Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2026

Dziś jestem leniwcem i proszę mnie nie szturchać, czyli sobota pod znakiem majestatycznego zwisu...

Sobota.

Syndrom piżamowca pospolitego dopadł mnie dziś z całą bezwzględnością i najwyraźniej nie zamierza odpuścić. Piżama przejęła władzę nad moim ciałem, umysłem oraz wszelkimi planami rozwojowymi - o ile takie w ogóle zaistniały. Włóczę się więc bez składu i ładu po chałupie, wykonując ruchy pozorowane między kuchnią, kanapą a łazienką i ze zdumieniem obserwuję, jak czas przecieka mi między palcami szybciej niż pieniądze po wypłacie.

Jest dopiero… właściwie już… nieważne która godzina. Mam niejasne przeczucie, że za chwilę ocknę się w niedzielę wieczorem z przysłowiową ręką w nocniku, stertą niewykonanych obowiązków i świadomością, że poniedziałek właśnie ostrzy sobie na mnie zęby.

Nic sensownego dziś nie zrobię. Już to wiem.

Przeprowadziłam nawet kilka poważnych rozmów sama ze sobą. Były argumenty, kontrargumenty, próby perswazji, drobny szantaż emocjonalny i wizja poniedziałkowego biegu do roboty z wywalonym jęzorem. Bez rezultatu. Organizm odmówił współpracy. Wyszło ze mnie prawdziwe dzikie zwierzę... Leniwiec. Brakuje mi tylko stosownej gałęzi, kawałka tropikalnego lasu oraz biologicznego przystosowania pozwalającego przeżyć kilka godzin bez konieczności robienia sobie herbaty. Mogłabym wtedy zawisnąć majestatycznie pod konarem, przyjąć minę istoty całkowicie pogodzonej z bezsensem ludzkiej gonitwy i zabijać wzrokiem liście „szalejące” na wietrze, którego nie ma. Od czasu do czasu przekręciłabym głowę. Powoli. Żeby się nie przemęczyć.

Miałam sprzątać. Oczywiście. Ubrania porzucane tu i ówdzie podczas minionego tygodnia zaczynają już tworzyć własne struktury społeczne. Te z krzesła patrzą na mnie z wyrzutem. Te z fotela najwyraźniej pogodziły się z losem. Jedna skarpeta od dwóch dni wystaje spod łóżka i sprawia wrażenie, jakby próbowała uciec. Wszystkie liczą na akt łaski. Szafa albo pralka. Nie jestem jednak dziś człowiekiem zdolnym do podejmowania tak doniosłych decyzji.

Po podłodze walają się tak zwane koty. Jeszcze nie miauczą, ale dajmy im czas. Jeśli dalej będę je ignorować, być może do jutra wykształcą układ nerwowy, zaczną reagować na imię i trzeba będzie kupować karmę.

Na stole nastąpiło natomiast cudowne rozmnożenie wszelakiej maści dupereli. Są papiery, paragony, gumki do włosów, długopisy, ładowarki, kubek, który nie pamięta już swojej pierwotnej funkcji, i kilka przedmiotów, o których pochodzeniu nie wiem absolutnie nic. Podejrzewam działalność sił nadprzyrodzonych. Nie ma przecież możliwości, żebym sama to wszystko tam położyła.

W zlewie Armagedon talerzowo-garczano-sztućcowy. Gdyby perfekcyjna pani domu weszła teraz do mojego mieszkania, zapewne najpierw zbladłaby, potem zrobiła znak krzyża, następnie zadzwoniła po odpowiednie służby, a na końcu zażądała dla mnie publicznej egzekucji ku przestrodze innych niewiast.

Moje poczucie estetyki, o dziwo, nie cierpi szczególnie. Od czasu do czasu tylko odzywa się mały wyrzut sumienia. Muszę dziada czymś ogłuszyć. Najlepiej słodkim. Czekolada ma tę cudowną właściwość, że po jej spożyciu wyrzuty sumienia nie znikają, ale człowiek przestaje się nimi szczególnie przejmować.

Zamierzałam też zrobić parę rzeczy papierzanych do roboty. Ale na tym polu moja piżama również wykazuje zdecydowany brak zainteresowania współpracą. Poza tym jest sobota. A kto przy zdrowych zmysłach produkuje papiery w sobotę? Papiery muszą dojrzeć. Leżą więc cierpliwie i czekają na lepsze czasy albo na pojawienie się znanego od wieków systemu motywacyjnego zwanego nożem na gardle. Jest to metoda niezwykle skuteczna. Nagle człowiek odkrywa w sobie pokłady energii, o których istnieniu wcześniej nie miał pojęcia, potrafi wykonać trzydniową robotę w dwie godziny i jeszcze zrobić sobie kawę. Na razie jednak nóż znajduje się gdzieś daleko. Możliwe, że nawet w innym województwie. Nie ma więc powodów do gwałtownych ruchów.

Planowałam iść na basen. Naprawdę planowałam. Strój przygotowany, dobre chęci teoretycznie gdzieś były, nawet przez chwilę widziałam siebie oczami wyobraźni jako kobietę aktywną i wysportowaną. Potem spojrzałam za okno. Deszcz. No i kto idzie na basen, kiedy pada? Rozumiem, że z logicznego punktu widzenia jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego. Basen jest przecież pomieszczeniem zamkniętym, a człowiek i tak zamierza dobrowolnie wejść do wody. Ale mój system nerwowy nie był dziś w stanie poskładać tych dwóch zjawisk w symbiotyczną całość. Deszcz oznacza przecież, że jest mokro. Basen także oznacza, że jest mokro. Dwa razy mokro jednego dnia? Nie szalejmy. Zadowolę się popołudniowym prysznicem. Poranny właśnie odjechał ostatnim autobusem, bo na zegarze za chwilę będzie 14.30, a piżama nadal przylega do mnie z determinacją bluszczu wspinającego się po ruinach starego zamczyska.

