środa, 31 grudnia 2025

Nowy rok, nowa ja… ale na razie zjem ciasto i pomyślę o tym jutro...

Dobrze - skoro mamy być szczerzy, to zróbmy to naprawdę „po bożemu”, czyli z ironią, dystansem i lekkim westchnieniem w stylu: „No trudno, żyjemy dalej”. Koniec roku znowu nadszedł… absolutnie punktualnie, jak zawsze - w przeciwieństwie do nas, spóźnionych od dobrych kilku lat. I tradycyjnie zaczyna się wielkie rozliczanie wszechświata: „Co osiągnęłaś?”, „Jak bardzo się rozwinąłeś?”, „Czy wreszcie stałaś się wersją premium?”. Spokojnie. Jeśli udało ci się w tym roku nie wcisnąć „drzemka” po raz piąty - to już jest medal olimpijski w kategorii „Przetrwanie”.

Bo prawda jest taka, że nikt nas z niczego nie rozlicza. Naprawdę - nie istnieje kosmiczna komisja kontrolująca poziom spełnienia celów. Żaden urzędnik nie wyśle pisma o treści: „Informujemy, że do końca kwartału musi Pani poprawić swoje życie emocjonalne oraz zacząć pić zielone koktajle”. Jedynym inspektorem jest nasz wewnętrzny krytyk - sfrustrowany pracownik działu kontroli jakości, który już dawno powinien dostać wypowiedzenie i kartę podarunkową do spa.

A ta cała noworoczna napinka? Ten doroczny maraton samodoskonalenia? Cóż za piękna tradycja społeczna. Jedni kupują karnet na siłownię, żeby przez dwa tygodnie robił za brelok do kluczy. Inni piszą listę postanowień dłuższą niż regulamin banku. Jeszcze inni zapowiadają, że „od nowego roku będą spokojni, uważni i obecni”, po czym wybuchają, bo makaron gotował się o dwie minuty za długo. I wszyscy udają, że to jest duchowa transformacja, a nie komedia obyczajowa.

Rozsądek na koniec roku? Tak - ale taki, co patrzy na nas i mówi: „Dziecko drogie, czasami największym sukcesem jest po prostu przeżyć dzień bez robienia zbędnej dramy”. Możesz niczego nie podsumowywać. Możesz zjeść ciasto, wypić wino i nie analizować, czy okruszki symbolizują twoje nieprzepracowane emocje. To jest dojrzałość - „deluxe edition”.

A kochanie siebie? Bez połyskujących sloganów i cytatów na tle morza. Czasem wygląda tak: „Tak, obiecałam, że będę medytować codziennie, a medytuję głównie nad tym, co zjeść na kolację - i jakoś funkcjonuję”. Czasem - tak: „Tak, powiedziałam, że przestanę przejmować się opiniami ludzi, ale po pięciu minutach znów analizuję, czy kasjerka w sklepie patrzyła na mnie oceniająco”. Trudno. Jesteśmy ludźmi. A ludziom wolno być niedoskonałymi.

Dodajmy jeszcze jeden wątek - ten o „odkryciach duchowych”. Co roku obiecujemy sobie „złapać balans”, „zadbać o energię”, „słuchać intuicji” - po czym kończymy scrollując Internet o 2:30 w nocy, zastanawiając się, czy przypadkiem nie kupić nowej rośliny w doniczce, która rozwiąże wszystkie nasze problemy egzystencjalne. Spoiler: nie rozwiąże. Ale przynajmniej będzie ładniej w pokoju.

Więc dobrze, stary roku - dziękujemy za lekcje, chaos, wątpliwe decyzje, małe zwycięstwa i wielkie wpadki. Przetrwaliśmy - czasem pięknie, czasem w trybie „byle do weekendu”. A w nowy rok wejdźmy bez patosu - z humorem, sarkazmem, przymrużeniem oka i z tą kojącą świadomością, że życie nie jest konkursem, projektem ani raportem do złożenia… tylko spektaklem, w którym najlepiej grać swoją rolę tak, by czasem móc zejść ze sceny do bufetu i zjeść coś dobrego bez wyrzutów sumienia.

Bo jeśli mamy już coś postanawiać - to tylko tyle: mniej presji, więcej dystansu i trochę więcej czułości dla tego niedoskonałego człowieka, którym codziennie jesteśmy.

wtorek, 30 grudnia 2025

Związek mieszany: komedia w trzech kalamburach...

Siedziałam ostatnio i obserwowałam elementy świata przyrody ożywionej — czyli nieznajomych, znajomych oraz losowo wybrane egzemplarze gatunku Homo Niezrozumialus — i odkryłam prawdę tak oczywistą, że powinna wisieć na tablicach w urzędach: kobiety powinny żyć z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami. Koniec dyskusji. Reszta to eksperyment społeczny, który zaczął się niewinnie, a skończył mniej więcej tak jak wszystkie eksperymenty: ktoś zapomniał wyłączyć prąd, coś wybuchło, a potem społeczeństwo stwierdziło: „No trudno, niech tak zostanie”.

Bo spójrzmy uczciwie: my, kobiety, w swoim gronie funkcjonujemy jak doskonale zestrojony system. Jedna mówi: „nic”, druga wie, że chodzi o „wszystko, łącznie z wydarzeniami z 2012 roku”. Jedna przewróci oczami, a reszta już zna dokładny kontekst emocjonalny, tło historyczne i potencjalne skutki społeczne sytuacji. NASA mogłaby badać ten poziom synchronizacji.

Świat męski natomiast operuje oszczędnym, niemal prehistorycznym systemem znaków.

— No.

— No.

— No.

I to wystarczy. Dialog jak z minimalistycznego dramatu — Beckett mógłby się inspirować. Zero zbytecznych treści, zero komplikacji. Eskapizm mentalny połączony z kultem pilota do telewizora. Pustynia semantyczna, lecz, przyznajmy, zadziwiająco spójna.

Moment przełomowy mojej teorii? Gra w kalambury.

Drużyna żeńska — telepatia, jasnowidzenie, zbiorowa świadomość. Jedna machnie ręką, druga krzyczy: „Pan Tadeusz, księga siódma, wers trzeci!”. Mężczyźni patrzą i zastanawiają się, czy my posiadamy jakiś tajny, żeński protokół komunikacji, instalowany przy urodzeniu.

Drużyna męska — też sukces, tylko inaczej. Jeden pokazuje, drugi zgaduje:

— Czołg?

— Nie.

— Drugi czołg?

— Też nie.

— To może większy czołg?

— TAK!!!

Ale przynajmniej dobrze się bawią.

Drużyna mieszana… tu zaczyna się prawdziwy dramat obyczajowy. On pokazuje, ona patrzy, on macha rękami jak wiatrak w huraganie, ona coraz bardziej zdziwiona. Po pięciu minutach okazuje się, że chodziło o „kotka”. A wyglądało jak „kryzys gospodarczy połączony z egzorcyzmem”.

I potem się dziwimy, że w związkach „bywają nieporozumienia”.

