wtorek, 14 lipca 2026
Szef, teściowa i inne zjawiska atmosferyczne, czyli wizualizacja ratunkowa...
wtorek, 7 lipca 2026
Dzieci PRL-u, czyli haute couture z papieru toaletowego...
Dzieci PRL-u były osobnym gatunkiem przyrodniczym. Nie do końca dzikim, ale też absolutnie nieudomowionym. Hodowanym na oranżadzie w proszku, trzepaku, kolanach zdartych do żywego mięsa i niejasnym przeczuciu, że świat jest wielki, kolorowy i chwilowo niedostępny w sklepie.
Nie mieliśmy wszystkiego. Właściwie, gdyby się uprzeć, nie mieliśmy prawie niczego w dzisiejszym rozumieniu dziecięcego dobrobytu. Nie było tabletów, aplikacji, psychologicznych poradników dla rodziców zatytułowanych „Jak rozmawiać z dzieckiem, które odmówiło zjedzenia brukselki i szpinaku”. Nie było zabawek edukacyjnych rozwijających jednocześnie motorykę małą, inteligencję emocjonalną i przyszłą zdolność kredytową. Były za to kapsle, patyki, guma Donald, jeśli los był łaskawy, oraz nieprzebrane zasoby wyobraźni, która w tamtych czasach pracowała na trzy zmiany, bez wolnych sobót i bez deputatu węglowego.
Dziecko PRL-u potrafiło zrobić dom z koca, sklep z parapetu, laboratorium chemiczne z octu i sody, a dramat antyczny z faktu, że ktoś mu podprowadził najlepszy kamień spod klatki. Z kawałka sznurka powstawał system komunikacji miejskiej, z kartonu - luksusowy apartament, a z braku wszystkiego - wszystko. Niedobór był naszym pierwszym nauczycielem plastyki, techniki, filozofii i kombinowania.
Moje dzieciństwo, jako się rzekło, wypełzło na świat w czasach, gdy papier toaletowy bywał niemal dobrem ceremonialnym. Nie był to miękki, pachnący rumiankiem obłoczek do delikatnych partii człowieczeństwa, tylko szary, chropowaty traktat o gospodarce centralnie planowanej. Produkt, który nie tyle służył, ile przypominał, że ciało też musi znać swoje miejsce w ustroju.
I właśnie z tego materiału, proszę państwa, pewnego pięknego popołudnia postanowiłyśmy stworzyć modę.
Miałam wtedy, w porywach, lat dziesięć i jako nasienie ze śląskiej, zakurzonej ziemi zostałam wysłana nad morze, na tak zwaną Zieloną Szkołę. Wiadomo: jod, zdrowie, klimat, wychowanie zbiorowe i tajemnicze ośrodki kolonijne, w których zapach pasty do podłogi, mokrych ręczników i zupy mlecznej mieszał się z aromatem polskiej pedagogiki wyjazdowej. Zakwaterowano nas, sześć dziewcząt, w jednym pokoju - był to skład wystarczający do założenia tajnego stowarzyszenia, przeprowadzenia przewrotu politycznego albo urządzenia konkursu piękności.
Wybrałyśmy trzecią opcję.
Tak narodziły się Wybory Miss Papieru Toaletowego.
Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy dorosłej kobiety, która teoretycznie powinna już mieć w sobie jakiś rozsądek, nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, skąd w dziesięcioletnich dziewczynkach wziął się impuls, by się rozebrać i odziać w papier toaletowy. Freud pewnie usiadłby ciężko w fotelu, Jung zapalił fajkę, a współczesny terapeuta zaproponowałby „przyjrzenie się potrzebie ekspresji poprzez materiał deficytowy”. My natomiast po prostu uznałyśmy, że to świetny pomysł.
Oczywiście materiału nie kupiłyśmy, bo po pierwsze: nie miałyśmy pieniędzy, po drugie: nie było gdzie, po trzecie: PRL nie znał pojęcia „szybko dokupić”. Papier został więc pozyskany metodą gospodarczą z okolicznych klozetów korytarzowych. Nie nazwę tego kradzieżą, bo z perspektywy dziecka był to raczej akt redystrybucji zasobów na potrzeby kultury wysokiej.
Zaczęła się gala.
Każda z nas była jednocześnie uczestniczką, jurorką, stylistką, scenografką i publiką. Samowystarczalność instytucjonalna godna małego państwa. Kreacje szeleściły majestatycznie, choć ich trwałość pozostawiała wiele do życzenia. Szary papier układał się na ciele mniej więcej tak, jak betonowa płyta na rabacie różanej, ale nam wydawało się, że ocieramy się o paryskie wybiegi. Tylko że Paryż miał Diora, a my korytarzowy sedes i rolkę zdobyczną.
Nagroda była równie wykwintna jak oprawa konkursu: spory kawałek pieczonej kiełbasy w bułce. Jedna z koleżanek przywiozła ją z domu jako suchy prowiant, co już samo w sobie brzmi jak początek raportu sanepidu. Podróż ze Śląska nad morze trwała wówczas tyle, że człowiek po drodze mógł nie tylko zgłodnieć, ale i przemyśleć sens istnienia, rozpad Układu Warszawskiego oraz własną przyszłość emerytalną. Kiełbasa przejechała tę trasę, potem poleżała dwa dni w pokoju, dojrzewając zapewne do roli biologicznej niespodzianki.
Ale dla nas była trofeum. Nie czekoladowym medalem, nie dyplomem z brokatem, nie voucherem na warsztaty kreatywności. Kawałek kiełbasy w bułce był wtedy niczym królewski diadem spoczywający na aksamitnej poduszce. W imię tej kiełbasy byłyśmy gotowe owijać się papierem, tańczyć, prężyć i znosić upokorzenia artystyczne, które w dzisiejszych czasach mogłyby zostać opisane w doktoracie o performansie dziecięcym w realiach niedoboru.
Zajęłam drugie miejsce.
Do dziś uważam, że mogło być pierwsze, gdyby nie nieprzewidziany sabotaż ze strony łóżka. W konkurencji finałowej należało dziko, ekspresyjnie owinąć się papierem przy akompaniamencie pieśni kolonijnej wykonywanej przez współlokatorki. Wpadłam w trans. Byłam ruchem, emocją, szeleściłam jak manifest wolności osobistej. Niestety podczas jednego z bardziej wyszukanych piruetów potknęłam się o łóżko i część mojej kreacji uległa poważnym zniszczeniom. A wiadomo: kiedy suknia wieczorowa z papieru toaletowego rozpada się w półobrocie, cierpi nie tylko konstrukcja, ale i wyraz artystyczny.
Miss została koleżanka. Kiełbasę wygrała, ale świnią nie była, więc się podzieliła. I tu właśnie zaczyna się drugi akt dramatu, ten, w którym grecki chór powinien wejść na scenę i zaśpiewać: „Nie jedzcie tego, dzieci, bo los już szczerzy kły”.
Zjadłyśmy.
Pazernie, radośnie, bezrefleksyjnie, z ufnością właściwą istotom, które nie wiedzą jeszcze, że jedzenie przechowywane przez dwa dni w kolonijnym pokoju może mieć własne plany wobec układu pokarmowego.
Noc nadeszła ciężka jak wyrok. Kiełbasa postanowiła wrócić do świata żywych. Nie sama, oczywiście. Z honorową eskortą naszych żołądków, jelit, godności osobistej i resztek papierowej mody. W pokoju rozpoczął się armagedon gastryczny. Jedne z nas dostąpiły zaszczytu dopchania się do muszli klozetowej, inne zaprzyjaźniły się z umywalką, a jeszcze inne z dowolnym fragmentem przestrzeni, który akurat nie uciekał. Rzygałyśmy jak koty, choć koty mają w tym jednak więcej elegancji.
Rankiem weszła wychowawczyni.
I zastygła.
To nie był widok dla człowieka o słabej konstrukcji psychicznej. Pokój wyglądał jak miejsce, w którym moda, gastronomia i układ trawienny zawarły pakt samobójczy. Papierowe resztki, pościel po przejściach, sześć bladych dziewczynek o twarzach filozofów po kontakcie z absolutem. Wychowawczyni najpierw chyba próbowała zrozumieć, potem oddychać, a potem wydała polecenie, które do dziś brzmi mi w pamięci jak rozkaz z frontu: Prać! Prać wszystko!
Prałyśmy więc w miskach zapaskudzoną pościel naszymi dziesięcioletnimi rączkami. Było to zadanie z pogranicza survivalu, pokuty i edukacji domowej. Himalaiści mają swoje ośmiotysięczniki, my miałyśmy kolonijne prześcieradła. Oni tracą oddech na wysokości, my - przy miskach.
Z tamtego wyjazdu wyniosłam jedną ważną lekcję: stara kiełbasa i konkursy miss są źródłem kłopotów. Dlatego w późniejszym życiu starałam się unikać jednego i drugiego. Polska, rzecz jasna, straciła niepowtarzalną okazję poznania murowanej kandydatki na Miss Świata, ale trudno. Historia zna większe tragedie, choć zapewne nie wszystkie pachniały starą kiełbasą i paradowały w papierze toaletowym.
Współczesne dzieci mają inne dzieciństwo. Bardziej sterylne, bardziej monitorowane, bardziej sfotografowane. Każdy ich występ ma dokumentację w chmurze, każdy uśmiech trafia do galerii, a każdy problem można nazwać, opisać i skonsultować. My mieliśmy podwórko, niedobór, instynkt samozachowawczy w wersji testowej i dorosłych, którzy często dowiadywali się o naszych przedsięwzięciach dopiero wtedy, gdy trzeba było coś wyprać, odkazić albo ukryć przed kierownikiem kolonii.
