzone stworzenie, które zmieści się w wymarzoną kreację sylwestrową. 
Ja jestem z tych, co stety lub niestety, kochają jedzenie. Często słyszę, że lepiej mnie ubierać niż żywić ;) Podobnież jem dużo... Niektórzy znajomi twierdzą, że gdyby tyle jedli to ważyliby 200 kg ;) Mam na koncie akcje powstańczo-żywieniowe typu: spożycie zacnej ilości słodyczy i zagryzienie tego śledziami lub innymi rybopodobnymi obiektami - nie jest to oczywiście wynik stanu błogosławionego - taka moja uroda. Generalnie połączenia kulinarne w moim wykonaniu, zwłaszcza na głodzie, wywołują dziwne spojrzenia u obserwujących ;)
I cóż począć, jak ktoś lubi jeść? Jak odnaleźć się w tych wszystkich dietach? Takim przypadkom jak ja pozostaje jedynie aktywność fizyczna, w formie dowolnej - najlepiej takiej, która nie wzbudza w nas odruchu wymiotnego :) 

Poniżej, aby nie być gołosłownym zamieszczam kilka fotografii z poświątecznego spalania kalorii w Międzygórzu (bardzo malownicza miejscowość, warto odwiedzić); kalorie spalają: nasza psina, ja i męska część stada (twarze człekokształtnych nie są ukazane, a konie nie są członkami naszego stada ;) 
Poza tym piękna zima się nam ostatnio zrobiła, a wędrówka górskim szlakiem jest jedną z przyjemniejszych form spalania tego i owego :)




 




Grafika: Eve Daff

wtorek, 23 grudnia 2014

Jak się łoblyc na Wilijo? - porady Nie-Ślązaczki ;)

Mieszkam na Śląsku, ale nie jestem rodowitą Ślązaczką. Tutejsza gwara często mnie bawi i bywa przyczyną ciekawych nieporozumień. Dla niewtajemniczonych i nieobeznanych z językiem Ślązaków, w ramach świątecznego prezentu, zamieszczam dizajn wigilijny ;) Obydwie grafiki dostałam od znajomej drogą mailową :)
Przy okazji polecam stronkę: http://qdizajn.pl/
Dla Kobitek:


Dla Facetów:

WIERSZYK - Mikołaj!

Grafika: www.kidsinco.com

MIKOŁAJ!

Magiczne prezenty,
nosi pewien Święty!
Znają go dzieciaki,
to on taszczy paki!
Maluje uśmiechy -
u każdej pociechy,
gdy z worka wyjmuje,
to co tam znajduje!
Mikołaj to imię,
naszego Świętego!
Gdy prezent chcesz dostać -
list napisz do niego!

niedziela, 21 grudnia 2014

Orgazmotron kontra Hela w pościelach...???

Grafika: www.pej.cz
Dziś Światowy Dzień Orgazmu…

- Mamusiu… A co to jest orgazm?!?
Jedno z bardziej kłopotliwych pytań zadanych przez pociechę, w najmniej odpowiednim momencie i co tu rzec? Jak z tego wybrnąć z twarzą? Wiele pytań dotyczących sfery seksualnej człowieka jest mocno niewygodna, chyba, że ktoś wykazuje się takimi umiejętnościami jak dystans do siebie i poczucie humoru. Przypomniały mi się, przy okazji, takie historyjki:

Znajoma ma dwójeczkę ślicznych dzieciątek. Pewnej nocy, jak już ululali z mężem pociechy, postanowili sobie urządzić erotyczny małżeński show… Zapalili świece, szokująca bielizna, winko, zapach kobiety i pożądania unosi się w powietrzu… Następuje dziki, wyuzdany seks i… do pokoju włazi ich córka – 4 latka, zaspana, z tekstem, że miała okrutny sen i potrzebuje przytulanka. Znajomi oczywiście przerwali romantyczne uniesienia i idą z córcią do jej pokoju, dziecię usypia, a oni odetchnęli z ulgą, że nie musieli nic tłumaczyć… Następnego dnia… Ranek… Z pokoju wyłania się córcia i od progu pyta: Mamusiu, a pamiętasz, jak w nocy tak strasznie dyszałaś??? Co Ci było??? Mamusia zbladła, ale uruchomiła wszystkie szare komórki i rzecze: Wiesz, tyle świec się paliło, a one tlen zabierają… i mamusia się dusiła z braku tlenu…
Dziecko od tej pory ma traumę i gasi wszystkie świeczki ;)