W planach było też napisanie posta… O! I proszę. To mi się chyba udało. Może więc dzień nie jest całkowicie stracony? Dobra. Koniec tych pobożnych życzeń. Nie posprzątam dziś mieszkania, nie popełnię prania, nie wypoleruję rodowych sreber. Nie przepłynę iluś tam basenów, nie uporządkuję papierów w segregatorach i nie rozpocznę nowego życia od godziny 15.00. Będę natomiast snuła się po domu w piżamie, zaglądała do lodówki bez wyraźnego powodu, piła to i owo, jadła coś, czego nie planowałam jeść, i od czasu do czasu spoglądała na bałagan rozmyślając o złotej rybce spełniającej trzy życzenia, która specjalizuje się w domowych bajzlach. Czyli zrobię dokładnie to, czego domaga się dziś mój wewnętrzny leniwiec. 

Mam tylko nadzieję, że moje sobotnie lenistwo zostanie mi kiedyś wybaczone na Sądzie Ostatecznym. A jeśli istnieje reinkarnacja, to za karę nie zostanę ponownie zesłana na Ziemię jako perfekcyjna pani domu. Tego już sobie nie wyobrażam, a wyobraźnię mam bujnie rozrośniętą. Ja o szóstej rano z uśmiechem prasująca kolorowe ścierki i planująca etapy porządkowania kuchennych szafek? O nie! Są jednak granice ludzkiego cierpienia. Poza tym każdemu od czasu do czasu należy się dzień, w którym największym osiągnięciem jest przejście z kanapy do kuchni bez konieczności odpoczynku po drodze. I nazwijmy go jak chcemy: Dzień lenia. Dzień piżamy. Dzień majestatycznego zwisu. 😉

sobota, 26 września 2026

Za dobrze sobie radzisz, kochanie, czyli dramat kobiety, której nie ma już czym zaimponować...

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sprawa była stosunkowo prosta, ponieważ mężczyzna miał przynieść do domu wypłatę, naprawić cieknący kran, zabić pająka i od czasu do czasu wykazać się znajomością tajemnej wiedzy dotyczącej bezpieczników, podczas gdy kobieta miała patrzeć na niego z podziwem odpowiednim dla człowieka, który właśnie ocalił rodzinę przed zwarciem instalacji elektrycznej. Dzisiaj sytuacja nieco się skomplikowała, gdyż współczesna kobieta sama zarabia, kran dokręca kluczem znalezionym po obejrzeniu trzyminutowego filmu na YouTubie, pająka wynosi w słoiku, a kiedy wysiada prąd, zanim mężczyzna zdąży powiedzieć: „Daj, zobaczę”, ona już sprawdziła korki, zadzwoniła do administracji i wie, że awaria obejmuje pół osiedla.

W tym miejscu zaczynają się problemy natury romantycznej...

Okazuje się bowiem, że na świecie pojawił się nowy, wyjątkowo niebezpieczny gatunek kobiety: kobieta, która sobie radzi. Ma pracę, konto, samochód, własne zdanie i numer telefonu do hydraulika, który naprawdę przychodzi wtedy, kiedy obiecał, co samo w sobie jest kapitałem porównywalnym z nieruchomością w centrum Warszawy. Potrafi sama pojechać na wakacje, zamówić stolik w restauracji, skręcić regał, kupić wino i otworzyć je bez konieczności biegania po sąsiadach z pytaniem, czy w domu znajduje się jakiś mężczyzna posiadający korkociąg oraz odpowiednią ilość testosteronu.

Kiedyś nazywało się to zaradnością i rodzice byli dumni. Dzisiaj internet potrafi człowiekowi wyjaśnić, że właśnie przez tę zaradność jest samotny.

Podobno kobiety stały się zbyt niezależne, zbyt wykształcone, zbyt wymagające i generalnie tak potwornie kompetentne życiowo, że biedny amant staje w progu ich uporządkowanego świata i nie bardzo wie, co mógłby do niego wnieść poza ładowarką do telefonu, których właścicielka i tak ma trzy.

Rzeczywiście, sytuacja mężczyzny zrobiła się trudniejsza, ponieważ samo pojawienie się już nie wystarcza. Dawniej facet z samochodem miał przewagę konkurencyjną. Dziś kobieta ma własny samochód, assistance, aplikację pokazującą ceny paliwa i mechanika, któremu ufa bardziej niż połowie rodziny. Dawniej można było powiedzieć: „Znam świetne miejsce na weekend” i wywołać dreszcz ekscytacji, teraz zaś kobieta w ciągu siedmiu minut sprawdzi owo świetne miejsce w internecie, przeczyta sto osiemdziesiąt siedem opinii, obejrzy łazienkę na zdjęciach satelitarnych i odkryje, że romantyczny pensjonat „z widokiem na góry” stoi za stacją benzynową, a widok pojawia się wyłącznie wtedy, gdy człowiek wejdzie na pralkę i wychyli się przez okno w łazience.

Nie znaczy to jednak, że kobieta samowystarczalna nie potrzebuje mężczyzny. Potrzebuje, tylko niestety coraz rzadziej potrzebuje go do czegokolwiek, co można wpisać w instrukcję obsługi gospodarstwa domowego.

Skoro nie potrzebujemy już faceta do wniesienia szafy na czwarte piętro, odwiezienia nas na dworzec, wymiany żarówki ani zapewnienia bytu, pozostaje niezwykle niewygodne pytanie: po co właściwie mamy go wpuszczać do domu?

Jak wiemy wpuszczenie mężczyzny do domu nie jest decyzją pozbawioną konsekwencji. Obcy człowiek zaczyna bowiem zajmować pół łóżka, choć śpi dokładnie na środku, odkłada kubek dwa centymetry od zmywarki i z czasem wprowadza do łazienki kosmetyk typu „8 w 1”, którym według producenta można umyć włosy, twarz, ciało, samochód oraz prawdopodobnie kostkę brukową.

Żeby zgodzić się na tak poważną ingerencję w ekosystem, kobieta powinna jednak coś z tego mieć...