Społeczeństwo jednak twierdzi: „Żyjcie razem, będzie super!”. Jasne. On myśli w punktach, ona w rozdziałach i przypisach. On mówi „spoko”, a ona analizuje ton, kontekst i mikrodrgania brwi. Dwie planety, dwie orbity, zero tłumacza.

Dlatego proponuję system idealny:

– kobiety z kobietami — harmonia, rozmowy, emocjonalne Wi-Fi,

– mężczyźni z mężczyznami — pilot, pizza, piwo, proste komunikaty.

Spotkania tylko w celu przedłużenia gatunku — jak przegląd techniczny. Potem każdy wraca do swojego naturalnego środowiska i świat staje się miejscem szczęśliwszym, spokojniejszym i o dziwo… logiczniejszym.

Ale nie, lepiej udawać, że „można się dogadać  pokojowo, kulturalnie”. Oczywiście! W kalamburach też "można”. Wystarczy 40 minut, cztery awantury i jedno zdanie wypowiedziane z odpowiednim ładunkiem emocjonalnym: „Jak mogłeś nie wiedzieć, że chodziło o bałwana?!”

sobota, 27 grudnia 2025

Jak poszłam na zabieg upiększający i wróciłam jak bohaterka programu „997”, czyli kosmetyczna komedia grozy...

Bywają w życiu takie chwile, kiedy człowiek stoi na rozdrożu i ma dwa wyjścia: albo zostać w domu, nałożyć maseczkę z drogerii za piętnaście złotych i żyć długo oraz szczęśliwie, albo zaufać koleżance, która z błyskiem w oku oznajmia, że odkryła cud estetyki, medycyny i kosmicznej technologii w jednym, a nazywa się to karboksyterapia i sprawia, że człowiek wygląda młodziej, świeżej i bardziej „wow”. I oczywiście, jak na rozsądną, dorosłą kobietę przystało, wybrałam opcję numer dwa, bo przecież co może pójść nie tak, skoro brzmi naukowo, profesjonalnie i jest wykonywane w miejscu, które ma w nazwie słowo „klinika”.

Klinika wyglądała jak świątynia piękna: sterylna biel, delikatne oświetlenie, przyjemna muzyka w tle przypominająca dźwięki harfy w chmurach, zapach luksusu unoszący się w powietrzu jak obietnica nowego życia, a ja, siedząca w fotelu, czułam się jak bohaterka filmu o metamorfozie, która zaraz przejdzie z kategorii „zmęczona, trochę sfatygowana” do poziomu „bogini, która wyspała się przez trzy poprzednie wcielenia”. Leżę więc spokojnie, oddycham, staram się wyglądać jak osoba, która ma wszystko pod kontrolą, podczas gdy w środku modlę się, żeby to faktycznie było przyjemne, delikatne i najlepiej prawie bezbolesne, bo tak właśnie to opisywała koleżanka, której teraz, z perspektywy czasu, powinnam była nadać tytuł Ambasadorki Manipulacji Estetycznej.

I wtedy zaczęło się przedstawienie. Pierwsze wkłucie — lekki szok, uczucie niepokoju, taki subtelny sygnał od organizmu w stylu „hej, to nie jest peeling kawitacyjny, przygotuj się psychicznie”. Drugie wkłucie — mózg zaczyna zadawać pytania egzystencjalne, na przykład: „dlaczego to robię?” albo „czy ja przypadkiem nie byłam już wystarczająco ładna?”. Trzecie wkłucie — dusza pakuje walizki i wychodzi na papierosa przed budynek, zostawiając ciało na fotelu jak ofiarę dobrowolnego eksperymentu medycznego. Czuję się jakby ktoś postanowił nadmuchać moją twarz pompką do pontonu w wersji industrialnej, od środka, bez zapowiedzi, bez litości i bez możliwości zgłoszenia reklamacji, podczas gdy mój słynny „wysoki próg bólu” postanowił w tym samym momencie wyjechać do innego kraju i zmienić nazwisko.

Leżę nieruchomo, wyglądając jak osoba, która udaje odważną, ale jednocześnie wewnętrznie recytuje testament, a pani kosmetolog mówi swoim spokojnym, anielskim głosem: „Jeszcze chwileczkę…”, co brzmi jak zapowiedź łagodnej procedury, ale w mojej głowie zamienia się w dźwięk odliczania do detonacji. W pewnym momencie spogląda mi wnikliwie na twarz, analizuje każdy mięsień, każdy mikroskurcz nerwowy, po czym z pełną szczerością stwierdza: „Widzę po pani minie, że raczej już pani do nas nie wróci”, a ja w duchu myślę, że wrócić to ja nie wrócę nawet myślami, bo moja mimika w tym momencie opowiada historię o bólu, rozczarowaniu i utracie zaufania do cywilizacji.

Zabieg się kończy, wstaję, podchodzę do lustra i widzę… nową wersję siebie. Ale nie taką, która wygląda jak po luksusowym spa na Bali, tylko raczej jak po nieudanej bijatyce z wyższymi siłami, w której brałam udział głową i to wielokrotnie. Twarz czerwona jak rasowy burak, lekko spuchnięta, pulsująca, pełna dramatyzmu i wrażeń, które chciałabym wymazać z pamięci. Gdybym w tym momencie pojawiła się w programie „997 – poszukiwani, ukryci, zaczerwienieni”, zapewne od razu zostałabym bohaterką odcinka specjalnego.

Drogę do domu pokonuję przemykając się, na szczęście nie było daleko. Czarne ubranie, kaptur, kominiarka, aura tajemniczości i rozpaczliwa nadzieja, że nikt mnie nie rozpozna, chociaż w tej wersji mojej twarzy nawet ja sama miałam z tym problem. Poruszałam się jak postać z niskobudżetowego kryminału, mijając witryny sklepów bokiem, przyklejona do murów niczym profesjonalny złodziej emocjonalnie zdruzgotanej estetyki, a każdy człowiek, który spojrzał w moim kierunku, wydawał mi się zagrożeniem dla mojego poczucia godności.

Po kilku dniach skóra faktycznie się ogarnęła, wyglądałam świeżej, młodziej, na bardziej „zadbaną”, a ludzie mówili mi, że promienieję, podczas gdy ja wiedziałam, że jest to blask hartowany w cierpieniu i wspomnieniu igieł. I choć efekt końcowy okazał się przyzwoity, to wewnętrznie czuję, że moja psychika już zawsze będzie nosić bliznę w kształcie słowa „karboksyterapia”.

A koleżanka, która mnie tam wysłała? Oczywiście, że nadal ją lubię, ale kiedy słyszę, jak wypowiada zdanie: „Znalazłam kolejny genialny zabieg, musisz spróbować”, wtedy uśmiecham się spokojnie, jak człowiek, który był na wojnie i przeżył, i w myślach sprawdzam, czy w domu mam zapasową kominiarkę na wszelki wypadek ;)

środa, 24 grudnia 2025

Rodzinne spotkanie przy kontrolowanej dawce cudu...

