Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2026

Nocne prykanie utrudnia zasypianie, czyli dlaczego nie należy lekceważyć warzyw po godzinie dwudziestej trzeciej...

Sobotni, późny wieczór należał do tych, które człowiek chciałby zakonserwować w słoiku, postawić na najwyższej półce spiżarni i odkręcać wyłącznie wtedy, gdy dorosłe życie zaczyna za bardzo szarżować z rachunkami, obowiązkami oraz innymi atrakcjami dla ludzi, którzy kiedyś myśleli, że dorosłość polega głównie na jedzeniu lodów przed obiadem. Za oknem panował taki upał, że nawet komary sprawiały wrażenie stworzeń pogodzonych z losem, latały wolniej, bez przekonania, jakby przed każdym ukąszeniem musiały najpierw usiąść i przemyśleć sens własnej egzystencji. W mieszkaniu unosiło się to ciężkie, letnie powietrze, którego nie da się przewietrzyć, schłodzić ani przekupić, gdyż ono po prostu wisi nad człowiekiem jak urzędnik nad źle wypełnionym formularzem.

Mój osobisty chłop domowy już od dłuższego czasu romansował z Morfeuszem w pokoju obok, czyniąc to z oddaniem godnym człowieka, który nie zamierzał przejmować się ani temperaturą, ani inflacją, ani faktem, że gdzieś na świecie ludzie nadal próbują zrobić zdrowy deser, który nie smakuje jak kara za grzechy. Z sypialni dochodziło jego cichutkie pochrapywanie, całkiem zresztą niewinne, bardziej przypominające próbę generalną małej lokomotywy niż pełnoprawny koncert tartaku. Znam Mariana już kilka dobrych lat i przez ten czas życie wykształciło we mnie zdolności, których nie wpisuje się do CV, choć w razie potrzeby mogłyby okazać się bezcenne dla kryminalistyki; gdyby ktoś ustawił przede mną rząd chrapiących chłopów domowych, obcych, półobcych i całkiem przypadkowych, bez wahania wskazałabym właściwego, albowiem są takie akustyczne szczegóły wspólnego życia, które kobieta zapamiętuje nawet wbrew własnej woli.

Ja natomiast rozłożyłam się na kanapie niczym rasowa jaszczurka na rozgrzanym kamieniu, bez kołdry, bez koca i bez najmniejszej chęci przykrywania się czymkolwiek, ponieważ przy tej temperaturze nawet prześcieradło mogłoby zostać uznane za narzędzie tortur. Miałam na sobie coś, co producent prawdopodobnie nazwał piżamą, chociaż równie dobrze mogłaby to być letnia wersja stroju negocjacyjnego z własnym potem. W telewizji leciał jakiś film, którego fabułę porzuciłam po kilku minutach, bo Internet, jak zawsze, podsunął mi temat ważniejszy, głębszy i bardziej niebezpieczny dla psychiki, czyli przepisy na desery z mąki kokosowej.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale Internet ma w sobie coś z nadgorliwej ciotki na weselu, która raz usłyszy, że człowiek lubi sernik, i od tej pory prześladuje go sernikiem we wszystkich możliwych wydaniach. Wystarczyło, że jeden jedyny raz zainteresowałam się kokosankami z mąki kokosowej bez cukru, a algorytm natychmiast uznał, że odkryłam powołanie, misję życiową oraz nową religię. Kokosanki bez cukru, placuszki kokosowe bez cukru, brownie kokosowe bez cukru, chleb kokosowy bez sensu, naleśniki kokosowe bez nadziei, a gdybym przewinęła jeszcze trochę niżej, zapewne znalazłabym kurs stolarski „Zbuduj altankę z mąki kokosowej”. Mąka kokosowa zaczęła mnie prześladować z takim zapałem, jakby podpisała ze mną umowę abonamentową i teraz miała prawo wyskakiwać z każdego zakątka ekranu, lodówki oraz sumienia.

Kiedy zegar przekroczył jedenastą, doszłam do wniosku, że dalsze udawanie osoby aktywnej społecznie, intelektualnie i kulinarnie nie ma najmniejszego sensu, ponieważ mój organizm przeszedł właśnie w tryb „nie pytaj, nie wymagaj, śpij”. Dokonałam więc wieczornych ablucji, które w tym upale bardziej przypominały próbę odświeżenia ogórka zostawionego na parapecie, po czym wsunęłam się do łóżka właściwego z nadzieją, że za chwilę dołączę do Mariana w krainie snów, gdzie być może panuje klimat umiarkowany, a mąka kokosowa nie ma dostępu do Wi-Fi.

