czwartek, 31 grudnia 2015

Postanowienia noworoczne... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Siedzę już miesiąc i dziergam... Dziergam jak opętana postanowienia noworoczne. Przecież nie mogę powitać Nowego Roku z pustym workiem - bez listy składającej się z pakietu pobożnych życzeń, przepraszam postanowień, do których to realizacji rzucę się jak szczerbaty na suchary już 1 stycznia 2016 roku ;) Każdy z nas coś tam planuje, knuje i układa, ale ile z tego udaje nam się zrealizować? Czy warto zaprzątać sobie tym głowę? Może lepiej miło się rozczarować, że coś się spontanicznie udało, zamiast rwać włosie ze łba pod koniec roku, że z postanowień noworocznych wielkie nic zostało. 
Ja mimo wszystko stosowne postanowienia noworoczne poczyniłam i dzielę się nimi z wypiekami na twarzy radośnie zamieszczając je w postaci przebłysku ;)

Szczęśliwego Nowego Roku 2016 :)



Grafika: Eve Daff

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Poświąteczny miszmasz :)

Grafika: www.men.gov.pl

Szkoła była, jest i będzie wylęgarnią tego co wzbudza uśmiech u tego czy tamtego. Zdarzyło mi się na tym blogu popełnić posty na temat tak zwanego szkolnego humoru szeroko pojętego; odsyłam do wpisów: Potęga wyobraźni w Parku Dzikich Zwierząt ;) oraz W przyszłości zostanie orzeszkiem ziemnym. Ma do mnie żal, że przeszkadzam mu w karierze... 
Dziś słów parę o tym jakie kwiatki można znaleźć w szkolnej wesołej twórczości pisanej ;)


Skowronek to taki ptak, który wisi w powietrzu i drze mordę. 

Australopitek - to nasz wujek z linii bocznej. 

Wieloryb jest ssakiem, bo jego młode ssie tran z piersi matki. 

Oko składa się z siatkówki i koszykówki. 

Mamy dwa typy oddychania: mężczyźni oddychają brzuchem, a kobiety piersiami. 

Goryl jest bardzo nieprzystojny z budowy zewnętrznej. 

Żaba zimuje w ten sposób, że wskakuje do wody, rozciąga się na całą długość i zamarza. 

Szyja żyrafy jest roślinożerna. 

Komornik wgryza się w korę i dopiero tam żeruje. 

Gryzoń to zwierzę, które ogryza co tylko może, np. jabłka, zostawiając ogryzki.

Wilki zaliczamy do zwierząt zębatych.

Rolnicy nie lubią kretów, bo obgryzają im korzenie. 

Dżdżownica jest spiczasta, bo gdyby była prostokątna to by się bardzo męczyła przy wchodzeniu w ziemie. 

Krowa to zwierze roślinobójcze. 

Białe motyle, których dzieci żrą kapustę, nazywają się kapuśniaki. 

Choroby weneryczne są rozpowszechniane przez prasę, radio i telewizję. 

Wścieklizną można się zarazić jeśli się ugryzie wściekłego psa. 

Węgiel może być kamienny i brutalny. 

Młodzież w stanie nietrzeźwym może spowodować potomstwo. 

Sosny znoszą szyszki. 

Człowiek rożni się od zwierzęcia myślą, mowa, uczynkiem oraz w pewnym stopniu wyglądem. 

Higiena... to jest wtedy, kiedy myjemy się częściej niż musimy. 

Najczęściej spotykanym ssakiem górskim jest góral.





Grafika: znalezione w sieci ;)

Natomiast ja pozdrawiam Was z małej dziczy, w której spędzam czas poświąteczny i powitam Nowy Rok: Przesieka macha, a ja buszuję tym razem w Karkonoskim Parku Narodowym :) Tak poza tym to piękną mamy zimę ;)










Grafika: Eve Daff

czwartek, 24 grudnia 2015

Ewka i jej drugie dno ;)

Grafika: www.kevintaylorart.com

24 grudnia - Dzień Raju, Wigilia, a poza tym, imieniny Ewy :) 
Wszystkim swoim imienniczkom życzę odnalezienia prawdziwego Raju w życiu :)

Natomiast czytelnikom Kobietoskopu życzę Wesołych Świąt :) 

Niech magia Świąt Bożego Narodzenia 

ukryta w blasku gwiazd przypomina,
że czasem wystarczy tylko wypowiedzieć życzenie…

Spełnienia wszystkich świątecznych życzeń!




Garść informacji o imieniu Ewa:
(zaczerpnięte ze strony: www.ksiegaimion.com)

Znaczenie imienia Ewa
Ewa to odpowiedzialna i rozsądna kobieta, która posiada naturę pełną czułości i miłości. Niezwykle poświęca się w każdej pracy i przykłada do powierzanych jej obowiązków. Jest zdecydowaną realistką o wzniosłych ideałach. Bywa, iż wiele sił i czasu poświęca potrzebującym. Najczęściej kieruje się dobrem innych i najważniejsza jest dla niej radość dawania. Ceni sobie jednak swoją nietykalność, czy czasami wręcz samotność. Jest przy tym dość skryta i zdarza jej się zamykać w sobie. Pozostaje mimo to pewną siebie i zdecydowaną osobą. Nie lubi narzucać się ludziom, zawsze jednak jest gotowa służyć radą i pomocą. To wierna i prawdziwa przyjaciółka, na której można polegać w każdej sytuacji.