Wbrew obiegowej opinii wcale nie chodzi o BMW, sześciopak na brzuchu ani kolację za czterysta złotych, podczas której kelner trzy razy opowiada historię pomidora leżącego na talerzu. Kobieta, która potrafi sama zapłacić za kolację, nie mdleje już na widok karty kredytowej wysuniętej z męskiego portfela. O wiele bardziej imponuje jej człowiek, który pamięta, co mówiła tydzień temu, nie traktuje „zobaczymy” jako oficjalnej formy planowania przyszłości i potrafi przeprowadzić rozmowę o emocjach bez zachowywania się tak, jakby właśnie kazano mu własnoręcznie wykonać kolonoskopię.

Tymczasem współczesny rynek randkowy bywa miejscem osobliwym, na którym spotykają się ludzie wyposażeni w doświadczenia, oczekiwania, lęki, kredyty hipoteczne oraz zdjęcia profilowe sprzed siedmiu lat. Każdy chce autentyczności, choć wcześniej przepuszcza kandydatów przez zestaw filtrów, każdy szuka szczerości, chociaż na pytanie „czego właściwie szukasz?” odpowiada „zobaczymy, co życie przyniesie”, jak człowiek siedzący na przystanku bez sprawdzania, czy w ogóle jeździ tędy autobus.

Do tego dochodzi niezwykle popularny współczesny typ relacji, w której dwoje ludzi spotyka się, sypia ze sobą, spędza weekendy, zna swoje alergie, zamawia wspólną pizzę, trzyma szczoteczki do zębów w jednej łazience, ale za nic w świecie nie nazwie tego związkiem, ponieważ nazwanie rzeczy po imieniu mogłoby wywołać niepotrzebne napięcie emocjonalne. Można więc znać numer PESEL człowieka, jego matkę, psa i hasło do Netfliksa, ale pytanie „kim właściwie dla siebie jesteśmy?” nadal traktowane jest jak próba przejęcia spółki przez wrogiego inwestora.

Nic dziwnego, że część kobiet po kilku takich przygodach wraca do domu, zdejmuje stanik, robi herbatę i dochodzi do wniosku, że samotność ma przynajmniej tę zaletę, iż nie wysyła o pierwszej trzydzieści w nocy wiadomości „śpisz?”, żeby następnego dnia przez czternaście godzin nie odpowiadać.

Wtedy najczęściej słyszymy, że kobiety mają za wysokie wymagania...

Być może rzeczywiście mamy. Po czterdziestce czy pięćdziesiątce człowiek zaczyna stawiać partnerowi wymagania skandalicznie wygórowane: żeby był dorosły, słowny, ciekawy świata, potrafił mówić, słuchać i nie uważał wierności za egzotyczną praktykę religijną uprawianą przez niewielkie plemię gdzieś w Andach. Dobrze również, gdyby miał poczucie humoru, ponieważ bez niego wspólne starzenie się może przypominać wieloletnie zebranie wspólnoty mieszkaniowej dotyczące wymiany pionów kanalizacyjnych.

Problem polega na tym, że współczesna kobieta po prostu przestała potrzebować byle kogo. Nie musi już wybierać człowieka dlatego, że ma samochód, mieszkanie, pensję albo potrafi obsługiwać wiertarkę. Może pozwolić sobie na znacznie większą fanaberię: wybrać tego, przy którym jej życie będzie lepsze niż bez niego. A to jest konkurencja wyjątkowo niewdzięczna, ponieważ mężczyzna nie konkuruje już z innym mężczyzną. Konkuruje z jej świętym spokojem. Z sobotnim porankiem, podczas którego nikt nie pyta, gdzie leżą jego skarpetki. Z łóżkiem, w którym cała kołdra należy do niej. Z wieczorem spędzonym dokładnie tak, jak chce, bez oglądania filmu wybranego w ramach kompromisu, który nikogo nie interesuje. Z podróżą, na którą nie trzeba nikogo namawiać, oraz z ciszą, której nikt nie przerywa pytaniem zadanym dokładnie w chwili, gdy bohater kryminału ma wyznać, kto zabił.

I to jest odpowiedź na pytanie dlaczego niektórym kobietom tak trudno dziś zaimponować. Nie dlatego, że stały się zimne, roszczeniowe czy „za bardzo niezależne”, tylko dlatego, że odkryły rzecz wysoce niewygodną dla rynku matrymonialnego: samotne życie wcale nie musi być poczekalnią przed życiem właściwym. Może być całkiem przyjemnym mieszkaniem, urządzonym po swojemu, z wygodnym fotelem, dobrym winem i pilotem leżącym dokładnie tam, gdzie człowiek go zostawił. Dlatego jeśli ktoś chce się do niego wprowadzić, nie wystarczy już przyjść z własną szczoteczką do zębów i przekonaniem, że jego obecność jest wartością dodaną z definicji. Trzeba jeszcze rzeczywiście być tą wartością.

A to, moje drogie panie, może być najpiękniejszym skutkiem całej kobiecej emancypacji: nie to, że nauczyłyśmy się żyć bez mężczyzn, tylko że wreszcie możemy sobie pozwolić na luksus życia wyłącznie z takimi, bez których byłoby nam zwyczajnie gorzej. 😉

(Przy końcówce mała prywata: pozdrawiam osobistego chłopa domowego, bez którego moje życie niewątpliwie byłoby gorsze - mniej absurdalne, mniej komiczne i stanowczo zbyt normalne. A tego przecież nie życzę sobie nawet w najbardziej poczochranych koszmarach. 
😉)

środa, 16 września 2026

Życie pod nadzorem, czyli kto, z kim, gdzie i dlaczego przy śmietniku...