Nie twierdzę, że było lepiej. To byłoby zbyt łatwe i zbyt sentymentalne. PRL nie był krainą beztroski, tylko rzeczywistością, która dzieciom również potrafiła przyprawić gębę dorosłości szybciej, niż powinno się to dziać. Ale jednego odmówić nam nie można: umieliśmy z niczego zrobić wydarzenie. Z braku - spektakl. Z papieru toaletowego - suknię. Z podejrzanej kiełbasy - wspomnienie na całe życie.
Jeżeli więc jacyś rodzice martwią się, że mają dziwne dziecko, niech odetchną. Dziwność bywa po prostu młodocianą odmianą wyobraźni. Czasem owija się w papier toaletowy, czasem organizuje konkurs piękności o kiełbasę, czasem kończy nocą przy muszli klozetowej, ale zazwyczaj jakoś z tego wyrasta.
Ze mnie wyrosła kobieta w miarę ogarnięta. A przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że nieświeżej kiełbasy nie należy jeść, papier toaletowy ma zastosowanie raczej użytkowe niż wieczorowe, a dzieciństwo - nawet to szare, chropowate i reglamentowane - potrafi po latach zaszeleścić w pamięci jak najdziwniejsza suknia świata ;)
środa, 1 lipca 2026
Letnia mina biologiczna, czyli natura też ma poczucie humoru ;)
czwartek, 28 maja 2026
Ballada o pustej rolce po papierze toaletowym i innych porannych katastrofach...
Mam chyba zawieszkę. Taką blogową. Nie jakąś tam elegancką, artystyczną pauzę twórczą, podczas której człowiek w lnianej koszuli popija sobie kawę z alternatywnej palarni i kontempluje sens życia, patrząc melancholijnie przez okno na krople deszczu spływające po szybie niczym łzy niespełnionego poety. Nie, nie. U mnie to bardziej przypomina psychiczne leżenie twarzą w kałuży codzienności przy wtórze odkurzacza, korków ulicznych i chichotu losu.
Proza życia i zajęcie zarobkowe pochłonęły mnie bowiem z siłą czarnej dziury, która najpierw pożera człowiekowi czas, potem energię, a na końcu jeszcze godność i ostatnią czystą pidżamę. Moja miłość do blogowania nie osiągnęła jeszcze poziomu himalajskiego szaleństwa, bym zarywała noce niczym natchniona artystka karmiąca się kofeiną, marzeniami i samotnością twórczą. Nie jestem tym typem blogerki, która o drugiej nad ranem siedzi przy laptopie w świetle świec zapachowych i pisze tekst o duchowym znaczeniu fermentowanych buraków.
Około dwudziestej drugiej jestem już człowiekiem mentalnie wyłączonym z eksploatacji. Leżę w pozycji horyzontalnej niczym zwłoki odnalezione po tygodniu w serialu kryminalnym, tyle że w pidżamce w misie i z błogim wyrazem twarzy. Morda mi się cieszy do poduszki, bo oto nadeszła chwila święta - cisza nocna. Żadnych pytań. Żadnych telefonów. Żadnych decyzji. Tylko ja, kołderka, lampka nocna i ten luksusowy stan psychiczny, w którym człowiek nie chce już od życia sukcesu, podróży ani samorealizacji. Chce jedynie, żeby nikt go, do cholery, nie wołał.
Ale noc mija szybko. Zdecydowanie za szybko. Mam wręcz teorię, że sen ludzi pracujących trwa realnie jakieś czternaście minut, reszta to reklamy i loading systemu nerwowego.
Nadchodzi więc poranek, a wraz z nim moje codzienne igrzyska śmierci. Człowiek jeszcze dobrze oka nie otworzy, jeszcze jedna noga tkwi mentalnie w świecie snów, a już rzeczywistość z rozmachem kopie go w zadek niczym wykidajło pod remizą.
Wypełzam z łóżka jak stara jaszczurka po zimowaniu i pierwsze kroki kieruję do toalety. Oczywiście miejscówka przeznaczona dla papieru toaletowego świeci pustką, a samotna tekturowa rolka kiwa się lekko niczym wyschnięty krzew na pustyni. Zawsze mnie fascynuje ten fenomen. Dlaczego faceci nie potrafią założyć nowej rolki papieru? Czy w ich mózgach istnieje jakiś biologiczny mechanizm obronny, który powoduje paraliż kończyn górnych w kontakcie z papierem toaletowym?
Sięgam więc siedząc na klozecie do zapasów papieru, wyginając się przy tym jak wkurzona skolopendra, i już wtedy wiem, że dzień będzie miał charakter wybitnie edukacyjny dla mojego układu nerwowego.
Potem kuchnia.
Wyciągam puszkę z kawą i oczywiście rozsypuję pół zawartości po blacie oraz podłodze. Kawa rozpryskuje się malowniczo niczym prochy w słabym filmie wojennym. I człowiek stoi nad tym od rana, patrzy w tę brazylijską arabikę walającą się po fugach i myśli:
„Tak. Dokładnie tak wygląda moje życie”. Zamiatam więc tę kawę z godnością kobiety, która już niczemu się nie dziwi. Bo rano człowiek nie sprząta dlatego, że lubi porządek. Rano człowiek sprząta, żeby nie zacząć płakać.
Szczęśliwie udaje mi się zrobić kawę. Nawet mleko się znalazło, co w moim domu jest wydarzeniem niemal mistycznym. Mieszkam bowiem z nocnym wypijaczem mleka. To nie jest zwykły człowiek. To jest mleczny terminator. Istota, która o drugiej trzydzieści siedem nad ranem potrafi wstać i wychłeptać litr mleka z takim skupieniem, jakby ratowała tym ludzkość przed zagładą. Na szczęście pustych kartonów po mleku w lodówce nie zostawia, choć wiem od znajomych kobiet, że istnieją osobniki zdolne wypić kefir, śmietankę czy sok do ostatniej kropli, po czym z namaszczeniem odstawić opakowanie z powrotem do lodówki. Prawdopodobnie liczą, że w warunkach chłodniczych nastąpi cud rozmnożenia nabiału czy innego wyżartego produktu.
No ale nic. Kawa wypita. Owsianka zjedzona. Czas doprowadzić twarz do stanu względnej używalności społecznej.
Idę więc do łazienki zrobić makijaż. I tu właśnie los postanawia przejść od lekkiej złośliwości do regularnej działalności terrorystycznej... Licho mnie podkusiło, żeby użyć pudru w kulkach. Puder w kulkach to, moi drodzy, kosmetyczny odpowiednik granatu odłamkowego. Dopóki stoi spokojnie na półce - wszystko jest dobrze. Ale wystarczy jeden fałszywy ruch i następuje eksplozja...Tak go sprytnie wyjmowałam, że kulki rozsypały się po całej łazience niczym paciorki różańca rozsypane przez egzorcystę podczas walki z demonem. Pod pralkę. Pod szafkę. Gdzieś pod kaloryfer. Reszta prawdopodobnie opuściła lokal i obecnie żyje własnym życiem w innym województwie. Teraz człowieku zbieraj to wszystko o szóstej rano. Klęczę więc na podłodze w pidżamie, z włosem sterczącym jak antena satelitarna podczas wichury, i zbieram te kulki z miną kobiety, która jeszcze pięć minut temu miała ambicje by być spokojnym, zrównoważonym człowiekiem. Wyrzucam resztki pudru do muszli klozetowej i patrzę z rozpaczą, jak kosmetyk za niemałe pieniądze kończy żywot w kanalizacji miejskiej.
I niech mi ktoś powie, że przedmioty martwe nie są złośliwe! Te cholery doskonale wiedzą, kiedy zaatakować. One czekają. Obserwują. Analizują słabości przeciwnika. Kubek spada zawsze wtedy, gdy człowiek jest ubrany na biało. Torebka rozsypuje się wyłącznie na parkingu przed supermarketem, najlepiej przy świadkach. A słuchawki plączą się w kieszeni z takim zaangażowaniem, jakby nocami trenowały makramę.
Pomimo tych wszystkich zamachów na moje zdrowie psychiczne udało mi się finalnie wydostać z domu i dotrzeć do pracy. A potem już było nawet znośnie. Znaczy pewnie wydarzyły się jeszcze jakieś katastrofy, ale po porannych atrakcjach mój układ nerwowy osiągnął stan kompletnego zobojętnienia. Taki wewnętrzny zwis emocjonalny spuszczający wszystko w wirtualnym klozecie. Myślę, że gdyby wtedy ulicą przemaszerował pawian w szlafroku, z wałkami na głowie i paragonem z Biedronki w zębach, a za nim jechał borsuk na hulajnodze elektrycznej, wioząc na plecach kurę z chowu klatkowego i bukiet sztucznych piwonii, spojrzałabym tylko tępo przed siebie i powiedziała:
- No tak. Czwartek.
środa, 20 maja 2026
O życiu, duupach i baranach, czyli felieton nie całkiem optymistyczny...
Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ten mały, pionowy patyczek mruga do mnie z cierpliwością godną tybetańskiego mnicha albo urzędniczki z okienka numer trzy, która już dawno wie, że i tak niczego dziś nie załatwię. Kursor pulsuje spokojnie, a ja patrzę na niego z miną człowieka, który właśnie odkrył, że życie jest trochę jak niedzielny rosół: niby pożywny, ale jeśli je się go codziennie, to w końcu zaczyna się marzyć o kebabie.
Ogarnia mnie czasem coś, co roboczo nazywam zniesmaczeniem życiowym. To nie depresja, broń Boże. Depresja to poważna sprawa, a u mnie to raczej filozoficzna czkawka. Taki stan, kiedy człowiek siedzi i zastanawia się, po co właściwie prasuje ręczniki, skoro za trzy dni i tak będą wyglądały jak zmięta mapa Bałkanów. Po co myje okna, skoro deszcz przychodzi z miną gangstera i w pięć minut robi z nich akwarelę. Po co odpisuje na maile, skoro za chwilę przyjdą trzy kolejne, każdy oznaczony jako „pilne”, choć dwa dotyczą promocji na karmę dla chomików.
Myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb z wdziękiem czołgu na lodowisku. Wtedy dochodzę do wniosków tak dziwacznych, że same się sobie dziwią. A potem, jak to zwykle bywa z wielkimi odkryciami, stwierdzam, że nie ma sensu się nad tym wszystkim rozwodzić. Trzeba po prostu żyć. Miętosić każdy dzień jak paragon znaleziony w kieszeni kurtki. Wstawać, ogarniać rzeczywistość i wykonywać te wszystkie mało ekscytujące aktywności, które składają się na dorosłość. Bo dorosłość to nie są fajerwerki. To raczej niekończąca się seria drobnych zadań. Trzeba zapłacić rachunki, kupić papier toaletowy, umówić dentystę, odebrać paczkę, sprawdzić, dlaczego pralka wydaje dźwięki, jakby w środku trenował zespół metalowy. A między tym wszystkim od czasu do czasu trafia się jakiś moment, który sprawia, że człowiekowi błyszczą oczy. Dobra książka. Rozmowa, po której czujesz, że świat jednak ma sens. Zapach lasu po deszczu. Pierwsze truskawki. Dziecko, które mówi coś tak mądrego, że na chwilę milkniesz. To są te bonusowe sceny, które scenarzysta życia dorzuca nam, żebyśmy nie wyszli z kina w połowie seansu.
Coraz częściej mam wrażenie, że życie w gruncie rzeczy składa się z czekania. Czekamy na weekend, na wakacje, na kuriera, na wypłatę, na odpowiedź, na lepsze czasy, na znak z nieba, na moment, kiedy „wreszcie będzie spokojniej”. Tylko że to „spokojniej” jest jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto widział. Gdy nie mamy na co czekać, robi się podejrzanie. Człowiek chodzi po domu i czuje się jak aktor, który zapomniał kwestii. Coś powinno się wydarzyć, tylko nikt nie dostarczył scenariusza. Z drugiej strony przeraża mnie wizja życia, w którym każdy dzień wygląda identycznie. Pobudka. Kawa. Obowiązki. Obiad. Zmęczenie. Sen. Powtórz. Jakby ktoś włączył tryb „kopiuj–wklej” i zapomniał, że człowiek nie jest dokumentem w Wordzie.
Dlatego nieustannie wymyślam sobie nowe zajęcia. Nowe pomysły, projekty, plany, notatki, listy, szkice, marzenia. W mojej głowie bez przerwy trwa budowa. Rusztowania stoją, betoniarka pracuje, a robotnicy przekrzykują się od świtu do nocy. Jedna myśl dopiero wylewa fundamenty, a już obok druga montuje dach. Trzecia pyta, czy nie warto byłoby dobudować oranżerii.
Czasami zastanawiam się, czy to jeszcze twórczy ferment, czy już mentalny bigos, do którego wrzucono wszystko, co było pod ręką. Nie potrafię skupić się na jednej rzeczy i doprowadzić jej do perfekcji. Ledwo zaczynam jeden projekt, a już za rogiem macha do mnie następny, kusząc jak wystawa cukierni w styczniu, gdy człowiek jest „na diecie”.
Nudzić się? Nie znam tego stanu. Dla mnie nuda jest jak jednorożec. Wszyscy o niej mówią, ale nigdy nie spotkałam jej osobiście. Nawet kiedy śpię, mój mózg nie bierze wolnego. On organizuje nocne zmiany, burze mózgów i narady strategiczne. Nic dziwnego, że czasem budzę się zmęczona, jakbym całą noc przerzucała worki z cementem.
A do tego dochodzi irytacja. Ach, jakże bogaty jest katalog rzeczy, które potrafią mnie zirytować. Głupota – ta bezczelna, rozparta w fotelu i przekonana o własnej genialności. Egocentryzm – czyli sport narodowy polegający na nieustannym polerowaniu własnej duupy do połysku tak intensywnego, że odbija się w niej cały wszechświat, byle tylko nie dostrzec drugiego człowieka.
Bezinteresowna pomoc? Towar luksusowy, niemal kolekcjonerski. Jak skarpetka, która po praniu wraca do szuflady w komplecie. Niby wiadomo, że to możliwe, ale za każdym razem budzi szczere zdumienie. Kiedy ktoś robi coś bez oczekiwania zapłaty, medalu i relacji na Instagramie, traktowany jest jak sympatyczny dziwak. Jakby w XXI wieku altruizm był rodzajem schorzenia.
A przyjaźń? Wielkie słowo. Piękne, wzruszające, pachnące herbatą i długimi rozmowami. Tylko czasem okazuje się, że to konstrukcja z kartonu. Dopóki świeci słońce – wygląda solidnie. Wystarczy jednak pierwszy deszcz prawdziwej potrzeby i cały ten zamek zaczyna się rozklejać. Paradoksalnie to obcy ludzie nieraz okazują więcej serca niż ci, którzy wcześniej składali deklaracje wielkie jak bilbordy przy autostradzie. Bo przyjaźń najłatwiej odmienia się przez wszystkie przypadki przy kawie. Trudniej, kiedy trzeba wstać z kanapy, odłożyć własne święte sprawy i naprawdę coś zrobić. Wtedy nagle okazuje się, że jedni mają „bardzo trudny czas”, drudzy „odezwą się później”, a trzeci właśnie „nie zauważyli wiadomości”. Za to ktoś zupełnie przypadkowy potrafi podać rękę bez przemówienia i wystawiania faktury za człowieczeństwo.
Drażni mnie też materializm, ten współczesny bożek ze złotą kartą płatniczą w dłoni. W świecie, w którym wartość człowieka mierzy się cyframi, pytanie „Ile na tym zarabiasz?” stało się odpowiednikiem dawnego „Jak się masz?”. Jeśli odpowiadasz, że nic, rozmówca patrzy na ciebie z czułością, jaką zwykle rezerwuje się dla ludzi, którzy próbują nauczyć kota aportować.
– Prowadzisz bloga? To świetnie! A ile z tego masz?
– Satysfakcję.
– Nie, ale tak konkretnie?
– Naprawdę satysfakcję.
– Aha… czyli nic.
Wtedy w oczach pytającego pojawia się ten błysk politowania, jakby właśnie odkrył, że dobrowolnie hoduję mniszki lekarskie w salonie. Bo przecież jeśli coś nie przynosi pieniędzy, to musi być stratą czasu. Pasja? Radość tworzenia? Potrzeba dzielenia się czymś z innymi? Proszę nie żartować. Gdzie tu słupek Excela?
A ja chyba rzeczywiście należę do stada baranów. Tych, które czasem zrobią coś bezinteresownie. Tych, które tworzą, choć nikt za to nie płaci. Tych, które wierzą, że dobre słowo ma wartość, nawet jeśli nie da się go wpisać do PIT-u.
Witajcie więc w krainie baranów. Na zielonych halach pasą się osobniki niepraktyczne, sentymentalne i niepoprawnie idealistyczne. Beczą z przejęciem, pomagają sobie nawzajem i czasem z uporem godnym lepszej sprawy robią rzeczy, które „się nie opłacają”.
Proponuję minutę zbiorowego beczenia ku czci wszystkich, którzy jeszcze nie przeliczyli świata wyłącznie na złotówki.
Beeee…
Beeee…
Beeee…
No. Ulżyło mi.
Kursor nadal mruga. Życie nadal jest trochę absurdalne. Ludzie nadal potrafią rozczarowywać, ale też – od czasu do czasu – zaskakiwać dobrem. A ja? Wracam na swoje hale. Do stada innych baranów, które uparcie wierzą, że mimo całego tego chaosu, pośpiechu i codziennego czekania, warto jednak robić swoje. Choćby tylko po to, by od czasu do czasu spojrzeć na migający kursor i pomyśleć z lekkim uśmiechem, że ten cały absurd jest w gruncie rzeczy całkiem znośny.
środa, 6 maja 2026
O swędzących cyckach na dziale mięsnym...
W sklepie...
Stoję sobie grzecznie w kolejce na dziale mięsnym. Cel mam prosty, klarowny i życiowo uzasadniony: dziesięć plasterków salami A i dziesięć plasterków salami B. Misja specjalna od osobistego chłopa domowego, który rzucił tylko lakoniczne:
– Zjadłbym jakieś dobre salami…
Jakie? Ile? Czym się różni od złego salami? Tego już osobisty chłop domowy nie był w stanie doprecyzować, bo po co ułatwiać życie kobiecie. W każdym razie stoję. Czekam. Mentalnie już widzę siebie w domu, jak z triumfem wręczam zdobycz i słyszę:
– Ooo, właśnie o takie mi chodziło.
Albo:
– A nie było tego drugiego?
Przede mną kolejka jak z castingu do filmu obyczajowego klasy średniej: kobieta w dziwnej czapce przypominającej połączenie beretu z pokrowcem na czajnik, pani w kraciastym czymś i ON. Mężczyzna z łysiną połyskującą pod marketowym oświetleniem niczym kula dyskotekowa bieda edition.
Ekspedientka pyta:
– Co dla pana?
I wtedy zaczyna się spektakl.
– Jakąś wędlinkę chciałem… dobrą…
Aha.
No tośmy se postali.
Bo „jakaś dobra wędlinka” to nie jest zamówienie. To jest filozofia życia. To jest temat na trzytomową sagę. To jest hasło wywoławcze dla całego asortymentu mięsnego od Podlasia po Bieszczady.
Pani zza lady zaczyna więc prezentację.
Tu szynka.
Tu baleron.
Tu salceson.
Tu kiełbasa sucha.
Tu kiełbasa mokra.
Tu taka wędzona.
Tu taka mniej wędzona.
Tu „nasza najlepsza”.
