czwartek, 28 maja 2015

Starsi panowie trzej, wystrzał na orbitę i gigantyczny wytrzeszcz...

Grafika: www.neomedia.info

Chciałam się pochwalić i ogłosić, wszem i wobec, że zdałam egzamin na kartę wędkarską i teraz wyposażona w stosowną dokumentację ruszam na podbój łowisk dzikich i niedostępnych. Do tej pory wędkowałam tylko na komercyjnych, czyli takich, gdzie nie jest wymagany stosowny papier. Egzaminowało mnie trzech panów w kwiecie wieku – czyli dobrze po 60-tce. Z natury jestem stworzenie ambitne to się wyuczyłam tych paragrafów z Regulaminu Amatorskiego Połowu Ryb na blachę, żeby wstydu nie było. Bo w takim wieku to już obciach iść coś zdawać i udawać, że wiem, że coś wiem ;) Gdyby, któraś błąkająca się po tym blogu dusza chciała zasięgnąć języka w sprawach wędkarskich to służę pomocą :)

A teraz płynnie przejdę do spraw bardziej przyziemnych...

Mój ukochany ZUS (o wzajemnej miłości pisałam tutaj) zaskoczył mnie tak, że wyrwało mnie z butów i gdyby nie mocne sznurówki to prawdopodobnie zostałabym kolejnym naturalnym satelitą ziemskim ;) Nie wspomnę tutaj o gigantycznym wytrzeszczu moich gałek ocznych. Po ostatniej komisji ZUS wydelegował mnie, na cały czerwiec, na rehabilitację leczniczą w trybie ambulatoryjnym w ramach prewencji rentowej :) Szczególnie przypadło mi do gustu hasło o prewencji rentowej. Cała akcja nastąpiła po tym jak to się dowiedziałam, iż robię słabe postępy i za rzadko chodzę na rehabilitację – taki pani ZUS-owa wydała wyrok. Dodam tylko, iż rehabilitację finansuję z własnej kiesy, bo na NFZ liczyć za bardzo nie można w tej kwestii, więc częstotliwość spotkań z rehabilitacją jest wyznaczana przez zasobność mojego portfela. Ale wróćmy do rzeczy: rehabilitacja fundowana przez ZUS będzie odbywała się w moim mieście, w niepaństwowej placówce, z basenem, saunami, siłownią i gabinetami przeznaczonym do specjalistycznych zabiegów. Poza tym dostałam kartkę z informacją jakie to atrakcje mnie tam czekają, a więc (radzę mocniej zawiązać sznurówki):
„Kompleksowa rehabilitacja lecznicza prowadzona jest na podstawie indywidualnie ustalonego programu ukierunkowanego na leczenie schorzenia będącego przyczyną skierowania na rehabilitację oraz na schorzenia współistniejące. Program uwzględnia w szczególności:
· różne formy rehabilitacji fizycznej, tj. kinezyterapię indywidualną, zbiorową i ćwiczenia w wodzie oraz zabiegi fizykoterapeutyczne z zakresu ciepłolecznictwa, krioterapii, hydroterapii, leczenia polem elektromagnetycznym wielkiej i niskiej częstotliwości, leczenia ultradźwiękami, laseroterapii, masażu klasycznego i wibracyjnego,
· rehabilitację psychologiczną, w tym między innymi psychoedukację i treningi relaksacyjne,
· edukację zdrowotną ukierunkowaną na przekazanie informacji w zakresie: 
- nauki zasad prawidłowego żywienia,
- znajomości czynników ryzyka w chorobach cywilizacyjnych, 
- podstawowej wiedzy o procesie chorobowym uwzględniającej profil schorzenia,
- znajomości czynników zagrożenia dla zdrowia w miejscu pracy,
- podstawowych informacji o prawach i obowiązkach pracodawcy oraz pracownika,
- udzielania instruktażu odnośnie kontynuacji rehabilitacji w warunkach domowych po zakończeniu turnusu rehabilitacyjnego.”

Kto się dziwił dlaczegóż to mnie z obuwia wytargało to myślę, że wyjaśniłam sprawę jak trzeba ;) A może ZUS czyta moje wypociny na tym blogu i postanowił ocieplić swój wizerunek i mnie, szarą obywatelkę, obdarować swoimi dobrami wszelakimi ;) Oczywiście nie omieszkam podzielić się wrażeniami z prewencji rentowej :)

Miłego dnia :)

sobota, 23 maja 2015

Bajka - Inka, Bzyzio i Ciaplinka :)

Grafika: Eve Daff

W szale nieokiełznanej i spontanicznej twórczości stworzyłam coś na kształt bajki dla dzieci; liczę na zrozumienie i nie rzucanie pomidorami w ekrany - każdy jakoś zaczynał, a podobno ważne jest to jak się kończy ;) Może kiedyś się pokuszę o ilustracje - w przypływie następnej fali szaleństwa :)

A zatem...

Wieczór był wyjątkowo ciepły. Przez otwarte okno wpadały ostatnie promienie chowającego się za horyzontem słońca. W pokoju, którego ściany miały kolor zielony, siedziała na łóżku mała dziewczynka. Inka miała ciemne, długie włosy upięte fantazyjnie spinką z motylkiem i piękne błękitne oczy. Pochylała się nad starym zeszytem, który dostała od babci Marysi. Starsza pani zapisywała w nim różne różności i ozdabiała niesamowitymi rysunkami. Wyglądał zwyczajnie, na okładce miał białoszare paski i fioletowe kwiatki. Dziewczynka otworzyła go i zaczęła czytać…