Do osiedlowej grupy na Facebooku zapisałam się z pobudek niewinnych jak ktoś, kto otwiera lodówkę tylko po to, żeby sprawdzić, co w niej jest. Chciałam znaleźć numer do pana, który podobno naprawia rolety, bierze rozsądnie i nie zaczyna rozmowy od zdania: „Pani, tego się nie da...”, wypowiadanego tonem chirurga stojącego nad przypadkiem beznadziejnym. Numeru do pana nie znalazłam, za to w ciągu pierwszych dwóch dni dowiedziałam się, że ktoś z klatki C regularnie wyrzuca śmieci bez segregowania, srebrna toyota parkuje „jakby właściciel prawo jazdy wygrał w chrupkach” plus inne, fascynujące doniesienia z osiedlowego pierdolnika.

Z początku czytałam grupę z ciekawością etnografa, który przypadkiem trafił na nieopisane wcześniej plemię i odkrył, że jego członkowie komunikują się za pomocą zdjęć źle zaparkowanych samochodów. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie jest zwyczajna grupa mieszkańców. To jest całkowicie autonomiczny organizm państwowy, bez budżetu i hymnu, za to z bardzo rozbudowanym wywiadem. Administracja może tygodniami nie zauważyć, że z dachu odpada tynk, ale osiedle w ciągu siedmiu minut ustali, że facet stojący przy paczkomacie nie mieszka w żadnej z czterech sąsiednich klatek, miał granatową kurtkę, a około 16.20 rozglądał się „jakoś tak dziwnie”.

Zwrot „jakoś tak dziwnie” jest zresztą w osiedlowej kryminalistyce równie ważny jak odciski palców. Człowiek uczciwy powinien poruszać się zdecydowanie, patrzeć przed siebie i najlepiej nie zatrzymywać się bez wyraźnego powodu. Jeśli natomiast stoi pod blokiem, zerka na domofon albo, nie daj Boże, chodzi tam i z powrotem, zostaje „osobnikiem”. Z człowieka do osobnika droga jest krótka i prowadzi zwykle przez balkon pani Grażyny, która ma telefon z zoomem takim, że gdyby bardzo chciała, mogłaby sfotografować życie na Marsie.

Pewnego dnia ktoś zamieścił zdjęcie mężczyzny właśnie przy paczkomacie i zapytał, czy „ktoś go kojarzy”. Mężczyzna nie robił absolutnie nic, co w normalnym kodeksie karnym mogłoby zostać uznane za czyn zabroniony, ale miał tę nieszczęśliwą właściwość, że wyglądał na człowieka, którego nikt nie kojarzył. W dodatku spoglądał na telefon, a potem na blok, co po kilku komentarzach zaczęło przypominać przygotowania do zamachu na lokalną architekturę.

Jedna pani widziała go już wcześniej przy Żabce. Druga nie widziała, ale jej zdaniem „trzeba uważać, bo teraz różnie bywa”. Trzecia zapytała, czy ktoś zgłosił sprawę na policję, a czwarta przytomnie zauważyła, że właściwie nie wiadomo, jaką sprawę należałoby zgłosić. Na szczęście ten głos rozsądku utonął dość szybko, bo rozsądek na grupie osiedlowej pełni mniej więcej taką funkcję jak koperek na pizzy - teoretycznie może się pojawić, ale nikt na niego nie czeka.

Po godzinie córka „osobnika” napisała, że to jej ojciec, przyjechał po nią samochodem i czekał, ponieważ schodziła z dzieckiem.

I tu objawiła się największa siła osiedlowej społeczności: zdolność do płynnego przejścia od podejrzenia o działalność przestępczą do całkowitej obojętności, bez najmniejszej potrzeby zatrzymania się po drodze na przystanku „może przesadziliśmy”.

Ojciec przestał być interesujący natychmiast, gdyż ktoś właśnie wrzucił zdjęcie kartonu. Nie był to zwykły karton. Zwykły karton znajduje się w pojemniku na papier, gdzie prowadzi cichy żywot odpadu zgodnego z regulaminem. Ten stał obok, oparty bezczelnie o kontener, rozłożysty i pewny siebie jak człowiek, który przyszedł na wesele bez koperty. Po napisie na pudle można było wywnioskować, że jeszcze niedawno mieścił pięćdziesięciopięciocalowy telewizor, więc zaczęło się dochodzenie majątkowe.

- Kto ostatnio kupował telewizor?

Nie wiem, czy Centralne Biuro Antykorupcyjne dysponuje podobnymi metodami, ale jeśli nie, powinno wysłać ludzi na szkolenie.

Ktoś przypomniał sobie, że kilka dni wcześniej kurier wnosił duże pudło do klatki A. Ktoś inny znał rodzinę, która „chyba ostatnio coś remontowała”, co nie miało najmniejszego związku z telewizorem, ale brzmiało obiecująco. Pojawiła się propozycja sprawdzenia monitoringu, potem dyskusja, czy monitoring w ogóle może być w tym celu sprawdzony, i wreszcie człowiek nierozważny, zapewne nowy na grupie, napisał:

- Przecież to tylko karton.

Są zdania, których publicznie wypowiadać nie należy. „To tylko karton” było jednym z nich, ponieważ tu nie chodziło już o karton, tylko o zasady. W chwili, w której pojawiają się zasady, człowiek stojący po niewłaściwej stronie sporu może zacząć pakować rzeczy. Dowiedział się więc, że jeśli dla niego karton to „tylko karton”, to nic dziwnego, że potem osiedle wygląda, jak wygląda. Ktoś napisał o kulturze osobistej wyniesionej z domu, ktoś wspomniał czasy, kiedy „ludzie bardziej dbali o wspólną przestrzeń”, choć podejrzewam, że chodziło o lata osiemdziesiąte, kiedy wspólna przestrzeń składała się głównie z trzepaka, dwóch ławek i fiata 126p, więc dbanie było logistycznie prostsze.

W ogóle każda dyskusja osiedlowa, jeśli pozwolić jej trwać wystarczająco długo, dochodzi w końcu do upadku obyczajów. Zaczyna się od psiej kupy na trawniku, a kończy na diagnozie cywilizacji zachodniej. Ktoś stawia hulajnogę przy wejściu i już wiadomo, że młodzi nie mają szacunku. Ktoś nie odśnieży kawałka chodnika i natychmiast pojawia się „roszczeniowość”. Właściciel audi zajmie kawałek drugiego miejsca parkingowego, a po trzydziestu komentarzach okazuje się, że właśnie przez takich ludzi Polska od lat nie może się podnieść.