Dawno temu, na praktyce w szkole prowadziłam lekcję o układzie rozrodczym człowieka… Aż tu nagle pada pytanie:
- Proszę Pani, a czy to prawda, że sperma wybiela zęby?
Prawie padłam z wrażenia pod biurko, ale zachowawszy resztki zimnej krwi odpowiedziałam, że najnowsze badania naukowców nie mówią nic na ten temat. O osobistych przeżyciach nie wspominałam, a dziecięcia, na szczęście, nie dopytywały ;)
 
I troszkę z innej beczki o orgazmach:
„W filmie Woody'ego Allena "Śpioch'' reżyser puścił wodze fantazji, wymyślając orgazmotron - kabinę do przeżywania orgazmu. Kompletna fikcja? Nie do końca. Allen w filmie zakpił sobie z urządzenia, nad którym pracował Wilhelm Reich, jeden z najlepszych uczniów Freuda, który trafił w 1939 roku do Nowego Jorku z nadzieją, że jego seksualne wynalazki zainteresują Amerykanów.

Prawdziwa rewolucja seksualna dopiero jednak przed nami - twierdzi Aarathi Prasad, brytyjska badaczka technologii, autorka książki "Like a Virgin: How Science is Redesigning the Rules of Sex". Jej zdaniem już niedługo nauka kompletnie zmieni świat seksu i reprodukcji, a sztuczne macice, kobiety i mężczyźni rozmnażający się bez pomocy płci przeciwnej staną się czymś tak normalnym jak smartfony. Kobieta przyszłości będzie mogła bowiem w dowolnym momencie zapłodnić własną komórkę jajową i oczywiście nie będzie musiała nosić embrionu wewnątrz własnego ciała: mając do dyspozycji technologicznie zaawansowany inkubator. Ta sama technologia pozwoli także parom jednopłciowym poczynać dzieci z DNA obu partnerów, a samotny mężczyzna będzie mógł zostać rodzicem równie łatwo jak samotna kobieta. Brzmi jak science fiction?” (www.dziennikzachodni.pl)

No cóż… Ciekawa wizja świata. Z drugiej strony patrząc na współczesną młodzież i ich zafascynowanie nowoczesnymi technologiami wszystko jest możliwe. Coraz więcej osób na świecie jest uzależnionych od cyberseksu i wirtualnych seks-partnerów. 
Być może w przyszłości ze sztuczną macicą pod pachą powędrujemy do Zapłodnialni, aby dokonać wyboru odpowiednich genów, swoich i partnerki/partnera i począć nowe życie, które oddamy do inkubatora i odbierzemy w odpowiednim czasie. A orgazmy będziemy sobie fundować o każdej porze dnia i nocy, zbiorowo lub w samotności w orgazmotronach. 
Tylko, gdzie tu urok i smak prawdziwego życia? Gdzie dorodne, jędrne piersi Heli w pościelach - przesiąkniętych zapachem prawdziwego pożądania???

środa, 17 grudnia 2014

Niespodzianka w bananach...

Uważajcie w marketach w co i gdzie pakujecie swoje łapki :) Dziś na wp.pl znalazłam ciekawą notkę:

"Klienci jednego z marketów w Miliczu na Dolnym Śląsku przeżyli szok, gdy w kartonie z bananami dostrzegli pająka wielkości ludzkiej dłoni. Kierownictwo sklepu natychmiast ewakuowało obiekt i zawiadomiło o niezwykłym znalezisku policję. 

Oprócz wielkiego pająka w kartonie był kokon, w którym mogły być dziesiątki jego potomków. Pracownicy w obawie, że pająk ucieknie, ostrożnie złapali go do słoika. Kokon natomiast zapakowali do foliowej torebki. Na szczęście, pająk był ospały i nikogo nie ukąsił. Według obecnego na miejscu weterynarza mogłoby się to bowiem tragicznie skończyć - schwytany pająk jest bowiem prawdopodobnie bardzo jadowity. Policjantom udało się ustalić, że banany pochodzą z Kolumbii. To może sugerować, że wśród bananów ukrył się tzw. bananowy pająk. Tą wspólna nazwą określa się dwa gatunki tych stworzeń: jedno z nich jest zupełnie nieszkodliwe dla człowieka, drugie to tzw. wałęsak brazylijski - bardzo agresywny i niezwykle jadowity pająk. 