Nie zdążyłam jednak porządnie ułożyć głowy na poduszce i wejść w ten przyjemny stan, w którym człowiek jeszcze niby istnieje, ale już nie odpowiada za swoje myśli, kiedy usłyszałam odgłos tak osobliwy, że mój mózg natychmiast przerwał procedurę zasypiania i włączył tryb śledczy. Nie był to huk, stukot ani trzask, nie brzmiał też jak coś, co powinno wymagać telefonu do administracji, straży pożarnej lub egzorcysty. Był to dźwięk cichy, stłumiony i nieśmiały, coś pomiędzy pękającą bańką mydlaną a miniaturowym wyznaniem winy.

Po kilku sekundach odezwał się ponownie, potem raz jeszcze, już z pewną dozą bezczelności, jakby pierwszy odgłos tylko wybadał teren, a kolejne uznały, że skoro nikt nie protestuje, można kontynuować działalność. Leżałam nieruchomo, z oczami utkwionymi w ciemność, usiłując nadać temu zjawisku nazwę godną dorosłej kobiety, ale język polski, ze swoją całą poetyckością, chrząszczami brzmiącymi w trzcinie i deszczami jesiennymi, w tej konkretnej sytuacji nie pozostawiał mi szerokiego pola manewru.

To było pryknięcie, tylko w wersji demonstracyjnej, kieszonkowej, jakby ktoś zamówił je z katalogu dla początkujących i nie odważył się jeszcze przejść na pełny pakiet.

Pierwszym podejrzanym, z przyczyn całkowicie naturalnych i zgodnych z wieloletnią praktyką domową, został oczywiście Marian. Oddaliłam jednak ten trop niemal natychmiast, ponieważ znałam możliwości mojego osobistego chłopa domowego na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to nie był jego styl, jego tonacja ani jego skala wykonawcza. Marian, gdyby już miał w tej dziedzinie zaistnieć, zrobiłby to z rozmachem człowieka, który nie bawi się w półśrodki, podczas gdy tutaj miałam do czynienia z czymś skromnym, filigranowym, prawie pensjonarskim. To było pryknięcie, które mogłoby nosić kapelusik, przepraszać za kłopot i pytać, czy może wejść.

Zaczęłam więc nasłuchiwać dalej, a moja wyobraźnia, jak zwykle w sytuacjach wymagających spokoju, postanowiła wejść na scenę w cekinach i przejąć całe przedstawienie. Przez chwilę rozważałam, czy przypadkiem nie mamy myszy, co samo w sobie byłoby już wystarczająco nieprzyjemne, ale myszy wydające z siebie dyskretne pierdnięcia otwierały zupełnie nowy, niepokojący rozdział zoologii domowej. Wyobraziłam sobie małą gryzoniową rodzinę siedzącą gdzieś za szafką po wspólnej, obfitej kolacji z resztek znalezionych tu i ówdzie; w tej wizji ojciec-mysz z powagą mówi do dzieci: „Cicho, bo usłyszy”, po czym wszyscy solidarnie zawodzą własnym układem pokarmowym.

Po chwili uznałam jednak, że nawet jak na moje mieszkanie byłoby to zbyt dziwne i przerzuciłam się na hipotezę sąsiedzką. Bloki mają przecież akustykę, która potrafi z człowieka zrobić mimowolnego uczestnika cudzych dramatów, remontów, kłótni małżeńskich, ćwiczeń na orbitreku i rozmów telefonicznych prowadzonych tonem odprawy wojskowej. Niewykluczone więc, że sąsiad z góry zjadł późną kolację złożoną z fasolki, cebuli i życiowych błędów, a nasz strop, zamiast zachować się jak przyzwoita przegroda budowlana, postanowił zrobić mi transmisję na żywo z jego prywatnej walki o przetrwanie.

Im dłużej leżałam, tym bardziej czułam się jak bohaterka kryminału klasy B, w którym nie ginie człowiek, tylko nie wiadomo co, a główny trop prowadzi przez jelita, wentylację i kuchnię. W głowie odtwarzałam plan mieszkania, analizowałam kierunek rozchodzenia się dźwięku, porównywałam natężenie kolejnych pryknięć i zaczynałam już niemal żałować, że nie mam notesu, latarki oraz takiego skupionego wyrazu twarzy, jaki mają detektywi w serialach, kiedy pochylają się nad śladem buta w błocie. W moim przypadku śladu buta nie było, błota również, za to gdzieś w ciemności co kilka sekund rozlegało się „pryk”, które z każdą chwilą nabierało charakteru osobistej zniewagi.