Samochody są zresztą osobną religią, przy czym najbardziej gorliwi wyznawcy zajmują się samochodami cudzymi. Źle zaparkowane auto fotografuje się z kilku stron, żeby sąd społeczny nie miał wątpliwości, że doszło do zaboru terytorialnego, a potem wrzuca z podpisem: „Brawo dla mistrza”. Uwielbiam to „brawo”, bo zawiera w sobie wszystko, czego polska ironia potrzebuje do życia: pogardę, satysfakcję i przekonanie, że człowiek obraził kogoś niezwykle kulturalnie.

Pod spodem rozpoczyna się tradycyjny taniec godowy komentujących. Jeden każe wzywać straż miejską, drugi odpowiada, że straż miejska „ma to gdzieś”, trzeci zna przepisy, ponieważ kiedyś dostał mandat pod Lidlem, a ktoś zawsze ma fotografię tego samego samochodu sprzed pół roku. Nie wiem, kim są ci ludzie, którzy przechowują w telefonach archiwum cudzych wykroczeń parkingowych, ale zakładam, że gdyby kiedyś zaginęły policyjne bazy danych, kraj spokojnie odbuduje je z galerii mieszkańców osiedli.

Najwięcej emocji wywołuje jednak wiercenie, czyli ten moment, kiedy człowiek przypomina sobie, że kupił mieszkanie, ale nie powietrze wokół niego. Cudza wiertarka ma niezwykłą właściwość fizyczną: zawsze jest głośniejsza od własnej i zawsze uruchamia się w porze, w której wiercić nie wypada. W sobotę za wcześnie, albowiem ludzie chcą odpocząć; w tygodniu nie można, bo ktoś pracuje zdalnie; po siedemnastej dzieci wracają z przedszkola; po dziewiętnastej to już w ogóle barbarzyństwo. Z obliczeń grupowych wynika więc, że remont w bloku należy przeprowadzać najlepiej bez użycia narzędzi, a jeśli już człowieka przyciśnie, powinien wywiercić otwór we wtorek około 11.36, wcześniej zawiadamiając sąsiadów listem poleconym.

Szczególnym uwielbieniem darzę ludzi, którzy co pewien czas opuszczają grupę. Zawsze robią to publicznie i uroczyście, jakby oddawali insygnia władzy po przewrocie wojskowym.

„Mam dość poziomu tej grupy. Żegnam.”

Nikt oczywiście nie może po prostu kliknąć „opuść”. Odejdźcie kiedyś z grupy po cichu, a zmarnujecie jedyną okazję, żeby poinformować kilkuset obcych ludzi, że właśnie tracą kogoś wartościowego. Taki człowiek zwykle jeszcze przez godzinę odpowiada na komentarze pod własnym pożegnaniem, prostuje nieścisłości i zapewnia, że „nie będzie się zniżał do tego poziomu”, zniżając się przy tym regularnie mniej więcej co siedem minut. Potem rzeczywiście znika, żeby po trzech tygodniach wrócić, ponieważ komuś uciekł york i sprawa wymagała mobilizacji wszystkich dostępnych sił.

Czasami, czytając te wszystkie doniesienia o kartonach, podejrzanych osobnikach, źle ustawionych donicach, psach, kotach, chomikach zastanawiam się, skąd ludzie biorą na to czas. Ja potrafię przez trzy dni nie odpisać na wiadomość, bo „muszę mieć chwilę świętego spokoju”, a ktoś inny o 7.12 rano zdąży sfotografować worek stojący obok śmietnika, wrzucić zdjęcie, oznaczyć administrację i jeszcze odpowiedzieć czternastu osobom, które mają własną teorię pochodzenia worka.

Może to ja źle gospodaruję dniem. Być może człowiek dobrze zorganizowany po prostu wstaje, pije kawę, robi zakupy, pracuje, odbiera dzieci, gotuje obiad, a między jednym a drugim prowadzi niewielkie śledztwo w sprawie pojemnika po farbie wystawionego przy wiacie. Jedni uczą się hiszpańskiego, drudzy biegają półmaratony, a jeszcze inni rozwijają pasję do dokumentowania, że ktoś z klatki B znowu nie domknął drzwi.

Nie chcę nikogo oceniać. Broń Boże. Sama mam zajęcia, o których przydatności dla ludzkości lepiej szerzej nie mówić, i potrafię przez kwadrans szukać w internecie aktorki, której nazwiska nie pamiętam, z filmu, którego tytułu też nie pamiętam, tylko dlatego, że „muszę sobie przypomnieć”. Ale żeby o 23.48 fotografować z balkonu śmietnik, bo „jakiś podejrzany wór spoczywa obok kontenera”, trzeba jednak mieć w sobie rodzaj powołania.

Być może niesprawiedliwie nazywam to wścibstwem. Może mamy tu do czynienia z pełnoprawnym sposobem spędzania wolnego czasu, tylko jeszcze nikt nie wpisał go do katalogu zainteresowań. Są ludzie, którzy wieczorem czytają książki, inni oglądają seriale, a ktoś najwyraźniej czuje się spełniony dopiero wtedy, gdy ustali, z którego mieszkania wyniesiono fotel pod śmietnik i dlaczego leżał tam aż do rana.

Patrząc na niektóre dyskusje, dochodzę nawet do wniosku, że nuda została niesłusznie oczerniona. Dawniej człowiek się nudził i najwyżej patrzył przez okno. Dziś patrzy przez okno z telefonem w ręku, robi zdjęcie, powiększa je, zakłada wątek i po godzinie ma poczucie, że uczestniczył w czymś bardzo ważnym.

Za chwilę zapewne ktoś z grupy odpowie:

- Też to zauważyłam. Trzeba coś zrobić!

