Pokazywanie postów oznaczonych etykietą singiel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą singiel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 października 2026

Stefan i jego apetyczne sakiewki, czyli turkuć podjadek w akcji...

Stefan, jak to Stefan, cierpiał na przewlekły syndrom turkucia podjadka kuchennego, ze szczególnym uwzględnieniem drugiego członu tej przypadłości. Podjadał chętnie, często i bez wyrzutów sumienia, które uważał za wyjątkowo niesmaczny dodatek do każdego posiłku.

Pewnego sobotniego popołudnia, gdy świat za oknem oddawał się błogiemu lenistwu, w trzewiach Stefana rozpoczęły się niepokojące manewry. Początkowo głód łechtał ściany jego żołądka delikatnie, niczym ślimak winniczek badający językiem świeżość sałaty lodowej. Wkrótce jednak ślimak nabrał temperamentu, a ośrodek głodu w Stefanowym mózgu ogłosił stan podwyższonej gotowości bojowej.

Mężczyźnie zamarzyły się sakiewki z ciasta filo, koniecznie z jakimś fikuśnym nadzieniem. Widział podobne cudeńka w programie kulinarnym i od tamtej pory cienkie płaty ciasta prześladowały go z uporem zawiedzionej kochanki. Zjawiały się w myślach podczas golenia, przemykały przez wyobraźnię przy porannej kawie, a ostatnio przypomniały o sobie nawet w trakcie opłacania rachunku za prąd. Stefan uznał, że dalsze ignorowanie tej ciaścianej obsesji może się skończyć poważnym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym.

Jako singiel po czterdziestce nie mógł liczyć na regularne wsparcie niewieścich rąk. Owszem, niektóre od czasu do czasu gościły w jego domostwie, lecz ich właścicielki miały na ogół ciekawsze zajęcia niż obieranie cebuli. Zresztą Stefan cenił sobie kuchenną niezależność, a w swoim kulinarnym królestwie tolerował obce palce tylko wtedy, gdy sam wyraźnie sobie tego życzył.

Nie zwlekając, wskoczył w spodnie i pognał do sklepu, gdzie ciasto filo spoczywało w chłodni, zupełnie nieświadome, że stało się obiektem męskiego pożądania. Porwał opakowanie, dorzucił do koszyka mrożone kurki, seler naciowy, kawałek sera pleśniowego i dwie niewielkie czerwone cebule. Z takim łupem wrócił do domu, zanim jego żołądek zdążył wystosować oficjalny protest.

Na patelni rozgrzał łyżkę klarowanego masła i wrzucił kurki, które pod wpływem temperatury zaczęły odzyskiwać życie towarzyskie. Dołączyły do nich drobno pokrojony seler naciowy, posiekana cebulka i kawałki sera pleśniowego. Całe to towarzystwo dusiło się zgodnie, choć kurki początkowo usiłowały zalać imprezę wodą. Kiedy zmiękły i pozbyły się nadmiaru wilgoci, Stefan doprawił farsz przyprawą toskańską, czarnym pieprzem i odrobiną soli morskiej.

Zapach roznoszący się po kuchni był tak bezczelnie apetyczny, że Stefan kilkakrotnie musiał powstrzymywać się przed wyjedzeniem zawartości patelni. A przecież farsz miał dopiero trafić do sakiewek!

Piekarnik rozgrzał do 180 stopni. Ciasto filo pociął na kwadraty, każdy cienki płatek potraktował pędzelkiem umoczonym w roztopionym maśle, po czym przystąpił do operacji nadziewania. Ostudzony farsz rozdzielił sprawiedliwie pomiędzy porcje ciasta i z wprawą początkującego sakiewkarza uformował zgrabne woreczki. Ich szyjki związał specjalistycznymi sznureczkami własnej produkcji, wykonanymi z folii aluminiowej. Wynalazek może nie zasługiwał na Nobla, ale Stefan był z siebie wyraźnie kontent.

Sześć sakiewek wylądowało w piekarniku, gdzie przez około dwadzieścia minut nabierały złocistej opalenizny.