I wtedy mnie olśniło z taką siłą, że gdyby w pokoju była kamera, można by ten moment wykorzystać w programie popularnonaukowym jako przykład nagłego triumfu ludzkiego rozumu nad absurdem.

Cieciorka.

Przecież w kuchni od kilku godzin moczy się pół kilograma cieciorki, ponieważ mój osobisty chłop domowy zapowiedział na jutro produkcję pasztetu. Ciecierzyca, zwana również grochem włoskim, choć nie mam pojęcia, co Włosi zrobili, żeby wplątać ich w tę historię, leżała sobie w garnku, chłonęła wodę, pęczniała, naprężała skórki i najwyraźniej co pewien czas któreś ziarno przeżywało własny mały przełom egzystencjalny.

Wszystko zaczęło układać się w całość tak logiczną, że przez chwilę byłam z siebie dumna. Nie każdy potrafi w środku nocy rozwiązać zagadkę akustyczną przy pomocy wiedzy o roślinach strączkowych, zwłaszcza będąc półprzytomnym, przegrzanym i świeżo po kontakcie z mąką kokosową. Poczułam się jak Sherlock Holmes w wersji kuchennej, który zamiast lupy ma zmęczenie, zamiast doktora Watsona śpiącego Mariana, a zamiast zbrodni garnek pełen bezczelnych ziaren.

Niestety, radość z odkrycia trwała krótko, ponieważ do głosu doszedł mój umysł ścisły, który zazwyczaj milczy całymi tygodniami, żeby potem obudzić się w najgorszym możliwym momencie i zadać pytanie, po którym człowiek już wie, że nie zaśnie. Pół kilograma cieciorki to przecież nie jest kilka sztuk, które można by personalnie upomnieć i poprosić o ciszę nocną. To jest całe osiedle. Miasteczko. Strączkowa aglomeracja z pełną infrastrukturą, radą mieszkańców i zapewne własnym regulaminem wspólnoty.

Nie miałam pojęcia, ile ziaren mieści się w pięciuset gramach, ale intuicja podpowiadała mi, że stanowczo zbyt wiele jak na porę po jedenastej. Jeśli każde z nich zamierzało choć raz zakomunikować światu, że właśnie pękła mu skórka, czekał mnie koncert na kilkaset, a może kilka tysięcy solowych występów. Co gorsza, zaczęłam zastanawiać się, czy każde ziarno robi to tylko raz, czy może istnieją egzemplarze bardziej ekspresyjne, które pękają etapami, z dramaturgią, w trzech aktach i z bisem. A jeśli są tam ziarna dominujące, typy przebojowe, liderzy opinii, które zaczęły pierwsze, żeby dać przykład reszcie? A jeśli właśnie w garnku trwa zebranie wspólnoty cieciorkowej pod hasłem „Pękajmy razem, siostry i bracia, niech ta baba z sypialni wie, że żyjemy”?

Leżałam więc w tym upale, otoczona nocą i własnym obłędem, coraz wyraźniej rozumiejąc, że zostałam jedynym świadkiem wydarzenia, którego nikt normalny nie uznałby za warte uwagi, a jednak ja nie mogłam już go zignorować. Człowiek może udawać, że jest ponad pewne rzeczy, może czytać książki, płacić podatki, interesować się światem, a potem przychodzi noc, garnek zaczyna prykać i cała cywilizacyjna fasada odpada z niego jak źle położony tynk.

W końcu niechętnie zwlekłam się z łóżka, z tym rodzajem cierpienia, jaki zna każdy, kto właśnie znalazł w miarę chłodne miejsce na prześcieradle i musi je opuścić z powodu roślin strączkowych. Powędrowałam do kuchni, starając się zachować powagę osoby dorosłej, choć trudno o godność, gdy idzie się przez mieszkanie po to, żeby uciszyć cieciorkę. Garnek stał dokładnie tam, gdzie go zostawiliśmy, niewinny, spokojny, wręcz zwyczajny, jakby nie organizował właśnie nocnego festiwalu akustycznego dla jednej zirytowanej kobiety.

Pochyliłam się nad nim i przez chwilę patrzyłam na tę beżową masę ziaren zanurzonych w wodzie, które wyglądały tak niewinnie, że gdyby nie dowody dźwiękowe, można by im jeszcze współczuć. W środku jednak trwało prawdziwe życie towarzyskie. Co kilka sekund któreś ziarenko najwyraźniej dochodziło do wniosku, że to jest jego moment, jego scena, jego szansa na zaistnienie w historii domowej gastronomii, po czym wydawało z siebie kolejne cichutkie „pryk”, niepozorne, ale wystarczająco irytujące, by kobieta w środku nocy zaczęła rozważać, czy strączki mają świadomość i czy można im grozić konsekwencjami.