I wieczór uratowany. 😉

piątek, 11 września 2026

Nie każde pęknięcie w ego wymaga gipsu - niektórym wystarczy plaster z autoironii...

Zauważyłam, że najciężej idzie się przez życie ludziom, którzy własną powagę niosą przed sobą jak tort z kremem w zatłoczonym autobusie. Łokcie szeroko, twarz napięta, oczy wbite w horyzont i wieczny lęk, że ktoś potrąci majestat, a różyczka z bitej śmietany przyklei się do nosa.

Tymczasem umiejętność śmiania się z siebie jest wyjątkowo praktyczna. Człowiek potknie się na oczach połowy ulicy i zamiast przez trzy dni analizować, kto widział, jak bardzo widział oraz czy monitoring miejski planuje emisję nagrania w godzinach największej oglądalności, otrzepuje się, sprawdza stan kolan i idzie dalej.

Nie chodzi oczywiście o robienie z siebie etatowego błazna, któremu każdy może przykleić na plecach kartkę z napisem „kopnij mnie, mam dystans”. Poczucie humoru wobec siebie nie jest wycieraczką dla cudzej bezczelności. To raczej niewielka szpilka, którą od czasu do czasu przekłuwamy nadęte ego, zanim zacznie zajmować dwa miejsca w tramwaju i domagać się tytułowania per „Wasza Nieskazitelność”.

Psychiatrze pracy nie odbierajmy, gdyż nie każdą biedę da się wypłoszyć dowcipem. Jednak sporą część codziennych dramatów sami hodujemy pod kloszem, podlewamy wspomnieniami i zaglądamy co godzinę, czy już wypuściły nowe pretensje. A czasem wystarczyłoby spojrzeć na własne zachowanie z boku i zauważyć, że właśnie obraziliśmy się śmiertelnie, ponieważ ktoś nie docenił naszej genialnej uwagi dotyczącej ustawienia pojemnika na pranie.

Kto potrafi śmiać się z siebie, ten nie staje się mniej poważny. Po prostu nie musi codziennie zatrudniać orkiestry symfonicznej do oprawy każdego fałszywego dźwięku, jaki wydało jego życie. A to już jest oszczędność - jeśli nie na psychiatrze, to przynajmniej na nadmiernym zużyciu własnych nerwów. 😉

niedziela, 23 sierpnia 2026

Małżeństwo, czyli sport ekstremalny w stroju galowym...

Powiedzmy sobie szczerze: małżeństwo jest pomysłem dość brawurowym. Dwoje ludzi, z których każde ogarnia życie według własnej fantazji, postanawia połączyć finanse, rodziny, łazienkę oraz dwa komplety starannie pielęgnowanych dziwactw. Wszystko odbywa się w odświętnych ubraniach, jakby eleganckie buty miały kogokolwiek ochronić przed konsekwencjami.

W urzędzie pytają, czy oboje chcą zawrzeć związek małżeński. Nikt natomiast nie sprawdza, czy tak samo rozumieją słowa: „zaraz”, „nic mi nie jest”, „rób, jak chcesz” oraz „nie jestem głodna”. A przecież te cztery zwroty rozwaliły więcej związków niż wszystkie biuściaste blondynki z księgowości razem wzięte.

Po ślubie kończy się wersja demonstracyjna i uruchamia pełny program, razem z błędami. Urocze roztargnienie staje się nieuleczalnym gubieniem kluczy, spontaniczność - robieniem wszystkiego bez uprzedzenia, a rozmowa małżeńska coraz częściej przypomina konferencję prasową. 😉

Jeżeli po latach dwoje ludzi nadal potrafi się dogadać, a przy tym nie planuje wzajemnej eksmisji przy każdej kłótni o pilota, to znaczy, że trafiło im się coś rzadkiego: związek, który działa. Małżeństwo mu nie zaszkodziło. Chociaż robiło, co mogło. 😉

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Gdy chłop mówi „niedaleko”, szykuj frytki, lawetę i narzędzie zbrodni...

W niedzielę - jakże urokliwą, słoneczną i od samego rana podejrzanie optymistyczną - wybrałam się z osobistym chłopem domowym na rower.

I tutaj pierwsza przestroga: nigdy nie ufajcie mężczyźnie, który regularnie jeździ na rowerze i mówi: „Nie pojedziemy daleko”. „Niedaleko” w męskim systemie miar jest pojęciem równie precyzyjnym jak „zaraz wracam”, „wypiję tylko jedno piwo” oraz „spokojnie, wiem, co robię”. Może oznaczać trzy kilometry, może granicę województwa, a może Bratysławę, jeśli wiatr będzie sprzyjający.

Ja oczywiście uwierzyłam. W swej naiwności i okresowym bezmózgowiu jechałam przed siebie, pedałując radośnie niczym skowronek na dopingu. Kompletnie nie przyszło mi do głowy, że każda droga ma również wersję powrotną. Geografia nigdy nie była moją mocną stroną, ale żeby człowiek w moim wieku dopiero po czterdziestu kilometrach odkrył istnienie drogi w przeciwnym kierunku, to już nie luka edukacyjna, tylko gigantyczne zaniedbanie systemowe.

Początkowo było nawet przyjemnie. Słońce świeciło, ptaszki świergoliły, okoliczności przyrody prezentowały się jak folder reklamowy gminy, a my sunęliśmy przed siebie, udając ludzi aktywnych i mających kontrolę nad własnym życiem. Był też postój w Żabce - pocieszajka w postaci loda sorbetowego i jakiegoś napoju, czyli pełnowartościowy posiłek sportowca, który nie wie jeszcze, że za kilka godzin będzie negocjował z własnymi nogami warunki dalszej współpracy.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zaistniała w dla siebie właściwy sposób...