Dwadzieścia minut! Dla człowieka sytego to ledwie chwila, dla Stefana - kawał życia zmarnowanego na zaglądanie przez szybkę piekarnika. Krążył więc po kuchni niczym przyszły ojciec pod drzwiami porodówki, z tą różnicą, że zamiast potomstwa oczekiwał narodzin sześciu chrupiących pyszności.

Wreszcie nadeszła wiekopomna chwila. Sakiewki prezentowały się wybornie, a Stefan promieniał dumą człowieka, który właśnie dokonał czegoś doniosłego dla światowej gastronomii.

Odczekał, aż nieco przestygną, po czym bez zbędnych ceremonii zatopił zęby w pierwszej. Cienkie ciasto zatrzeszczało rozkosznie, aromatyczny farsz wypełnił mu usta, a na twarzy pojawił się wyraz błogości, jakiego nie potrafiła wywołać żadna z ostatnio oglądanych komedii romantycznych.

Resztę soboty Stefan zamierzał spędzić na kanapie, w towarzystwie telewizora, sakiewek i rudego kocura Cysia, który obserwował kulinarne ekscesy swojego pana z miną surowego inspektora do spraw podziału żywności.

Sześć sakiewek, jeden Stefan i kot przekonany, że został bezczelnie pominięty w testamencie. Zapowiadał się nadzwyczaj udany wieczór kawalerski. 😉

czwartek, 13 listopada 2014

Szukam męża... Chcę uratować świat?!?

Grafika: www.kiepy.pl

Czy małżeństwo jest niezbędnym warunkiem przetrwania normalnego świata i relacji społecznych? Ostatnie badania wskazują na tendencję spadkową, jeżeli chodzi o ilość zawieranych małżeństw na świecie. Coraz więcej młodych ludzi stawia na pracę, karierę, żyje w wirtualnej przestrzeni, odkładając decyzję o zakładaniu rodziny w daleką, daleką przyszłość. Przestrogą dla wszystkich ma być Japonia, która każdemu z nas kojarzy się z potęgą ekonomiczną; niestety ta potęga zaczęła kuleć, a przyczyny są bardzo prozaiczne: Japończycy pochłonięci pracą, oddani swoim ukochanym korporacjom, stali się społeczeństwem, któremu grozi katastrofa demograficzna. Coraz starsze społeczeństwo staję się przyczyną, coraz wolniejszego wzrostu gospodarczego. Młodzi Japończycy nie są zainteresowani flirtowaniem, seksem, poszukiwaniem żon i mężów; wolą spędzać czas gapiąc się na świat wirtualny. Do czego to prowadzi? Do społeczeństwa starców, a w kolejnym kroku do społeczeństwa, które przestaje istnieć…


A w naszym kraju, jak się sprawy mają? Obserwując społeczeństwo można zauważyć, że większość chce splątać się węzami małżeńskimi, tylko coraz więcej takich spętań kończy się, bardzo szybko, przed obliczem sądu - w celu zakończenia, często w atmosferze skandaliku, tego małżeńskiego pożycia. Młodzi ludzie, chyba bardzo szybko decydują się na śluby, nie zastanawiając się nad konsekwencjami tego kroku; pomieszkawszy, jako mąż i żona, ze sobą rok, dwa lata, mówią sobie: Baj, jesteś wolny/wolna, jak dzika świnia na zakręcie. 

Internet stał się miejscem, które daje nieograniczone możliwości poznania nowego partnera, pozostaje tylko pytanie, jak wielu partnerów chcemy poznać i w jakim celu? To jak wielki sklep z zabawkami: do wyboru, do koloru… Skoro zabawki są na wyciągnięcie ręki, to po co całe życie bawić się jednym i tym samym misiem czy lalą, pokusa jest wielka… By zainicjować znajomość nie trzeba nawet wychodzić z domu, wpadamy w pułapkę wirtualnych randek, seksu. Czy powstaną wirtualne rodziny i wirtualne dzieci? 

