Powiedzmy sobie szczerze: małżeństwo jest pomysłem dość brawurowym. Dwoje ludzi, z których każde ogarnia życie według własnej fantazji, postanawia połączyć finanse, rodziny, łazienkę oraz dwa komplety starannie pielęgnowanych dziwactw. Wszystko odbywa się w odświętnych ubraniach, jakby eleganckie buty miały kogokolwiek ochronić przed konsekwencjami.
W urzędzie pytają, czy oboje chcą zawrzeć związek małżeński. Nikt natomiast nie sprawdza, czy tak samo rozumieją słowa: „zaraz”, „nic mi nie jest”, „rób, jak chcesz” oraz „nie jestem głodna”. A przecież te cztery zwroty rozwaliły więcej związków niż wszystkie biuściaste blondynki z księgowości razem wzięte.
Po ślubie kończy się wersja demonstracyjna i uruchamia pełny program, razem z błędami. Urocze roztargnienie staje się nieuleczalnym gubieniem kluczy, spontaniczność - robieniem wszystkiego bez uprzedzenia, a rozmowa małżeńska coraz częściej przypomina konferencję prasową. 😉
Jeżeli po latach dwoje ludzi nadal potrafi się dogadać, a przy tym nie planuje wzajemnej eksmisji przy każdej kłótni o pilota, to znaczy, że trafiło im się coś rzadkiego: związek, który działa. Małżeństwo mu nie zaszkodziło. Chociaż robiło, co mogło. 😉