W grudniu miasto zachowywało się podejrzanie grzecznie. Jakby wiedziało, że jest obserwowane przez kalendarz. Chodniki skrzypiały pod butami niczym stare kości tradycji, a w powietrzu unosił się zapach choinek, mandarynek i lekkiej paniki. Tej samej, która każe ludziom mówić: „w tym roku bez prezentów”, po czym kupować je w ilościach hurtowych.

Bohater tej opowieści, nazwijmy go Aleksandrem (bo dorosłość polega m.in. na tym, że ma się na imię jak bohater powieści, a czuje jak statysta), stał w kolejce po karpia. Karp był martwy, lecz cieszył się większym zainteresowaniem niż on sam na portalach randkowych. Aleksander uznał to za znak czasów. Przed nim mężczyzna negocjował z rybą cenę spojrzeniem, za nim starsza pani opowiadała historię swojego życia, cofając się do czasów, gdy karp był jeszcze młody.

W domu czekał stół — solidny, doświadczony, pamiętający czasy, gdy rozmowy przy nim kończyły się kłótnią o politykę, a nie o gluten. Aleksander ubierał choinkę z namaszczeniem archeologa. Każda bombka była reliktem: tu firmowa impreza, po której „już nigdy”; tam wakacyjna miłość, która nie przetrwała kontaktu z listopadem; gdzie indziej aniołek, który stracił skrzydło w 2009 roku i od tamtej pory symbolizował budżet domowy.

Rodzina przybyła punktualnie według własnej strefy czasowej. Wraz z nią wkroczyły pytania „i co u ciebie?”, zadawane z miną mówiącą „ale szybko, bo barszcz stygnie”. Były życzenia zdrowia od osób, które brzmiały jakby kaszlały alfabetem Morse’a, i prezenty, które wymagały wyjaśnienia. Najdłuższe. Z użyciem gestów.

A potem — jak co roku — wydarzył się cud. Ktoś zaśmiał się szczerze, nie ironicznie. Ktoś przyznał, że jest zmęczony, zamiast mówić, że „wszystko gra”. Barszcz wyszedł idealny: taki, który nie rozwiązuje problemów świata, ale sprawia, że świat na chwilę przestaje ich wymagać. Nawet karp zdawał się patrzeć z talerza z pewnym zrozumieniem.

Aleksander pomyślał wtedy, że Boże Narodzenie to jedyny moment w roku, kiedy dorośli pozwalają sobie być nie do końca dorosłymi. Kiedy ironia odpoczywa, ambicje milkną, a człowiek siedzi przy stole i myśli: „może nie jest idealnie, ale jest… dobrze”. I dokładnie o to chodzi.

I kiedy już opłatek skruszał w palcach, a rozmowy zeszły z wielkich planów na małe nadzieje, przyszła pora na życzenia — te prawdziwe, niewypolerowane.

Niech te Święta będą dla Was jak dobrze napisana powieść:
z humorem, który ratuje w trudnych rozdziałach,
z ironią, która nie rani, i z czułością, która zostaje
na marginesach długo po ostatniej stronie.
Niech będzie Wam dane ciepło — nie tylko z kaloryfera,
spokój — nie tylko na trzy dni,
i bliskość — taka, która nie potrzebuje instrukcji obsługi.
A jeśli Nowy Rok przyniesie niespodzianki,
niech będą one dopasowane do Waszych potrzeb i oczekiwań.
Wesołych, mądrych i naprawdę Waszych Świąt.

wtorek, 23 grudnia 2025

Krótki kurs antropologii stosowanej w markecie, czyli społeczeństwo w koszyku...

Od czasu do czasu nachodzi nas potrzeba uzupełnienia zapasów żywnościowych, wynikająca – dajmy na to – z obecności w naszej lodówce niejadalnej materii, jaką jest światło. Światło zimne, bezlitosne i w żaden sposób niekrzepiące. Wyruszamy więc na zakupy: do marketu, a jeśli ktoś ma żyłkę do luksusu i przepychu – do supermarketu. I właśnie tam, między regałem z makaronami a paletą z wodą mineralną, rozgrywa się prawdziwy teatr społeczny. Dramat, komedia, czasem horror klasy B.

Pozwoliłam sobie poczynić pewne analizy terenowe, a nawet – idąc o krok dalej – dokonać nazewnictwa zaobserwowanych osobowości. Oto krótki przegląd typów, które każdy z nas zna, choć nie każdy chciałby znać aż tak dobrze.


STOJACZ PRZEDOTWARCIOWY

Czasy PRL-u dawno się skończyły, kartki przeszły do historii, a mimo to potrzeba kolejkowania w narodzie nie zmarniała i ma się zaskakująco dobrze. Stojacz przedotwarciowy pojawia się pod drzwiami marketu na długo przed godziną zero, jakby obawiał się, że zabraknie… wszystkiego.

To wyznawca promocji absolutnej, prorok okazji jedynej i niepowtarzalnej. Gotów jest stać w chłodzie i deszczu dla odzieży wakacyjnej w środku zimy, pięciu kilogramów mięsa mielonego mieszanego (3,99 zł za 400 g!) albo przedmiotów domowo-ogrodowo-piwnicznych, których przeznaczenia nikt do końca nie rozumie, ale „za taką cenę to grzech nie brać”. Stojacz ma w oczach błysk zwycięzcy, który wie, że dziś wygra z systemem. Nawet jeśli system wygra z nim.


WYMACYWACZ KOLEKCJONER

Zanim dokona życiowego wyboru – na przykład białego, męskiego podkoszulka – musi rozpakować i obmacać przynajmniej kilka identycznych egzemplarzy. Każdy z osobna. Dokładnie. Metodycznie. Jakby szukał tego jedynego, z którym połączy go metafizyczna więź.

W końcu, po długim procesie decyzyjnym, wybiera właściwy odcień bieli (bo przecież „biały białemu nierówny”) i odchodzi, pozostawiając po sobie krajobraz po przejściu huraganu. Rozbebeszone opakowania, porzucone kartoniki, chaos. Tu niestety – z przykrością odnotowuję – prym wiodą kobiety, choć czynią to z miną pełną niewinności i estetycznej misji.


NAPIERACZ KOLEJKOWY

Scenka klasyczna. Człowiek wyładował już towar na taśmę, stoi grzecznie, czeka na zeskanowanie i moment zapłaty, aż nagle zaczyna odczuwać delikatne, acz stanowcze napieranie koszyka na swój tyłek.

To napieracz kolejkowy – osobnik przekonany, że im bliżej podejdzie, tym szybciej kolejka ruszy. Jego koszyk wwierca się w nasze plecy z uporem godnym lepszej sprawy. Być może wyraża w ten sposób zniecierpliwienie, być może pragnie zapłacić za nasze zakupy. To drugie jednak zdarza się równie często, co wygrana w totolotka bez kuponu.

Napieracz zazwyczaj nie patrzy na nas, tylko na kasjerkę, jakby to ona była winna temu, że świat nie działa szybciej.


OPÓŹNIACZ KOLEJKOWY

Tu mamy do czynienia z klasyfikacją bardziej złożoną, bo opóźniacz występuje w dwóch odmianach: zeskanowanej i niezeskanowanej.