Moja interwencja była szybka, stanowcza i godna służb porządkowych wyspecjalizowanych w zamieszkach roślinnych. Nałożyłam pokrywkę na garnek, zamknęłam drzwi do kuchni i uznałam, że skoro cieciorka musi się artystycznie realizować, niech robi to w warunkach kameralnych, bez udziału publiczności z sypialni. Nie będę przecież negocjować z grochem włoskim o ciszę nocną, zwłaszcza że nie miałam pewności, czy mówi po polsku, włosku, czy tylko w języku krótkich emisji gazowych.

Wróciłam do łóżka z poczuciem dobrze wykonanej misji, choć muszę przyznać, że przez kilka minut nadal nasłuchiwałam, czy za drzwiami kuchni nie wybuchnie bunt. Wyobrażałam sobie, jak cieciorka, oburzona nałożeniem pokrywki, zwołuje nadzwyczajne posiedzenie, podczas którego najbardziej napęczniałe ziarno wchodzi na łyżkę i przemawia do reszty: „Towarzysze, próbują nas uciszyć, ale nie po to moczymy się od sześciu godzin, żeby teraz milczeć”. Na szczęście kuchnia zachowała względną dyskrecję, Marian dalej spał snem człowieka, którego ominęło najważniejsze śledztwo dekady, a ja w końcu odpłynęłam, choć z poczuciem, że granica między spokojnym wieczorem a absurdem jest cienka jak skórka na namoczonej ciecierzycy.

Następnego dnia z tej wyjątkowo wygadanej cieciorki powstał pasztet tak dobry, że Marian, po pierwszej kromce, przybrał minę zawodowego degustatora, który właśnie odkrył produkt zdolny zakończyć kilka konfliktów zbrojnych, po czym oznajmił, że wszystkie sklepowe pasztety powinny natychmiast przejść na emeryturę, najlepiej bez prawa do odprawy. Trudno było się z nim nie zgodzić, bo niektóre przemysłowe wyroby pasztetopodobne wyglądają tak, jakby do maszynki trafiała nie tylko świnia, ale również pół chlewa, fragment ciągnika, dwóch rolników, przypadkowy geodeta, worek trocin i jeszcze ktoś z działu księgowości, żeby masa miała odpowiednią strukturę.

Jadłam ten pasztet z mieszanymi uczuciami, ponieważ z jednej strony był naprawdę pyszny, a z drugiej miałam świadomość, że każda kromka zawiera historię nocnych występów, których byłam jedyną, nieproszoną i stanowczo zbyt trzeźwą publicznością. Marian zachwycał się konsystencją, smakiem i przyprawami, a ja patrzyłam na talerz z miną człowieka, który wie o tej potrawie zdecydowanie za dużo i ma poważne podejrzenia, że przed trafieniem na chleb prowadziła bogatsze życie towarzyskie niż niejeden emeryt na turnusie w Ciechocinku ;)

środa, 17 lutego 2021

Zrób sobie domowy ser...


Dzisiejszy kącik kulinarny zachęca do zrobienia niezwykle interesującego sera, który przypomina mozzarellę. Każdy może sobie w domowym zaciszu wyprodukować to cudo, a na fotografii moje osobiste dzieło serowe. W trakcie procesu produkcyjnego można dorzucić różne różności i stworzyć ser dosmaczony: pieprzowy, szczypiorkowy, paprykowy - ogranicza nas tylko fantazja.
Ser powstał na podstawie propozycji przedstawionej w tym filmiku (z małymi modyfikacjami):


Składniki:

- 1 l mleka 3,2% - kupione w sklepie w butelce - świeże
- 250 g kwaśnej śmietany 18%
- 3 jajka
- 2 płaskie łyżeczki soli

Serek wyszedł pyszny! Delikatny, mleczny i co najważniejsze jest banalnie prosty do wykonania. Należy się wcześniej zaopatrzyć w chustę serowarską lub użyć gazy/bawełnianej ściereczki; przyda się też mała forma serowarska; chustę i formę można kupić na allegro za śmieszne pieniądze.

Polecam i smacznego 🙂

piątek, 12 lutego 2021

Pasta z makreli co się sama pcha do gardzieli!

Tak sobie umyślałam, że raz w tygodniu będzie o jedzeniu. Może się oczywiście zdarzyć, że będzie częściej co jest bezpośrednio związane z faktem wielkiego uwielbienia dla jadła właścicielki tego miejsca. Ostatnio pojawiły się buły orkiszowe, no ale samych bułek nikt jeść nie będzie, więc dziś dorzucam pastę - smarowidło dla wielbicieli makreli.