Tu „ludzie chwalą”.
Tu „mąż bierze do domu”.
A pan z łysiną ogląda. Gałki oczne pracują. Analizuje. Jakby kupował mieszkanie pod inwestycję, a nie trzydzieści deko mielonki.
– A ta to jakaś taka tłusta…
– A ta za chuda…
– A ta jakaś blada…
– A ta droga…
– A tamta wygląda podejrzanie…
Panie kochany, to nie casting na żonę. To plaster szynki.
A ja stoję z tym swoim skromnym marzeniem o dwudziestu plasterkach salami i czuję, jak opuszcza mnie wola życia. Człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie medytują w górach. Oni po prostu wcześniej stali w kolejce do mięsnego za facetem bez sprecyzowanych oczekiwań.
Może się czepiam. Może jestem upierdliwa. Może układ nerwowy już dawno wypowiedział mi umowę o pracę i przeszedł na działalność gospodarczą. Ale jak widzę chłopa w sklepowej kolejce, to zaczynają mnie swędzieć cycki. I nie, absolutnie nie z ekscytacji. To jest reakcja obronna organizmu. Bo doświadczenie nauczyło mnie jednego: facet w kolejce oznacza kłopoty. Zawsze. No może... prawe zawsze. To jest wręcz fizyka kwantowa handlu detalicznego.
Facet albo:
– nie wie, co chce kupić,
– wie, ale dopiero przy kasie zaczyna się zastanawiać,
– stoi jak sarna na autostradzie,
– pakuje zakupy z prędkością emeryta rozwiązującego sudoku,
– nagle przypomina sobie o „jeszcze jednej rzeczy”,
– szuka portfela jak archeolog zaginionej cywilizacji,
– albo odkrywa przy terminalu, że jednak „chyba nie ma środków”.
I wtedy zaczyna się widowisko pod tytułem: „To może ja przeleję z oszczędności…” A kolejka za nim starzeje się biologicznie.
Najgorszy jest jednak moment pakowania zakupów. Kobieta przy kasie działa jak jednostka specjalna: skan, pak, karta, dziękuję, do widzenia. Trzydzieści siedem sekund i człowieka nie ma. Facet natomiast przeżywa przy kasie osobistą podróż duchową. Najpierw stoi i patrzy, jak kasjerka skanuje. Potem nagle orientuje się, że trzeba pakować. Wtedy zaczyna wkładać produkty do torby pojedynczo, z namysłem godnym jubilera układającego diamenty.
Jogurt.
Przerwa.
Ser.
Rozważenie sytuacji.
Papryka.
Lekki kryzys egzystencjalny.
Paragon.
I oczywiście torba zawsze okazuje się za mała. Albo jej nie ma. Bo po co zabierać torbę do sklepu, skoro można później dramatycznie pytać:
– A reklamówka płatna?
Nieee, dziś gratis. W prezencie od Ministerstwa Chaosu i Kolejkowej Rozpaczy.
Oczywiście – żeby było sprawiedliwie w osądach – kobiety też potrafią człowieka doprowadzić do stanu przedzawałowego. Szczególnie te, które przy kasie nagle przypominają sobie:
– OJ JEZU, JA JESZCZE ŚMIETANY NIE WZIĘŁAM!
I znikają. Po prostu znikają. Zostawiają wózek, męża, dzieci i pół biedronkowego dobytku narodowego na środku przejścia. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że skala zjawiska jest jednak mniejsza. Albo po prostu mój układ nerwowy wybiórczo rejestruje męskie grzechy sklepowo-kolejkowe.
W każdym razie wyszłam z tego sklepu po czterdziestu minutach, psychicznie starsza o siedem lat, bogatsza o salami i biedniejsza o resztki cierpliwości.
A osobisty chłop domowy spojrzał na zakupy i mówi:
– Oooo… a nie było może jeszcze takiego z zielonym pieprzem?
środa, 22 kwietnia 2026
Ciepła klucha kontra Tommy Lee Jones, czyli krótki traktat o tym, że grzecznością dziś wiele nie ugrasz…
Masz być jak Tommy Lee Jones w "Ściganym"! – podpowiada mi rzeczywistość, z subtelnością młotka pneumatycznego. Nie chodzi o charyzmę ani o filmowy magnetyzm. Chodzi o to spojrzenie, które mówi: „załatwimy to teraz”, i ton, który sprawia, że nawet automatyczna sekretarka zaczyna się pocić. Bo jeśli nie jesteś wystarczająco głośna, twarda i – nazwijmy rzecz po imieniu – upierdliwa, to świat traktuje cię jak wersję demo człowieka: coś działa, ale bez pełnej funkcjonalności. Uprzejmość? Owszem, piękna cecha. Tyle że w praktyce często działa jak miękki fotel w poczekalni – wygodnie się w nim siedzi… i czeka. Długo. Bardzo długo.
Z natury jestem raczej ciepłą herbatą z cytryną niż espresso z podwójnym shotem frustracji. Nie wchodzę do pomieszczeń z hukiem, nie rozdaję werbalnych policzków na prawo i lewo. Lubię ludzi, naprawdę. Ale życie – ten bezczelny scenarzysta – coraz częściej wrzuca mnie w rolę, w której powinnam warczeć, pokazywać zęby i symbolicznie znaczyć teren. Bo inaczej ktoś inny zrobi to za mnie. I to na mojej działce.
Ostatnio padł internet w domostwie. Klasyk, jak „M jak miłość”, tylko mniej wzruszający. Dzwonię, tłumaczę spokojnie, z gracją i składnią zdania podrzędnie złożonego. Konsultantka przez duże K zapewnia mnie, że „już się tym zajmuje” i „oddzwoni”. Oddzwoni – to jedno z tych słów, które brzmią jak obietnica, a działają jak poezja współczesna: każdy interpretuje po swojemu.
Czekam. Godzinę, dwie, trzy. Internetu brak, telefonu brak, za to mój poziom zen zaczyna przypominać notowania giełdowe w czasie kryzysu. Dzwonię ponownie – słyszę mantrę o zajętych konsultantach, śpiewaną w rytmie, który powinien być karany mandatem za znęcanie się nad słuchem. Piszę maila. Odpowiedź przychodzi szybko – jakby była generowana przez algorytm karmiony optymizmem: „wkrótce wszystko będzie działać”. „Wkrótce” – słowo tak pojemne, że zmieści się w nim i pół godziny, i epoka lodowcowa.
Wieczór zapada, firma znika z radarów, a ja zaczynam przypominać czajnik na gazie – jeszcze chwila i zacznę gwizdać. Zostaję z ciszą w routerze i monologiem wewnętrznym, który zaczyna mieć coraz mniej cenzuralne wątki.
Następnego dnia wracam do gry. Mail – cisza. Telefon – zajęci. I w końcu ktoś odbiera. Tyle że tym razem do słuchawki nie mówi już ta wersja mnie, która dziękuje za każdą najmniejszą uprzejmość. Do głosu dochodzi mój wewnętrzny Tommy Lee Jones – bezkompromisowy, zwięzły i średnio zainteresowany czyimiś wymówkami. Zdania są krótkie, ton ostry, a ja sama czuję się jak własna, mniej sympatyczna wersja reżyserska. I choć gdzieś z tyłu głowy miga mi czerwone światełko „zaraz będziesz się tego wstydzić”, to… nie odpuszczam. Efekt? Internet wraca po trzydziestu minutach. Trzydziestu. Minutach. Czyli jednak można było – tylko trzeba było najpierw odpalić tryb „postrach słuchawek”.
Pojawia się pytanie, które uwiera jak metka w nowej bluzce: czy naprawdę trzeba być werbalnym buldożerem, żeby coś załatwić? Czy uprzejmość jest dziś językiem martwym, używanym głównie w podręcznikach i na szkoleniach z obsługi klienta? Nie mam złudzeń – świat nie jest czarno-biały, a ludzie nie dzielą się wyłącznie na miłych i skutecznych albo niemiłych i skutecznych jeszcze bardziej. Ale trudno nie zauważyć, że podniesiony ton działa jak przycisk „turbo”. Nagle wszystko przyspiesza, sprawy się materializują, a rzeczy niemożliwe stają się… pilne.
Paradoks polega na tym, że większość z nas nie lubi takiego zachowania – ani jako nadawcy, ani jako odbiorcy. A jednak system zdaje się premiować tych, którzy potrafią tupnąć nogą i podnieść głos. To trochę jak gra w szachy, w której nagle okazuje się, że zamiast strategii wygrywa ten, kto pierwszy rzuci figurą w przeciwnika.
Oczywiście są sytuacje, w których ta „strategia Tommy’ego” nie przejdzie. Na przykład podczas kontroli drogowej – wtedy nagle przypominam sobie wszystkie zasady dobrego wychowania, a moja wewnętrzna lwica zamienia się w potulnego kotka. Bo jak widać, nawet najbardziej bojowa postawa ma swoje granice… i taryfikator punktów karnych.
Czy da się inaczej? Chciałabym wierzyć, że tak. Że uprzejmość i stanowczość mogą iść w parze, jak dobrze dobrany duet, a nie jak skłóceni sąsiedzi zza ściany. Może kluczem nie jest bycie chamem, tylko bycie konsekwentnym – takim, którego nie da się zbyć byle „proszę czekać”. Na razie jednak, gdzieś między jedną melodyjką a drugim „oddzwonimy”, coraz częściej łapię się na tym, że ćwiczę minę w stylu Lee Jonesa. Bo najwyraźniej w tej rzeczywistości, jeśli nie pokażesz zębów, ktoś bardzo chętnie sprawdzi, czy w ogóle je masz.
sobota, 11 kwietnia 2026
Wyjazd integracyjny, czyli firmowa pielgrzymka do świątyni obciachu...