Pochodzenie imienia Ewa 
Ewa to imię pochodzenia hebrajskiego, od słów hajja (być) lub hawwa (wzięta od męża albo dająca życie). Według Biblii jest to imię pierwszej kobiety stworzonej z żebra Adama. Przypuszcza się również, że może ono pochodzić od imienia najwyższej bogini przedhebrajskich mieszkańców Kanaanu. W dawnych czasach imię to było źle widziane – ciążył na nim grzech pramatki Ewy, która złamała zakaz Boży.


Rodzina i miłość
Ponieważ Ewa poświęca się dla innych oraz bardzo przykłada do wykonywanej pracy – często nie ma czasu na zakładanie rodziny. Nie jest jednak z tego powodu nieszczęśliwa, rekompensują jej to wdzięczni podopieczni i oddani przyjaciele. Jeśli uda jej się stworzyć dom i zaufać wybrankowi, ujawni swą pełną czułości i miłości naturę. Należy pamiętać, iż częste przejawy zazdrości czy nawet zaborczości, wynikają u niej nie tyle z braku zaufania do bliskich, ile z chęci chronienia ich przed przewidywanym niebezpieczeństwem. Dla Ewy najważniejsza w uczuciach jest radość dawania – i tak jak w pracy, tak i w domu, daje z siebie wszystko.

Życie towarzyskie
Ewa nie jest osobą przesadnie towarzyską. Ceni sobie swoją nietykalność, czy wręcz samotność. Jest skryta i zdarza jej się zamykać w sobie. Ostro protestuje jedynie, gdy się z czymś nie zgadza bądź reaguje na czyjąś krzywdę. Ewa nie stara się błyszczeć wśród znajomych, raczej delikatnie zaznacza swoją obecność. Jest nieufna wobec ludzi skupiających na sobie uwagę innych. Jeśli ktoś pragnie prawdziwej przyjaźni, pełnej oddania, zaangażowania oraz trwającej na dobre i na złe – Ewa warta jest wyboru. Na niej można zawsze polegać, gdyż to zdecydowana altruistka, a jej działania napędza miłość do drugiego człowieka.

Praca i kariera zawodowa
Ewa to odpowiedzialna i rozsądna kobieta, do tego zdecydowana w swych działaniach i pewna siebie. Otoczenie może uważać, że wszystko przychodzi jej z łatwością i za cokolwiek się weźmie – to w mig wykona. Nic bardziej błędnego! Ewa niezwykle poświęca się każdej pracy i przykłada do wykonywanych działań. Tylko ona sama wie, ile trudu kosztuje ją stanięcie na wysokości zadania! Pomimo dobrej intuicji – nie kieruje się nią – woli utarte, sprawdzone rozwiązania niż ryzyko (nawet ryzyko przygody). Jest realistką o wzniosłych ideałach, dzięki mądrości i inteligencji osiąga znaczące sukcesy zawodowe. W swym postępowaniu ma na uwadze dobro innych, dlatego wymarzonymi miejscami zatrudnienia dla niej będzie szkoła lub szpital.

Predyspozycje zawodowe
Ewa spełni się jako nauczycielka, laborantka, lekarka, pielęgniarka, bizneswoman.

wtorek, 22 grudnia 2015

A kto mi zabroni jeździć na słoniu? ;)

Grafika: www.johnlund.com

Ja tak już mam, że czasami lubię sobie wyskoczyć jak Filip z konopi i taka wyskoczona rozbłyskam jak meteor i spadam. No a potem jestem już sobą ;) Wszyscy piszą, mówią, śpiewają o świętach, o choinkach, o prezentach i tym całym grudniowym popędzie, w którym gubi się magia i sens tych świąt. W związku z czym będę dla odmiany poważna i taka zupełnie nie poczochrana po mózgownicy. 
Tak sobie dziś siedziałam chwil parę i natchniona rozmową zasłyszaną w radiu zaczęłam się zastanawiać czym jest spełnienie? Czy rzeczywiście w życiu trzeba być osobą spełnioną i głosić to, używając drukowanych liter, przy każdej nadarzającej się okazji? Czy wtedy nasze życie nie stanie się, paradoksalnie, nudne i nie popadniemy w marazm, który skutecznie zablokuje nasze pragnienia? Uwięzi nas rodzaj lenistwa wylegujący się na łożu spełnienia, które trudno będzie opuścić. 
Chęć zaspokajania pragnień i ich zaspokajanie powinny być nieodłącznym towarzyszem naszego życia. Wtedy mamy po co żyć - nowe cele, które chcemy osiągnąć i zrealizować napędzają nas do działania. Nie bez powodu powinniśmy gonić naszego króliczka, który w tym przypadku ma na imię spełnienie. Kiedy sobie to uświadomimy i nabierzemy ochoty na pochłanianie życia jesteśmy bliscy spełnienia. I żadne przeszkody nie powinny stać na ścieżce wiodącej nas w nieznane. To ma być nasze własne ziszczenie, a nie realizacja cudzych oczekiwań czy też narzuconych przez społeczeństwo wizji szczęśliwego życia. 
Czy nie chodzi o to, by czuć cały czas przedsmak realizacji samej siebie ubrany w kalejdoskop uczuć, doznań i poczucie, że znalazło się swoje miejsce na ziemi. A spełnienie należy ścigać do końca swoich dni i każdego ranka odkrywać nowe drogi, które będą mniej lub bardziej przybliżały nas do dnia, w którym wykrzyczymy całemu światu: JESTEM SPEŁNIONYM CZŁOWIEKIEM! 

