wtorek, 14 lipca 2026

Szef, teściowa i inne zjawiska atmosferyczne, czyli wizualizacja ratunkowa...


Nie lubisz swojego szefa? Na samą myśl o rozmowie z nim w cztery oczy jelita zaczynają Ci trenować akrobatykę artystyczną, przewracają się na drugą stronę i wiążą w supełki godne harcerskiego obozu przetrwania? Spotkanie z teściową wywołuje u Ciebie syndrom nagłego, głębokiego i emocjonalnego przywiązania do muszli klozetowej? A może wystarczy, że ktoś powie: „Musimy porozmawiać”, a Twoje ciało natychmiast uruchamia tryb ewakuacji wewnętrznej?

Spróbuj wizualizacji.

Tak, wiem. Brzmi podejrzanie. Jak coś, co powinno występować w pakiecie z matą do jogi, olejkiem lawendowym i człowiekiem mówiącym spokojnym głosem: „Poczuj swoje wewnętrzne źródełko”. Ale spokojnie. Nie będziemy tu wchodzić boso do lasu, przytulać brzozy ani szeptać do własnej śledziony. Mówimy o narzędziu prostym, niepozornym i - co najważniejsze - dostępnym nawet wtedy, gdy człowiek siedzi naprzeciwko kogoś, kto właśnie testuje wytrzymałość jego układu nerwowego.

Weźmy spotkanie z szefem.

Niekoniecznie musisz się go bać. Może nie jest potworem z horroru, który wyskakuje zza ekspresu do kawy z tabelką Excela w zębach. Może po prostu wywołuje w Tobie dziesiąty stopień poirytowania, tuż przed fazą, w której zaczynasz rozważać, czy zszywacz biurowy może zostać użyty jako narzędzie zbrodni. Siedzisz więc, słuchasz i obserwujesz, jak Twój przełożony roztacza przed Tobą kolejną fantastyczną wizję zmian. Oczywiście takich zmian, które mają wynieść na wyżyny społeczne przybytek radości, w którym pracujesz, a przy okazji sprawić, że wszyscy będą pracować więcej, szybciej, taniej i najlepiej z wdzięcznością wypisaną na czole.
Dodatkowo załóżmy, że szef nie jest przesadnie podatny na przyjmowanie pomysłów szarego pracownika X. W jego oczach pracownik X posiada iloraz inteligencji wystarczający do obsługi krzesła, kubka oraz poleceń służbowych, ale już niekoniecznie do posiadania własnej opinii. Siedzisz więc grzecznie, kiwasz głową, a w środku Twoja dusza powoli osuwa się po ścianie jak przegrzana galaretka.

I wtedy wkracza wizualizacja.

Wyobraź sobie, że Twój szef ma na sobie strój pluszowego karczocha. Albo brokułu. Albo wielkiej, miękkiej brukselki z oczami człowieka, który właśnie tłumaczy strategię rozwoju firmy na kolejne pięciolecie. Nagle sprawa wygląda inaczej. Dramat traci ostre krawędzie. Groza służbowego monologu zostaje obita watoliną. Twój wyraz twarzy nabiera wymiaru dużo bardziej interesującego, bo z jednej strony nadal próbujesz wyglądać jak osoba zaangażowana zawodowo, a z drugiej walczysz o to, żeby nie parsknąć śmiechem wprost w pluszowy autorytet.
Wypluszowanie agresywnego szefa również może sprawdzić się w praktyce. Szef-postrach, który normalnie przypomina skrzyżowanie kontrolera biletów, smoka wawelskiego i niezapowiedzianego audytu, po mentalnym ubraniu w różowe futerko traci nieco na sile rażenia. Nadal może mówić rzeczy nieprzyjemne, nadal może mieć władzę i nadal może patrzeć na Ciebie wzrokiem człowieka, który wie, gdzie w systemie kadrowym znajduje się przycisk „problemy”, ale jednak - umówmy się - trudno drżeć przed kimś, kto w Twojej głowie ma puchaty ogonek.

Drugi klasyk: wystąpienia publiczne.

Kto je lubi? Są oczywiście jednostki podejrzane, które na hasło „proszę powiedzieć kilka słów” wstają z uśmiechem, poprawiają marynarkę i nagle stają się Cyceronem po espresso. Ja do nich nie należę. Ja należę raczej do grupy osób, które w takiej sytuacji czują, jak język zmienia się w sucharka, myśli rozbiegają się jak stado spanikowanych kur, a serce zaczyna wybijać rytm godny perkusisty na weselu po północy.
Publika wcale nie musi liczyć pięciuset osób, żeby człowiek poczuł się jak ofiara rytualna. Są ludzie, którzy tracą rezon już na urodzinach cioci Maryni, kiedy trzeba powiedzieć „zdrowia, szczęścia” i nie wyjść przy tym na człowieka, który pierwszy raz korzysta z aparatu mowy. A gdyby tak wyobrazić sobie, że nasza publika to kolorowe galaretki owocowe? Albo misie Haribo, które siedzą grzecznie w rzędach i podskakują na swoich żelowych zadkach? Od razu robi się lżej. Bardziej strawnie. Mniej jak sąd ostateczny, a bardziej jak deser po obiedzie.

Oczywiście takie przykłady można mnożyć bez końca, bo wyobraźnia jest jak spiżarnia babci - człowiek zagląda tylko na chwilę, a tam okazuje się, że wszystko jest: kompot, dziwne słoiki, coś podpisane „na później” i jeszcze miejsce na kolejne absurdy.
Wizualizacja może pomóc w różnych sytuacjach. W kolejce do urzędu, kiedy pani w okienku patrzy na Ciebie tak, jakbyś przyszedł z zamiarem osobistego zburzenia porządku administracyjnego państwa. Na rodzinnym obiedzie, gdy wujek po raz trzeci zaczyna wykład o tym, że „kiedyś to było”. W rozmowie z osobą, która mówi dużo, długo i z takim przekonaniem, że człowiek zaczyna tęsknić za ciszą piwnicy.