Czy każdy wyjazd integracyjny ocieka seksem? Nie. Nie przesadzajmy. Nie każdy autokar z pracownikami wiezie od razu transport napalonych degeneratów do hotelu z pakietem „all inclusive i all immoral”. Bywają przecież wyjazdy, na których ludzie naprawdę tylko jedzą, tańczą, udają, że się lubią, i wracają do pokoi samotnie, z godnością wciąż nieposzarpaną. Bywają. Rzadko, ale podobno bywają.
Zazwyczaj jednak nad takim wyjazdem unosi się coś więcej niż zapach hotelowego chloru, perfum z drogerii i spoconych koszul. Unosi się obyczajowa mgiełka rozprężenia. Taki delikatny opar erotyczno-alkoholowy, w którym człowiek nagle przestaje być specjalistą do spraw księgowości, logistyki albo zakupów, a zaczyna być ekspertem od głupich decyzji podejmowanych po trzecim drinku.
Głównym sponsorem rozpadu przyzwoitości jest oczywiście alkohol - ten płynny sabotażysta cnót wszelakich. Najpierw rozluźnia kark, potem język, potem uda, a na końcu całe to kruche rusztowanie, które człowiek przez lata budował pod nazwą „rozsądek”. I wtedy zaczyna się prawdziwa integracja. Nie ta z prezentacji HR-u, gdzie wszyscy rzekomo budują relacje i wzmacniają ducha zespołu. Nie. Ta prawdziwa integracja odbywa się przy barze, na parkiecie i w hotelowych korytarzach, gdzie cnota zdejmuje okulary, poprawia stanik i mówi: „A, raz się żyje!”.
Nagle spokojna matka Polka, która na co dzień dzieli życie między Teamsy, rosół i zebrania w szkole, przeobraża się w lwicę parkietu. Pani Halinka, dotąd spięta jak gumka od rajstop, zrzuca buty z miną kobiety, która właśnie postanowiła zemścić się na całej swojej zachowawczej biografii. Janinka, pulchna, poczciwa i zwykle niewidzialna społecznie, rozkwita jak piwonia podlana prosecco i posyła uśmiech numer pięć każdemu panu X, Y i Z, który tylko nie ucieka wzrokiem. Jej twarz promienieje tak, jakby właśnie odkryła, że życie jednak miało jeszcze jakiś dodatek specjalny poza ratą kredytu i promocją na schab.
A panowie? Panowie, jakżeby inaczej, też nie zawodzą. Pan Zygmunt, ten sam, który w biurze mówi do wszystkich „kochaniutkie” tonem poczciwego wujka, po kilku kieliszkach zaczyna mylić integrację z objazdowym konkursem macania. Jasiu natomiast zamienia się w mecenasa kobiecej wesołości i stawia drinki z rozmachem osiedlowego krezusa, licząc po cichu, że inwestycja zwróci się w naturze. W jego oczach każdy drink to nie wydatek, lecz zaliczka na przyszłość. Na bardzo konkretną przyszłość.
I właśnie wtedy, pośród dymu, świateł, cudzego dezodorantu i muzyki tak głośnej, że sumienie nie słyszy już własnych protestów, zaczyna się ten osobliwy spektakl społeczny. Spektakl, w którym ludzie na co dzień sztywni, uporządkowani, moralni jak instrukcja BHP, nagle rozpinają nie tylko kołnierzyki, ale i resztki obyczajowej tapicerki. Jedni flirtują jak wygłodniałe labradory, drudzy tańczą, jakby ich biodra pisały własną autobiografię, trzeci zaś snują się po hotelu z miną zdobywcy, choć bardziej przypominają ofiary źle zmieszanych trunków.
Jeżeli ktoś jeszcze się łudzi, że w takich wyjazdach uczestniczą wyłącznie ludzie bez skazy, nieskazitelni jak obrus w domu teściowej przed obiadem, to winszuję wiary w człowieka. Oczywiście, trafiają się jednostki przyzwoite, stateczne, nieulegające pokusom. Siedzą sobie, popijają wodę albo jedno piwo, patrzą na ten cyrk ludzkich rozszczelnień i zapewne w duchu zastanawiają się, czy firma nie powinna jednak inwestować bardziej w premie niż w open bary. Ale to mniejszość. Elita wewnętrznej dyscypliny. Ostatni Mohikanie przyzwoitości.
Najciekawiej robi się jednak przy tych, którzy przez lata uchodzili za wzory stabilności. To oni często odpalają się najmocniej. Ludzie, którzy poznali męża albo żonę w wieku dwudziestu lat, a potem już tylko praca, dzieci, kredyt, wywiadówka, święta, te same pozycje życiowe i te same kanapki do pracy. W młodości nie zaszaleli, bo byli porządni. Potem nie zaszaleli, bo byli odpowiedzialni. Aż tu nagle hotel, muzyka, obcy ludzie, procenty i złudzenie, że nikt nie patrzy. Wtedy z wnętrza człowieka wychodzi nie demon, nie rozpustnik, lecz coś znacznie smutniejszego: spóźniona młodość w butach ortopedycznych.
Im ciaśniejsza była smycz codzienności, tym gwałtowniejsze bywa szarpnięcie. I oto mamy widowisko: człowiek, który przez dwadzieścia lat dusił w sobie wszelkie impulsy, nagle postanawia nadrobić wszystko w jeden wieczór. Efekt zwykle jest taki, że zamiast erotycznej wolności otrzymujemy kabaret pomyłek. Niby zmysłowo, ale jednak bardziej desperacko niż pociągająco. Bardziej „ratunku, jeszcze żyję” niż „carpe diem”.
A obserwator? Obserwator ma wybór godny filozofa. Może pić, żeby obraz tego zbiorowego wykolejenia stał się miękki, rozmyty i znośny. Może też zachować trzeźwość i patrzeć, jak kolejne osoby spektakularnie demontują swoje publiczne wizerunki. Problem w tym, że trzeźwy na wyjeździe integracyjnym jest jak notariusz na swingers party - formalnie może być obecny, ale wszystkich niepokoi. Człowiek, który nie pije, pamięta. Człowiek, który pamięta, potencjalnie stanowi zagrożenie. Taki osobnik nie budzi zaufania. On budzi lęk.
Są też przedmioty zakazane, choć nikt tego oficjalnie nie mówi. Dawniej był to aparat fotograficzny. Dziś wystarczy telefon - mała, zgrabna maszynka do produkcji rozwodów, kompromitacji i porannych zawałów. Jedno zdjęcie potrafi mieć moc większą niż dział compliance. Są kadry, które powinny pozostać martwe, niewypowiedziane, utopione w hotelowym półmroku razem z resztką godności uczestników. Niestety, współczesny człowiek najpierw się kompromituje, a potem to nagrywa.
Nie rozczulajmy się też nad symboliką obrączki. Obrączka na wyjeździe integracyjnym nie jest żadnym pancerzem moralnym. To raczej biżuteryjna dekoracja, która czasem pełni funkcję czysto archiwalną - przypomina, że kiedyś były jakieś deklaracje, ale dziś DJ puścił hit z lat dwutysięcznych i wszystko się skomplikowało. Śmiem twierdzić, że niektórzy zaobrączkowani otwierają swe twierdze szybciej niż single, bo w ich przypadku pokusa ma dodatkowy smak zakazanego deseru. A wiadomo, zakazany deser tuczy najbardziej.
Czy płeć ma znaczenie? Niespecjalnie. Kobiety i mężczyźni równie sprawnie potrafią przerobić siebie na widowisko ku przestrodze. Owszem, robią to innym repertuarem gestów, inną choreografią i przy użyciu różnych rekwizytów, ale finał bywa podobny: rano nikt nie chce spojrzeć sobie w oczy przy stole ze śniadaniem, a jajecznica smakuje jak moralna kara.
Mężczyzna po alkoholu często nagle wierzy, że jest najlepszym samcem w stadzie, choć w rzeczywistości przypomina raczej rozchwianą szafę z ambicjami erotycznymi. Kobieta po alkoholu czasem odkrywa w sobie dzikość, która miała być panterą, a bywa rozemocjonowaną sarną na lodzie. Jedni i drudzy dostają od procentów ten sam prezent: nieuzasadnione poczucie atrakcyjności. Alkohol jest bowiem największym stylistą złudzeń - z przeciętności robi zjawisko, z banalnego flirtu romans stulecia, a z kompromitacji przygodę, dopóki nie nadejdzie poranek.
I wtedy wchodzi on: kac. Ten szary urzędnik rzeczywistości, który przychodzi punktualnie i bez litości odbiera wszystkie nocne przywileje. Zmywa brawurę, gasi erotyczny neon, wyłącza wewnętrznego amanta i przywraca twarz, której nie pomaga ani kawa, ani ciemne okulary, ani wersja wydarzeń: „nic takiego się nie stało”. Stało się. Zawsze coś się stało. Nawet jeśli tylko czyjaś reputacja pękła z cichym trzaskiem jak rajstopy na za dużym udzie.
A przecież cała sprawa sprowadza się do czegoś banalnego. Na wyjazd integracyjny warto zabrać rozum. Tak, wiem, brzmi to staroświecko, niemal reakcyjnie, jak rada ciotki z dobrego domu. Ale jednak rozum jest przydatny. Dobrze go mieć przy sobie, a nie zostawiać w pokoju obok walizki, szczoteczki do zębów i zahamowań. Bo potem oglądamy ludzi nasączonych procentami do granic człowieczeństwa, gadających brednie, tańczących z meblami, szukających miłości tam, gdzie ledwo mogą znaleźć własny pokój, i naprawdę trudno dostrzec w tym cokolwiek pociągającego. To nie jest zmysłowe. To nie jest odważne. To nie jest wyzwolone. To jest po prostu żałosne.