Składniki:

- 1 duża, wędzona makrela - obrać z ości, mięso rozgnieść widelcem

- 1 mały, naturalny serek wiejski - 200g

- pęczek pietruszki - drobno posiekać

- kawałek pora - drobno pokroić

- 2 łyżki oleju lnianego - można zastąpić innym

- sól i pieprz do smaku - pieprz najlepiej świeżo zmielony

Wszystkie składniki mieszamy dokładnie w misce; można je również zblendować, wtedy uzyskamy kremową konsystencję. Pasta najlepiej smakuje ze świeżym, pełnoziarnistym pieczywkiem i ogórkiem kiszonym. Marianowi na ten przykład smakuje najlepiej sama wyjadana cichaczem z michy, tak żebym nie widziała 😉 A potem się nazywa, że ja to zjadłam tylko nie pamiętam kiedy, bo w pewnym wieku to pojawia się wybiórcza amnezja spożywcza 😉



Smacznego 🙂

poniedziałek, 8 lutego 2021

Dzieci w kuchni i grzyb atomowy gotowy!

Grafika: www.cafeleniwiec.pl

W dzieciństwie urządzaliśmy sobie z bratem, tak zwane, kuchenne niespodzianki. Zabawa polegała na tym, że wytypowany zamykał się w kuchni i przyrządzał „danie” dla drugiej osoby. Oczywiście wszystko się odbywało pod nieobecność rodziców. Z racji na to, że w tamtych czasach (lata 80-te) niewiele było w lodówce specjałów to nasze kuchenne szaleństwo ograniczało się do kruchych ciastek z dziurką posypanych cukrem i dżemu domowej roboty o smaku truskawkowym, podanych na milion sposobów. Były więc:
- kanapka z kruchych ciastek z dżemem w środku,
- kruszone kruche ciastka z kleksem z dżemu,
- torcik z kruchych ciastek z kremem dżemowym,
- gniecione kruche ciastka wymieszane z dżemem,
- dżem z posypką z kruchych ciastek.
Na zmianę zamykaliśmy się w tej kuchni i przygotowywaliśmy te mistrzowskie „dania” z dużym namaszczeniem. Oczekujący na degustację koczował w przedpokoju i najczęściej bawił się papierem toaletowym hurtowo nagromadzonym w mieszkaniu; budowało się z tego wieżę, na którą należało siąść i zrobić pierdut! Cała radocha była w tym upadku i masakrowaniu rolek cennego surowca. Niestety nie spotykało się to ze zrozumieniem ze strony rodzicieli. Wróćmy do ciastek… Niespodziankę przygotowaną przez „kucharza” należało spożyć z uśmiechem na ustach. Po kilku kolejkach takich eksperymentów kończyło się to tak, jak skończyć się powinno, czyli w otchłaniach porcelanowej muszli klozetowej ;)

Inny wyczyn kulinarny stworzony w duecie z braciszkiem to produkcja krówek domowej roboty: schajcowaliśmy wtedy część półki wiszącej nad zlewem ratując palącą się patelnię. Od tego czasu wiem, że palącej się patelni zawierającej tłuszcz nie zalewa się wodą, ponieważ uzyskujemy efekt grzyba atomowego. 

Do napisania powyższych wspomnień zainspirowała mnie opowieść znaleziona na www.forum.gazeta.pl, autorstwa - teresa104:
„Kiedyś jako dzieci wróciliśmy z bratem z kolonii, były wakacje, rodzice w pracy. I zapragnęliśmy odtworzyć wspaniały kolonijny przysmak, nieznany nam z domu, czyli pampuchy (drożdżowe kluski na parze). Wzięliśmy "Kuchnię polską" i tam z przepisu próbowaliśmy wyrobić te kluski i jakoś wciąż nie mogliśmy utrafić z konsystencją. Wreszcie wyszła cała mąka, jaka była w domu, brat poszedł zatem z moimi pieniędzmi zaoszczędzonymi na koloniach kupić surowca. Mojego majątku wystarczyło jeszcze na 3 kg mąki i drożdże. Kiedy ojciec wrócił z pracy, ujrzał na kuchennym blacie wielką górę suchych kłaków, których już nie byliśmy w stanie z bratem wyrobić naszymi siłami (ja ledwo nad ten blat wystawałam). Trudna rada, stary zdjął koszulę i wyrobił olbrzymią gulę ciasta, wciąż zresztą powiększającą się od drożdży. Resztę dnia wycinaliśmy szklankami kluski, które leżały na ściereczkach w całym domu, na balkonie, na szafkach, na stołach i partiami parowaliśmy je w garnkach na wszystkich palnikach. Powiem Wam... wreszcie najadłam się pampuchów. Na słodko, na słono, z masłem, z cukrem, z zupą, z kiełbasą, odgrzewane, na zimno, smażone, dopiekane, ojciec do pracy codziennie zabierał, matka też się starała, chociaż klusek nie lubi.”