A jeszcze przy okazji taki mi się zwierszowany słowotok wytworzył:

Radość, którą karmię się każdego dnia,
pewność siebie dodająca mi skrzydeł,
ekscytacja barwiąca życie kolorami tęczy -
łączą się w tańcu życia ubrane w epizody.
Nadzieja napędza moje działania,
inteligencja kieruje na właściwe tory,
euforia nadaje smaczku codzienności,
niezwykłość zmienia prostotę w cuda,
ciekawość pcha mnie ku nieznanemu -
emocji cały kalejdoskop wiruje...
To SPEŁNIENIE…?

Nawiązując do słoni to bez obaw - nie zamierzam męczyć tych pięknych zwierząt; moje spełnienie nie przewiduje galopu na słoniowym grzbiecie, wolę dosiadać swoje zmory: lęki i obawy - te mają grzbiety w sam raz na dzikie harce przeznaczone ;)

środa, 16 grudnia 2015

Jestem porywaczem... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Noc. Spowita oddechami domowników, którzy błądzą w krainie snów, cichaczem w pluszowych bamboszkach zakradam się w okolice lodówki. Nie żebym była głodna czy jedzenia mi ktoś żałował w ciągu dnia, ale taki nocny żer konspiracyjny ma w sobie trochę klimaciku rodem z Jamesa Bonda ;) Nakryją mnie czy nie? A może odzywają się pierwotne instynkty kobiety polującej i zdobywającej żywność? Może, może. W każdym razie upolowawszy jakiś godzien uwagi kąsek spożywam go z wielką ochotą i jak gdyby nigdy nic wracam do łóżka, gdzie ja, mój rozanielony mózg i wniebowzięty żołądek dołączamy do gromady śmiertelników korzystających z łaskawych ramion Morfeusza. I tylko wyrzuty sumienia grzmią gdzieś po kątach: Babo opamiętaj się! Stara jesteś i durna jak wór kartofli, nie obrażając wora i kartofli! Potem będziesz łazić i truć, że gacie za ciasne i zima się na tobie mści pakując w ciebie nadprogramowe komórki tłuszczowe z najbliższej okolicy, które w obawie przed falą mrozów szukają przytulnego schronienia! 
Dobrze, że te wyrzuty da się zadusić w zarodku ;) A Ty? Jesteś porywaczem uzbrojonym w plusiaste bamboszki? ;)


Grafika: Eve Daff

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Babskie halucynacje letnią porą ;)

Grafika: www.wikipedia.pl

Tak mi się dziś przypomniały letnie miesiące i niesamowity gość, a raczej goście nawiedzający surfinie okupujące w ilościach hurtowych moje domostwo. Pewnego słonecznego dzionka siedziałam pod parasolem w swoim pokaźnych rozmiarów ogródeczku. Pokaźne rozmiary ograniczają się do kawałka ziemi o długości rzutu beretem, który to rzut wykonał pięciolatek lichego wzrostu. Ot taka fanaberia na małym osiedlu, że każdy sobie trochę gleby przysposobił, ogrodził i stworzył namiastkę uprawy roli w środku miasta. No więc, siedzę w tym moim magicznym ogródku, podziwiam kwiecie obficie zadomowione w donicach i oczom nie wierzę... Koliber! Prawdziwy koliber atakuje moje białe surfinie! Oczywiście jak na rasowego biologa zboczeńca przystało lecę podziwiać z bliska to cudo. No co jak co, ale koliber na Śląsku to atrakcja na skalę światową! Chyba, że to słońce wywołało halucynacje i taka wielkomiejska fatamorgana ogrodowa mi się ukazała? 
Niestety koliber zniknął tak szybko jak się pojawił, a we mnie została żądza sfotografowania tej atrakcji na skalę światową. Resztki rozumu uporczywie podpowiadały mi, że w Polsce nie ma kolibrów i raczej nikt z sąsiadów nie hoduje ich w domu, żeby mogły uciekać z klatek i bezczelnie hasać po cudzych ogródkach. Jak nic to halucynacje...
Wieczorem zabrałam się za podlewanie surfinii. Nagle coś przefrunęło koło mojej twarzy! Jest! Jest koliber! Dwa! Są dwa! Nie zastanawiam się ani chwili. Lecę jak poparzona po aparat i usiłuję uchwycić któregoś w kadrze. Szybkie i sprytne to bestie są i sporo zachodu kosztuje mnie zrobienie sensownej fotografii. Ale jak nie ja to kto?!? :) Z pełnym poświęceniem skacząc jak małpa i wykonując ruchy tak zwinne, że gepard mógłby mnie zaadoptować osiągam sukces fotograficzny. Mam! Mam własnego polskiego kolibra na zdjęciach! To nic, że ciemno! To nic, że prawie nogi połamałam! Zwierza zakadrowałam! Jakość fotografii pozostawia wiele do życzenia, ale działałam w ciemnościach, w dzikiej euforii i ledwo żywa z podniecenia biologicznego :)