Nie twierdzę, że nie należy się bawić. Przeciwnie - bawić się trzeba, luzować też, tańczyć nawet do utraty tchu, flirtować, śmiać się, wygłupiać. Życie nie jest po to, by siedzieć przy wodzie z cytryną i dyskutować o kwartalnych wynikach. Ale między zabawą a obyczajowym gruzowiskiem jest jednak pewna różnica. I dobrze byłoby tę różnicę zauważyć, zanim ostatnia trzeźwa komórka mózgowa utopi się bohatersko w kieliszku wódki.
Bo potem zostaje już tylko poranek. Śniadanie w hotelowej restauracji. Cienie pod oczami. Ucieczki wzroku. Sztuczne chrząknięcia. Pytania zadawane tonem niby swobodnym, a jednak pełnym grozy: „Dobrze się bawiłaś?”, „O której poszliście spać?”, „Masz może moją torebkę?” oraz najstraszniejsze ze wszystkich: „Nikt niczego nie nagrał, prawda?”.
Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim uczestnikom wyjazdów integracyjnych, by integrowali się z umiarem, wracali z godnością i nie musieli po weekendzie zmieniać pracy, numeru telefonu ani wersji wydarzeń ;)
piątek, 3 kwietnia 2026
Pół sekundy prawdy, czyli o tym, jak mimika demoluje autoprezentację...
W tym właśnie cały urok mikroekspresji. To te krótkie, bezczelne ruchy twarzy, które pojawiają się, zanim nasz wewnętrzny rzecznik prasowy zdąży wyjść na mównicę i ogłosić oficjalne stanowisko. Najpierw emocja robi swoje, a dopiero chwilę później rozsądek przybiega zziajany, poprawia krawat i próbuje uratować sytuację. Innymi słowy: człowiek jeszcze nie zdążył skłamać z wdziękiem, a twarz już powiedziała prawdę z bezczelną szczerością.
To zresztą wiadomo od dawna: ciało jest szybsze od dobrego wychowania. Można godzinami ćwiczyć dyplomatyczne formułki, można mówić „oczywiście”, „jak najbardziej”, „cudowny pomysł”, ale jeśli przez pół sekundy człowiek wygląda tak, jakby właśnie powąchał jogurt po terminie, to cała werbalna elegancja ma mniej więcej taką wartość jak plastikowa korona w sklepie z zabawkami. Mikroekspresje są jak ten jeden szczery znajomy, którego nie bierze się na oficjalne przyjęcia, bo zawsze palnie prawdę w najmniej odpowiednim momencie.
Najpiękniejsze jest to, że najłatwiej zdradzamy się nie wtedy, gdy mówimy, lecz wtedy, gdy słuchamy. Kiedy mówimy, jesteśmy czujni, spięci, kontrolujemy zdania, ton i minę. Natomiast gdy słuchamy, czujemy się bezpieczniej i wydaje nam się, że wystarczy tylko kiwaċ głową z miną człowieka otwartego na dialog. A właśnie wtedy twarz urządza sobie samowolkę. Usta milczą, ale policzki, powieki i okolice nosa prowadzą już własną debatę parlamentarną. I nagle okazuje się, że człowiek, który wyglądał na życzliwego, w rzeczywistości od trzech minut wewnętrznie przewraca oczami.
Życie towarzyskie jest przez to sportem ekstremalnym. Spotykasz kogoś, mówisz „jak miło cię widzieć”, a twoja twarz przez ułamek sekundy robi coś pomiędzy zwątpieniem a paniką. Ktoś pokazuje ci zdjęcia z wakacji, a ty próbujesz zachować pozory zainteresowania, choć twoje czoło wysyła światu sygnał: „to już dwudzieste czwarte zdjęcie zachodu słońca i wszystkie wyglądają tak samo”. Ktoś opowiada o nowym partnerze, nowym aucie, nowej diecie albo nowym kursie oddychania i człowiek naprawdę chciałby być szlachetny, wspierający oraz dojrzały emocjonalnie, ale twarz niestety nie zawsze nadąża za tym projektem.
Osobnym rozdziałem tej farsy jest rozmowa kwalifikacyjna, czyli współczesny teatr absurdu. Kandydat ma nie krzyżować rąk, nie krzyżować nóg, nie drapać się po twarzy, nie drapać się po głowie, nie wyglądać na zbyt pewnego siebie, ale też broń Boże nie na zbyt niepewnego. Ma siedzieć prosto, gestykulować symetrycznie, mieć otwartą postawę i promieniować entuzjazmem. Najlepiej takim naturalnym, spontanicznym entuzjazmem, wyćwiczonym dzień wcześniej przed lustrem. A potem słyszy pytanie: „Gdzie widzi się pan za pięć lat?” i w tej samej chwili jego ciało postanawia wykonać układ choreograficzny zatytułowany „Flaming po załamaniu nerwowym”.
W ogóle rozmowa o pracę to moment, w którym ludzkość osiąga szczyt hipokryzji w wersji premium. Kandydat udaje, że od dziecka marzył o pracy akurat w tej firmie, rekruter udaje, że pytanie o „największą słabość” ma sens, a obie strony dzielnie zachowują się tak, jakby nie chodziło głównie o pieniądze, tylko o wspólną podróż ku wartościom. W tym wszystkim mikroekspresje są jedynym uczciwym uczestnikiem spotkania. One nie udają, że „Excel jest pasją”, nie wierzą w „dynamiczne środowisko” i nie dają się uwieść słowu „synergia”. One pojawiają się na sekundę i mówią: „wszyscy wiemy, o co tu chodzi”.
Równie zabawnie bywa w codziennych relacjach. Człowiek sądzi, że jest mistrzem kamuflażu, a tymczasem wystarczy jeden komentarz przy rodzinnym stole i już połowa twarzy mówi „kocham was”, a druga połowa „nie wytrzymam do deseru”. Na tym właśnie polega cały komizm życia społecznego: niby jesteśmy dorośli, ubrani, ogarnięci, a jednak wciąż zdradzają nas mięśnie twarzy, jakbyśmy byli źle wychowanymi dziećmi na szkolnym apelu. Człowiek przez lata buduje wizerunek osoby zrównoważonej, a potem jedna uwaga cioci o „braku stabilizacji” i nagle twarz pokazuje cały repertuar od rozpaczy po pogardę.
Oczywiście nie ma co popadać w przesadę i traktować mikroekspresji jak magicznego wykrywacza prawdy. To nie jest tak, że po przeczytaniu dwóch artykułów i obejrzeniu trzech filmików człowiek staje się Sherlockiem Holmesem od mięśnia jarzmowego. Czasem ktoś wygląda podejrzanie, bo jest zmęczony. Czasem marszczy nos, bo go swędzi. Czasem unosi brew, bo coś go zdziwiło, a nie dlatego, że właśnie gardzi nami i całym naszym rodem. Człowiek to nie instrukcja obsługi ekspresu do kawy. Nie wszystko da się odczytać od ręki, a już na pewno nie wszystko trafnie.
I może właśnie to jest w tym najlepsze. Mikroekspresje nie obiecują przecież pełnej wiedzy o drugim człowieku. One tylko przypominają, że pod grubą warstwą manier, uprzejmości, pozy zawodowej i społecznego makijażu wciąż siedzi ktoś bardzo pierwotny, szybki i szczery. Ktoś, kto przez pół sekundy reaguje naprawdę, zanim włączy się cały ten elegancki system autocenzury. A potem wszystko wraca do normy: uśmiech wraca na miejsce, głos mięknie, słowa znów są gładkie i cywilizowane. Tylko ten krótki błysk prawdy już zdążył się wydarzyć.
Temat mikroekspresji jest tak wdzięczny, bo przypomina jedną bardzo niewygodną, ale i bardzo pocieszającą prawdę: nikt z nas nie jest aż tak gładki, jakby chciał. Pod każdym „miło mi”, „spokojnie”, „super pomysł” i „oczywiście, bez problemu” siedzi mały, nerwowy człowieczek, który przez pół sekundy pokazuje światu, co naprawdę myśli. A potem z godnością poprawia fryzurę i wraca do roli.
I to jest nawet piękne. Trochę kompromitujące, trochę niewygodne, ale jednak piękne. Bo dzięki temu wciąż jesteśmy ludzcy. Niedoskonali, momentami przezroczyści emocjonalnie, odrobinę śmieszni. Tacy, co chcieliby błyszczeć klasą, a kończą z miną człowieka, któremu własna twarz właśnie zrobiła publiczny sabotaż.
czwartek, 26 marca 2026
Smycz, kapcie i wirtualny penis, czyli krótki traktat o tresurze mężczyzn...
Jest piąta rano. Ta godzina, o której człowiek przy zdrowych zmysłach przewraca się na drugi bok, mamrocze coś do poduszki i poprawia sobie życiorys w trakcie sennych marzeń. Tymczasem ja siedzę przy klawiaturze jak nocny stróż własnych myśli, za oknem jakiś zbłąkany ptaszor trzepie skrzydłami na balkonie, a w mojej głowie - nie wiedzieć czemu - znowu plącze się temat mężczyzn. Czy to już starość? Bardzo możliwe. Podobno starzy ludzie nie śpią. Jeśli tak, to wygląda na to, że moje wejście w wiek średni odbywa się bez fanfar, za to z bezsennością, ptactwem i rozważaniami społecznymi o piątej rano.
A temat, który od jakiegoś czasu regularnie włazi mi do łepetyny, brzmi mniej więcej tak: dlaczego tyle kobiet mówi dziś z rozczulającą powagą, że faceta trzeba sobie wychować? Ułożyć. Ustawić. Utemperować. Najlepiej jeszcze trzymać na smyczy z regulowanym dozownikiem długości, żeby broń Boże nie wyskoczył za daleko poza wyznaczony kojec. Taki osobisty chłop - według tej szkoły tresury - nie może samodzielnie obejrzeć meczu z kolegami, wyskoczyć do knajpy, pojechać na weekend, a już wieczór kawalerski kumpla jawi się niczym brama piekieł, przez którą w jednej chwili wyfruwa z człowieka moralność, rozsądek i bielizna.
