Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezinteresowność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezinteresowność. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2026

O życiu, duupach i baranach, czyli felieton nie całkiem optymistyczny...


Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ten mały, pionowy patyczek mruga do mnie z cierpliwością godną tybetańskiego mnicha albo urzędniczki z okienka numer trzy, która już dawno wie, że i tak niczego dziś nie załatwię. Kursor pulsuje spokojnie, a ja patrzę na niego z miną człowieka, który właśnie odkrył, że życie jest trochę jak niedzielny rosół: niby pożywny, ale jeśli je się go codziennie, to w końcu zaczyna się marzyć o kebabie.

Ogarnia mnie czasem coś, co roboczo nazywam zniesmaczeniem życiowym. To nie depresja, broń Boże. Depresja to poważna sprawa, a u mnie to raczej filozoficzna czkawka. Taki stan, kiedy człowiek siedzi i zastanawia się, po co właściwie prasuje ręczniki, skoro za trzy dni i tak będą wyglądały jak zmięta mapa Bałkanów. Po co myje okna, skoro deszcz przychodzi z miną gangstera i w pięć minut robi z nich akwarelę. Po co odpisuje na maile, skoro za chwilę przyjdą trzy kolejne, każdy oznaczony jako „pilne”, choć dwa dotyczą promocji na karmę dla chomików.

Myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb z wdziękiem czołgu na lodowisku. Wtedy dochodzę do wniosków tak dziwacznych, że same się sobie dziwią. A potem, jak to zwykle bywa z wielkimi odkryciami, stwierdzam, że nie ma sensu się nad tym wszystkim rozwodzić. Trzeba po prostu żyć. Miętosić każdy dzień jak paragon znaleziony w kieszeni kurtki. Wstawać, ogarniać rzeczywistość i wykonywać te wszystkie mało ekscytujące aktywności, które składają się na dorosłość. Bo dorosłość to nie są fajerwerki. To raczej niekończąca się seria drobnych zadań. Trzeba zapłacić rachunki, kupić papier toaletowy, umówić dentystę, odebrać paczkę, sprawdzić, dlaczego pralka wydaje dźwięki, jakby w środku trenował zespół metalowy. A między tym wszystkim od czasu do czasu trafia się jakiś moment, który sprawia, że człowiekowi błyszczą oczy. Dobra książka. Rozmowa, po której czujesz, że świat jednak ma sens. Zapach lasu po deszczu. Pierwsze truskawki. Dziecko, które mówi coś tak mądrego, że na chwilę milkniesz. To są te bonusowe sceny, które scenarzysta życia dorzuca nam, żebyśmy nie wyszli z kina w połowie seansu.

Coraz częściej mam wrażenie, że życie w gruncie rzeczy składa się z czekania. Czekamy na weekend, na wakacje, na kuriera, na wypłatę, na odpowiedź, na lepsze czasy, na znak z nieba, na moment, kiedy „wreszcie będzie spokojniej”. Tylko że to „spokojniej” jest jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto widział. Gdy nie mamy na co czekać, robi się podejrzanie. Człowiek chodzi po domu i czuje się jak aktor, który zapomniał kwestii. Coś powinno się wydarzyć, tylko nikt nie dostarczył scenariusza. Z drugiej strony przeraża mnie wizja życia, w którym każdy dzień wygląda identycznie. Pobudka. Kawa. Obowiązki. Obiad. Zmęczenie. Sen. Powtórz. Jakby ktoś włączył tryb „kopiuj–wklej” i zapomniał, że człowiek nie jest dokumentem w Wordzie.

Dlatego nieustannie wymyślam sobie nowe zajęcia. Nowe pomysły, projekty, plany, notatki, listy, szkice, marzenia. W mojej głowie bez przerwy trwa budowa. Rusztowania stoją, betoniarka pracuje, a robotnicy przekrzykują się od świtu do nocy. Jedna myśl dopiero wylewa fundamenty, a już obok druga montuje dach. Trzecia pyta, czy nie warto byłoby dobudować oranżerii.

Czasami zastanawiam się, czy to jeszcze twórczy ferment, czy już mentalny bigos, do którego wrzucono wszystko, co było pod ręką. Nie potrafię skupić się na jednej rzeczy i doprowadzić jej do perfekcji. Ledwo zaczynam jeden projekt, a już za rogiem macha do mnie następny, kusząc jak wystawa cukierni w styczniu, gdy człowiek jest „na diecie”.