Podobne do skrzatów, małe, pucate,
z uszami wielkimi, lekko włochate:
Ciaplinka i Bzyzio, stwory łagodne,
ubrane w bajkowe, dziwaczne spodnie.
Na spodniach kieszeni jest ze dwadzieścia,
na każdej miliony guziczków szczęścia.
Bzyzio na głowie ma czapkę niewidkę,
Ciaplinka nosi tęczową czuprynkę.
Podróżują magicznym Chicholotem,
ni to balonem, ni to samolotem.
Machina to dziwna i kolorowa,
okrągła jak bańka i odlotowa.
Napędza ją radość ziemskich dzieciaków,
jak wiatr porusza gromadę wiatraków.
Ciaplinka i Bzyzio sporo latają,
miejsca przeróżne ciągle odwiedzają.
Lecz gdy smutne dzieciaki spotykają,
do Chicholotu paliwa nie mają.
Szybko spadają na miejsce bez śmiechu,
szukają kryjówki w wielkim pośpiechu.
„Hop! Siup! Ciaplinko!” – Bzyzio wykrzykuje.
Chicholot się już miniaturyzuje!”
Pojazd staje się malutki jak kropka,
Bzyzio go chowa do kieszeni w portkach.
Do Chicholandii poszukują przejścia –
Ciaplinka już odkryła tajne wejścia.
Dla ludzi to prawdziwa tajemnica –
o Chicholandii prawie nikt nie słyszał.
Wszystkie Chichotniki tam zamieszkują,
w bańkach mydlanych często przesiadują.
Bzyzio już wskoczył do swojej banieczki,
Ciaplinka robi śmieszne kanapeczki.
„Już czas na guziczki szczęścia Ciaplinko!”
Bzyzio powiedział to z poważną minką.
„Pierwszy wyślemy do malutkiej Zosi,
jej buzia uśmiechy tak ładnie nosi.”
Ciaplinka już guziczek oderwała,
mocno go ścisnęła i powiedziała:
„Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, żeby się wciąż mała Zosia śmiała!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u Zosi z samiuśkiego rana.
Do Śniegolandii w podróż się wybiorą,
tam Śniegoludy z dworca ich odbiorą.
Wielkie, radosne i futerko mają,
taką piosenkę codziennie śpiewają:
Trochę śniegu, wyobraźni,
tak powstaje świat fantazji!
Śniegolandia to kraina –
niczym śniegowa pierzyna!
W Śniegolandii śniegowanie,
buzie całe roześmiane!
Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia do was macha!
Śniegoludy tu mieszkają,
które śnieg wręcz uwielbiają!
tworzą z niego piękne rzeźby,
pracują bez żadnej przerwy!
W Śniegolandii śniegowanie,
buzie całe roześmiane!
Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia do was macha!
Cuda, cudeńka powstają,
wszystkich wokół zachwycają!
Śniegolandia skrzy się, mieni,
blask ze szlachetnych kamieni!
W Śniegolandii śniegowanie,
buzie całe roześmiane!
Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia do was macha!
Śniegoludy też śniegują,
wciąż śnieżkami atakują!
Śnieg wiruje w tej krainie,
w białym puchu wszystko ginie!
W Śniegolandii śniegowanie,
buzie całe roześmiane!
Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia do was macha!
Zosia i Śniegoludy już śniegują,
wszyscy przy tym zabawnie podskakują.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Teraz kolej na Marcinka smutnego,
Bzyzio ma dla niego coś specjalnego.
Guzik już w swojej małej rączce trzyma,
jego zaklęcie tak się rozpoczyna:
„Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, żeby Marcinka radość porwała!
Guziczku podaruj mu przyjaciela,
niech go codziennie rano rozwesela!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u Marcinka z samego rana.
Chłopiec dostanie stwora niezwykłego,
posłuchaj o nim wierszyka krótkiego:
Kieszonkowe Rozśmieszaki –
to malutkie przytulaki!
Siedzą w kieszonkach schowane,
kolorowo są ubrane!
Śmieją się, chichoczą stale,
rozśmieszają doskonale!
Gdy ci smutno jest od rana,
mina twoja zatroskana:
Rozśmieszaka weź z kieszeni,
twoja buzia wnet się zmieni!
Wielki uśmiech cię dopadnie,
a smuteczek w mig przepadnie!
Marcinek już polubił przyjaciela,
Rozśmieszak go od rana rozwesela.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Ciaplinka trzyma następny guziczek:
„Moje magiczne zaklęcie wykrzyczę!
Oliwkę i Julkę rozweselimy –
siostry bliźniaczki z malutkiej mieściny.
Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, by radość w ich sercach zamieszkała!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u dziewczynek z samego rana.
Do Śmiechutkowa obydwie pojadą,
razem z guzikiem, żółtą autostradą.
Dziwna to bardzo kraina Śmiechutków –
miniaturowych, żółtych krasnoludków.
Żółte jest wszystko w całym Śmiechutkowie,
to kolor radości – każdy to powie:
Żółty Śmiechutek smutnieje,
gdy jego kolor zbieleje!
Skacze on wtedy na chmury,
napić się pewnej mikstury:
soku z owoców tęczowca,
mieszanka – rozśmieszająca.
Tęczowce na tęczy rosną,
są żółte i pachną wiosną.
Śmiechutki sokiem częstują,
tych co się rzadko radują.
Dziewczynki w Śmiechutkowie soczek piją,
są radosne – ze śmiechu ledwo żyją.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Czas na nowy guzik! – Bzyzio pomyślał –
do domu dziecka swoje myśli wysłał.
Tutaj potrzeba guziczka specjalnego –
do zadań niezwykłych przeznaczonego.
Teraz pora wypowiedzieć zaklęcie,
Bzyzio je powie kręcąc się na pięcie:
„Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, żeby dzieciaki radość porwała!
Guziczku weź ich do Miluśniakowa,
tam, gdzie prawdziwa zabawa się chowa!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u dzieciaków z samego rana.
Miluśniakowo to miasto Milusiów,
wszyściutko jest tutaj zrobione z pluszu.
Milusie wielkie kule z niego tworzą,
na które wskakują i tak gaworzą:
Pluszuj z nami i kulami,
machaj mocno kończynami,
potoczymy się w nieznane,
wszystkie buzie roześmiane.
To Milusie nadciągają,
które plusz bardzo kochają.
Na pluszowych kulach gnamy,
Kto jest chętny? Zapraszamy!
Dzieciaków nie trzeba było namawiać,
prędziutko zaczęły na kule wsiadać.
I tak się wielka przygoda zaczęła,
Miluśniakowo – radość ogarnęła.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.