Opis bardzo zadziałał na moją wyobraźnię i suszyłam zęby opluwając monitor. Najbardziej wzruszył mnie fragment dotyczący poświęcenia oszczędności, by surowiec zakupić potrzebny na pampuchy.

Pozostając w klimatach słodkości i zbliżającego się, wielgachnymi, pączkowymi krokami, tłustego czwartku zapraszam w wolnej chwili na post wspominkowy z wytryskiem w roli głównej - Gdy pączek atakuje cnotliwą kobietę... 😁

poniedziałek, 1 lutego 2021

A gdzie to pani takie bułki kupiła!?!


A pokłuję w oczy i się pochwalę jakie buły ostatnio zrobiłam. Pierwszy raz wzięłam się za produkcję pieczywa w domowym zaciszu. Sprawa okazała się banalnie prosta i mistrzem wyrobów piekarskich nie trzeba być, żeby taką radość kulinarną sobie sprawić. 
Oczywiście jak tylko się te moje osobiste buły upiekły rzuciłam się na jeszcze ciepłe. Przy końcówce pieczenia, gdy zapach rozsierdził mój zmysł powonienia, Marian trzymał mnie za lewą łydkę, żebym łba do piekarnika nie wsadziła i nie pałaszowała nie zważając na poparzenia każdego stopnia. Kto próbował świeżych wypieków ten wie, że to zguba i przekleństwo. Tylko zdrowy rozsądek powstrzymał mnie, by nie zeżreć wszystkiego, a ciężko się było powstrzymać. Marian też zżerał, żeby nie było, że tylko ja taka pazerna. Dobrze, że kilograma masła przy okazji nie wchłonęliśmy, tylko pół kilograma 😉 
Poniżej zostawiam przepis, gdyby komuś się zachciało i nie zdzierżył po obejrzeniu mych fotografii.

Bułeczki orkiszowe bez drożdży z pestkami dyni 😊

Składniki:
- 2 szklanki mąki razowej orkiszowej
- około 250 g jogurtu naturalnego
- 1 łyżka ksylitolu (można dodać cukier zwykły lub trzcinowy)
- 1 płaska łyżeczka soli
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 2 łyżki oleju rzepakowego dobrej jakości
- pestki dyni - około 1 szklanki

Wszystkie składniki zagniatamy na jednolite ciasto; formujemy kulki i lekko spłaszczamy; posypujemy pestkami dyni. Bułki układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na około 20-25 minut, 180 stopni (grzanie góra i dół, bez termoobiegu), pieczemy na złocisto-brązowy kolor.

Smacznego 🙂

wtorek, 26 stycznia 2021

Gdy nudne wiedziesz życie w kuchni, warzywka czasami chrupnij...


Surówki robi każdy i chyba każdy je lubi. Polecam te z kiszonej kapusty, gdzie możemy popuścić wodze fantazji i dorzucić oprócz kapusty rozmaite dodatki jak komu owa fantazja pozwoli popłynąć szerokim strumieniem szaleństwa. Poza tym kapusta kiszona to skarbnica zdrowia mająca cudowne działanie na nasze jelita i układ odpornościowy. Ja swoją nabywam u pana w budce, gdzie to ów pan kapustę robi wyśmienitą - podobno całe miasto się zjeżdża, żeby ten produkt nabyć. Rzeczywiście jest bardzo jędrna, ma wyważone smaki: kwaśny, słony i słodki. Pan od kapusty nie żałuje też marchewki, przypraw i pewnie serca, które wkłada w wyprodukowanie tego cuda. Kapusta ze sklepów typu markety może co najwyżej postać z boku i powzdychać lub popłakać z żalu, że tak nie smakuje. 