Współczesne kobiety, nie są uwiązane do swojego chłopa ekonomicznym sznurem i bez chłopa doskonale sobie poradzą. Kiedyś, kobieta nie pracowała, siedziała w domu, niańczyła dziecięcia i oddawała się obowiązkom pani domu; to pan domu zarabiał, a tym samym trzymał najlepsze karty w ręce. Nie tak łatwo było wtedy odejść i rzucić ukochanemu brudnymi gaciami w twarz. A dziś… pstryk i pani domu znika, ponieważ stać ją na własne mieszkanie, samochód i wolność bez mężczyzny i gaci do prania.

Kolejna sprawa to brak zasad i znieczulica, która panoszy się nawet wśród najmłodszych. Wystarczy się przyjrzeć: dwadzieścia lat temu nie bałam się grupy wyrostków, którą mijałam na chodniku, a dziś się boję… Boję się, że mnie okradną, pobiją, zabiją… I wcale nie mam na myśli dzieci z patologicznych rodzin, to dzieci z „normalnych” domów, w których brakuje jednej, najważniejszej rzeczy: czasu dla dzieci… To życie zawodowe, kariera, pieniądze kradną ten czas, ale jak żyć bez pracy? Tworzymy społeczeństwo z powywracanymi zasadami: dzieci nie mają szacunku dla starszych, dzieci mają dzieci, dzieci potrafią pobić swoją matkę czy ojca, dzieci dyktują warunki w domu – jacy dorośli wyrosną z tych dzieci? Strach się bać…

To wszystko, być może, doprowadzi nas na krawędź przepaści, w którą wrzucimy: małżeństwo, dzieci i rodzinę…

Czy doczekamy czasów, kiedy świat nie będzie miał małżeństw i staniemy się społeczeństwem, w którym największy odsetek stanowić będą klany singli? 

A może przemodelujemy nasze myślenie, niech podąży w innym kierunku... W Chinach mieszka grupa etniczna Mosuo, w której wszystko jest urządzone nieco inaczej: 
Najbardziej niezwykłym aspektem kultury Mosuo jest praktyka tzw. „chodzonego małżeństwa”, który jest dominującym systemem małżeńskim wśród Mosuo żyjących w okolicach jeziora Lugu Hu, a także w Syczuanie w okolicy Zuosuo i Yonging. Związek ten polega na tym, że zarówno mężczyzna, jak i kobieta na stałe mieszkają w swoich domach rodzinnych, a mężczyzna zaakceptowany przez kobietę odwiedza ją po kolacji i zostaje u niej na noc, po czym wraca do swojego domu rano. Dzieci powstałe z takiego związku są dziećmi kobiety i są wychowywane przez jej rodzinę, a więc przez jej siostry, braci i innych mieszkańców domu, rozstanie się kochanków nie ma, więc wpływu na ich sytuację. Para nie jest złączona żadnymi więzami ekonomicznymi. „Chodzone małżeństwo” oparte jest wyłącznie na miłości i wzajemnej atrakcyjności. W społeczności Mosuo panuje ścisły podział ról na kobiece i męskie. Kobiety odpowiedzialne są za prowadzenie domu oraz wszelkie prace domowe. Mężczyźni wykonują cięższe prace i pracują zarobkowo oraz są odpowiedzialni za wszystkie sprawy związane z pogrzebami. Bracia matki są odpowiedzialni za życie religijne i obchody świąt. Wszystkie siostry pełnią rolę matek dzieci swoich i swoich sióstr. Kobieta zapytana, ile ma dzieci zawsze odpowie liczbą odpowiadającą liczbie dzieci swoich i wszystkich jej sióstr. Niepełnosprawni są uważani za wysłanników boga i mają swoje specjalne miejsce w społeczności Mosuo. Wszystkie dobra materialne, w tym pieniądze zarobione przez mężczyzn, są własnością całego klanu. Każdy z jego członków wnosi wkład pracy stosownie do swoich umiejętności i korzysta z dóbr odpowiednio do swoich potrzeb. W ten sposób również osoby chore czy za stare, by pracować, mają zapewnioną opiekę i wyżywienie. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Mosuo)

Współczesne małżeństwo...