Hm… Chciałabym znaleźć guziczek szczęścia – pomyślała Inka i odłożyła babciny zeszyt do drewnianej skrzynki. Często jestem smutna, ale nie tak często jak moja mamusia. Tak bardzo chciałabym sprawić, żeby zawsze się uśmiechała i była szczęśliwa… 
Tata Inki zmarł kilka lat temu i od tego czasu jej mama nie była tak radosna jak kiedyś. Rzadko na jej twarzy gościł uśmiech, który Inka tak lubiła. Dziewczynka cicho westchnęła i położyła się do swojego łóżeczka. Zasypiając myślała o magicznych miejscach, które opisywał wierszyk. Następnego dnia obudziła się dość wcześnie. Była sobota. Inka lubiła soboty, ponieważ mama miała wtedy dużo czasu tylko dla niej. Szybciutko się umyła, ubrała i poszła do kuchni, do której zwabił ją cudowny zapach. Na stole stał talerz pełen naleśników z owocami, ale nie było mamy. Nie było jej też w innych pomieszczeniach. Może gdzieś wyszła i zapomniała o mnie? – zmartwiła się dziewczynka. Nagle dostrzegła obok talerza mały, okrągły przedmiot. To guzik! Srebrny, błyszczący guzik! Przypomniała sobie o guziczkach szczęścia i ciarki przeszły jej po plecach. Niemożliwe, przecież takie rzeczy się naprawdę nie zdarzają – pomyślała. Sięgnęła po guzik i gdy tylko jej ręka go dotknęła, Inka poczuła, że dzieje się coś niesamowitego. Malutki guziczek zaczął puchnąć, stawał się coraz większy i większy, aż sięgnął sufitu. Pojawiły się na nim okrągłe drzwi z okrągłą klamką. Inka stała i nie mogła wydusić z siebie słowa, bardzo się bała, ale postanowiła pociągnąć za klamkę. Uchyliła delikatnie drzwi i dostrzegła w środku kolorową mgłę, która kształtem przypominała zjeżdżalnię, taką jaka często jest w aquaparkach. Nad zjeżdżalnią był napis utworzony z białej mgły: Zjeżdżalnia do Chopsiupkowa. Hmm… Co to jest Chopsiupkowo? – zaczęła zastanawiać się dziewczynka – Nie znam takiego miejsca. I wtedy przypomniała sobie o tych wszystkich dziwnych krainach, do których Bzyzio i Ciaplinka wysyłali smutne dzieci. A może oni jednak istnieją? Muszę to sprawdzić. Zostawię tylko liścik dla mamy, żeby się nie martwiła. Zaraz… Tylko co ja napiszę? Że zjechałam do Chopsiupkowa? Mama pomyśli, że zwariowałam. Inka nie miała pojęcia co zrobić i wtedy jeszcze raz spojrzała w kierunku kuchennego stołu. Leżała na nim mała koperta, której wcześniej Inka nie zauważyła. Dziewczynka sięgnęła po nią – w środku znajdowała się okrągła karteczka, na której ktoś kolorowymi literkami napisał: Inko! Twoja mama jest w Chopsiupkowie. No to teraz już muszę tam zjechać – pomyślała mała Inka i wskoczyła na zjeżdżalnię. Przejazd był krótki i po chwili dziewczynka wylądowała na czymś kolorowym. Było to coś w rodzaju ulicy, ale miało na powierzchni bąble. Dookoła stały domy, też całe z bąbli, drzewa zamiast liści miały bąble, chmury były utworzone z bąbli, a słońce było jednym, wielkim bąblem. Niesamowite miejsce, wszystko wygląda tak jakby było zrobione z baniek mydlanych poprzyklejanych do siebie – Inka nie mogła wyjść z podziwu – Ciekawe kto tutaj mieszka? Postanowiła poznać to tajemnicze miejsce. Chodziło się niełatwo, ponieważ wszystko było półokrągłe i wystające. Inka potykała się co jakiś czas, lecz upadanie na kolorowe bańki sprawiało jej dużą przyjemność i niesamowicie ją bawiło. Łatwiej było skakać, jak na trampolinie, niż chodzić, co też dziewczynka zaczęła robić. W Chopsiupkowie było coś jeszcze, co wywoływało radosne wspomnienia w Ince – pachniało naleśnikami i czekoladą. Zapach naleśników przypomniał jej o tym, że jest głodna. No tak, nie zjadłam śniadania, wszystko przez ten guzik. – pomyślała i skakała dalej. Właśnie szykowała się do kolejnego skoku, gdy z bąblastej chmury zeskoczył kolorowy stworek. Miał dużą, okrągłą głowę, ręce i krótkie nogi z wielkimi, okrągłymi stopami. Na jego buźce gościł promienny uśmiech i widać było małe, bielutkie jak śnieg, zęby.

- Chcesz naleśnika z czekoladą? – zapytał dziwny stwór.

- Kim jesteś i dlaczego mnie straszysz? – krzyknęła przerażona Inka. 

- Wcale nie straszę. Jestem chopsiupkiem, lubię skakać, a na imię mam Tin! A ty jesteś pewnie Inka, do której Bzyzio i Ciaplinka wysłali guzik? Zgadza się? – stworek miał przyjemnie brzmiący głos.

- No, tak, jestem Inka. Szukam mamy, która tu podobno jest… – w głosie Inki słychać było wahanie.

- To dobrze trafiłaś! Twoja mama jest w cukierni „Pod Bańką Mydlaną” i czeka na ciebie. Zaprowadzę cię do niej, a potem ja i inne chopsiupki wyczarujemy dla was cudowną niespodziankę. Teraz złap mnie za rękę i nabierz dużo powietrza, tak, żeby twoje policzki zrobiły się podobne do baloników. Inka zrobiła tak jak powiedział chopsiupek i poczuła, że pod nogami wyrosła jej wielka bańka, która zaczęła podskakiwać. Dziewczynka piszczała z zachwytu – skoki na bańce, w towarzystwie nowego znajomego, były fantastycznym przeżyciem. Podskakiwali aż po same chmury, o które obijali się głowami. W oddali pojawiły się inne skaczące chopsiupki – większe i mniejsze, każdy miał inny zestaw kolorów na sobie. Chopsiupki miały skórę w łatki, a ich malutkie, okrągłe brzuszki śmiesznie podskakiwały w trakcie wykonywania skoków. Inka i Tin dołączyli do nich.