Na fotografiach suróweczka, która powstała z następujących składników:

- pół marchewki - zetrzeć na tarce o grubych oczkach

- kawałek pora - pokroić w cienkie paski

- kapusta kiszona - ilość wedle uznania

- pół jabłka - zetrzeć na tarce o grubych oczkach

- natka pietruszki - drobno posiekać

- łyżka miodu - najlepiej z pasieki

- trzy łyżki oleju rzepakowego - dobrej jakości

- sól, pieprz - do smaku

Wszystkie składniki należy wymieszać; odstawić na pół godziny i gotowe. Oczywiście wypadałoby dorobić do tego jeszcze resztę obiadu, na przykład proponowanego w poście Kacze piersi w objęciach kuchennego szaleństwa Kobietoskopowego ;)
Polecam dodawanie miodu do każdej surówki - podkręca smak i powoduje, że nasza mieszanka warzywna jest charakterna :) Warto poszukać miodu, który jest naprawdę miodem, a nie miodopodobnym tworem; ja swoje miody kupuję u sprawdzonych sprzedawców na allegro. 
Gdy już uporamy się ze wszystkimi elementami obiadu możemy zasiąść do konsumpcji i bez skrępowania podziwiać swoje apetyczne i kolorowe dzieła. Smacznego :)


Grafika: Eve Daff

piątek, 15 stycznia 2021

Ciasteczkowe eksperymenty, które upodobniły się do pięty...

Od jakiegoś czasu znęcam się nad wypiekami i potrawami zgodnymi z zaleceniami diety, którą jestem zmuszona stosować: cukier trzeba zastąpić zamiennikami, mąkę pszenną też zastąpić innymi wariantami. Odkrywam fascynujące lądy wypieków bez cukru, mąki pszennej, drożdży i paru jeszcze innych rzeczy. Eksperymenty nie zawsze są udane o czym już pisałam wieszając psy na mące kokosowej. Ale, że ja zwierz uparty, więc nie pozwolę, żeby jakaś tam mąka kokosowa dyktowała mi warunki. I tak razu pewnego narodził się pomysł, by wyszykować ciasteczka z tejże mąki i masła orzechowego. Poszperałam w sieci, powybierałam różne przepisy i zrobiłam, jak zwykle, nieco po swojemu. Już tak mam, że gotuję i piekę zawsze nieco po swojemu. I teraz zapewne tłum znawców krzyczy: Ty durna babo! To dlatego nic ci z tej mąki i ksylitoli sensownego nie wychodzi! Mądralińska po swojemu w garach miesza i potem ma breje i inne bebła! Otóż na swoje usprawiedliwienie mogę rzec, że gotowanie i pieczenie zawsze było moją pasją i co nieco wiem na ten temat; nawet udało mi się parę rzeczy zrobić i nikt po spożyciu nie umarł (można obejrzeć w zakładce Kulinarnie na tym blogu – nie, nie ofiary mojego żywienia, tylko poczynania kulinarne). 

Natomiast na zdjęciach zamieszczono ciasteczka, które uzyskałam z wymieszania w misce za pomocą łyżki następujących składników (ich ilości podaję na oko):

- 100g mąki kokosowej

- 100g masła orzechowego

- łyżka masła

- 2 jajka

- 1 łyżka ksylitolu 

- 1 łyżeczka (płaska) proszku do pieczenia

Z tego wszystkiego należy zagnieść ciasto, z niego uformować kulki i każdą z nich delikatnie spłaszczyć, a następnie umieścić na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Ciasteczka wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 180 stopni i trzymamy tam około 15-20 minut, aż się zrumienią (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). 

Oczywiście ksylitol można zastąpić miodem, zwykłym lub brązowym cukrem; ciastka można wzbogacić dodając rodzynki, żurawinę czy kawałki czekolady. Ciastka są bardzo sycące i z pewnością można je nazwać zdrową i wartościową przekąską jak ktoś ciastek jest spragniony, a nie do końca może jeść takie tradycyjne wypieki.

Marian powiedział, że wyglądają jak popękane pięty pana pracującego na budowie, co to nie używał pumeksu czy drapaka co najmniej od pół roku. Po zdegustowaniu orzekł, że bez popitki mogę tym mordować niewinnych ludzi i sprzedawać jako skuteczny środek zapychający japy nieznośnym babom ;) Nie wiem o co mu chodziło – przecież uprzedzałam, że są sycące ;) Mnie tam ciastka smakowały, zwłaszcza z gorącą herbatą lub mlekiem. W każdym razie mąka kokosowa to dla mnie wciąż zagadka i pewnie niejeden bluzg wydostanie się z mego otworu gębowego zanim pokochamy się miłością bezgraniczną ;) 

Grafika: evedaff

piątek, 8 stycznia 2016

Stefan i jego apetyczne sakiewki...