Omijając balustradę blokującą przejazd samochodom, zahaczyłam o krawężnik i wykonałam widowiskowy manewr przejścia z pozycji pionowej do poziomej. Gleba była efektowna, choć jury techniczne mogłoby odjąć punkty za lądowanie. Na szczęście skończyło się na niewielkich obiciach, sztuk dwie, za co dziękuję aniołom stróżom, leśnym szaptuchom oraz producentowi kasku. Mam już bowiem za sobą dwa operowane barki wyposażone w tytanowe śrubki oraz nadgarstek zaopatrzony w blaszkę o wdzięcznej nazwie „Baby Foot”. Nazwa brzmi jak krem złuszczający do pięt albo kapela dziecięca występująca na festynie parafialnym, tymczasem jest to kawał metalu zamontowany w człowieku na stałe. I nie, proszę sobie nie wyobrażać, że kolekcjonowanie tytanowych gadżetów we wnętrzu organizmu stanowi moje hobby. Nic z tych rzeczy. Nie zbieram całej serii i nie interesuje mnie nagroda za skompletowanie szkieletu.

Po upadku otrzepałam więc godność, sprawdziłam, czy wszystkie części ciała nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie rano, i ruszyliśmy dalej.

Marian tymczasem był w znakomitej formie. Pruł w siną dal jak husaria, tyle że w spodenkach rowerowych. Gdyby go nie powstrzymać, zapewne wieczorem wysłałby mi zdjęcie spod czeskiej granicy z podpisem: „No widzisz, przecież niedaleko”.

Na szczęście resztki mojego rozumu, które dotychczas jechały z tyłu i najwyraźniej podziwiały widoki, wreszcie dogoniły peleton. Spojrzałam na licznik. Ponad czterdzieści kilometrów. Spojrzałam na Mariana. Spojrzałam w stronę domu, którego oczywiście nie było widać nawet przy bardzo bujnej wyobraźni. I wtedy dotarła do mnie informacja szokująca: trzeba jeszcze wrócić. Ogłosiłam zatem koniec ekspedycji. Zawrócilim.

W tym momencie moja dupa bolała już tak, jakby siedziała nie na rowerowym siodełku, lecz na kostce brukowej obitej kaktusem. Co kilka kilometrów zmieniałam pozycję, ale możliwości były zasadniczo dwie: bolało albo bolało inaczej.

Po drodze pożarłam jeszcze frytki w popularnym fast foodzie, ponieważ ilość spalonych kalorii zaczęła przybierać rozmiary niedopuszczalne. Człowiek musi reagować, zanim organizm wpadnie na pomysł, żeby schudnąć. Frytki zjadłam więc nie z łakomstwa, lecz odpowiedzialności. Była to interwencja medyczna, tylko podana w papierowym opakowaniu i posypana solą.

Trzymałam się długo. Naprawdę długo. Nie płakałam, nie jęczałam, nie groziłam Marianowi rozwodem ani porzuceniem jego zwłok w przydrożnym rowie po wcześniejszym odrąbaniu wszystkich wystających elementów. Byłam spokojna, dzielna i zadziwiająco zrównoważona, czyli zupełnie do siebie niepodobna.
Sielanka trwała do chwili, kiedy moje nogi zaczęły tracić czucie. Najwyraźniej dolna połowa organizmu zwołała zebranie związkowe i jednogłośnie uchwaliła przerwanie pracy. Wtedy - jak to określa osobisty chłop domowy - odpaliła mi się rasowa „drama queen”. Nie jakaś tam skromna księżniczka dramatu. Pełnoprawna cesarzowa, z dworem, orkiestrą, wirtualną siekierą i prawem do wypowiadania wojen.

Zsiadłam z roweru, rozsiadłam się na krawężniku jak zdetronizowana monarchini i przybrałam minę zdolną uśmiercić wszelkie formy życia w promieniu pięćdziesięciu metrów. Podejrzewam, że mleko w pobliskim sklepie skwaśniało bez otwierania lodówki.

- Dalej nie jadę - oznajmiłam tonem człowieka, który podjął decyzję ostateczną i właśnie żegna się ze światem.

Marian zapewne rozważał wezwanie taksówki, lawety albo księdza, ale zachował się rozsądnie i milczał. Po mniej więcej piętnastu minutach cudownie odzyskałam czucie w nogach, chęć życia oraz zdolność do dalszego pedałowania. Drama queen zeszła ze sceny, choć zrobiła to niechętnie.

Do domu dotarłam szczęśliwie. Ostatnie metry przejechałam siłą woli i wizji kanapy. Po przekroczeniu progu miałam ochotę go pocałować, objąć framugę i obiecać całemu domostwu, że już nigdy go nie opuszczę. Przynajmniej nie na rowerze.

Jaki z tego morał?

Jeżeli rowerzysta mówi: „Nie pojedziemy daleko”, należy natychmiast zapytać: „Daleko według mapy czy według twojej pokręconej psychiki?”. Warto też pamiętać, że czterdzieści kilometrów w jedną stronę nie oznacza czterdziestu kilometrów wycieczki. Oznacza osiemdziesiąt kilometrów oraz gruntowną rewizję związku.

A poza tym człowiek może mieć tytan w barkach, blaszkę w nadgarstku i stalowy charakter, lecz ostatnie słowo i tak zawsze należy do dupy. ;)

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Kryzys wieku średniego z dostawą do paczkomatu, czyli człowiek planuje rewolucję, a kupuje masażer karku...

Kiedyś kryzys wieku średniego miał rozmach. Człowiek kupował czerwony kabriolet, skórzaną kurtkę i ruszał przed siebie, zostawiając za sobą rodzinę, rozsądek oraz ratę za zmywarkę. Ewentualnie wdawał się w romans z kimś tak młodym, że podczas wspólnej kolacji jedna osoba wspominała stan wojenny, a druga była przekonana, że Jaruzelski to polska marka okularów przeciwsłonecznych.

Dziś kryzys wieku średniego również zgłasza się punktualnie, tylko budżet już w progu studzi mu temperament. Człowiek marzy o kabriolecie, zagląda na konto i ostatecznie kupuje elektryczną hulajnogę. Przez chwilę rozważa jeszcze kochankę, ale zamawia urządzenie do masażu karku. Wibruje, nie oczekuje deklaracji i można je wyłączyć jednym przyciskiem, zanim naprawdę zacznie działać na nerwy.