Zeskanowany charakteryzuje się spowolnioną reakcją na bodźce. Towar już dawno przeskanowany, paragon się drukuje, a on nadal stoi i patrzy, jakby liczył, że zakupy same zapakują się do toreb. Najpewniej wierzy w magię lub outsourcing odpowiedzialności. Z moich obserwacji wynika, że w tej kategorii zdecydowanie dominują mężczyźni.

Niezeskanowany natomiast wyłożył towar na taśmę, ale nie nadąża za ruchem własnego życia. Nie stoi przy swoich zakupach, tylko czeka – nie wiadomo na co. Produkuje tak zwane dziury taśmowe, które kasjerka próbuje wypełnić spojrzeniem pełnym rezygnacji.


UCZUCIOWY ZAWALACZ ALEJKOWY

To typ szczególnie czuły. Lubi bliski kontakt z regałami i jest emocjonalnie zespolony ze swoim koszykiem. Wózek i właściciel tworzą zwartą bryłę blokującą dostęp do towaru. Zawalacz stoi dokładnie tam, gdzie my chcielibyśmy sięgnąć po ulubiony jogurcik lub ukochaną kaszankę od chłopa.

Nie reaguje na sygnały niewerbalne, westchnienia ani uprzejme „przepraszam”. Trwa. Jak pomnik. Jakby mówił: „tu jest moje miejsce i nigdzie się nie wybieram”.


ZAPOMINACZ KARTY OSTATECZNY

Zapominacz karty nie przychodzi do kasy nieprzygotowany. On przychodzi z przekonaniem, że wszystko jest pod kontrolą. Uśmiechnięty, spokojny, pewny siebie. Dopiero pytanie kasjerki: „Ma pan/pani kartę?” powoduje subtelne pęknięcie rzeczywistości.

Najpierw jest krótka pauza – taka, w której mózg próbuje jeszcze odzyskać połączenie z pamięcią. Potem następuje klasyczny rytuał przeszukiwania kieszeni, portfela i torebki, przypominający rewizję osobistą przeprowadzaną przez samego siebie. Z każdym kolejnym ruchem rośnie napięcie kolejki i dramat Zapominacza, który nagle uświadamia sobie, że karta nie jest bytem metafizycznym i jednak trzeba ją posiadać fizycznie.

Kulminacją jest zdanie: „Ja tylko skoczę do samochodu.”

To „tylko” trwa dokładnie tyle, ile potrzeba, byśmy zaczęli żałować wszystkich decyzji życiowych, które doprowadziły nas do tej konkretnej kasy.


MANIFESTUJĄCY LICZYCIEL GROSZY 

Liczyciel groszy nie płaci – on daje świadectwo. Jego sakiewka to muzeum numizmatyki, a każda moneta ma swoją historię, którą najwyraźniej należy przypomnieć światu. Wyciąga drobne powoli, z namysłem, jakby podejmował decyzje o strategicznym znaczeniu dla gospodarki kraju.

Każda moneta zostaje położona na ladzie z osobna, policzona, przesunięta i policzona ponownie. Liczyciel nie ufa matematyce, kasom fiskalnym ani ludziom. Ufa tylko sobie. I nawet sobie nie do końca.

Gdy okazuje się, że brakuje kilku groszy, zapada cisza ciężka jak kredyt hipoteczny. Spojrzenie Liczyciela mówi jasno: „To nie ja jestem problemem. To system.”


RODZINA WYCIECZKOWA 2+3

Rodzina wycieczkowa nie robi zakupów – ona uczestniczy w wydarzeniu. Każdy członek rodziny ma tu swoją rolę, choć nikt nie zna scenariusza. Dzieci poruszają się chaotycznie, jedno płacze, drugie negocjuje zakup czegoś absolutnie niepotrzebnego, trzecie właśnie zniknęło i jest poszukiwane głosem niosącym się po całym sklepie.

Rodzice stoją przy półce i prowadzą rozmowę, która mogłaby się odbyć w domu, ale najwyraźniej wymaga obecności dwudziestu obcych osób czekających na dostęp do mleka. Każda decyzja zakupowa konsultowana jest kolektywnie, z udziałem dzieci, losu i znaków z nieba.

Do kasy podchodzą wszyscy. Naraz. Z wózkiem przeładowanym nie tylko zakupami, ale i emocjami.


TELEFONISTA KASOWY

Telefonista nie przerywa rozmowy nawet wtedy, gdy świat wokół niego wyraźnie próbuje się z nim skomunikować. Skanowanie produktów traktuje jak tło dźwiękowe do opowieści o tym, jak bardzo jest zajęty i jak pilne są jego sprawy.

Kasjerka zadaje pytania, Telefonista odpowiada półsłówkami albo gestami, które niczego nie rozwiązują. Płatność kartą? Oczywiście, ale jedną ręką, bo druga trzyma telefon i sens życia.

Telefonista wychodzi ze sklepu z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Kolejka – z poczuciem, że właśnie uczestniczyła w czyimś call center.


APOKALIPTYCZNY CZYTACZ SKŁADÓW 

Czytacz składów ma misję. On nie kupuje jedzenia – on demaskuje. Każda etykieta to potencjalne zagrożenie, każdy składnik to wróg publiczny numer jeden. Czyta długo, dokładnie, z miną kogoś, kto właśnie odkrywa spisek międzynarodowych koncernów.

Odkłada produkt z obrzydzeniem, bierze kolejny, marszczy brwi jeszcze mocniej. W końcu wybiera coś, co jest „najmniej złe”, bo ideału i tak nie ma. Wózek pozostaje prawie pusty, ale moralna wyższość została osiągnięta.

Czytacz opuszcza sklep głodny, ale czysty duchowo.


BLOKOWACZ DRZWI WEJŚCIOWYCH

Blokowacz wchodzi do sklepu i natychmiast traci orientację w czasoprzestrzeni. Staje dokładnie tam, gdzie absolutnie nie powinien, i zaczyna się rozglądać, jakby teleportował się do obcego kraju.

Za nim tworzy się korek, ludzie próbują go ominąć, ale Blokowacz jest niewzruszony. On musi się zastanowić. Przypomnieć sobie listę zakupów. Życie. Sens istnienia.

Dopiero po chwili rusza dalej, zostawiając za sobą falę frustracji i jedną, niewypowiedzianą myśl: „Dlaczego akurat tutaj?”


SELEKCJONER NAJLEPSZYCH BUŁEK 

Selekcjoner nie wierzy w przypadek. Każda bułka jest potencjalnie tą jedyną – ale tylko do momentu, aż zostanie dotknięta kolejna. Testuje sprężystość, wagę, strukturę, jakby wybierał materac na resztę życia.

Rękawiczki są zbędne. Kontakt musi być bezpośredni, cielesny, prawdziwy. Bułki wracają na półkę już „po przejściach”, ale Selekcjoner nie widzi w tym problemu. On tylko szuka najlepszej.

W końcu wybiera. Zawsze. I zawsze mamy wrażenie, że żadna z nich na tym nie skorzystała.