- To jest Inka, której mamę już znacie. Musimy się postarać, żeby obydwie przeżyły niezapomnianą przygodę w Chopsiupkowie – powiedział Tin do pozostałych. Wszyscy w poskokach oddalili się w stronę żółtopomarańczowej budowli. Budynek okazał się cukiernią „Pod Bańką Mydlaną”. Inka nigdy nie widziała takich ciastek w żadnej ziemskiej cukierni. Przez bańkową szybę można było dostrzec mnóstwo okrągłych półek, na których leżały najpiękniejsze wypieki na świecie. Przy okrągłym stoliku, nakrytym obrusikiem w czerwone serduszka, siedziała mama Inki. Dziewczynka weszła do środka i pobiegła w jej stronę.

- Mamo, mamo, jesteś! Świetnie się bawiłam skacząc na bańce! Tutaj jest tak pięknie! Pachnie czekoladą! I te chopsiupki takie niezwykłe! – Inka nie kryła radości i ściskała mamę najmocniej jak potrafiła. 

- Córeczko, tak się cieszę, że cię widzę! To prawda, to cudowne miejsce i takie niezwykłe, a chopsiupki to chodząca, a właściwie skacząca, słodycz! A ta cukiernia to prawdziwy raj dla łasuchów! – zachwycała się mama Inki.

Do cukierni weszły też chopsiupki, rozsiadły się przy stolikach i zaczęły ucztować. Niezwykle kolorowe ciastka zagościły na talerzykach i każdy chopsiupek z ochotą zabrał się do pałaszowania słodkości. Natomiast Tin przyniósł dla mamy i córki dwa kawałki tortu z kremem w kolorach tęczy. To jest specjalność naszej cukierni – powiedział – tort „Tęczowe zapomnienie”. Dzięki niemu przeżyjecie coś niezwykłego. – Tin mówił z wielkim przejęciem – Zabierzemy was na plac zabaw, który na pewno wam przypadnie do gustu. Po takiej zachęcie Inka i jej mama wzięły po kawałku ciasta i zaczęły jeść…

- Mamo! Mam dziwne ciało! Jest jakieś takie miękkie! Jak ptasie mleczko! Ja chyba jestem ptasim mleczkiem! I mam ubranie z czekolady! Jak to komuś w szkole opowiem to nikt mi nie uwierzy! – krzyczała Inka i klepała się po puszystym brzuszku. 

Mama Inki też wyglądała dziwnie – jak kłębek waty cukrowej, miała swoją twarz, ręce, nogi, ale reszta ciała nie była podobna do ciała człowieka. 

- O! Widzę, że przemiana się dokonała! Zabieram was na plac zabaw, jakiego nie znacie! – krzyknął Tin – Chodźcie za mną! Wybiegli z cukierni i udali się w kierunku bańki w kolorze czerwonym. Wskakujcie! – Tin otworzył małe drzwiczki, za którymi nie było nic widać. Inka i jej mama wskoczyły do środka i wylądowały na przyjemnej, miękkiej piance o zapachu truskawkowym. Tin znalazł się tuż obok. 

- To jest trampolina zrobiona z kremu truskawkowego. Zaraz przylecą bezowe chmurki, będziemy z nich skakać do tej masy! – zakomunikował chopsiupek. Zabawa była przednia – Inka wykonała chyba setki skoków do truskawkowego kremu, a jej mama zrobiła ich chyba z dwieście. Kolejną atrakcją był gigantyczny tort, w którym obie drążyły korytarze, jak dżdżownice. Inne chopsiupki też tam były i któryś wymyślił zabawę: Kto pierwszy znajdzie trzy wisienki ukryte w czekoladowym kremie ten wygrywa! Inka kopała jak prawdziwy krecik, a właściwie to jak wielki kret, szukając wiśni, ale niestety pierwszy był Tin. Prześlizgiwanie się pomiędzy warstwami kremu i ciasta też było fajne – przypominało czołganie się pod wielkim, puszystym dywanem. Inka była zachwycona i wcale nie chciała opuszczać wielgachnego tortu, ale chopsiupki oznajmiły, że teraz czas zaliczyć szaleństwo na wielkiej górce. Wszyscy więc pobiegli w stronę góry zrobionej z waniliowych lodów. To dopiero była atrakcja! Zjeżdżało się z niej na specjalnych czarnych, okrągłych ciasteczkach, które poruszały się z dużą prędkością. Ince najbardziej podobało się, gdy ciasteczko wyrzucało ją do góry – lądowała wtedy buzią w lodach, których mogła się najeść do woli. Z tej samej górki można było się turlać w naleśniku. Specjalna maszyna, nazywana Chopsiupnikiem, owijała ochotnika w naleśnik, a następnie wypluwała na górę i zaczynało się dzikie kulanie. Mamie Inki ta atrakcja najbardziej przypadła do gustu.

- Teraz do popcornowego basenu! – krzyknął Tin i pozostałe chopsiupki ustawiły się w rzędzie. Złapały się za ręce i zaczęły śmiesznie bulgotać. Po chwili nadleciał ogromny balon. Był niczym gigantyczna bańka mydlana mieniąca się pięknie kolorami tęczy. Chopsiupki, jeden po drugim, zaczęły wskakiwać do środka. Inka i jej mama też zostały wciągnięte do wnętrza balonu. Chopsiupki znowu zabulgotały i z dachu bańki zaczął sypać się popcorn. Było go coraz więcej i więcej, aż zapełnił wszystkie wolne przestrzenie. Balon powoli zaczął się obracać. Inka odkryła, że w tej popcornowej masie świetnie się pływa. Złapała mamę za rękę i zaczęły nurkować w popcornie. Śmiech dziewczynki słychać było w całym Chopsiupkowie. Czas mijał szybko, aż nadszedł moment, którego Inka bała się najbardziej…

- Musicie już wracać do swojego świata. – powiedział Tin i wyjął z kieszonki mały, błyszczący guzik.

- Nie! Proszę, chcemy zostać! Dawno się tak dobrze nie bawiłyśmy, prawda mamusiu? – Inka nie kryła rozczarowania.