Grafika: Eve Daff

Niestety po bliższych oględzinach fotografii i przemyśleniu szczegółów anatomicznych głównego bohatera zdjęć prawda okazała się nieco inna: to nie koliber, ale przepiękny motyl z rodziny zawisakowatych poruszający się jak koliber, którego wygląd wprowadza w błąd chyba każdego kto po raz pierwszy zobaczy tego owada. Owad zwie się fruczak gołąbek. Podobieństwo do kolibra jest niesamowite. Życzę Wam byście mogli któregoś lata na żywo doświadczyć spotkania z tym niezwykłym stworzeniem.  
To tyle tytułem letnich wspomnień, a halucynacje miewam niezależnie od pory roku ;)

wtorek, 8 grudnia 2015

Czekolada w ustach?!? Pani! To rozpusta!

Grafika: www.terravita.pl

Wpis zawiera lokowanie produktu ;) Dodatkowo lokowanie produktu nie idzie w parze z jakimikolwiek korzyściami finansowymi, chociaż przyznaję się bez bicia, że może się wiązać ze zbytkami świata doczesnego w postaci materialnej. Skoro już dopuściłam się tej mało fachowej reklamy to wyjaśniam, iż ja to mogę zawsze, wszędzie i z ochotą wielką pisać o słodyczach, ciastkach, ciasteczkach i gdyby jakaś firma poszukiwała testerki to zgłaszam się na ochotnika i nawet za darmo mogę się temu testowaniu oddawać o każdej porze dnia i nocy.
Wracając do czekolady to mój ulubiony zestaw to czekolada zagryziona śledziem; oczywiście nie ma to nic wspólnego ze stanem błogosławionym, gdyż w takim stanie musiałabym być od około 30 lat. Jakoś tak śledzie i czekolada dobrze mi się komponują ;) Kocham różne czekolady, ale w związku z lokowaniem produktu polecam Terravitę :) 
A zatem przejdźmy do meritum i roztoczmy moje czekoladowe wspomnienia :)

Razu pewnego, wtorkową porą,
pobiegłam do sklepu z gotówką sporą.
Buszuję wśród alejek, kosz napełniam ochoczo,
wtem zaniepokojona szeroko otwieram oko.
Wśród tłumu czekoladowej gromady 
uśmiecha się do mnie tabliczka czekolady.
Przecieram raz jeszcze oczy zdumiona -
przytomność umysłu nie jest przytępiona!
Czekolada się szczerzy, macha do mnie łapami,
mówić zaczyna poruszając z czekolady ustami:
Jeżeli mnie kupisz kobieto z inteligencją na twarzy,
to coś niesamowitego w twym żywocie się wydarzy!
Oglądam czekoladę z każdej strony...
Kupić? Nie kupić? Wybór przesądzony!
Łakomczuchem jestem o sporym potencjale,
jedna czekolada nie wzrusza mnie wcale.
Biorę do ręki magiczną tabliczkę czekoladową,
z napisem Terravita, ze skórką pomarańczową.
Rozochocona biegnę do kasy,
pakuję ekspresowo wszystkie frykasy.
Czekoladę śpiesznie wyciągam z opakowania,
zęby w nią wbijam i czekam na doznania!
Kęs pierwszy eksploduje mi w ustach!
Co za kosmos! Prawdziwa rozpusta!
Czekoladowa rzeka zalewa mój przewód pokarmowy,
doznaję oszołomienia, teobromina uderza mi do głowy!
Pochłaniam całą tabliczkę niezwykłej Terravity,
lecz mój żołądek wcale nie jest syty.
Pędzę po kolejne czekolady w pośpiechu,
kupuję wszystkie smaki, na płytkim oddechu!
Szczerząc się od ucha do ucha lecę do chałupy,
nakarmić Terravitą wszystkie łakomczuchy!
 Zatraceni w smaku, w objęciach czekolady,
zbiorową rozpustę uprawiamy bez obawy!

zBLOGowani.pl

środa, 2 grudnia 2015

Porady na jesienną chandrę - ni z gruchy, ni z pietruchy ;)

