Masz być jak Tommy Lee Jones w "Ściganym"! – podpowiada mi rzeczywistość, z subtelnością młotka pneumatycznego. Nie chodzi o charyzmę ani o filmowy magnetyzm. Chodzi o to spojrzenie, które mówi: „załatwimy to teraz”, i ton, który sprawia, że nawet automatyczna sekretarka zaczyna się pocić. Bo jeśli nie jesteś wystarczająco głośna, twarda i – nazwijmy rzecz po imieniu – upierdliwa, to świat traktuje cię jak wersję demo człowieka: coś działa, ale bez pełnej funkcjonalności. Uprzejmość? Owszem, piękna cecha. Tyle że w praktyce często działa jak miękki fotel w poczekalni – wygodnie się w nim siedzi… i czeka. Długo. Bardzo długo.
Z natury jestem raczej ciepłą herbatą z cytryną niż espresso z podwójnym shotem frustracji. Nie wchodzę do pomieszczeń z hukiem, nie rozdaję werbalnych policzków na prawo i lewo. Lubię ludzi, naprawdę. Ale życie – ten bezczelny scenarzysta – coraz częściej wrzuca mnie w rolę, w której powinnam warczeć, pokazywać zęby i symbolicznie znaczyć teren. Bo inaczej ktoś inny zrobi to za mnie. I to na mojej działce.
Ostatnio padł internet w domostwie. Klasyk, jak „M jak miłość”, tylko mniej wzruszający. Dzwonię, tłumaczę spokojnie, z gracją i składnią zdania podrzędnie złożonego. Konsultantka przez duże K zapewnia mnie, że „już się tym zajmuje” i „oddzwoni”. Oddzwoni – to jedno z tych słów, które brzmią jak obietnica, a działają jak poezja współczesna: każdy interpretuje po swojemu.
Czekam. Godzinę, dwie, trzy. Internetu brak, telefonu brak, za to mój poziom zen zaczyna przypominać notowania giełdowe w czasie kryzysu. Dzwonię ponownie – słyszę mantrę o zajętych konsultantach, śpiewaną w rytmie, który powinien być karany mandatem za znęcanie się nad słuchem. Piszę maila. Odpowiedź przychodzi szybko – jakby była generowana przez algorytm karmiony optymizmem: „wkrótce wszystko będzie działać”. „Wkrótce” – słowo tak pojemne, że zmieści się w nim i pół godziny, i epoka lodowcowa.
Wieczór zapada, firma znika z radarów, a ja zaczynam przypominać czajnik na gazie – jeszcze chwila i zacznę gwizdać. Zostaję z ciszą w routerze i monologiem wewnętrznym, który zaczyna mieć coraz mniej cenzuralne wątki.
Następnego dnia wracam do gry. Mail – cisza. Telefon – zajęci. I w końcu ktoś odbiera. Tyle że tym razem do słuchawki nie mówi już ta wersja mnie, która dziękuje za każdą najmniejszą uprzejmość. Do głosu dochodzi mój wewnętrzny Tommy Lee Jones – bezkompromisowy, zwięzły i średnio zainteresowany czyimiś wymówkami. Zdania są krótkie, ton ostry, a ja sama czuję się jak własna, mniej sympatyczna wersja reżyserska. I choć gdzieś z tyłu głowy miga mi czerwone światełko „zaraz będziesz się tego wstydzić”, to… nie odpuszczam. Efekt? Internet wraca po trzydziestu minutach. Trzydziestu. Minutach. Czyli jednak można było – tylko trzeba było najpierw odpalić tryb „postrach słuchawek”.
Pojawia się pytanie, które uwiera jak metka w nowej bluzce: czy naprawdę trzeba być werbalnym buldożerem, żeby coś załatwić? Czy uprzejmość jest dziś językiem martwym, używanym głównie w podręcznikach i na szkoleniach z obsługi klienta? Nie mam złudzeń – świat nie jest czarno-biały, a ludzie nie dzielą się wyłącznie na miłych i skutecznych albo niemiłych i skutecznych jeszcze bardziej. Ale trudno nie zauważyć, że podniesiony ton działa jak przycisk „turbo”. Nagle wszystko przyspiesza, sprawy się materializują, a rzeczy niemożliwe stają się… pilne.
Paradoks polega na tym, że większość z nas nie lubi takiego zachowania – ani jako nadawcy, ani jako odbiorcy. A jednak system zdaje się premiować tych, którzy potrafią tupnąć nogą i podnieść głos. To trochę jak gra w szachy, w której nagle okazuje się, że zamiast strategii wygrywa ten, kto pierwszy rzuci figurą w przeciwnika.
Oczywiście są sytuacje, w których ta „strategia Tommy’ego” nie przejdzie. Na przykład podczas kontroli drogowej – wtedy nagle przypominam sobie wszystkie zasady dobrego wychowania, a moja wewnętrzna lwica zamienia się w potulnego kotka. Bo jak widać, nawet najbardziej bojowa postawa ma swoje granice… i taryfikator punktów karnych.