Jaki pająk zamieszkał w kartonie z bananami? To ostatecznie wyjaśnią eksperci. Policjanci natomiast sprawdzą, czy nie doszło do zagrożenia życia i zdrowia klientów oraz pracowników marketu."

A poniżej kartonowy bohater (Grafika: wp.pl):






















piątek, 12 grudnia 2014

Przedświąteczny szał ciał, czyli opętani przez Merry Christmas...

Grafika: www.facebook.com

Zaczęło się… Wystartowali… Przedświąteczny szał ciał, szał macicy i nie tylko na ulicy, w sklepie, w domu… Raj dla zakupoholików, wszystkich perfekcyjnych pań domu, wyprzedażowiczek, okazjowiczek przedświątecznych i innych napalonych na Christmas time osobników. Patrząc na to, co się ostatnio dzieje na ulicach, w sklepach, w domach stwierdzam, że większość została zainfekowana wirusem świątecznego wariactwa. Dwa dni temu byłam przypadkiem w markecie w godzinach przedpołudniowych, myślę sobie – zrobię zakupy jak biały człowiek, ludzi nie będzie, spokojnie przetoczę się przez alejki sklepowe, ale gdzie tam… Już na parkingu zauważyłam, że ludzi jak mrówek… Niby wszyscy tyle pracują, zamęczeni, orają do późnej nocy w tych korporacjach, firmach, nauczycielom-nierobom zazdroszczą, że nic nie robią, a tu takie tłumy, o takiej porze – dziwne… 

Ruch na ulicach jest również mocno wzmożony, okazuje się, że polskie społeczeństwo ukrywa na co dzień swoje samochody… No właśnie gdzie? Zawsze mnie to zastanawia, gdzie oni wszyscy przechowują te swoje wehikuły? Z racji na to, że każdego dnia pokonuje do pracy około 15 km w auciku, zauważam to niesamowite poruszenie. I za każdym razem się zastanawiam, po co samochód komuś, kto go wyciąga kilka razy w roku, zapewne z garażu. 

Na atrakcje typu wyprzedaż czy coś w tym stylu to nawet nie idę, bo to nie na moje starcze nerwy – nie będę się przepychać, dociskać, przeciskać, ocierać w celu zdobycia gadżetu, którego zakup, po pewnym czasie, wyda mi się pozbawiony sensu. Ostatnio staram się myśleć, przez duże M, jak coś kupuję. Człowiek ma niesamowite zdolności do zaopatrywania się w produkty, z których, śmiem twierdzić, połowa jest mu niepotrzebna. Nie wspomnę tutaj o ciuchach, kosmetykach i innych dupinach. Dziś byłam w Lidlu, bo koszule dla kobiet, nie wymagające prasowania miały być… Jak się okazało wczoraj je wyłożyli na pastwę tłumu, a dziś to mogłam sobie po koszulach tylko miejscówki na półkach powąchać.

Sprzątanie przedświąteczne to osobna bajka, sąsiadki już od dwóch tygodni z wypiekami na twarzy szorują okna, piorą na potęgę i nie wiem, co tam jeszcze robią. Ja miałam ambitny plan wymycia, wyczyszczenia, odświeżenia szafek kuchennych, ale póki co, na planach się skończyło. Jak patrzę na te sterty nagromadzonych tam talerzy, talerzyków, szklanek, kubełków, kielichów, misek, miseczek, pokrywek, garnków itd. to mnie słabowitość ogarnia na myśl, że mam to wszystko przerzucać, myć, wycierać, polerować i układać od nowa. Nie cierpię tego!!! Muszę jakąś autohipnozę sobie zapodać mobilizującą w kierunku wypucowania szafek.