Mamy za oknami to co mamy: szaro, wietrznie, po oczach jakimś deszczem chlasta, oceany parasoli, kałuż i błota. Społeczeństwo zastanawia się jak tu przetrwać jesienną chandrę i nie zaszyć się w ciemnym kątku mieszkania i udawać, że go nie ma, bo oczekuje na wiosnę przywalone tym całym błotno - deszczowym nieszczęściem wszechświata. 
A może wcale nie ma czegoś takiego jak jesienna deprecha? No, ale jak tu jej nie mieć jak wszędzie trują o tym, że jest i atakuje każdego? W internecie można znaleźć mnóstwo porad jak przetrwać ten niekorzystny czas podcinający skrzydełka nawet najbardziej kolorowym motylom rozsianym w społeczeństwie. Wszyscy radzą, żeby się rzucać do wanny i kąpieli aromatycznych zażywać, żeby się spoić gorącą, aromatyczną czekoladą, żeby witamin napakować do żołądka, żeby kolorami radosnymi się otaczać, żeby uprawiać jakiś sport, bo hormony szczęścia nas zaleją w ilości hurtowej i tak dalej. 
Sama chodzę jak błędny rycerz, bo z natury niskociśnieniowcem jestem i aktualna pogoda robi ze mnie skrzyżowanie leniwca z bohaterem "Nocy żywych trupów". Szare niebo jakoś nie nastraja mnie do radosnych uniesień i biegania boso po łąkach, ale jakieś marne resztki mojego optymizmu usiłują walczyć z tym całym badziewiem jesienno - depresyjnym; zatem upijam się tymi czekoladami i nie tylko - inne trunki wprowadzające magiczne elementy do rzeczywistości też mi się zdarzają ;) A! Wracając do czekolady pitnej to polecam, a wręcz nakazuję polskiemu narodowi spróbowanie czekolady z likierem z czarnego bzu! Powiem tak: dawno mi żaden napój tak dobrze nie zrobił i nie połechtał tak radośnie sponiewieranych jesienią komórek mózgowych. 
Tym, którzy się spodziewali rewolucyjnych porad, wyrywających z fotela, jak przetrwać jesień życzliwie donoszę, iż takowych nie posiadam :) Ja na ten przykład napisałam sobie dzisiaj ten post, żeby sobie zrobić dobrze, dodatkowo zaopatrzyłam się w herbatę z aromatem róży, którą podrasowałam nalewką wiśniową, posadziłam swoje zacne zakończenie pleców na miękkiej kanapie, omotałam się kocykiem i dodatkowo dopieszczam swój grzbiet termoforem zapakowanym w futerko w kolorze misiowego brązu :)  
A Wam na otarcie łez wrzucam parę zdjęć, na których jest dowód na to, że jesień to nie tylko szare bajora i smętnie pomykające postacie zainfekowane depresją :)
Trzymajcie się ciepło :)




  

 



Grafika: Eve Daff

niedziela, 29 listopada 2015

Kobieca sztuka przetrwania...


Pewnie nie będę odosobniona w tym wyznaniu, ale moim najbardziej znienawidzonym przedmiotem w szkole była historia. No ni w ząb nic mi się tam nie kleiło i nie układało. Przechodziłam męki najgorszej kategorii ucząc się dat, nazwisk i usiłując zapamiętać co, gdzie i w jakim celu się wydarzyło. Mój mózg bardziej zaprogramowany był na nauki ścisłe, więc przede wszystkim matematyka i biologia w tej mózgownicy się zagnieździły; na historię brakło miejsca lub miejsce wolało się zapełniać inną wiedzą. 
Aż tu pewnego razu zagościła w mojej skrzynce pocztowej przesyłka... Od wydawnictwa Znak dostałam książkę Aleksandry Zaprutko - Janickiej o zachęcająco brzmiącym tytule: "Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania". Autorka jest historyczką, publicystką oraz współzałożycielką portalu "Ciekawostki historyczne", na który warto zajrzeć, gdyż "Historia nie musi być nudna, rozwlekła ani śmiertelnie poważna. Wcale nie trzeba odchodzić od faktów, aby przedstawić wciągające, trzymające w napięciu i przyprawiające o zawrót głowy anegdoty". (cytat pochodzi z: http://ciekawostkihistoryczne.pl)


Na okładce możemy przeczytać, iż jest to "Pierwsza książka o kulinarnej zaradności Polek w czasie II wojny światowej". Do takiej historii to mnie zachęcać nie trzeba! Zaintrygowana otworzyłam i zaczęłam czytać. Oczywiście nie będę tutaj łgać, że pochłonęłam książkę w ciągu jednego wieczoru; zajęło mi to troszkę czasu, ponieważ w książce jest sporo historii, ale umiejętnie sprzedanej i zakamuflowanej w postaci niezwykle interesujących opowieści z czasów II wojny światowej. "Okupacja od kuchni" to propozycja dla każdego, warto zapoznać się z niesamowitą kreatywnością, odwagą i determinacją Polek, które musiały wyżywić rodzinę nie mając pod ręką marketów wyposażonych w dobra wszelakiej maści. Uciekały się do podstępów, łamały prawo, a godność chowały w buty, by zdobyć coś do jedzenia. Ta książka to podróż do przeszłości, która przyda się wielu, po to, by docenić to co mamy na co dzień i zastanowić się nad sobą, gdy wyrzucamy do kosza kolejne porcje żywności. 


W "Okupacji od kuchni" znajdziemy również okupacyjną książkę kucharską. Jeżeli ktoś chce spróbować jak smakowała wojenna kuchnia to polecam; podobno tort z fasoli jest pyszny. Poza tortem można sobie przygotować, np.: gulasz ziemniaczany, najprostszą zupę świata, budyń z kapusty, oszczędnościowy sos majonezowy czy marcepanki bez marcepanu. 


Książka z pewnością będzie świetnym prezentem dla wielbicieli historycznych faktów podanych w dość nietypowej formie, ale też dla tych, którzy historię omijają szerokim łukiem. Polecam.