W tym modelu relacji mężczyzna jest stworzeniem chwiejnie pionizowanym, które należy stale nadzorować. Coś pomiędzy labradorem, nastolatkiem po energetyku a skazanym na dozór elektroniczny. Sam nie może, bo zrobi głupotę. Z kolegami nie może, bo wiadomo: koledzy to siedlisko zła. Na mecz nie może, bo tam piwo, emocje i jeszcze mu się przypomni, że kiedyś miał wolną wolę. Do baru nie może, bo każda kobieta siedząca przy stoliku automatycznie zamienia się w syrenę z portowego burdelu. Na kawalerski nie może, bo jak wiadomo, każdy męski wieczór kończy się rzekomo katastrofą obyczajową, zbiorowym ogłupieniem i tańcem na granicy rozwodu.
I tak sobie myślę: może ja jestem durna, może naiwna, może niedzisiejsza jak kryształowa cukiernica po ciotce, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tresować faceta. Owszem, można z kimś rozmawiać, ustalać granice, mieć zasady, można się na coś zgadzać albo nie zgadzać. Ale wychowywać? Smycz zakładać? Dawać przepustki? Odbierać przywileje za złe sprawowanie? Przecież to nie jest pies, syn ani recydywista po warunkowym. To ma być partner, a nie projekt resocjalizacyjny.
Zresztą nie oszukujmy się: jeżeli dorosły człowiek będzie chciał wprowadzić jakąś głupotę w życie, to naprawdę nie powstrzyma go żadna smycz. Co najwyżej nauczy go lepiej kłamać. Taki gagatek nie pójdzie oficjalnie na piwo, tylko nagle zacznie mieć „trudny projekt”, „niespodziewane zebranie”, „delegację”, „kryzys w zespole” albo „awarię systemu”, choć jedyna awaria będzie dotyczyła jego kręgosłupa moralnego. Atrakcja i tak zostanie zrealizowana, tylko pod innym szyldem. Bo zakaz nie produkuje cnót. Zakaz produkuje logistykę, alibi i ukrywanie telefonu ekranem do dołu.
Są oczywiście kobiety, które uwielbiają dzierżyć w dłoni wirtualnego penisa i traktują ten gadżet jak berło władzy absolutnej. Ich życiowa filozofia sprowadza się do przekonania, że miejsce męża czy partnera jest pod kapciem. Nie obok. Nie z przodu. Nie z tyłu. Pod. Najlepiej głęboko i bez prawa głosu. Spod wyznaczonego kapcia biedak może wysunąć fragment swojej egzystencji wyłącznie po złożeniu odpowiedniego podania, najlepiej w dwóch egzemplarzach, z uzasadnieniem, celem wyjścia i przewidywaną godziną powrotu. Dobrze widziane są również załączniki: mapa trasy, lista uczestników, grupa krwi i podpis dwóch świadków.
Nie wiem dlaczego, ale gdy słyszę ten cały ton „ja to sobie mojego ustawiłam”, natychmiast stają mi przed oczami hieny. U hien rządzi samica, wyposażona przez naturę w narzędzie, które wygląda jak bardzo zuchwała karykatura męskiego przyrodzenia. I ilekroć widzę te ludzkie dominatorki, takie napuszone swoją wszechmocą, z tym symbolicznym, wirtualnym penisem wycelowanym w świat, to mam przed oczami właśnie hienę: dziarsko maszerującą po sawannie własnego ego, miotającą rozkazy i pokazującą nieposłusznym samcom, gdzie jest ich miejsce. A miejsce to zwykle bywa gdzieś między szafką na buty a psychicznym parterem.
Rzecz jasna, bywają panowie, którym rola kapciowego wyraźnie służy. Są mężczyźni, którzy bez zalegania pod paputkiem czują egzystencjalny niepokój. Taki osobnik nie tyle szuka partnerki, ile etatowej przełożonej. Gdy nikt nim nie zarządza, biedaczysko zaczyna się chwiać jak źle skręcony regał z marketu. On potrzebuje komendy, instrukcji i harmonogramu. Sam nie wie, czy ma ochotę na rosół czy na śmierć, więc z ulgą oddaje stery kobiecie z donośnym głosem i talentem do wydawania poleceń. Owszem, tacy też istnieją. Natura jest bogata i czasem miewa bardzo osobliwe poczucie humoru.
Ale z własnego żywota wiem jedno: zabranianie nie prowadzi do niczego dobrego. W latach młodości miałam szlabany na prawie wszystkie atrakcje tego świata, choć byłam dzieckiem raczej grzecznym niż rozbójniczym. Nie podpalałam stodół, nie rabowałam kiosków, nie hodowałam grzechu w doniczce. A mimo to kontrola była taka, jakbym co najmniej dowodziła osiedlowym gangiem. I cóż się wtedy rodziło w moim niewinnym serduszku? Skrucha? Posłuszeństwo? Urocza wdzięczność? Ależ skąd. Rodziła się przekora. Płomienna, uparta, kreatywna przekora, napędzana poczuciem niesprawiedliwości. Zakazy łamałam z partyzancką precyzją, a swoje „fantastyczne” pomysły realizowałam tym chętniej, im bardziej były zabronione. Nie dlatego, że były mądre. Często były głupie jak but z odklejoną podeszwą. Ale były moje.
I dokładnie tak samo działa wielu panów, którym usiłuje się urządzić życie metodą smyczy i zakazu. Im mocniej zaciskasz pętlę, tym bardziej marzy im się wiatr wolności. Wystarczy moment nieuwagi, lekkie poluzowanie nadzoru i chłopina, dotąd stateczny jak regał z książkami, nagle zaczyna oddychać pełną piersią, odzyskuje błysk w oku i zachowuje się tak, jakby właśnie uciekł z hodowli klatkowej. Nie dlatego, że każdy mężczyzna to urodzony idiota. Tylko dlatego, że każdy człowiek źle znosi bycie własnością.
Bo cała ta opowieść o „wychowywaniu faceta” jest, prawdę mówiąc, dość ponura. Ładnie się to może sprzedaje w babskich pogadankach i internetowych mądrościach z brokatem, ale pod spodem siedzi zwykła pogarda. Pogarda przebrana za troskę, kontrola udająca miłość, dominacja pusząca się jak paw w czerwonych szpilkach. Jakby mężczyzna był z definicji półgłówkiem, którego trzeba pilnować, bo inaczej zeżre pilota, zgubi portfel i zapłodni pierwszą lepszą kelnerkę. To obraża nie tylko jego. To obraża również kobietę, która najwyraźniej uważa, że jedyne, czym może utrzymać związek przy życiu, jest kaganiec, monitoring i system kar administracyjnych.
A przecież relacja to nie obóz poprawczy. Miłość to nie tresura fok. Partnerstwo nie polega na tym, że jedno chodzi na dwóch nogach, a drugie na krótkiej smyczy. Można się z kimś nie zgadzać. Można czegoś nie akceptować. Można postawić granicę i powiedzieć: tego nie chcę w swoim życiu. Ale to jest zupełnie co innego niż urządzanie komuś egzystencji niczym kierowniczka internatu z problemem kontroli.
I jeszcze jedno: kobieta, która z dumą opowiada, że „mój to bez pozwolenia nigdzie nie pójdzie”, wcale nie brzmi jak zwyciężczyni życia. Brzmi raczej jak strażniczka zakładu zamkniętego, która pomyliła związek z wartownią. To nie jest triumf. To jest zmęczenie przebrane za władzę. Bo umówmy się - pilnowanie dorosłego człowieka przez całą dobę nie jest przejawem siły. To jest robota na pełen etat, tylko bez urlopu, premii i szacunku.
Dlatego, moje drogie panie, jeśli wasz wirtualny penis urósł już do rozmiarów groteskowych i zaczyna wam się niebezpiecznie bujać nad głową, to może pora spuścić z niego trochę powietrza. Naprawdę nie trzeba wymachiwać symbolicznym fallusem nad każdym obiadem, wyjściem na mecz i piwem z kolegami. Czasem warto zejść z tronu, odłożyć pejcz, odkleić papuciaka od podeszwy krwistoczerwonego obuwia i spojrzeć na niego łaskawszym okiem. Być może pod tym kapciem nie leży egzemplarz do tresury, tylko zwyczajny dorosły człowiek, który chciałby oddychać bez składania podania w trzech kopiach.
A jeśli mimo całej wolności, zaufania i zdrowego rozsądku zrobi jakąś głupotę? Cóż. Wtedy przynajmniej będzie to jego głupota, a nie wasz wspólny projekt wychowawczy zakończony widowiskową kompromitacją. Bo człowieka można kochać, można z nim być albo z nim nie być. Ale naprawdę nie trzeba go prowadzić na smyczy jak niesfornego jamnika z kryzysem męskości.
środa, 18 lutego 2026
Porządek zbawi świat, czyli jak nie zostać świętą od fug...
Była kiedyś taka postać medialna – ukochana przez miliony – która jednym uśmiechem potrafiła sprawić, że człowiek dostawał wyrzutów sumienia, bo dziś nie wypolerował kranu na poziom: blask brylantu. Perfekcyjna Pani Domu miała rady na wszystko – caluśki pakiet: jak żyć, jak szorować, jak oddychać między jedną ściereczką a drugą. Program już sobie dawno odleżał swoje w archiwach, ale internet jest jak szuflada „przyda się” – nic nie ginie. I właśnie tak na to trafiłam: na pakiet jej „najlepszych” porad, wyciągnięty z odmętów sieci i podany jak ponadczasowa instrukcja obsługi kobiety domowej.