I tak to przedświąteczna atmosfera się zagęszcza, do świąt jeszcze trochę czasu, więc napięcie i ciśnienie na pewno jeszcze wzrośnie u niejednego. Cała magia tych świąt, gdzieś znika w produktach spożywczych, potrawach, prezentach, odświętnych kieckach i garniturach. Tylko dekoracje atakujące nas z każdego kąta natrętnie nie pozwalają nam zapomnieć o tym, że mamy być Merry Christmas! Dla mnie te święta, z roku na rok, stają się coraz bardziej pospolite, szare, nie ma już w nich tej prawdziwej gwiazdki migoczącej na nocnym niebie… Pamiętam Boże Narodzenie z dzieciństwa, kiedy człowiek czekał jak sęp na cudem zdobyte pomarańcze czy mandarynki, ślina ciekła do pasa na myśl o potrawach wigilijnych, a już na prezenty to się doczekać nie mógł i był w stanie przeszukać całe mieszkanie, przy każdej nadarzającej się okazji. I nie były to prezenty za niewiadomo jaką kasę – człowiek się cieszył z byle czego, bo w czasach PRL-u właściwie nic nie było i cokolwiek znalazło się pod choinką to stawało się najcudowniejszym świątecznym prezentem. Potem pośpiewał kolędy, pobuszował z dzieciarnią osiedlową w śniegu i cieszył się jak głupi, że do szkoły iść nie musi. Brzmię jak babulina opowiadająca o czasach drugiej wojny światowej – często się na tym przyłapuję… Jak byłam młodsza to słuchałam dziadkowych opowieści z zaciekawieniem, ale zawsze wydawało mi się to jakieś takie nierealne, a dziś sama tak mówię: za moich czasów… jak ja byłam w szkole… Brutalnie dociera do mnie wtedy fakt przemijania i upływu czasu…

wtorek, 9 grudnia 2014

Współczesna dziewica... O tym, jak mądrze stracić "wianek"...

Grafika: Eve Daff

9 grudnia - Dzień Dziewic...

Jak wygląda współczesna dziewica? 
Myślę, że jakoś specjalnie nie różni się od statystycznie mijanej na ulicy dziewczyny, kobiety, kobietki – w uszach włosów nie ma, świński ogon też jej się nie pęta w okolicy okołodupnej i nie wydziela jakiegoś szczególnego zapachu. 

Czy rzeczywiście etykieta dziewicy tak parzy, że koniecznie trzeba się jej pozbyć najszybciej, jak tylko się da? 
Mam nadzieję, że współczesne dziewczyny, jakieś resztki rozumu zachowały i nie wszystkie jak baranki, a raczej baranice pędzone na rzeź, idą to swoje znienawidzone dziewictwo tracić, z byle kim, byle jak i byle gdzie. W Internecie często trafiam na wątki sugerujące, że jest to jedna z gorszych obelg, jeżeli wypłynie na światło dzienne informacja potwierdzająca naszą czystość. Bynajmniej nie przemawia przeze mnie jakiś duch starej dewoty, ale osobiście uważam, że uprawianie bezmyślnego seksu w wieku lat nastu jest po prostu śmieszne. Co o życiu, seksie wie trzynastolatka? Niestety, niewiele…

Nie wspomnę tu o interesujących zabawach gimnazjalistów z wątkiem seksualnym w roli głównej. Może słyszeliście o grze w „słoneczko” czy „wymiękasz”? Nie? Ja kilka lat temu usłyszałam i włosy na łbie mi się nie tyle zjeżyły, co prawie wypadły. Ja z czasów swojej młodości pamiętam grę w butelkę, a i tak człowiek palił buraka, jak musiał kolegę z klasy w policzek całować. Współczesne dzieciątka gimanazjalne łaskawie mogą się pobawić w butelkę z języczkiem, bo ta zwyczajna to trąci czasami prehistorycznymi. Ale to naprawdę nic przy „słoneczku” czy „wymiękasz”…

„Wymiękasz” to gierka polegająca na tym, że chłopak lub dziewczyna losują dla siebie parę, stają naprzeciwko siebie w bieliźnie i zaczynają się dotykać: 
„Nigdy w to nie grałam, ale mam znajomych, którzy bawią się w to regularnie – zapewnia 14-to letnia Monika. Zaczyna się od górnych partii. Na przykład chłopak dotyka włosów i pyta czy dziewczyna już wymięka, czyli czy rezygnuje. Jeśli nie, dotykający posuwa się dalej. Następnie dotyka ust, jeśli laska nie ma nic przeciwko chwyta za dłonie, potem za ramiona, a następnie za brzuch. I wtedy wiadomo już, że kolejnym ruchem będzie chwyt za piersi lub położenie ręki między nogami. Jeśli dziewczyna stwierdzi, że na tym etapie wymięka, to przegrywa. Niektórzy urozmaicają zabawę zdejmując bieliznę. Dla mnie to już jest przesada”.