- Nie możecie zostać. Chopsiupkowy świat pojawia się tylko na kilka godzin, wtedy, gdy przybywają tutaj specjalni goście, tacy jak wy, którym trzeba pomóc, kiedy zapominają o tym, że śmiech jest ważny w życiu, a wszystkie kłopoty, zmartwienia i problemy chociaż na chwilkę trzeba wysłać do krainy zapomnienia. Mam nadzieję, że czas spędzony tutaj na długo zostanie w waszej pamięci i nie zapomnicie o mnie i innych chopsiupkach.

Inka i jej mama ze smutkiem pożegnały się z Chopsiupkowem. Gdy tylko Tin położył srebrny guziczek na dłoni Inki ten zaczął puchnąć, stawał się coraz większy i większy, a na jego ścianie pojawiły się okrągłe drzwi z okrągłą klamką. Mama Inki otworzyła je i razem z córką weszły do środka. Wpadły na tęczową zjeżdżalnię i po krótkiej podróży wylądowały w kuchni w swoim małym mieszkanku. Na stole stał talerz z pachnącymi, jeszcze ciepłymi naleśnikami.

- Mamusiu czy to nam się nie śniło? Chopsiupkowo było takie niezwykłe, chciałabym tam jeszcze wrócić. – powiedziała Inka nie wierząc w to co jeszcze przed chwilą było tak rzeczywiste. 

- Córeczko! Co ty wygadujesz? Jakie Chopsiupkowo? – mama była wyraźnie zdziwiona. – Nie powinnaś czytać tych wszystkich fantastycznych opowieści przed snem. 

- Mamo, przecież przed chwilą byłyśmy w Chopsiupkowie! W popcornowym basenie! Nic nie pamiętasz? – Inka nie kryła rozczarowania.

- Nie, nie wiem o czym mówisz. – zdziwienie mamy było jeszcze większe.

- Więc, posłuchaj… Inka zaczęła opowiadać o przygodach w Chopsiupkowie. 

- Niesamowite… - powiedziała mama – Dawno się tak nie ubawiłam słuchając bajki.

- Mamo! To nie jest bajka! – Inka nie dawała za wygraną. – To się zdarzyło dzisiaj! Byłaś tam ze mną! W kieszeni swetra powinnaś mieć mały, srebrny guzik. Sprawdź! Mama sięgnęła do kieszeni, ale ta była pusta.

Zawiedziona Inka poszła do swojego pokoju. Wyjęła ze skrzynki zeszyt należący do babci i otworzyła w miejscu, w którym był wierszyk o Bzyziu i Ciaplince. Zdziwiona odkryła, że wierszyk ma dodatkowy fragment: 

Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Ciaplinka trzyma kolejny guziczek:
„Moje magiczne zaklęcie wykrzyczę!
Inkę i jej mamusię rozbawimy,
niech zakosztują radości dziewczyny.
Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, by radość w ich sercach zamieszkała!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u Inki i jej mamy z rana.
Do Chopsiupkowa na zjeżdżalni zjadą,
kraina to pachnąca czekoladą.
Urocze chopsiupki w niej zamieszkują,
od rana słodkości wciąż pałaszują.
W dużej cukierni „Pod Bańką Mydlaną”,
rozgości się Inka ze swoją mamą.
Potem z chopsiupkami przeżyją magię,
a cały smutek Inki – precz przepadnie!
Fantastyczny plac zabaw też odwiedzą,
przepysznych słodkości się tam najedzą.
Będzie trampolina, zjeżdżalnia i tunele,
popkornowy basen – radości wiele.
Inka już swoją przygodę przeżywa,
kto marzyć nie przestaje – ten wygrywa.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.

- A jednak tam byłam! – Inka nie kryła zadowolenia. Nagle usłyszała krzyk mamy dobiegający z kuchni. Zerwała się i pobiegła ile sił w nogach. Mama była blada i klęczała na podłodze. Na środku kuchni stał wielki guzik, ten sam, do którego rankiem weszła Inka.

- Inko! Inko! Znalazłam ten mały, srebrny guzik, o którym wspominałaś. Leżał pod stołem. Jak tylko go dotknęłam zaczął rosnąć i teraz zajmuje całą kuchnię. A tutaj z boku ma jakieś drzwi! – mama była przerażona i mówiła tak szybko, że córka z trudem ją rozumiała.

- Mamusiu nie bój się! To jest właśnie guzik z mojej opowieści. Jeżeli otworzymy drzwi to przeżyjemy kolejną wspaniałą przygodę, którą, mam nadzieję, tym razem, zapamiętasz i uwierzysz w moją dzisiejszą opowieść. Możemy się wybrać do Śniegolandii, Miluśniakowa lub Śmiechutkowa. Bzyzio i Ciaplinka już się o to postarają! 

- Dziecko co ty wygadujesz? Jaka Ciaplinka? Jaki Bzyzio? Śmiechutkowo? Miluśniakowo? Śniegolandia? Co to za miejsca? – mama Inki była przerażona coraz bardziej.

Inka już nic nie wyjaśniała, wzięła mamę za rękę, uśmiechnęła się do niej i pociągnęła za klamkę, która otwierała okrągłe drzwi guzika. Obydwie zniknęły za tajemniczymi drzwiami. 

Co tam przeżyły? Jesteście ciekawi? Drzwi do krainy fantazji można znaleźć wszędzie – trzeba tylko dobrze poszukać…

Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Dla kogo ta magia jest przeznaczona?
Kogo radość weźmie w swoje ramiona?
Guziki szczęścia możesz znaleźć wszędzie,
wtedy przygoda niezwykła przybędzie.
Bzyzio i Ciaplinka czarują w nocy,
więc szybko wieczorem zamykaj oczy.
Gdy porwie cię cudowna snów kraina,
to guziczek szczęścia działać zaczyna!

piątek, 15 maja 2015

"Polka? Od razu widać, po charakterze!"