Czy da się inaczej? Chciałabym wierzyć, że tak. Że uprzejmość i stanowczość mogą iść w parze, jak dobrze dobrany duet, a nie jak skłóceni sąsiedzi zza ściany. Może kluczem nie jest bycie chamem, tylko bycie konsekwentnym – takim, którego nie da się zbyć byle „proszę czekać”. Na razie jednak, gdzieś między jedną melodyjką a drugim „oddzwonimy”, coraz częściej łapię się na tym, że ćwiczę minę w stylu Lee Jonesa. Bo najwyraźniej w tej rzeczywistości, jeśli nie pokażesz zębów, ktoś bardzo chętnie sprawdzi, czy w ogóle je masz.

Tommy Lee to ten bębnienia i jeszcze od pukania tej, jak jej tam?... nieee... Jones... było tak od razu, że od kosmitów...
OdpowiedzUsuńa co do meritum, to zawsze /by telefon czy face to face/ najpierw robię test, czy osoba zna "dzień dobry"... czyli mówię dzień dobry... jak odpowie tak samo to znaczy, że trzeba myśleć pozytywnie, że będzie nieźle i jest nieźle.. ale jak nie odpowie... ulala... capi kłopotami... ale kłopoty to tylko kłopoty, ważne, żeby nie robić sobie z nich problemów... coś trzeba jednak zrobić... to może... poczekać na następny tramwaj, do tego nie wsiadać?... to działa... bo generalnie nie jest aż tak tragicznie... są w tym kraju jeszcze ludzie, którzy jednak znają te fucka dzień dobry...
p.jzns :)
Trafna obserwacja z tym „dzień dobry” - czasem to naprawdę najprostszy i najwięcej mówiący test na to, z kim ma się do czynienia. W codziennych sytuacjach takie drobiazgi często ustawiają cały dalszy kontakt. I tak, bywa, że lepiej po prostu odpuścić jeden tramwaj niż pakować się w niepotrzebne napięcie. Na szczęście świat jeszcze całkiem nie zdziczał i nadal da się spotkać ludzi, którzy znają podstawy zwykłej ludzkiej kultury 😊
UsuńJa już straciłam cierpliwość i warczę od razu, bo wiele rzeczy mnie wk***a do białości. Ale jeśli nie wkurza na wstępie, to łagodnieję.
OdpowiedzUsuńRozumiem w pełni :D Też mnie wiele rzeczy odpala bez ostrzeżenia i im więcej mam lat, tym trudniej nad tym zapanować ;)
UsuńMieliśmy ostatnio parę sytuacji wymagających dyplomacji, sąsiedzi tudzież. Okazuje się , że załatwisz cokolwiek dwiema drogami - wielką awanturą lub wielką łapówką, nic się nie zmieniło od lat!
OdpowiedzUsuńNiestety, też mam podobne odczucia jak patrzę co się dzieje dookoła i czego sama doświadczam.
UsuńJej, jakie to prawdziwe.. Lepiej bym tego nie ujęła :D Człowiek nieraz musi robić coś wbrew sobie, żeby cokolwiek załatwić... Opowiem krótko podobną historię, która nam się przytrafiła..
OdpowiedzUsuńInternet padł. Mąż dzwoni na infolinię sieci komórkowej, odbiera.. asystent AI, twierdzący, że ma na imię Max. To już nie pierwsze spotkanie z tym tworem i żadne z nich nie skończyło się dobrze :D Jak komuś brakuje adrenaliny w życiu albo cierpi na niedociśnienie, to taki Max jest lepszy niż podwójne espresso haha
Mój mąż, nauczony doświadczeniem, nie dał się zwieźć i niczym zdarta płyta, jakieś 10 razy po każdym kwiecistym wywodzie Maxa powtarzał: "Proszę o rozmowę z konsultantem". Początkowo nie wierzyłam w skuteczność tej metody, ale.. poskutkowało. Trafiliśmy na kompetentną osobę, która ogarnęła sprawę bez problemu. Ale nawet nie chcę myśleć co by było gdyby Twoja Konsultantka przez wielkie K pracowała tam, gdzie Max... Ło panie...
Pozdrawiam cieplutko ;)
Podziwiam konsekwencję Twojego męża, to już nie rozmowa, tylko medytacja na jednym zdaniu! Czasem faktycznie trzeba się zaprzeć i grać tę samą nutę do znudzenia, żeby system w końcu skapitulował. A wizja mojej Konsultantki w duecie z Maxem… no cóż, to by już było doświadczenie z pogranicza literatury grozy 😉
UsuńO tak.... Z tym pokazywaniem zębów to też bywa róznie. Czasem trzeba ,,szczekać , kilkakrotnie , żeby komuś się utrwaliło, że i w potulnym baranku siedzi wilk, który wychodzi ... na zawołanie. I nigdy druga strona nie wie - co go wywoła z lasu.:-) Zwłaszcza w doraźnych /sporadycznych kontaktach.
OdpowiedzUsuń:) Niestety bez szczekania, czasami, jesteśmy niewidoczni.
Usuń