„Słoneczko” to po prostu gimnazjalna lub licealna orgietka. Do „zabawy” potrzeba przynajmniej osiem osób: cztery dziewczyny i czterech chłopaków: 
„Dziewczyny kładą się nago na podłodze z rozłożonymi nogami. Na około nich stają rozebrani chłopcy – mówi 16-letnia Agnieszka. Na hasło „start”, każdy z nich uprawia, przez około pół minuty, seks z dziewczyną leżącą naprzeciwko. Po tym czasie następuje zmiana. Chłopaki wymieniają się partnerkami. Przegrywa ten, który pierwszy osiągnie wytrysk. Zdecydowanie łatwiej bawi się w to po alkoholu, bo znikają bariery. Oczywiście stosuje się zabezpieczenia, ale tutaj chodzi o czas, a wiadomo, że prezerwatywa w pośpiechu może pęknąć. Kiedy byłam w gimnazjum jedna z dziewczyn zaszła w ciążę. Wszyscy śmiali się, że będzie to owoc słoneczka”. 

Jak to dobrze, że jestem już taka „wiekowa” i nie musiałam w szkole grać w tak uwłaczające godności człowieka „zabawy”. Mimo wszystko, mam nadzieję, że taki sposób rozrywki praktykuje mała część naszych nastolatków. Jeżeli seks stanie się dla nich tylko i wyłącznie formą rozrywki, to ja nie chcę dożyć czasów, gdzie większość dzieci będzie owocami zabaw bez jakiegokolwiek zaangażowania uczuciowego. 

A dziewicom, z okazji ich święta, życzę zdrowego rozsądku: stracić zawsze można, najgorzej z głupim, a błona dziewicza nikomu jeszcze spustoszenia w psychice nie zrobiła, więc jak zadomowi się na nieco dłużej, to nic się nie stanie. Oczywiście, umieranie z zachowaną na koncie czystością, może nie jest najlepszym pomysłem, ale pozbywanie się „wianka” na siłę też mądre nie jest. Także dziewczęta młode i stare, nie taka dziewica straszna, jak ją malują ;)

Cytowane fragmenty pochodzą ze strony: www.wspolczesna.pl

WIERSZYK - Bałwankowe smutki...

Grafika: www.tapeciarnia.pl

BAŁWANKOWE SMUTKI...

Pan Bałwanek stał samotnie, 
tuż przy drzewie, przed mym oknem.
Smutną minę miał od rana:
Ciężkie życie jest bałwana!
Sam tu stoję, dwa tygodnie,
mało kto pamięta o mnie!
Patrzę, patrzę na bałwanka:
Przyda mu się koleżanka!
Wołam Alę, wołam Franka:
Ulepimy dziś bałwanka - 
a właściwie - Bałwankową,
śnieżną, zimową królową!
Dzieci pracują ochoczo 
i bielutkie kule toczą!
Powstała z masy śniegowej,
śliczna postać Bałwankowej!
Od tej pory na podwórku,
nie ma bałwankowych smutków!
Każdy, bowiem, na tym świecie, 
chce przez życie iść w duecie!

Zapraszam do WYTWÓRNI po inne wytwory mojego autorstwa :)

niedziela, 7 grudnia 2014

Liebster Blog Award na Kobietoskop spadł...


Blog KOBIETOSKOP został nominowany do LIEBSTER BLOG AWARD. 
Za wyróżnienie dziękuję właścicielce bloga: Kobi-ECO
Blog polecam w całej okazałości, tym którzy jeszcze tam nie byli :)

Czym jest LIEBSTER BLOG AWARD? 
Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę” i ma na celu rozpowszechnienie naszego bloga oraz innych. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która nas nominowała. Następnie  nominujemy 11 osób, które informujemy o naszej nominacji i zadajemy im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, od którego otrzymało się nominację.