Stefan, jak to Stefan, cierpiał na syndrom turkucia podjadka kuchennego z naciskiem na słowo: podjadka. Było sobotnie popołudnie, które leniwie, ale niepokojąco zaczęło łechtać ściany Stefanowego żołądka niczym ślimak winniczek snujący się nieśmiało po liściu sałaty lodowej. Impuls nerwowy wysłany w obszary mózgu zarządzające ośrodkiem głodu wyzwoliły w mężczyźnie dość agresywnego turkucia. Zamarzyły mu się sakiewki z ciasta filo z jakimś fikuśnym nadzieniem. Widział takie w programie kulinarnym i od tej pory ciasto filo chodziło za nim prawie wszędzie i prześladowało go w najmniej odpowiednich momentach. 
Stefan był singlem po czterdziestce i na regularną pomoc niewieścich rąk nie miał co liczyć. Poza tym niewieście ręce, które czasami gościły w jego domostwie nie nadawały się do tego, by je wpuszczać w zakamarki męskiego, kuchennego królestwa. Nie zastanawiając się długo mężczyzna szybko się ubrał i niesiony pokusą kulinarnej rozpusty pobiegł do sklepu, w którym ciasto filo dumnie spoczywało na półce chłodni. Zapakował je do koszyka, do którego dorzucił jeszcze seler naciowy, mrożone kurki, kawałek sera pleśniowego i dwie małe, czerwone cebule. Pośpiesznie wrócił do domu i zabrał się za pichcenie.
Na patelni rozgrzał łyżkę klarowanego masła, dorzucił kurki, pokrojony seler na małe kawałki, cebulkę posiekaną drobno i trochę sera pleśniowego dla zaostrzenia smaku. Wszystko dusił do momentu, aż kurki zmiękły; następnie sypnął nieco przyprawy toskańskiej, czarnego pieprzu i soli morskiej. Farsz do sakiewek prezentował się i pachniał bosko. 


Stefan rozgrzał piekarnik do 180 stopni. Ciasto filo pokroił na kwadraty, a każdy płatek przesmarował roztopionym masłem. Ostudzony farsz zapakował do sakiewek i związał je specjalistycznymi sznurkami zrobionymi z folii aluminiowej.  Następnie umieścił swoje dzieło w piekarniku i trzymał je tam przez około 20 minut, aż ciasto filo nabrało pięknego, złocistego koloru.


Długie to były minuty oczekiwania. W końcu nastąpił moment szaleńczej radości i Stefcio wydobył swoje sakiewki z piekarnika. Wyszło sześć sztuk! Będzie się czym rozkoszować przez resztę soboty! Jak tylko sakiewki wystygły mężczyzna bez skrępowania wbił zęby w pierwszą z nich i oddał się singlowemu obżarstwu w towarzystwie kanapy, telewizora i swojego rudego kocura Cysia. 
Smacznego ;)


Grafika: Eve Daff

piątek, 30 października 2015

Zapiekany kogel-mogel z malinami, czyli smaki dzieciństwa grzechu warte :)

Zapiekany kogel-mogel z malinami

Często piekę Pavlovą - to takie moje ulubione ciacho, przy którego produkcji pozostaje mi sześć żółtek. Owe żółtka zazwyczaj wykorzystuję do wykonania pysznego deseru Crème brûlée lub popełniam kolejną rozpustę, czyli zapiekany kogel-mogel z malinami. To ekspresowy deser i doskonały na jesienne lub zimowe wieczory. Kto pamięta z dzieciństwa ucierane żółtka z cukrem ten z pewnością popadnie w zachwyt jedząc ten deser. 
A zatem...

Składniki (porcja dla 3 lub 4 osób):
6 żółtek
6 łyżek brązowego cukru (może być cukier puder lub zwykły cukier)
kilka kropelek olejku waniliowego
maliny (wykorzystałam mrożone; ze świeżymi malinkami deser jest jeszcze lepszy)

Mikserem ucieram żółtka z cukrem na gładką i puszystą masę. Dodaję kilka kropelek olejku waniliowego i dokładnie mieszam. Gotowy kogel-mogel przekładam do kokilek,  do których wcześniej włożyłam maliny. Kokilki wkładam do rozgrzanego piekarnika do 180ºC na ok. 10-15 minut. Piekę aż kogel-mogel się zarumieni. Wyciągam z piekarnika i jem na ciepło. Pyszna, jajeczna, słodka masa świetnie komponuje się z kwaskowatymi malinami - nic tylko się delektować i rozgrzewać smakami dzieciństwa.
Smacznego :)

Maliny w kokilkach zalane koglem-moglem

W piekarniku...

Kogel-mogel wyjęty z piekarnika - czas na łasuchowanie :)

Rozpływający się w ustach deser przenosi nas do raju :)
 Grafika: Eve Daff