Grafika: Eve Daff

czwartek, 26 listopada 2015

Jazda samochodem... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Może na pierwszy rzut oka nie widać, ale ja niesamowicie romantyczną istotą jestem ;) Dziś tak romantycznie w kierunku wiosny mnie poniosło i kwieciem pachnącym umysł mi zasypało. Tyle tego kwiecia było, że zapach mnie zamroczył i przebłysk mi taki mało romantyczny wyszedł ;) Cóż... Jazda samochodem nie wyzwala we mnie radosnych uniesień i lekkości bytu, tylko najgorsze wcielenia ze mnie wyłażą. Aczkolwiek uważam, że i tak świętą mam cierpliwość i przekleństwami nie rzucam na prawo i lewo. Są jednak sytuacje na drodze, które świętego by w diabła zamieniły, zwłaszcza jak się śpieszy do roboty. O niektórych pisałam w poście: Miś Polerant i inne dziubdziusie drogowe, a inne pewnie znacie z własnego żywota. Grunt to zachować stoicki spokój i bez napiętych nerw to okiełznać ;)


Grafika: Eve Daff

poniedziałek, 23 listopada 2015

Miałam piękny sen... A tu poniedziałek jak w mordę strzelił ;)

Grafika: www.fineartamerica.com

- Wstawaj! Dzień dziecka się skończył! Wstawaj! - słyszę jak przez mgłę przeraźliwy skowyt, który niemiłosiernie drażni moje prawe ucho. Otwieram oczy… Nie padam z wrażenia na podłogę jak kłoda tylko dlatego, że już leżę. Nade mną pochyla się moja własna gęba przyczepiona za pomocą mojej własnej szyi do mojego własnego ciała.  
- No co tak gały wybałuszasz?!? Chciałaś klona, to masz! - moja własna gęba bezczelnie rzuca tekstem opluwając mi soczyście przy okazji pół twarzy. Fakt, nie raz taka wizja przemknęła niczym Pendolino przez moje połączenia mózgowe, ale kto by się spodziewał, że kiedykolwiek klon stanie przez moim obliczem.  
- Stara! Koniec spoczywania w pozycji horyzontalnej! Trzeba mnie do roboty wyszykować. Tu masz pilot dostosowany do twoich potrzeb. Naciskasz, dostrajasz i voilà: twój klon zwala z nóg doskonałością!  
No to naciskam… Szast - prast! Po paru sekundach klon stoi ubrany zgodnie z najnowszymi trendami mediolańskich domów mody, zmakijażowany i dzierżący w łapach ekwipunek niezbędny do pracy. Żuchwa prawie wylatuje mi z zawiasów. No takiej dupy to ja dawno nie widziałam! Oglądam się, to znaczy klona, z każdej strony i nie mogę wyjść z podziwu. Jakaś taka wysmuklona jestem, nic mi się nie zwija, nie podwija, żadne fałdki i inne takie nie wyłażą cichaczem jak tylko się je spuści z oczu.
- O w mordę jeża! No powiem Ci, że odwaliłeś mnie jednorazowo! Milion dolarów to przy tobie uboga ciocia zza wschodniej granicy. Jest tylko jeden problem... Jak szefostwo cię zobaczy to nie mam czego szukać w robocie. Musisz się delikatnie obrobić w kierunku szarzyzny nie rzucającej się w oczy, ale z zachowaniem smaku i oryginalności. Aaa... I przypadkiem jakiego odjechanego samochodu sobie nie wyklonuj! Pamiętaj, że wpasowujesz się ze wszystkim w trend szarzyzny nie generującej odruchów obrzydliwej zawiści współpracowników. Najlepiej właduj się w tego mojego wiekowego rzęcha, ewentualnie możesz mu nowy lakier pierdyknąć, w środku posprzątać i tapicerkę wyprać.
- Wszystko będzie wedle twych życzeń. - klon bez cienia sprzeciwu zmienia wizerunek swój i rzęcha. Całuje mnie soczyście w policzek i wychodzi do pracy.
Wracam do łóżka z książką i pyszną kawką, którą klon przygotował po mistrzowsku. Mimo wszystko mam trochę obaw jak klon się w robocie odnajdzie i czy głupot nie narobi. Aż tu nagle… Szast - prast! Z pilota wysuwa się mały ekranik, na którym jak w mordę strzelił klonik w pracy mojej osobistej mi się ukazuje. A to sprytny wynalazek! Pełna inwigilacja klona. Ha! Upewniwszy się, że klon sprawuje się jak ta lala przypadkowo odkrywam na pilocie funkcję wysyłania poleceń. Korzystam bez wahania i listę zakupów, która się sama tworzy, wysyłam do tego mojego cudaka. Tymczasem sama idę kontynuować leżenie bykiem w pachnących pościelach. 
Około godziny 16.00 wraca klon: zadowolony, optymizm aż z niego kipi, z pięcioma torbami zakupów. Już w progu informuje mnie, że za zakupy zapłacił gotówką, którą wyprodukował w specjalnej maszynce ukrytej w pępku.
Z niesamowitą gracją wykłada towar z siatek i błyskawicznie chowa do lodówki, szaf i szafek kuchennych. Następnie ochoczo bierze się za mycie okien. Potem płynnie przechodzi do szorowania łazienki i prasowania sterty ciuchów.
W międzyczasie robi bezkaloryczne ptysie z kremem waniliowym i torcik czekoladowy z wiśniami.
Wniebowzięta leżę na kanapie, pałaszuję piątego ptysia i rozkoszuję się masażem stóp, który profesjonalnie wykonuje klon nucąc anielskim głosem muzykę relaksacyjną. Zanurzona w dźwiękach rodem z Tybetu odpływam...