Moje odpowiedzi na zadane mi pytania:
1. Jaki kolor Twoim zdaniem najlepiej opisuje Twój charakter i osobowość? 
Obawiam się, że jeden kolor nie jest w stanie opisać mojego charakteru i osobowości; ja tam widzę kalejdoskop barw i ich odcieni w niezłym rozgardiaszu ;) Oczywiście są dni, kiedy kipi we mnie czerń lub tryska uszami słoneczna żółć.

2. Jesteś optymistką, realistką, czy może pesymistką? 
Hmm... Najwięcej we mnie chyba realizmu, często wyziera też pesymizm, ale optymizmu też mi nie brakuje.

3. Dokończ zdanie: "Blogowanie to dla mnie ....." 
Blogowanie to dla mnie odskocznia od codziennego życia; taki mój mały świat literek i obrazków.

4. Gdybyś złapała złotą rybkę, to o co byś ją poprosiła? (przypominam- masz 3 życzenia) 
Biedna ta złota rybka ;), ale jak mus to mus...  
Życzenie nr 1: Chciałabym każdego dnia mieć możliwość wypowiedzenia trzech życzeń, które się spełnią :) 
Życzenie nr 2: Złotą rybkę wysyłam na zasłużone wakacje lub emeryturę (biedactwo już wieki tyra spełniając te życzenia)
Życzenie nr 3: Chcę zostać na tydzień złotą rybką od życzeń :)

5. W dążeniu do celów jesteś raczej konsekwentna, czy szybko odpuszczasz? 
Niestety w wielu przypadkach dość szybko odpuszczam, to taka moja wada, z którą walczę; szybko się na coś napalam, po czym brak mi często motywacji, aby dokończyć dzieło.

6. Jesteś "rannym ptaszkiem", czy "nocnym Markiem"?  
Zdecydowanie ptaszkiem, wieczorem zazwyczaj padam jak mucha i do nocnego łajzowania się nie nadaję.

7. Genetycznie modyfikowana żywność- jesteś za, czy przeciw? (uzasadnij) 
Wszelakie genetyczne modyfikacje nikomu na dobre nie wyszły, więc jestem przeciw; majstrowanie w genach nie zawsze jest dobrym pomysłem.

8. Z jakiego swojego osiągnięcia jesteś najbardziej dumna? 
Najbardziej dumna jestem z tego kim jestem :) Wiele pracy pewnie jeszcze przede mną, ale rozpiera mnie duma, że wyrosłam na taką zacną kobicinę ;)

9. Co działa na Ciebie motywująco?  
Pewnie, jak na większość ludzi, pochwała, nagroda, czyli marchewka, a nie kij.

10. Co Twoim zdaniem jest lepsze: zgiełk dynamicznego, wielkiego miasta, czy spokój na niewielkiej wsi?  
Tu nie mam wątpliwości - spokój na niewielkiej wsi; mam nadzieję, że na starość będzie mi dane mieszkać w jakiejś wiejskiej chatce i wypasać owieczki na halach ;)

11. Jakie jest Twoje motto życiowe? 
Nie mam motta życiowego, ale często można usłyszeć ode mnie słowa: "Nigdy nie mów nigdy!". 

Do wyróżnienia pozwoliłam sobie nominować następujące blogi:


Moje pytania do nominowanych:
1. Ulubiony (przez Ciebie) post na własnym blogu to: ...
2. Jaką książkę, ostatnio przeczytaną, polecisz innym blogerom?
3. Czego zazdroszą kobietom mężczyźni?
4. Jaki masz sposób na poprawienie sobie samopoczucia?
5. Najbardziej wstrętna potrawa zjedzona w życiu to: ...
6. Czy byłaś główną bohaterką zdarzenia, które rozbawiło obserwatorów do łez? (jeżeli - tak, proszę o krótki opisik)
7. Pewnego dnia budzisz się w ciele faceta - jaka jest Twoja pierwsza myśl?
8. Czy masz jakieś małe osobiste dziwactwo?
9. Gęsiej skórki dostaję na widok...?
10. Jaki deser wystrzelił Twoje kubki smakowe w kosmos?
11. Jakie jest Twoje wymarzone miejsce (dowolne na świecie) na poranną kawę/herbatę? 

Życzę udanej zabawy :)

czwartek, 4 grudnia 2014

''Masz być jak Tommy Lee Jones w Ściganym!'', a nie jak ciepła klucha...