I tak, wychodząc ze sklepu z siatką w ręku i lekkim drżeniem powieki, uświadamiamy sobie jedno: market to nie miejsce zakupów. To przekrój społeczeństwa w pigułce. Lustro, w którym każdy z nas – z przerażeniem lub rozbawieniem – może dostrzec samego siebie. Bo najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy z opisanych typów zawsze wydaje się nam kimś innym. I tylko czasem, bardzo rzadko, przy kasie… zaczynamy się zastanawiać...

To oczywiście tylko skrót moich obserwacji poczynionych w sklepach dużych i małych. Materiał badawczy jest niewyczerpany, a kolejne typy osobowości czekają na odkrycie między mrożonkami a chemią gospodarczą. Jedno jest pewne: idąc na zakupy, nigdy nie jesteśmy sami. Towarzyszy nam cały przekrój społeczeństwa – z koszykiem, wózkiem i bardzo wyraźną osobowością.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Szklana cisza - historia cichego alkoholizmu...

Nie piła, żeby zapomnieć.

Piła, żeby nie czuć, jak bardzo pamięta.

Każdy łyk był krótką amnestią — zawieszeniem wyroku wydanego przez myśli, które od rana domagały się uwagi. Alkohol nie był jej wrogiem. Był jedynym, który nie zadawał pytań. Nie oczekiwał wyjaśnień, rozwoju, autorefleksji. Przyjmował ją taką, jaka była w danej chwili: zmęczoną, pękniętą, niedokończoną.

Jej mieszkanie wyglądało jak wystawa życia, które się udało. Blaty lśniły, podłoga pachniała cytryną, filiżanki stały w równym rządku. Porządek był niemal obsesyjny, jakby każdy idealnie ustawiony przedmiot miał zatrzymać chaos przed wdarciem się głębiej. Butelki nie stały na wierzchu — chowała je do szafek, do toreb; resztę nosiła we krwi. Alkoholizm u kobiet rzadko bywa krzykliwy. Częściej przypomina szept, który trwa latami i powoli zastępuje myślenie.

Była mistrzynią pozorów. Wykształcona, elokwentna, punktualna. Potrafiła mówić o pracy, literaturze, przyszłości. O wszystkim poza sobą. Wino przyszło jako obietnica odpoczynku. Potem jako narzędzie. W końcu jako konieczność. Granica między „chcę” a „muszę” przesunęła się tak niepostrzeżenie, że zorientowała się dopiero wtedy, gdy przestała ją obchodzić.

Upadek nie przyszedł jednego dnia. Przychodził w drobnych kompromisach.

Zaczęło się od poranków, w których nie była pewna, czy wysłała wczoraj wszystkie maile. Sprawdzała skrzynkę z bijącym sercem, czytając własne zdania jak obce — zbyt emocjonalne, zbyt długie, czasem niepokojąco szczere. Tłumaczyła to zmęczeniem. Zawsze można wszystko wytłumaczyć zmęczeniem.

Był dzień, w którym przyszła do pracy spóźniona pierwszy raz od lat. Stała w windzie, czując, że zapach alkoholu nie istnieje tylko dlatego, że nikt nie chce go nazwać. Spojrzenia kolegów trwały o ułamek sekundy dłużej. Szef zapytał, czy wszystko w porządku — tonem, który nie był już uprzejmy, lecz czujny. Skinęła głową. Kobiety uczą się potakiwać nawet wtedy, gdy się rozpadają.

Najbardziej bała się poranków. Nie kaca — tej pierwszej sekundy świadomości, w której wracało pytanie: czy wczoraj znów przegrałam?

Poranki obnażają prawdę. Nie da się ich zagadać ani rozcieńczyć. W lustrze widziała kobietę, która wciąż miała jej twarz, ale coraz mniej obecności. Alkohol nie zabiera wszystkiego naraz. Najpierw zabiera zdolność bycia ze sobą bez paniki.

Zdarzały się wieczory, których nie pamiętała wcale. Budziła się w ubraniu, z telefonem rozładowanym do zera i poczuciem straty, której nie potrafiła nazwać. Raz znalazła w koszu potłuczony talerz. Innym razem — nietknięte jedzenie, zimne, jak dowód na to, że ciało jeszcze czegoś chciało, ale umysł już nie był obecny.

Najdotkliwsze były drobne zaniedbania. Zapomniała o urodzinach przyjaciółki. Przegapiła wizytę u lekarza. Nie oddzwoniła do matki przez tydzień, bo nie potrafiła złożyć sensownego zdania. Alkohol nie niszczy relacji spektakularnie. Najpierw je rozrzedza.

Pewnego dnia zgubiła klucze. Szukała ich przez godzinę, aż znalazła w lodówce — obok otwartej butelki wina. Usiadła wtedy na podłodze i rozpłakała się nie z rozpaczy, lecz z przerażenia. Zrozumiała, że traci kontrolę nad rzeczami elementarnymi: pamięcią, ciałem, orientacją w czasie i przestrzeni.

Była też noc, gdy zadzwoniła do byłego partnera. Nie po to, by wrócić. Po to, by ktoś potwierdził jej istnienie. Rozmowa była krótka, niezręczna, pełna ciszy. Następnego dnia wstyd był tak dotkliwy, że nie potrafiła spojrzeć w lustro. Alkohol obiecuje ulgę, a zostawia nagą bezradność.

W sklepie osiedlowym sprzedawczyni przestała pytać, czy „to na prezent”. Zaczęła podawać wino bez słowa. W tamtym automatyzmie zobaczyła swoje odbicie — kobietę przewidywalną. A nic tak nie boli jak świadomość, że czyjś nałóg stał się rutyną dla obcych ludzi.

Moment przełomu nie przyszedł z hukiem. Przyszedł ze zmęczeniem. Stała w kuchni, z kieliszkiem w dłoni, i nagle pomyślała: ja już nie piję z wyboru. To zdanie miało ciężar ołowiu. Zrozumiała, że alkohol już jej nie koi — tylko przedłuża cierpienie. Że pije nie po to, by żyć, ale by nie umierać za szybko w środku.

Pierwsze dni trzeźwości były brutalne. Cisza krzyczała. Ciało domagało się chemii, umysł — ucieczki. Wszystko, co przez lata było tłumione, wracało bez litości: żal, gniew, poczucie straty, pytania o zmarnowany czas. Trzeźwość nie była nagrodą. Była konfrontacją.

Z czasem zaczęła rozumieć, że alkohol był językiem, którym mówiła o swoim bólu. Że piła, bo nie umiała być dla siebie łagodna. Każdy dzień bez alkoholu był odzyskiwaniem małego terytorium — pamięci, snu, myśli. Uczyła się znów słuchać ciszy, nie zalewać jej winem. Cisza okazała się trudna, ale uczciwa.

Dziś nie mówi, że „wygrała”. Wie, że choroba nie znika — zmienia się w czujność. Wybiera trzeźwość nie dlatego, że jest łatwa, ale dlatego, że jest prawdziwa. Po raz pierwszy od dawna jej życie nie jest znieczulone.