Ech… jakież piękne byłoby takie życie ;) Dajcie mi klona chociaż na dwa dni w tygodniu :)

środa, 18 listopada 2015

Jakoś tak polubiłam dziada jednego...

Grafika: wall-art.com

Jaga A postanowiła się nade mną poznęcać ;) i nominowała mnie do zabawy Liebster Blog Award, która to jest przenoszona drogą internetową po blogosferze. Jeżeli jest tutaj jeszcze ktoś kto nie wie o co chodzi to przypominam, iż: "Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego Blogera, w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób oraz zadajesz im 11 pytań".
Jago A dziękuję za wyróżnienie i ochoczo odpowiadam na Twoje pytania :)

1. Scena filmowa, którą chciałbyś/chciałabyś odtworzyć w swoim życiu...
Taaa... Mój osobisty chłop domowy już raz darł ze mnie łacha jak przeczytał na tym blogu, że chciałabym zatańczyć do kultowej piosenki z filmu "Dirty Dancing" :) Zatem chciałabym odtworzyć końcową scenę z tego filmu - sławetny taniec do pieśni "Time of my Life". Można się śmiać :)


2. Są przedmioty, które kojarzą się z dzieciństwem. Dla mnie to...
Z dzieciństwem kojarzy mi się stara, wełniana czapka w kolorze brudnego różu, którą nosiłam zawsze ze sobą, ale nie na głowie, tylko w kieszeniach spodni, kurtek, sweterków, itp. Do tej pory nie wiem o co chodziło z tą czapką, ale było to coś w rodzaju "towarzysza" życia. Czapka była często i gęsto miętoszona przeze mnie i w wyniku tego miętoszenia został z niej łachman, który w końcu wyrzuciłam :) Mój związek emocjonalny z różową czapeczką to prawdopodobnie niezaspokojona potrzeba posiadania zwierzęcia futerkowego  ;)
3. Jesteś w wesołym miasteczku – jakiej atrakcji nie odpuścisz mimo posiadanego od dawna dowodu osobistego.
Moja kariera w wesołym miasteczku kończy się przy wejściu. Jako człowiek zwracający zawartość żołądka na wszelakich atrakcjach tego miejsca omijam szerokim łukiem te przybytki radości :)
4. Przez kilka dni masz dar … głos sprawia, że to, co czytasz, staje się realne. Jakiej książki nie przeczytałabyś nigdy na głos?
W młodości czytałam horrory i tego rodzaju książki nie przeczytałabym na głos. Mordercze grzyby, prześcieradła gwałcące niewiasty w zamczyskach oraz morze krwi, bebechów i obleśnych zjaw nie są mi do szczęścia aktualnie potrzebne ;)
5. Z czego ostatnio śmiałaś się do łez?
Ostatnio wpadł mi w ręce Woody Allen ;) To chyba mój idol, jeżeli chodzi o słowa, które opuszczają ciało. Czasami dziwne rzeczy mnie bawią, więc czytając jego teksty suszę zęby, bywa, że do łez:

Mo­je życie jest żałos­ne. Os­tatni raz byłem w ko­biecie zwiedzając Sta­tuę Wolności.


Jes­tem tak po­dek­scy­towa­ny, że chy­ba umy­je dzi­siaj wszystkie zęby.

Achil­les miał tyl­ko piętę Achil­le­sa. Ja mam całe ciało Achillesa.

Bi­sek­sualizm? Niewątpli­wie pod­wa­ja two­je szan­se na so­botnią randkę.

Zwa­riowałaś? Zacho­waj trochę sza­leństw na menopauzę!

Je­dyny raz osiągnęliśmy z żoną równoczes­ny or­gazm, gdy sędzia pod­pi­sywał nasze do­kumen­ty rozwodowe.

– Gdy­byś była moją dziew­czyną, kochałbym się z tobą w każdym po­koju, na każdym łóżku, na każdym dy­wanie, na każdym stole...
– ... ma­my też piękne wczes­noame­rykańskie żyrandole.


6. Pierwsza myśl po przebudzeniu...
Może dziś jest sobota??? Błagam, niech dziś będzie sobota! Nie?!? Cholera!!!
7. Chomikujesz rzeczy w myśl zasady „przyda się” czy wyrzucasz?
Chomikuję, ale nieświadomie, lubię artystyczny nieład i mam różne "przyda się" pochowane po kątach.
8. Kierujesz się rozumem czy sercem?
Zdecydowanie rozumem :) Serce służy mi do pompowania krwi do tegoż rozumu, więc w sumie można rzec, że jest zaangażowane pośrednio w ukierunkowywanie mojej postaci.
9. Co denerwuje Cię tak bardzo, że wychodzisz z siebie?
Ja niespotykanie spokojny człowiek jestem :) Ale jak ktoś przekroczy magiczną granicę to wtedy rodzi się potwór; najbardziej to mnie głupota denerwuje i ludzie, którzy chcą mi tą głupotę wciskać w mało umiejętny sposób.
10. Twoja znienawidzona praca...
Praca domowa? Zdecydowanie robienie porządków w szafach, szafkach i tym podobnych; układanie, przekładanie, wycieranie, segregowanie, wyciągania i wkładanie podnosi mi poziom agresji, co może skutkować poważnymi stratami w nagromadzonej porcelanie ;)
11. Największy złodziej czasu...
Ten blog :) Ale wybaczam mu, bo go jakoś tak polubiłam dziada jednego :)