                                                        

Książka Anny Herbich „Dziewczyny z Syberii” to głęboko poruszająca podróż do świata, który dziś wydaje się tak nieprawdopodobny i mgliście zasnuty upływającym czasem. Ten świat jednak istniał i niszczył życie niewinnym ludziom. Autorka opisała historie dziesięciu kobiet, które przeżyły piekło, chociaż przeżyć nie powinny. Dramatyczne losy opisane językiem prawdy, fotografie powodujące, że bohaterki nie są anonimowymi postaciami przewijającymi się na kartach książki, wciągają nas do tego świata przepełnionego okrucieństwem. Czytałam i nie mogłam przestać dopóki nie dotarłam do ostatniej strony. Nie jest to lektura dla każdego, ale każdy powinien ją przeczytać. To swoisty hołd oddany tym wszystkim, którzy walczyli o przetrwanie – swoje i swoich bliskich, tocząc walkę z dziką syberyjską przyrodą, głodem, chorobami i drugim człowiekiem. Na zesłanie szli wszyscy – chorzy, starcy, dzieci, kobiety w ciąży. Nikt się nie przejmował zamarzającymi noworodkami i zbędny balast wyrzucano z pociągów, które wiozły "elementy kontrrewolucyjne" do miejsca przeznaczenia na skutej lodem ziemi. „Zdrajcy sowieckiej ojczyzny” musieli ponieść „zasłużoną” karę – w końcu byli groźnymi wrogami wielkiego narodu. Człowiek po prostu, tak po ludzku, ma łzy w oczach, gdy czyta jak torturowano młode dziewczyny. Podziwia i zastanawia się ile wiary, siły i tylko Bóg wie, czego jeszcze, miały w sobie te kobiety, by przetrwać to wszystko. Przeżyły i tylko to się liczyło. Na swój sposób, po tym ogromie nieszczęścia, które je spotkało, żyły zwyczajnie, doczekały sędziwego wieku, ale nie były w stanie zapomnieć i przebaczyć. Koszmar tamtych dni prześladuje je do dziś. 


Janina… 
Szkorbut, na który zapadła był wyjątkowo okrutną dla niej chorobą – zarosły jej usta i stały się jednym, wielkim strupem. Wyleczył ją stary kowal wciskając w usta Janiny brudną szmatę nasączoną w cieczy o konsystencji błota. Ze strachu zrobiła pod siebie. Procedurę trzeba było powtórzyć kilka razy, ale ten dziwny zabieg uratował jej życie. 

Stefania… 
Gdy kładła się spać na zapluskwionym łóżku musiała przypinać ubranie do koca. Niewiele to pomagało – kradzież ubrań była w obozie powszechnym zjawiskiem. 

Danuta… 
Umierające masowo dzieci śnią jej się do dziś. Wyjące jak psy ich matki, które traciły swoje pociechy, pozostają w pamięci na zawsze. 

Alina… 
Wywieziona jako dziesięciolatka nie miała pojęcia dlaczego takie małe dziecko może być wrogiem jakiegokolwiek narodu. Oderwana od innych Polaków tułała się po sowieckich domach dziecka i poprawczakach. 

Natalia… 
Nosiła stukilogramowe worki na plecach dostając nędzną zupę „plujkę” i naparstek śmierdzącego oleju jako „zastrzyk energii do pracy”. Mogła liczyć jeszcze na skrawki suchego chleba, jeżeli wykonała odpowiednie normy. 

Danuta... 
"Ta praca przekraczała siły nastolatki. Gdy wieczorem przywozili nas do kołchozu, byłam nieprzytomna ze zmęczenia. Ubranie wisiało na mnie w strzępach. Padałam na barłóg i zasypiałam." 

Weronika... 
"Pamiętam, że kazali mi klęczeć z rękami wyprostowanymi nad głową. A do każdej dłoni wsadzili mi po cegle. To była straszliwa tortura. Z ogromnego wyczerpania zemdlałam. Obudziły mnie potężne kopnięcia oficera śledczego. Pierwsze w bok, drugie w głowę. Innym razem oprawcy złamali mi dwa palce w drzwiach." 

Grażyna... 
"Jechaliśmy przeszło dwa tygodnie. Było koszmarnie zimno, ściany wagonów były oszronione. (...) Ludzie byli zdezorientowani, głodni, zmęczeni. Najgorzej było z małymi dziećmi. Nie można było ich przewinąć, przebrać, nakarmić." 

Barbara… 
Smród i brud był wszechobecny. „Aby uchronić się od pluskiew kładłyśmy się na podłodze, a naokoło naszego legowiska rozlewałyśmy wodę. Oczywiście to nic nie pomagało, bo pluskwy spadały na nas z góry, z sufitu.” 

Zdzisława... 
"Zaczęło się od stóp, potem poszło w górę. Łydki, kolana, uda. Zamarzałam żywcem! Wiedziałam, że jeżeli to zimno dojdzie do klatki piersiowej, dostanę zawału serca i będzie ze mną koniec." 

Po przeczytaniu książki w głowie tłucze się mnóstwo emocji – wściekłość, rozpacz, bezsilność, smutek… Zastanawiam się nad tym jak człowiek mógł zgotować taki los drugiemu człowiekowi. Słowa pojawiające się w tej książce smagają mnie jak bicz: „Najgorszym wrogiem człowieka nie jest wcale dzikie zwierzę, jest nim drugi człowiek.” 
„Dziewczyny z Syberii” to kawał historii opowiedzianej przez Polki, które musiały zmierzyć się z koszmarem przygotowanym przez tych, którzy zapomnieli czym jest człowieczeństwo. Skazali istoty ludzkie na niewyobrażalne cierpienia, upokorzenia, głód, choroby i śmierć. A śmierć zebrała tam gigantyczne żniwo: „Gdyby Bóg zechciał wskrzesić wszystkich więźniów łagrów, to w całej Rosji podniosłaby się ziemia.”

"Dziewczyn z Syberii" polecać nie trzeba - to ten rodzaj literatury, który przeczytać należy. 


Grafika: Eve Daff

zBLOGowani.pl

środa, 13 maja 2015

Kleszcze i ultradźwiękowy odstraszacz, czyli poszukiwania skutecznej broni...