Ta historia nie jest opowieścią o triumfie. Jest opowieścią o kobiecie, która przestała się oszukiwać. Bo największą odwagą nie jest przestać pić — lecz odważyć się czuć.

Alkoholizm nie jest brakiem charakteru. Jest desperacką próbą ulgi. A trzeźwość nie jest końcem. Jest powrotem do siebie — powolnym, nieidealnym, ale jedynym, który daje szansę na prawdę.

piątek, 19 grudnia 2025

Bielizna wyszczuplająca – czyli opowieść o iluzji, pocie i godności...

Każda kobieta ma w życiu przynajmniej jeden moment słabości. Taki, w którym patrzy w lustro i zamiast realnego odbicia widzi wizję siebie „po drobnej korekcie rzeczywistości”. Dwa centymetry mniej brzucha, trzy więcej godności, poproszę. U jednych kończy się to grzywką, u innych tatuażem, a u mnie – bielizną wyszczuplającą.

Nie była to decyzja impulsywna. To była decyzja głęboko przemyślana… przez jakieś cztery minuty. To wystarczająco długo, by zniszczyć życie. W głowie miałam wizję: smukła sylwetka, gładka linia bioder, brzuch jak z photoshopa. Klik. Kupione. Rozmiar oczywiście ambitny – bo przecież człowiek nie tyje, tylko ma „potencjał”.

Gdy wyjęłam to dzieło nowoczesnej inżynierii tekstylnej z opakowania, przez chwilę byłam przekonana, że zaszła jakaś pomyłka. To wyglądało jak sprzęt nurkowy dla lalki Barbie. To ma wejść NA MNIE? Czy producent wierzy w cuda? Materiał elastyczny, owszem – ale tylko w teorii. W praktyce przypominał gumę do żucia po tygodniu zalegania na chodniku.

Zakładanie przypominało pojedynek: ja kontra lateks.

Najpierw łydki – jeszcze ufne. No widzisz, współpracujemy.

Kolana – punkt graniczny cywilizacji. Dlaczego wszystko co dobre w moim życiu kończy się na kolanach?

Potem uda – wyjątkowo podejrzliwe. Nie pchaj się, tu nie ma miejsca, tu już ktoś mieszka!

Dalej było tylko negocjowanie godności w zamkniętym pomieszczeniu z lustrem, które wszystko widziało i niczego nie zapomniało.

Kiedy w końcu osiągnęłam poziom „jako tako wciągnięte”, zrozumiałam, że ten strój nie modeluje sylwetki – on ją przesuwa.

Tłuszcz jak w urzędzie – zmienia okienko. Z dołu w górę, z góry na boki, z boków w miejsca, których istnienia wcześniej nie podejrzewałam.

Efekt? Owszem. Talia była. Brzuch zniknął. Halo, był tu przed chwilą, gdzie on jest? Ale w zamian pojawił się nowy, nieznany dotąd kontynent w okolicach żeber. Biust awansował o dwie kategorie geograficzne. Oddychanie weszło w tryb ekonomiczny. Oddychamy oszczędnie, jak w czasie kryzysu.

W pracy usłyszałam:

– Jakoś tak… szczuplej dziś wyglądasz.

Uśmiechnęłam się dumnie, nie zdradzając, że pod bluzką toczy się cicha walka o dopływ tlenu. (Nie rozśmieszaj mnie, bo mi pękną szwy i relacje międzyludzkie).

Po trzech godzinach zrozumiałam, że bielizna wyszczuplająca nie działa na zasadzie „noszę – chudnę”, tylko „noszę – paruję”. Proces odwadniania zachodzi błyskawicznie. Organizm, nie mogąc wydalić emocji, wydala wszystko inne. Jeśli tak dalej pójdzie, zostanę rodzynkiem.

A potem przyszła chwila próby. Zwykła, ludzka potrzeba fizjologiczna... Nie. Nie teraz. Przełóżmy to na jutro?!?

I wówczas dotarło do mnie, że to nie jest bielizna. To jest system zamknięty. Zdjęcie tego ustrojstwa w warunkach publicznego szaletu graniczy z cudem. To jak próba rozbrojenia bomby w windzie, bez instrukcji i z drżącymi rękami. Którą warstwę odwijam pierwszą? Czy to jeszcze lateks, czy to już moje fałdy? Udało się. Z minimalnymi stratami psychicznymi. Psychika przeżyje. Godność została lekko poturbowana.

Wieczorem, zdejmując ten wynalazek, poczułam coś, czego dawno nie czułam: prawdziwe rozprężenie materii. Ciało wróciło do swoich naturalnych kształtów z ulgą godną powracających z emigracji. Witajcie w domu, dziewczyny, rozpakujcie się! A ja spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie – nie wersję „premium”, tylko oryginał.

Nagle mnie olśniło... Wiecie – jak w tych kreskówkach, kiedy na łeb spada ciężki przedmiot...

Bielizna wyszczuplająca nie powstała po to, żeby odchudzać kobiety. Ona powstała po to, żebyśmy przez kilka godzin uwierzyły, że problem nie leży w ubraniach, tylko w nas. A kiedy ją zdejmujemy – żebyśmy doceniły, jak pięknie oddycha się bez kompromisów. I jak cudownie można usiąść bez efektu „strzału bocznego” ;)

środa, 17 grudnia 2025

12 pierogów i jeden cud...

— Marek, czy ty wiesz, że Wigilia jest dzisiaj?! — głos Asi w telefonie brzmiał jak syrena alarmowa, która nie tyle ostrzega, co już oskarża.

Marek stał w kolejce do kasy. Przed nim choinka z krzywym czubkiem, za nim człowiek z karpiem patrzącym w wieczność. Święta przyszły nagle. Jak zawsze.

— Oczywiście, że wiem… tylko zapomniałem — odpowiedział spokojnie.

— Ty zawsze coś „zapominasz”. Ojca, prezentów, rozmów, emocji…

— Ale karpia mam.

— Gratuluję. Ojciec karpia nie przytuli.

Rozłączyła się. Marek spojrzał na karpia. Karp spojrzał na Marka. Byli na tym samym etapie egzystencjalnego pogodzenia.

W domu czekała już mała domowa apokalipsa w wersji świątecznej. W powietrzu unosił się zapach mąki, barszczu i rodzinnych pretensji podgrzewanych od kilku pokoleń.

— Kto mi ukradł wałek?! — ryknęła babcia z kuchni, w fartuchu dowódcy.

— To nie był wałek, tylko narzędzie tortur — mruknął ojciec, obejrzawszy swoje dłonie po kolejnej turze lepienia pierogów.

Asia siedziała na blacie, obierała pomarańcze i rozsypywała wokół siebie zapach dzieciństwa.

— Marek, pocałuj mnie na dzień dobry, zanim wszyscy zwariujemy.

Pocałował.

— Cud! — krzyknęła babcia. — On żyje emocjonalnie!

Do drzwi zapukał pan Zbyszek, sąsiad od wiecznych „chwileczek”. Miał minę człowieka, który wyszedł tylko po sól, a wróci po Nowym Roku.