Ale - bo zawsze jest jakieś „ale”, nawet w pluszowym świecie - wizualizacje mają swoją małą pułapkę. Jeśli człowiek zapędzi się za daleko, konsekwencje mogą być nieciekawe. Bo wizualizacja wizualizacją, ale twarz mamy jedną i niestety bywa zdradziecka. Usta mogą drgnąć. Oko może błysnąć. Z przepony może wydobyć się nieautoryzowany rechot. A wtedy cała misterna konstrukcja psychologicznego mechanizmu obronnego wali się jak domek z kart ustawiony na pralce w trakcie wirowania.

Dlatego ten mechanizm trzeba ćwiczyć. Najlepiej na obiektach, ze strony których nie grożą nam poważne sankcje. Spotkania rodzinne, grono znajomych, neutralne sytuacje towarzyskie - to są dobre poligony doświadczalne. Tam najwyżej ktoś uzna, że jesteś zmęczona, rozkojarzona albo masz specyficzne poczucie humoru. W gabinecie szefa sprawa jest bardziej delikatna. Tam niekontrolowany wybuch śmiechu może zostać odczytany jako brak szacunku, a nie jako spontaniczny efekt uboczny ujrzenia przełożonego w roli nadmuchanego brokułu.

Wiem, co mówię.

Moja własna wizualizacja, o której wspominałam kiedyś w jednym z komentarzy na blogu, skończyła się wyrzuceniem z zajęć na studiach. Zajęcia były nudne w sposób wybitny. Nie zwyczajnie nudne, nie „trochę przydługie”, tylko nudne tak, że czas przestawał płynąć i zaczynał kapać z sufitu. Prowadzący mówił, mówił i mówił, a każde kolejne zdanie było jak dodatkowa warstwa kołdry narzucona na resztki przytomności.
W pewnym momencie mój organizm, próbując ratować się przed całkowitym intelektualnym rozkładem, uruchomił tryb awaryjny. Zaczęłam wyobrażać sobie, że chłop prowadzący zajęcia ma na sobie różowy, pluszowy strój króliczka. Nie jakiś subtelny akcent. Nie niewinne uszka. Całość. Pełen kostium. Futro, brzuch, łapki, ogon. Monumentalny królik akademicki przemawiający do studentów z powagą człowieka, który wierzy, że właśnie przekazuje światu prawdy fundamentalne.

Niestety, popełniłam błąd strategiczny. Podzieliłam się tą wizją z koleżanką siedzącą obok. A to był moment, w którym rozsądek spakował walizkę i wyszedł bez pożegnania.
Zaczęłyśmy wzajemnie dokarmiać tę wizualizację, dorzucając kolejne szczegóły z życia ogromniastego pluszaka. Że poprawia uszko. Że wskakuje na katedrę. Że ma puchaty ogonek, który podryguje przy szczególnie ważnych fragmentach wykładu. Że po zajęciach kica do pokoju pracowników naukowych i tam, z godnością przynależną pluszowej zwierzynie wyższej uczelni, pije herbatę z termosu.
Oczywiście skończyło się to wybuchem niekontrolowanego śmiechu. Takiego, którego nie da się zatrzymać żadną znaną ludzkości metodą. Człowiek zaciska usta, odwraca głowę, udaje kaszel, myśli o rzeczach smutnych, o rachunkach, o podatkach, o przemijaniu - i nic. Śmiech idzie z trzewi jak lawa. Jedna parska, druga się trzęsie, pierwsza próbuje się opanować, druga kwiczy w zeszyt i już po wszystkim.
Prowadzący nie zdzierżył dwóch hien wyjących ze śmiechu w środku jego poważnego akademickiego monologu i wywalił nas za drzwi. Czy było nam przykro? No cóż. Nie przesadzajmy z tym dramatem. Po pierwsze, zajęcia były nudne. Po drugie, na korytarzu mogłyśmy wreszcie dać upust rechotowi blokowanemu w trzewiach. Po trzecie, różowy królik już na zawsze pozostał z nami jako dowód na to, że ludzki umysł w sytuacji zagrożenia potrafi wyprodukować rzeczy piękne, straszne i niebezpieczne jednocześnie.

Taki obrót spraw niekoniecznie powinien mieć jednak miejsce w gabinecie szefa. Dlatego wizualizacje trzeba trzymać w ryzach. One są jak przyprawy. Szczypta potrafi uratować potrawę, ale jeśli wsypiesz całe opakowanie, wszyscy przy stole zaczynają płakać, a ktoś otwiera okno.

Moim zdaniem wizualizowanie to naprawdę przydatna umiejętność. Czasami z niej korzystam, żeby ubarwić swój codzienny żywot, zmniejszyć poziom stresu, odsunąć od siebie lęk albo przynajmniej sprawić, że rzeczywistość przestaje wyglądać jak źle oświetlony korytarz w urzędzie. Niektóre momenty życia łatwiej przeżyć, kiedy człowiek na chwilę odcina się od nich w taki trochę bajkowy, trochę absurdalny sposób.
Świat bywa męczący. Ludzie bywają trudni. Szefowie bywają pluszoodporni tylko do czasu. A my, zamiast od razu eksplodować, możemy czasem po cichu ubrać kogoś w kostium królika, brukselki albo galaretki malinowej i przetrwać jeszcze jeden dzień bez strat w ludziach.

Polecam. Tylko ostrożnie. Pluszowy królik potrafi zaatakować w najmniej odpowiednim momencie ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)