Grafika: www.kleszcze.org

Dzisiaj taki pościk z innego kapelusza. Często i gęsto urządzam sobie wędrówki po łąkach, lasach i innych przybytkach zielonych. Kto buszuje w zieleninie ten wie, że kleszcze to prawdziwa zmora - ludzi i futrzaków. Można się wypsikać tymi wszystkimi wynalazkami o mało atrakcyjnym zapachu, lepiącymi się niemiłosiernie, a dziady i tak się przypętają i bezczelnie, jak na rasowe pasożyty przystało, pałaszują naszą krew. O chorobach przenoszonych przez te niesympatyczne bezkręgowce wspominać nie będę - każdy pewnie słyszał, na przykład, o boreliozie.
Jakiś czas temu trafiłam na sprytne urządzenie (TickLess) odstraszające kleszcze; taki mały plastikowy dupslik, który można przypiąć do ubrania lub artystycznie uwiesić sobie na szyi. Testuję ten wynalazek od kilku dni łajdacząc się po krzakach i póki co, kleszczy na sobie nie odkryłam. Podobny gadżet można sprawić swojemu pupilowi - tutaj mogę coś więcej rzec w kwestii skuteczności - podobno działa i psy kleszczy nie łapią - tak zeznawały zaznajomione ze mną kobitki - właścicielki psów, które od marca to stosują. 

"Urządzenie działa na zasadzie emisji ultradźwięków o zmiennej częstotliwości, które nie są szkodliwe ani uciążliwe dla ludzi i zwierząt domowych. Działają natomiast odstraszająco na kleszcze i trzymają je z dala od nas.
Sygnał z urządzenia powoduje zakłócanie odbioru jakichkolwiek bodźców przez kleszcze. Zatem osoba mająca na sobie to urządzenie staje się niewidzialna dla pasożyta, jego receptory są bowiem całkowicie zablokowane. Zasięg działania to około 3 metrów i jest on w zupełności wystarczający aby działać skutecznie."

Więcej szczegółów technicznych można znaleźć, na przykład, tutaj:




Aaaa... Nikt mi nie płaci za reklamę tych wynalazków :) Dzielę się wiedzą zdobytą i zastosowaną w praktyce; może kogoś zainteresują te urządzonka. Zanim sama to zakupiłam poszperałam w niezawodnym Internecie i zachęciły mnie pozytywne opinie na temat tego odstraszacza. Wiadomo jednak, że najlepiej na własnej skórze przetestować. Moja psina, póki co, nie nosi tego, ponieważ świetnie się sprawdza zastosowany u niej Advantix - środek, którym się zakrapia psa raz w miesiącu. Kleszcze się naszego wielkiego futrzaka nie imają. Niestety jest to chemia i dlatego zastanawiam się nad zastosowaniem u niej tego ultradźwiękowego dzyndzelka :)

poniedziałek, 11 maja 2015

Czelendżować każdy może... Korposzczurolandia obudziła we mnie zwierzę ;)

Grafika: www.it-manager.pl

Nigdy nie byłam pracownikiem korporacji i pewnie nie będę. Ostatnio znajome ludziska pokazały mi filmik, kazały obejrzeć i rzekły: Patrz i ciesz się, że w państwówce masz etacik! Tak jest właśnie w naszej firmie! No to patrzyłam. Filmik produkcji zagranicznej, scenariusz mnie z nóg nie zwalił, ale po obejrzeniu zrobiło mi się żal moich znajomych. Wiem co chcieli mi podprogowo przekazać: Firma oczekuje, żąda i wymaga! A spróbuj powiedzieć, że nie potrafisz, że nie jesteś w stanie, że nie masz pomysłu! Biada ci i następnego dnia nie masz po co wracać. Musisz być kreatywny, nakręcony jak świstak na podhalańskiej łące i do tego radosny jak dwa wiosennie brykające napalone zajączki. Pracownik korporacji ma być jak stal i umieć czelendżować problemy. Oczywiście nie każda korporacja zionie ogniem, a dla niektórych to prawdziwy balsam dla duszy móc się codziennie zmierzyć ze zwalającym z nóg wyzwaniem. Część ludzi chwali sobie taką pracę – chwalą zarobki, rywalizację, ten wir, który nie pozwala zwolnić nawet na sekundę i buzującą w żyłach krew przesiąkniętą zapachem Korposzczurolandii.
Dla mnie – beztrosko pętającej się po tym świecie biedronki na państwowym wikcie wypasionej, to trochę jak wyprawa do czeluści piekieł. Na samą myśl, że miałabym stać się częścią tej machiny, skrzydełka mi się zwijają w ruloniki, a kropki stają na baczność ;)

W wolnej chwili zachęcam do zapoznania się z tematyką dzieła filmowego – zadanie postawione tam wydaje się niemożliwe do zrealizowania, absurdalne i prawdopodobnie jest wytworem umysłu, który został naszpikowany jakąś obłąkańczą papką. Ale to tylko pozory... ;)


Po obejrzeniu dzieła oczywiście głośno i wyraźnie rzekłam, że idiota to wymyślił. Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłam filmik pokazujący jak można to zadanie rozwiązać i teraz już wiem, że zanim wygłoszę, że czegoś nie da się zrobić to się trzydzieści pięć razy zastanowię czy aby na pewno się nie da ;)


Miłego dnia :)

środa, 6 maja 2015

Igraszki w kremie śmietankowym w towarzystwie oswojonego ssaka...

Grafika: www.growingnaturals.com

Z osobistym, domowym osobnikiem płci męskiej czasami toczymy spontaniczne rozmowy mailowe, które jak to w takich przypadkach bywa nie zawsze są świadectwem potencjału intelektualnego toczących rozmowę. A zatem...

W jego słowach można się doszukać troski:
- Nie chcesz sobie wyjść z Pyśkiem do ogródka, jest fajna pogoda? Ty napijesz się kawy, zjesz jakieś dobre ciacho…
(Pysiek to nasz pies)

Hmm... Bierze mnie pod włos, kierowanie torów rozmowy w stronę ciastek nie oznacza nic dobrego, ale kontynuuję wątek podbarwiając go lekko syndromem ofiary:
- Do ogródka możemy iść, tylko ciastek nie mam, więc co mi tu smaka robisz?

Po chwili dowiaduję się, że jestem podejrzewana o mało chlubne czyny:
- Nie wierzę, że Ty nie masz gdzieś pochowanych jakiś czekoladek i ciastek... Przyznaj się!

Nie pozwalam zbić się z tropu i dalej brnę w syndrom ofiary ograbionej z odpowiednich ciastek:
- Ciastka i czekoladki są w szafce, ale nie są w kręgu moich zainteresowań - nie mają kremu w dużych ilościach :)

Jego logika po raz kolejny mnie zadziwia:
- To zjedz ich dużo, będzie dużo kremu!