— Przyniosłem śledzia. I żonę. Żona w trybie oszczędzania energii, proszę obchodzić się delikatnie.

Za nim rzeczywiście pojawiła się żona — drobna, w szalu owiniętym jak kokon, uśmiechnęła się nieśmiało i skinęła głową, jakby mówiła: potwierdzam, dziś tylko na niskich obrotach.

Zza jego pleców wyłoniła się wtedy niespodziewanie pani Krysia z klatki obok, w swetrze z reniferem tak wielkim, że wyglądał, jakby chciał przejąć mieszkanie.

— Przyniosłam makowiec. I dobrą nowinę.

— Jaką? — zapytał ojciec.

— Że żyjemy. Reszta to dodatki.

Stół rósł. Naprawdę rósł. Jak zaczarowany mebel z dziecięcej bajki. Dochodziły kolejne talerze, krzesła, ludzie i historie. Ktoś przyniósł barszcz, ktoś opowieść o złamanym sercu, ktoś tylko śmiech, który nagle zaczął się rozchodzić po domu jak ciepło od kaloryfera.

Nawet pies sąsiadów znalazł miejsce pod stołem i też postanowił świętować po swojemu, najwyraźniej uznając, że to najlepsze miejsce na obserwację cudów.

— No dobra — powiedziała babcia, łamiąc opłatek z miną polityka wygłaszającego mowę narodu. — Życzmy sobie mądrze. Bez banałów.

— Ja chcę spokoju — mruknął ojciec.

— Ja szczęścia — powiedziała cicho Asia, już mniej zaczepnie, bardziej prawdziwie.

— Ja, żeby Marek w końcu dorósł — dorzucił pan Zbyszek.

— A ja — odezwała się pani Krysia, poprawiając reniferowy róg na swetrze — żebyśmy za rok znowu byli nieidealni. Bo idealni ludzie się nie śmieją.

Cisza rozlała się po stole. Taka dobra. Ciężka od wzruszeń, ale miękka jak światło świec.

Marek spojrzał na nich wszystkich: na dłonie w mące, na oczy błyszczące od śmiechu, na serca w rozsypce, które jakimś cudem nadal trzymają się razem. I wtedy zrozumiał, że Boże Narodzenie nie zawsze przychodzi z nieba. Czasem przychodzi z kuchni. Z klatki schodowej. Z czyjegoś podobieństwa do naszego chaosu.

— Wiecie co? — powiedział cicho. — Ja wam życzę odwagi. Takiej, która pozwala zostać dobrym, nawet gdy świat wcale tego nie ułatwia.

— Ooo, filozof nam się włączył — prychnęła Asia.

— To przez karpia — westchnęła babcia. — On zawsze działa refleksyjnie.

Śmiali się długo. Po szybach powoli spływała zima. W kubkach parowała herbata. W sercach coś się rozwiązywało, prostowało, zaczynało od nowa.

I choć nikt nie zobaczył anioła, wszyscy wiedzieli jedno: Cud się wydarzył. Bo znowu byli razem.

"Nie chodzi o to, by świat był idealny. Chodzi o to, byśmy czasem byli dla siebie wystarczający."

niedziela, 14 grudnia 2025

O pączkach, chmurach i sprawach ostatecznych...

13 grudnia 2025 roku postanowiliśmy – ja, mój osobisty chłop domowy oraz zaprzyjaźniona para heteryków – że zdobędziemy Szczeliniec Wielki. Decyzja zapadła raczej spontanicznie, jak to najlepsze decyzje: bez planu treningowego, za to z torbą pączków z nadzieniem w postaci marmolady owocowej oraz kruchych ciastek z dżemikiem i strategiczną dziurką. Prowiant, zgodnie z moją życiową filozofią, należało zutylizować szybko i solidarnie – najlepiej w żołądkach współtowarzyszy, zanim zdąży nabrać metafizycznego znaczenia.

Zbiórka w Pasterce. Miejscowość tonęła w mgle tak gęstej, że można ją było kroić nożem i smarować nią kanapki, ewentualnie te ciastka z dziurkami ;) Tajemnica sączyła się z każdego kąta, a my – odziani w opary wilgoci oraz stosowną odzież wierzchnią – utwierdziliśmy się w przekonaniu, że to był znakomity pomysł. Bo jeśli dzień zaczyna się mgłą, to musi skończyć się objawieniem. Innej opcji nie dopuszczaliśmy.

Droga do schroniska? „Tylko” 30 minut. Cudzysłów tu jest kluczowy i ma wagę godną tytułu naukowego. W praktyce były to długie minuty intensywnej rozmowy z własną kondycją, która – delikatnie mówiąc – od dłuższego czasu nie była zapraszana do dialogu. Nie żeby towarzystwo jakieś srodze leniwe było, ale wiadomo jak to jest  w mieście człowiek zbyt często nie pokonuje żółtych, stromych szlaków. 
Śliskie, nagie skałki, błotnista ścieżka i nachylenie terenu patrzące na nas z ironiczną pobłażliwością nie sprzyjały radosnym harcom. Szczególnie że należeliśmy do grupy demograficznej „45+ i jeszcze żyję, ale czemu tak ciężko oddycham?”.

Gdy minęła nas para czeskich seniorów, dziarskim krokiem, bez zadyszki, bez zadumy, bez śladu egzystencjalnego kryzysu, poczułam ukłucie. Nie w łydce – w duszy. Wstyd spowił mnie szczelniej niż poranna mgła. W tej właśnie chwili zrodziło się we mnie mocne postanowienie poprawy kondycji. Takie prawdziwe. Do odwołania. I w tym miejscu nie popadałabym w nadmierne zachwyty nad moimi mocnymi postanowieniami, gdyż w przeszłości bywało ich wiele i sporo z nich skończyło marnie ;)

No więc leźliśmy. Metodycznie, godnie, z godnością wyraźnie nadwyrężoną, ale wciąż obecną. Żółtym szlakiem – tym samym, który na mapie wygląda jak niewinna kreska, a w rzeczywistości okazuje się testem charakteru i kolan. Szliśmy, sapiąc w rytmie własnych myśli, i w końcu – ku zdumieniu wszystkich zainteresowanych – doleźliśmy.

Wtedy nastąpiło coś, co w filmach zwykle sygnalizuje muzyka smyczkowa i powolne zbliżenie kamery. Jakby ktoś, znudzony naszym mozołem, odsunął teatralną kurtynę zrobioną z mgły. Bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia. Matka Natura, najwyraźniej w doskonałym humorze, wywaliła na wierzch swoje najlepsze atuty. Zero subtelności, pełna ekspozycja. Morze chmur. Ogromne, bezczelnie piękne, miękkie jak puch i falujące jakby miało własny rytm oddechu.