Do zabawy nominuję wszystkich, którzy tu wpadną (odpowiedzi można zostawić w komentarzach) oraz następujących szczęśliwców, których sobie upatrzyłam w tłumie blogowej zawieruchy (oczywiście przymusu nie ma); zapraszam więc:


A teraz pytania:
1. Masz taką sklerozę, że wychodzisz do pracy bez ubrania. Nagle orientujesz się, że jesteś goła/goły i wszyscy patrzą na Ciebie jak na wariata. Co powiesz do tłumu gapiów, by zamknąć im rozdziawione usta? 
2.Gdybyś złapała/złapał złotą rybkę, to o co byś ją poprosiła/poprosił? (przypominam - masz 3 życzenia)
3. Jaka potrawa wystrzeliła Twoje kubki smakowe w kosmos?
4. Twój pomysł na totalnie odlotowy babski/męski wieczór to...
5. Piosenka, przy której zawsze masz ochotę tańczyć to...
6. Rodzisz się po raz drugi... w ciele zwierzęcia :) Jaki to zwierz? 
7. Najbardziej szalona rzecz popełniona w życiu to...
8. Dokończ zadanie: Kocham siebie za...
9. Najbardziej zapamiętany przedmiot/przedmioty w szkole to... Dlaczego?
10. Jak zabawisz rozwrzeszczanego dwulatka sąsiadów, którym masz przyjemność opiekować się w piątkowy wieczór?
11. Czego zazdrościsz płci przeciwnej? 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Prawda... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Prawda... Jest i zawsze wylezie na wierzch, nawet jak nam się czasami wydaje, że sprytnym kłamstewkiem zakamuflujemy jej oblicze. Przebłysk zrodził się jakiś czas temu przy okazji tekstu: Prawda naga jak dupina w otchłani porcelanowej muszli klozetowej... 


Grafika: Eve Daff

czwartek, 12 listopada 2015

Ja pierniczę! Ty pierniczysz! Rozpusta pełną gębą! ;)

Piernik z powidłami śliwkowymi i polewą czekoladową

Dawno nie było o ciastach :) No to biję czołem o posadzkę w ramach pokuty i śpieszę z przepisem na fantastyczny piernik z powidłami śliwkowymi i polewą czekoladową. To idealne ciasto na czas Świąt Bożego Narodzenia i nie tylko. Piernik jest aromatyczny, prosty do zrobienia - robiłam pierwszy raz i jestem nim zachwycona.

Inspirowałam się przepisem pochodzącym ze strony: http://www.kwestiasmaku.com

Składniki na ciasto:
125 g masła 
250 g brązowego cukru (może być zwykły)
3 łyżki miodu 
2 łyżki powideł śliwkowych 
4 łyżeczki przyprawy piernikowej 
1 łyżeczka cynamonu 
2 łyżki kakao 
2 łyżeczki sody oczyszczonej 
2 pełne łyżki kawy zbożowej (użyłam INKI) 
250 ml mleka 
2 jajka 
300 g mąki pszennej tortowej 

Do przełożenia piernika:
kilka łyżek powideł śliwkowych lub więcej - wedle uznania (w Biedronce są dobre powidła ze śliwek węgierek) 

Polewa: 
pół szklanki śmietany kremówki (30%-36%) 
100 g mlecznej czekolady 
1 łyżka kawy zbożowej INKI 
4 łyżki alkoholu (użyłam whisky o posmaku miodowym) 

Piekarnik nagrzałam do 1800C – grzanie góra i dół bez termoobiegu. W garnku, na małym ogniu, roztopiłam masło, następnie dodałam cukier i wymieszałam. Kolejno dołożyłam miód, powidła śliwkowe, przyprawę korzenną, cynamon i kakao. Podgrzewałam jeszcze minutkę na minimalnym ogniu cały czas mieszając. Gorącą masę zdjęłam z ognia, odczekałam minutę i dodałam kolejno sodę, kawę zbożową, mleko oraz roztrzepane jajka. Wszystko energicznie wymieszałam łyżką. Stopniowo dodawałam mąkę i mieszałam dalej, aż masa zrobiła się gładka – bez grudek z mąki. 
Masę wylałam do formy keksówki (o wymiarach 15 cm x 25 cm); nie smarowałam jej niczym, ponieważ ciasto do niej nie przywiera, ale można posmarować tłuszczem i obsypać np. mąką czy otrębami. Wstawiłam do piekarnika i piekłam około 60 minut (sprawdzałam patyczkiem czy się upiekło). Po upieczeniu wyjęłam z piekarnika, wystudziłam i przekroiłam na pół. Następnie przesmarowałam obydwie połówki powidłami śliwkowymi i skleiłam. Polewę zrobiłam następująco: w garnuszku zagotowałam śmietankę, odstawiłam z ognia, dodałam kawę i wymieszałam do rozpuszczenia; następnie dołożyłam połamaną na kawałeczki czekoladę i mieszałam aż całkowicie się rozpuści. Na koniec dodałam alkohol, ostudziłam polewę i wysmarowałam piernik.

Zdjęcia nie wyszły widowiskowo, ale ciemno było :)

Grafika: Eve Daff