Postanawiam wyjaśnić, że jego logika jest pozbawiona logiki; dorzucam jeszcze wątek chleba powszedniego w akcie chwilowej utraty mózgu zakupionego:
- Taa… Jak te ciastka są suche i kremu nie mają to ciekawe jak ich zwiększona ilość ma krem wyprodukować? Właśnie jem drugie śniadanie z tym nowoczesnym chlebem za 25 zł – dziadostwo jakich mało: nie słone, słodkawe, a konsystencja jakby ktoś kupę przykleił do kupy i upiekł.
(chleb, o którym mowa to chleb esseński bio)

Odpowiedź wyraźnie sugeruje, że widzi we mnie spory potencjał, aczkolwiek nie omieszka wytknąć mi chybionego zakupu:
- Ale dobry krem możesz sama sobie wyprodukować, co pewnikiem czynisz jak mnie nie ma. A co do chlebka - no cóż zachciało się wynalazków to teraz trzeba cierpieć ;)

Postanawiam zerwać z siebie szatę osobnika działającego w konspiracji, którą napastliwie usiłuje mi założyć rozmówca:
- Jasne... jak Ciebie nie ma to produkujemy z Pyśkiem całe galony kremu śmietankowego, ładujemy go do wanny i przez pół dnia tarzamy się w nim, a przez kolejne pół dnia robimy zawody - kto więcej i szybciej zje i nie zwróci ;)

Usilne starania zmierzające do zerwania szaty łasucha działającego w konspiracji są daremne… W końcu na swoje imię pracujemy całe życie, a do mnie wieki temu przylgnęło określenie ciasteczkowy potwór, więc rozmowa zostaje podsumowana tak jak się mogę tego spodziewać:
- I w końcu wyszła prawda na jaw i Ty ją wygłosiłaś! ;-)

Tutaj powinna się pojawić oprawa muzyczna - coś w stylu: 
Dadam! Tamtam! 
Dorzućmy jeszcze ze dwa bimbnięcia ze stuletniego dzwonu.

Miłego dnia ;)

niedziela, 3 maja 2015

Niedaleko pada brunetka od blondynki, a głupota nie rodzi się w bólach...

Grafika: www.autopolki.pl

Podjeżdżam na swoją ulubioną stację benzynową. Sporo klientów. Stacja jest samoobsługowa i dodatkowo ma pana w budce dla tych, którzy zechcą zapłacić gotówką. Po kilku minutach oczekiwania ustawiam swój wehikuł w odpowiedniej pozycji, wyciągam kartę płatniczą, odkręcam korek prowadzący do baku i podchodzę do magicznej skrzynki dla samoobsługowców. Kątem oka widzę, że obok skrzynki, po drugiej stronie wspólnego stanowiska tankującego, kręci się kobitka, brunetka, odstawiona jak przysłowiowa szczurzyca na otwarcie kanału. Tymczasem ze skrzynki zaczyna się wydobywać dziwny dźwięk w postaci upierdliwego pisku. Zaniepokojona zbliżam się do kobiety i skrzynki. Widzę przerażenie w jej oczach...
- Kurcze coś źle wsadziłam chyba? Albo poprzyciskałam nie to co trzeba! Znowu... Ale ze mnie kretynka!
Na ekranie miga znaczek wskazujący na tankowanie z dystrybutora po mojej stronie. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdyż za moim samochodem i koleżanki brunetki ustawiły się już inne pojazdy. Manewrowanie w celu zamiany miejsc wywoła poważne przetasowania i zapewne nieźle wkurzy oczekujących na tankowanie. Samochodów za pomocą teleportacji raczej nie zamienimy miejscami. Brunetka zaczyna wpadać w panikę:
- I co teraz? Zaraz nas zatrąbią! 
Zaraz, zaraz... Jakie nas? - pomyślałam. Przecie to Ty babiszonie jeden rozumem się nie wykazałaś - kontynuowałam myślenie... A że ja dobry z natury człek jestem to nie wytrzewiłam swoich przemyśleń i zdusiłam zło w zarodku. Zamiast tego zabrałam się do oględzin budki, dystrybutora i wydałam wyrok: 
- Ciągniemy pistolet z "mojego" dystrybutora do pani samochodu, tego węża powinno wystarczyć.
I tak dwie brunetki zabrały się za ciągnięcie węża. Akcja przyniosła pożądane rezultaty i pistolet trafił do odpowiedniej dziury. Oczywiście dziwnym zamieszaniem zainteresował się pan nadzorujący z budki. Przybył na miejsce zbrodni i skomentował:
- A co tu panie wyczyniają? No tak! Wpuścić dwie baby to stację benzynową zdemolują! 
- Ale my nic nie demolujemy, rozwiązujemy problem natury logistycznej - wyjaśniam.
Pan dokonawszy oględzin i stwierdziwszy, że nie wysadzimy niczego w powietrze oddalił się, a moja "koleżanka" zaczęła mi wylewnie dziękować:
- Strasznie pani dziękuję, naprawdę, ja bym tego nie wymyśliła. Opatrzność panią zesłała! Ja to zawsze mam jakieś przygody na tej stacji. Kurcze taki wstyd!
O zesłaniu mojej osoby przez opatrzność nic nie wiem, ale nie powiem, że nie połechtało to mojego ego - poczułam się jak specjalista kategorii X w dziedzinie tankowania ;) Natomiast w ramach solidarności jajników do "koleżanki" brunetki rzekłam:
- Proszę się nie przejmować - ja też rozumem nie grzeszę, jeśli chodzi o obsługę samochodu - przez miesiąc jeździłam bez korka przy baku paliwowym, który zostawiłam na jakiejś stacji przy okazji tankowania, a raz to i stopy zdarzyło mi się oblać benzyną. Bez komentarza... 

Kolor włosów nie ma najmniejszego znaczenia, jeżeli chodzi o wykazywanie się czymś, co powszechnie zwane jest głupotą ;) O ile słowo "wykazywać" jest tutaj odpowiednie. Przecież głupota jest tworem spontanicznie wypełzającym na światło dzienne i czasami właściciel owej głupoty jest zupełnie bezradny wobec jej narodzin ;)