A my – proszę bardzo – ponad tym wszystkim. Jakbyśmy nagle awansowali do loży VIP wszechświata. Słońce lało się z nieba hojnie, bez limitu, błękit był tak intensywny, że aż podejrzany. Świat na moment przestał się spieszyć. Zegar gdzieś się zawiesił, powiadomienia zamilkły, a rzeczy ważne nagle okazały się prostsze, niż udawały na dole. Oddychaliśmy wolniej, głębiej, jakby ktoś nam przypomniał, do czego właściwie służą płuca – i życie. Razem z nami oddychał cały ten krajobraz, a my, zmęczeni, staliśmy tam z poczuciem, że oto właśnie dostaliśmy nagrodę.

I chyba dlatego czasem warto wejść na jakiś szczyt. Nie po kroki zapisane w aplikacji, nie po kalorie skrupulatnie odhaczone w ramach dobrego samopoczucia, nawet niekoniecznie po zdjęcia. Raczej po moment zatrzymania. Po to ciche „aha”, kiedy dociera, że ponad mgłą codzienności bywa jasno. Że piękno nie zawsze puka grzecznie do drzwi – czasem po prostu wchodzi, rozpychając się łokciami i zostaje w pamięci na długo. I że świat, mimo zmęczenia, zadyszki i drobnych wstydów, wciąż potrafi być zdumiewająco piękny. Wystarczy odrobina wysiłku, chwila szczerości wobec siebie i gotowość, by na moment spojrzeć ponad chmury.




piątek, 12 grudnia 2025

Tam, gdzie zaczyna się oddech...

Siedziała na skraju łóżka, jakby bała się zająć zbyt wiele miejsca. Pokój był cichy, aż nazbyt cichy, a cisza miała ciężar mokrej wełny – przygniatała, grzała i dusiła jednocześnie. Na parapecie stał kubek z herbatą, zimną już od dawna, z cienkim pierścieniem osadu na ściankach. Lidia nie pamiętała, kiedy ją zaparzyła. Pamiętała tylko uczucie, że powinna była coś zrobić – i że nie zrobiła.

Depresja przyszła do niej cicho. Nie wdarła się jak burza, nie wywróciła mebli. Przysiadła w kącie, jak nieproszony gość, który jednak zachowuje się tak uprzejmie, że nikt nie ma odwagi go wyprosić. Na początku tylko odbierała kolory. Czerwień pomidora była już tylko informacją o czerwieni. Błękit nieba – pojęciem. Potem zabrała dźwięki. Śmiech ludzi na ulicy docierał do Lidii jak przez grube szkło, stłumiony, obcy. Na końcu wzięła jej ciało – sprawiła, że każda czynność zabierała z niej życie.

Najgorzej było rano. Moment przebudzenia był jak okrutny cud. Przez ułamek sekundy nie istniała depresja, nie było ciężaru, nie było wstydu, nie było lęku. Było tylko białe światło w głowie. A potem wszystko spadało naraz, jak zasłona teatralna, jak wyrok. Lidia wtedy leżała bez ruchu, wpatrzona w sufit, i negocjowała z czasem.

„Jeszcze pięć minut” – mówiła w myślach.

Czas nie odpowiadał.

Kiedyś była kobietą, która kochała spacerować. Miała zwyczaj liczyć kroki między latarniami i zgadywać, w którym oknie ktoś właśnie kończy kolację, w którym ktoś płacze, a w którym ktoś całuje się pierwszy raz. Teraz nie wychodziła. Drzwi były jak granica między światami: za nimi życie, tu – przechowalnia oddechu.

Telefon leżał na podłodze od kilku dni. Spadł i już tak został. Migające powiadomienia były jak maleńkie, bezradne wołania, ale Lidia nie miała w sobie siły, żeby po nie sięgnąć. Każda wiadomość brzmiała jak oskarżenie: „Dlaczego nie odpisujesz?”, „Dlaczego zniknęłaś?”. A ona nie znikała. Ona tonęła.

Najgorszy był wstyd. Wstyd, że nie potrafi być wdzięczna. Że ma dach nad głową, pracę, ludzi, którzy pytają — a jednak w środku zieje w niej czarna jama. Wstyd, że nie umie wytłumaczyć, iż nie chodzi o smutek. Smutek to uczucie. Depresja to brak uczuć, wypłowienie świata do odcieni szarości.

Któregoś dnia, kiedy nie miała już siły nawet płakać, zadzwonił dzwonek do drzwi. Dźwięk przeciął powietrze jak pęknięcie lodu. Lidia nie ruszyła się. Dzwonek zadzwonił drugi raz. I trzeci.

W końcu wstała – nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że coś w niej pękło z irytacji, a irytacja była czymś. Jakimkolwiek ruchem.

Za drzwiami stała starsza sąsiadka z parteru, ta z wiecznie drżącymi rękami i z oczami, które wyglądały, jakby pamiętały wojnę, nawet jeśli jej nie przeżyły.

– Dziecko – powiedziała bez wstępów. – Od tygodnia widzę, że w twojej kuchni pali się światło dzień i noc. Pomyślałam, że albo umarłaś, albo bardzo cierpisz.

To zdanie było tak nieporadne, tak brutalnie prawdziwe, że Lidia zaczęła płakać. Nagle, gwałtownie, bez godności. Osunęła się na podłogę w przedpokoju jak pusta torba i szlochała, aż zabrakło jej tchu. Starsza kobieta nic nie mówiła. Usiadła obok. Jej ręka była ciepła i chropowata. Trzymała ją za dłoń, jakby trzymała cumę przy burcie.

– Ja też tak kiedyś leżałam – odezwała się w końcu. – Po śmierci męża. Myślałam, że już zawsze będę tylko oddychać. A potem pewnego dnia umyłam filiżankę. Jedną. I to było wszystko, na co było mnie stać. Ale wystarczyło, żeby nie umrzeć.

Filiżanka... Lidia pomyślała o zimnym kubku na parapecie.

Tego dnia nie wydarzył się cud. Depresja nie zniknęła. Nie stała się lżejsza. Ale w tym stalowym świecie pojawiła się rysa – cieniutka jak włos. Wieczorem Lidia wstała i zaniosła kubek do zlewu. Zsunęła z niego osad palcem, ostrożnie, jakby dotykała rany. Potem odkręciła wodę. Słuchała jej szumu długo, niczym opowieści o życiu, które mimo wszystko płynie.

Następnego dnia otworzyła okno. Tylko na kilka centymetrów. Wpuściła do środka zimne powietrze i zapach mokrego betonu. Oddychała nim nieufnie.

Nie było odrodzenia. Nie było światła jak z filmów. Był tylko bardzo powolny, bolesny powrót do ciężaru istnienia. Ale teraz ten ciężar miał sens. Jak noszenie czegoś, co jednak jest ważne.

Lidia uczyła się od nowa drobiazgów. Mycia kolejnego kubka. Odpowiadania na jedną wiadomość dziennie. Pięciu minut spaceru wokół bloku. Świat wracał w odpryskach – krzywym uśmiechu sąsiadki, skrzypieniu schodów, smaku chleba z masłem.

Depresja wciąż w niej była. Ale nie była już samotna.

A samotność – zrozumiała pewnego wieczoru, siedząc przy otwartym oknie – jest najciemniejszą formą choroby...