No i zrobiłam to, co zawsze robię: zamiast przejść obok i oszczędzić sobie rozkmin, postanowiłam się temu przyjrzeć bliżej. Oczywiście z przymrużeniem oka – nie jednego, a dwóch. Bo ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby w domu było czysto. Ja mam coś przeciwko temu, żeby czystość stała się formą moralności. Żeby kurz na półce oznaczał upadek cywilizacji, a zlew bez połysku był sygnałem, że kobieta nie stanęła na wysokości zadania.
W tym pakiecie znalazłam filozofię, która brzmi pięknie, dopóki nie wstaniesz z kanapy i nie spojrzysz na swoją kuchnię. Zasada jest prosta: w domu powinny być tylko rzeczy piękne, pożyteczne albo pamiątkowe. Pamiątkowe najlepiej zamknąć w pudełku wspomnień – koniecznie zrobionym samemu, bo dopiero własnoręcznie sklejona tektura nadaje życiu sens, a najlepiej jeszcze, jak klej zwiąże razem z twoją godnością. Tylko ja mam pytanie praktyczne: mam stanąć nad każdą butelką płynu do WC i rozważać, czy ona jest piękna? Bo pożyteczna to ona jest, owszem, ale czy pożyteczność liczy się wtedy, gdy jednocześnie psuje estetykę? A może powinnam ją ozdobić wstążką, żeby przeszła do kategorii „piękne”? Czy proszek do prania jest pamiątkowy, jeśli pamiętam, jak go kupiłam na promocji w 2025 i wtedy było mi trochę lepiej? Widzę to jasno: wyciągam wszystko z szafek, oglądam, klasyfikuję, wzruszam się nad otwieraczem do puszek, bo jest „pamiątkowy” (przetrwał ze mną trzy przeprowadzki i kilka diet), po czym odkładam… i mam bałagan większy niż był. Tylko teraz bałagan jest „świadomy”. A pudełko wspomnień? Oczywiście już biegnę w podskokach. Najpierw zrobię jedno, potem drugie na rzeczy, które nie zmieszczą się do pierwszego, a potem trzecie na wyrzuty sumienia, że w ogóle powstały dwa pierwsze.
Kolejna wjeżdża metoda, którą ja nazywam „sprzątanie rozproszone, czyli cierpienie w ratach”: sześć razy w tygodniu po piętnaście minut zamiast raz w tygodniu przez kilka godzin. I to jest ten moment, kiedy matematyka staje się moim największym wrogiem, bo sześć razy piętnaście to dziewięćdziesiąt minut, czyli półtorej godziny. Nie wiem jak inni, ale ja w półtorej godziny całej chaty porządnie nie ogarnę, chyba że mój dom składa się z jednego krzesła i poczucia winy. A te piętnaście minut to najgorsza jednostka czasu na sprzątanie: za krótko, żeby zrobić porządek, za długo, żeby udawać, że to nic takiego. Ja wolę raz w tygodniu oddać się tej fascynującej czynności z rozmachem: ponarzekać, pojęczeć, poodkurzać z pasją i poczuć tę błogą ciszę po, kiedy człowiek pada na kanapę i mówi: „dobrze, dziś wygrałam z chaosem”. A nie psuć sobie cały tydzień takim kwadransowym popierdywaniem.
Ale prawdziwe złoto zaczyna się tam, gdzie sprzątanie wchodzi w małżeństwo, wchodzi na poziom sakramentu. Weźmy szklanki i kufle do piwa. Tylko ciepła woda. Żadnego płynu do naczyń. Zmywarka? Niech was wszelka moc broni! Bo szkło może się porysować albo potłuc przy wkładaniu i wyciąganiu – dramat, tragedia, klęska narodu. Płyn hamuje powstawanie pianki, a pianka jest przecież fundamentem związku. Mąż z pewnością się z nami rozwiedzie, jeśli popełnimy taką gafę. Mój już parę razy straszył mnie rozwodem, bo niechcący umyłam kufle płynem i – uwaga – za bardzo je wypolerowałam. Zbyt śliska powierzchnia działa niekorzystnie na powstawanie odpowiedniej pianki. Czyli nawet szkło musi mieć tarcie, żeby miłość się pieniła jak należy. Piękne. Wzruszające. Prawie jak „Listy do M.”, tylko z domieszką płynu Ludwik.
Potem jest sugestia, że sprzątanie to przyjemność. Szczególnie wtedy, kiedy wracasz z imprezy. Podobno nie powinnaś odmawiać sobie chwili relaksu przed snem i… posprzątać łazienkę. Bo osady z wody, bo mydło, bo powierzchnie narażone, bo odpowiednie produkty czekają w kątku. Kochaniutkie, ja zawsze, jak wracam ściaprana z przyjęcia, to pierwsze kroki kieruję do łazienki. W trakcie załatwiania potrzeby fizjologicznej poleruję zlew i podłogę – na tyle, na ile mogę sięgnąć siedząc na muszli. Podczas szybkiego prysznica poleruję kabinę, wykorzystując naturalne materiały – może być pupa – bo przy okazji trenuję mięśnie pośladkowe i ud. Wychodząc, wnikliwie przyglądam się fugom; jeśli zauważę choć cień brudu, natychmiast go usuwam. Nie zasnę, dopóki cichutko nie zetrę mopem podłogi. I wtedy dopiero mogę spać. W białych rękawiczkach. Z lęku. Bo prawdziwa przyjemność to jest, jak człowiek po imprezie zamiast wspomnień ma wypolerowane fugi i moralną satysfakcję, że nie pozwolił, aby woda zostawiła ślad.
No i deski do krojenia – temat, który niby jest o higienie, ale kończy się zakupami jak w programie o budżecie państwa. Nie wolno używać jednej deski do różnych produktów, bo bakterie się „wymieszają”. Rozwiązanie? Kup trzy deski. Koniecznie w różnych kolorach. Czerwoną do mięsa, zieloną do warzyw i niebieską do innych produktów, czyli do wszystkiego, czego nie umiesz zakwalifikować, bo zasada 3xP już spaliła ci procesor. Ja oczywiście mam tyle desek, że mogłabym otworzyć muzeum deskarstwa. Z każdego koloru po trzy sztuki, do tego inne kolory, bo deski są fantastyczną ozdobą w kuchni. W wolnych chwilach je pucuję, bo nic tak nie dodaje blasku prawdziwej pani domu jak wypolerowane deski do krojenia w kolorach tęczy. Ładnie kontrastują z moim nieskazitelnie białym fartuszkiem, który zakładam na czas sprzątania, żeby sąsiedzi wiedzieli, że u mnie higiena ma certyfikat, a bakterie zgłaszają się na audyt.
I na koniec ta scena, która jest czystą poezją: odkurzanie w obcasach. W białej spódnicy. Z uśmiechem. I z olejkiem eterycznym wlanym do worka odkurzacza, żeby w mieszkaniu unosił się przyjemny zapach. Nie wiem jak wy, moje Drogie, ale ja każdego dnia dbam o to, aby mój odkurzacz emitował inny aromat – dziś będzie „Dzika Afryka”. Gdy mój mężczyzna wróci z pracy, uderzy go fala egzotyki już od progu, a ja – w obcasach, przebrana za szamankę z plemienia Ubululu – rzucę się na niego, by odkurzaczem czyścić jego ubranie z plam, zanim je wypiorę. Potem podam mu zimne piwo w kuflu umytym tylko wodą, żeby piana była perfekcyjna. A na deser pokażę mu pudełko wspomnień, w którym poukładałam pamiątkowe przedmioty: paragon z 2012, guzik nie wiadomo z czego i resztki mojej wolnej woli po wiosennych porządkach.
Teraz zupełnie poważnie: czy to ma jakikolwiek sens, żeby się w tym zatracać? Bo sprzątanie ma sens. To jest po prostu czynność, którą trzeba wykonać, żeby robaki się nie przyprowadziły i żeby człowiek nie żył w smutku, kiedy szuka skarpetki w warstwie kurzu z zeszłego miesiąca. Porządek uspokaja głowę, a jak wszystko lśni, to przez chwilę czujesz się jak dorosła osoba, która panuje nad swoim życiem. Tylko że w pewnym momencie ta perfekcja zaczyna zjadać życie. Zamiast robić porządek w domu, zaczynasz robić porządek w głowie, ale w ten najgorszy sposób: przez kontrolę nad fugą. Jakby brud nie był brudem, tylko dowodem na twoją niewydolność emocjonalną. Jakby kurz na półce oznaczał, że zawiodłaś jako człowiek, a nie że po prostu masz inne rzeczy do roboty niż polerowanie klamek do poziomu lustra w windzie.
Wiem, że nigdy nie zostanę perfekcyjną panią domu. Może jestem leniem, może jestem normalna, może nie mam genu odpowiedzialnego za poświęcanie każdej wolnej chwili sprzątaniu. I przyznaję: czasami chciałabym na chwilę stać się Sprzątającą Turbobabą – miło byłoby popatrzeć, jak wszystko lśni, jakby w mieszkaniu zamieszkał Photoshop. Ale nie rozumiem, jak można kochać sprzątanie. Dla mnie to zwykłe czynności, które trzeba zrobić – nie religia, nie filozofia, nie test na moralną wartość kobiety. U mnie test białej rękawiczki oblany. Za to test człowieczeństwa zdany: pamiętam, że dom ma służyć ludziom, a nie ludzie domowi. I że życie jest trochę za krótkie, żeby po imprezie robić rekolekcje z płynu do naczyń.
A jeśli kiedyś znów wpadnę na archiwalne porady perfekcji, to pewnie znowu je przeczytam. Znowu się pośmieję. I znowu na chwilę spojrzę na zlew z myślą: „może by tak…”. Po czym zrobię to, co zawsze: umyję go normalnie. Bez kultu. Bez obcasów. I bez poczucia, że właśnie uratowałam cywilizację.