Nudzić się? Nie znam tego stanu. Dla mnie nuda jest jak jednorożec. Wszyscy o niej mówią, ale nigdy nie spotkałam jej osobiście. Nawet kiedy śpię, mój mózg nie bierze wolnego. On organizuje nocne zmiany, burze mózgów i narady strategiczne. Nic dziwnego, że czasem budzę się zmęczona, jakbym całą noc przerzucała worki z cementem.

A do tego dochodzi irytacja. Ach, jakże bogaty jest katalog rzeczy, które potrafią mnie zirytować. Głupota – ta bezczelna, rozparta w fotelu i przekonana o własnej genialności. Egocentryzm – czyli sport narodowy polegający na nieustannym polerowaniu własnej duupy do połysku tak intensywnego, że odbija się w niej cały wszechświat, byle tylko nie dostrzec drugiego człowieka.

Bezinteresowna pomoc? Towar luksusowy, niemal kolekcjonerski. Jak skarpetka, która po praniu wraca do szuflady w komplecie. Niby wiadomo, że to możliwe, ale za każdym razem budzi szczere zdumienie. Kiedy ktoś robi coś bez oczekiwania zapłaty, medalu i relacji na Instagramie, traktowany jest jak sympatyczny dziwak. Jakby w XXI wieku altruizm był rodzajem schorzenia.

A przyjaźń? Wielkie słowo. Piękne, wzruszające, pachnące herbatą i długimi rozmowami. Tylko czasem okazuje się, że to konstrukcja z kartonu. Dopóki świeci słońce – wygląda solidnie. Wystarczy jednak pierwszy deszcz prawdziwej potrzeby i cały ten zamek zaczyna się rozklejać. Paradoksalnie to obcy ludzie nieraz okazują więcej serca niż ci, którzy wcześniej składali deklaracje wielkie jak bilbordy przy autostradzie. Bo przyjaźń najłatwiej odmienia się przez wszystkie przypadki przy kawie. Trudniej, kiedy trzeba wstać z kanapy, odłożyć własne święte sprawy i naprawdę coś zrobić. Wtedy nagle okazuje się, że jedni mają „bardzo trudny czas”, drudzy „odezwą się później”, a trzeci właśnie „nie zauważyli wiadomości”. Za to ktoś zupełnie przypadkowy potrafi podać rękę bez przemówienia i wystawiania faktury za człowieczeństwo.

Drażni mnie też materializm, ten współczesny bożek ze złotą kartą płatniczą w dłoni. W świecie, w którym wartość człowieka mierzy się cyframi, pytanie „Ile na tym zarabiasz?” stało się odpowiednikiem dawnego „Jak się masz?”. Jeśli odpowiadasz, że nic, rozmówca patrzy na ciebie z czułością, jaką zwykle rezerwuje się dla ludzi, którzy próbują nauczyć kota aportować.

– Prowadzisz bloga? To świetnie! A ile z tego masz?

– Satysfakcję.

– Nie, ale tak konkretnie?

– Naprawdę satysfakcję.

– Aha… czyli nic.

Wtedy w oczach pytającego pojawia się ten błysk politowania, jakby właśnie odkrył, że dobrowolnie hoduję mniszki lekarskie w salonie. Bo przecież jeśli coś nie przynosi pieniędzy, to musi być stratą czasu. Pasja? Radość tworzenia? Potrzeba dzielenia się czymś z innymi? Proszę nie żartować. Gdzie tu słupek Excela?

A ja chyba rzeczywiście należę do stada baranów. Tych, które czasem zrobią coś bezinteresownie. Tych, które tworzą, choć nikt za to nie płaci. Tych, które wierzą, że dobre słowo ma wartość, nawet jeśli nie da się go wpisać do PIT-u.

Witajcie więc w krainie baranów. Na zielonych halach pasą się osobniki niepraktyczne, sentymentalne i niepoprawnie idealistyczne. Beczą z przejęciem, pomagają sobie nawzajem i czasem z uporem godnym lepszej sprawy robią rzeczy, które „się nie opłacają”.

Proponuję minutę zbiorowego beczenia ku czci wszystkich, którzy jeszcze nie przeliczyli świata wyłącznie na złotówki.

Beeee…

Beeee…

Beeee…

No. Ulżyło mi.

Kursor nadal mruga. Życie nadal jest trochę absurdalne. Ludzie nadal potrafią rozczarowywać, ale też – od czasu do czasu – zaskakiwać dobrem. A ja? Wracam na swoje hale. Do stada innych baranów, które uparcie wierzą, że mimo całego tego chaosu, pośpiechu i codziennego czekania, warto jednak robić swoje. Choćby tylko po to, by od czasu do czasu spojrzeć na migający kursor i pomyśleć z lekkim uśmiechem, że ten cały absurd jest w gruncie rzeczy całkiem znośny.