Grafika: www.banzaj.pl

W dzisiejszym świecie, jeżeli nie jesteśmy wystarczająco asertywni, agresywni, głośni, upierdliwi, wymagający to możemy się spodziewać jednego, brzydko mówiąc, wydymania w d… szeroko pojętego. Nie warto być miłym, kulturalnym, cierpliwym; jedyne co nas może spotkać to pełna zlewka, ze strony drugiej, od której chcemy coś uzyskać. Swoje spostrzeżenia opieram na własnym przykładzie; z natury jestem pokojowo nastawiona do świata i daleko mi do furiatki z obłędem w oczach, która wyzywa wszystkich i wszystko, co się pojawi w polu widzenia. Życie coraz częściej wymusza na mnie postawę: Bądź, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”, bądź chamem, bądź świnią, itp. To nie jest bliska memu sercu postawa, ale przekonałam się wielokrotnie, że bez zębów na wierzchu i warczenia zginę, zagryzą mnie inne psy, oczywiście w przenośni. Kłóci się to z moim charakterem, sposobem bycia, ale cóż… Spinam pośladki i udaję groźną wymagającą matronę, która wie czego chce i pewność siebie wylewa jej się uszami ;)

Kilka dni temu, nie po raz pierwszy, wystąpiła w mym domostwie awaria sieci internetowej; dzwonię zatem pod właściwy numer telefoniczny XXX i wykładam kulturalnie, o co mi chodzi. Pani Konsultantka przez duże K oznajmia, iż już się sprawą zajmuje i oddzwoni do mnie w celu poinformowania mnie, kiedy usuną usterkę. Mijają godziny, netu jak nie było tak nie ma, telefonu też nie ma… Dzwonię… Oczywiście słyszę: Wszyscy nasi konsultanci są teraz zajęci, bam bim bam bam bim bam… Ok, myślę sobie – zadzwonię później. Piszę również maila do firmy X, że zgłosiłam usterkę i czekam… Dostaję odpowiedź, iż wkrótce wszystko będzie naprawione. Czekam… czekam… Jest wieczór… Firma już zamknięta, dodzwonić się nie da, netu nie ma, a moje poirytowanie przybiera na sile… Następnego dnia… Piszę zaraz z rana kolejnego maila… Zero odpowiedzi… Dzwonię… Konsultanci zajęci… W końcu późnym popołudniem staje się cud - zostaję połączona z Konsultantką przez duże K… ale nie jestem niestety, ani trochę, miła i kulturalna... Moja kultura osobista znika jak bańka mydlana, a na pierwszy plan wysuwa się Tommy Lee Jones ze "Ściganego" i do słuchawy kieruję słowa, których potem się wstydzę. Po moim wystąpieniu, przez duże W, Internet pojawia się po pół godzinie. Bez komentarza…

Czy rzeczywiście konieczne jest takie zachowanie, żeby coś uzyskać w tym kraju? Każdy pracuje, być może większość nie lubi swojej pracy, ale to chyba nie powód do tego, żeby zmuszać ludzi do takich zachowań? Przykre jest to, że na wiele osób działa krzyk, chamstwo i agresja, a jak człowiek jest miły, grzeczny i sympatyczny to może, co najwyżej, dupę nadstawić... do wiadomo czego...
Pewnie część się oburzy i zarzuci mi małą kreatywność i sprowadzanie wszystkiego do brutalnej agresji słownej; uwierzcie - jestem bardzo kreatywna ;) ale życie dobitnie pokazuje mi każdego dnia, że statystyczny Kowalski najlepiej reaguje na podniesiony ton, niemiły wyraz twarzy i generalnie wizerunek babiszona z jajami jak arbuzy. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich sytuacji, w których mam okazję uczestniczyć.
Co innego, gdy zostanę zatrzymana przez panów policjantów - wtedy jaja chowam do kieszeni i udaję najsłodszą istotę na Ziemi, którą niespotykane okoliczności przyrody polskiej zmusiły do przekroczenia prędkości ;)

wtorek, 2 grudnia 2014

"Pozor! Pozor! Budu triskat!" O cudnym języku naszych sąsiadów...

Dzisiaj, przez przypadek, natknęłam się w sieci na taką oto grafikę:


Moja facjata się pouciechowała przy odczytywaniu czeskich słów i zwrotów.
Udanego wtorku i Ahoj :)