Współczesny bunt nie pachnie więc benzyną, drogimi perfumami ani skandalem obyczajowym. Pachnie kartonem, folią bąbelkową lub innym badziewiem służącym do pakowania. Przychodzi kurierem albo czeka w skrytce. Druga czy nawet trzecia młodość ma dziś kod odbioru i trzeba ją zabrać z paczkomatu, zanim zechce wrócić do nadawcy.

Najczęściej przychodzi w postaci sprzętu sportowego.

Około pięćdziesiątki budzi się bowiem w człowieku atleta, który przez trzy dekady leżał cicho, prawdopodobnie przygnieciony pilotem do telewizora. Pewnego ranka podnosi głowę i woła:

- Biegamy!

Organizm, który nie zna tego człowieka, odpowiada:

- Kim pan, do cholery, jest i jak pan tu wszedł?

Mimo to kupujemy buty biegowe, legginsy, koszulkę odprowadzającą wilgoć i zegarek, który mierzy puls, sen, stres oraz stopień upokorzenia podczas wchodzenia na drugie piętro. Zegarek szybko okazuje się elektronicznym kapusiem. Wibruje przy stole i oznajmia: „Czas się poruszać”, jakby sam nie spędził całego dnia przyczepiony do ręki.
Po pierwszym spacerze gratuluje nam życiowego rekordu. Cztery tysiące osiemset kroków! Dyskretnie pomija, że połowę nabiliśmy jeszcze przed wyjściem, kursując między kuchnią a sypialnią w poszukiwaniu telefonu, który przez cały czas tkwił w kieszeni szlafroka i zwiedzał mieszkanie razem z nami.

Niektórzy kupują rower. Koniecznie profesjonalny, z siodełkiem wielkości kromki pumpernikla i z liczbą przełożeń przewyższającą liczbę zębów użytkownika. Do tego kask, okulary oraz odblaskowa odzież, w której człowiek wygląda jak zbiegły pracownik remontu autostrady.
Pierwsza wyprawa ma rozpocząć nowe życie. Kończy się osiem kilometrów dalej, pod piekarnią, gdzie kupujemy wodę, drożdżówkę i coś przeciwbólowego. Aplikacja przyznaje nam odznakę „Górski wojownik”, chociaż jedyne wzniesienie znajdowało się przed sklepem mięsnym. Kolano również wystawia ocenę, ale zamiast medalu doręcza nakaz natychmiastowego zaprzestania tej destrukcyjnej działalności.

Są też tacy, którzy postanawiają nauczyć się grać na gitarze. Instrument przychodzi w ogromnym pudle, pachnie drewnem i niespełnioną młodością. Kupujemy stroik, kostki, stojak, wzmacniacz oraz internetowy kurs prowadzony przez chłopca wyglądającego tak, jakby za godzinę miał kartkówkę z ułamków.

- Pierwszy akord jest banalnie prosty - oznajmia dziecko, przebierając palcami po strunach z szybkością spanikowanego pająka.

Nasz pierwszy akord brzmi natomiast jak szafa spadająca ze schodów z zamkniętym w środku kotem.
Po tygodniu bolą palce. Po dwóch boli kręgosłup. Po trzech boli świadomość, że wykupiliśmy roczny abonament. Po miesiącu gitara nadal stoi w salonie, tyle że suszy się na niej ręcznik. Marzenie o własnym zespole nie umarło. Zostało czasowo przekształcone w mebel.

Kolejnym objawem jest nagła potrzeba podróżowania. Człowiek ogląda w internecie ludzi mieszkających w kamperach i czuje zew wolności. Oni budzą się nad fiordem, piją kawę z emaliowanego kubka i powtarzają, że do szczęścia wystarczą im cztery metry kwadratowe. Oczywiście, że wystarczą. Mają po dwadzieścia pięć lat, kręgosłupy z gumy i pęcherze o pojemności cysterny.
Po pięćdziesiątce nocleg w samochodzie nie jest przygodą. Jest eksperymentem medycznym bez zgody komisji bioetycznej. Rano człowiek wysuwa się z kampera jak paragon z uszkodzonej kasy: powoli, krzywo i z fragmentem, którego nie można doczytać. Jedna noga śpi, druga domaga się masażysty, a kręgosłup wygląda, jakby przez noc próbował uciec z organizmu.
Ostatecznie zamiast kampera rezerwujemy hotel. Ma łóżko, łazienkę i śniadanie w cenie. Wolność wolnością, ale człowiek nie po to przez trzydzieści lat dorabiał się hemoroidów, żeby teraz myć zęby nad kanistrem i robić jajecznicę na masce samochodu.

Nie brakuje również kryzysów bardziej duchowych. Ktoś zapisuje się na jogę, ktoś kupuje misę tybetańską, a ktoś inny instaluje aplikację do medytacji. Aplikacja mówi kojącym głosem:

- Zamknij oczy. Uwolnij umysł.

Zamykamy oczy, a umysł natychmiast zwołuje walne zebranie. Pojawia się niezapłacony rachunek, rozmowa sprzed jedenastu lat, podczas której należało powiedzieć coś błyskotliwego, oraz pytanie, gdzie leży gwarancja od pralki. Wszystkie troski siadają w pierwszym rzędzie z popcornem i czekają, aż spróbujemy oddychać przeponą.

Popularne są także warsztaty poszukiwania wewnętrznego dziecka. Wewnętrzne dziecko odnajduje się zaskakująco szybko. Siedzi obrażone pod stołem, żąda zwrotu klocków oddanych kuzynowi w 1978 roku i pyta, dlaczego przez całe dorosłe życie kupowaliśmy brokuły, skoro nikt nas już do tego nie zmusza.

Nad wszystkim czuwa internet. Algorytm rozpoznaje kryzys wieku średniego wcześniej niż sam zainteresowany. Najpierw pokazuje reklamy motocykli, kursów nurkowania i apartamentów w Hiszpanii. Dwa przewinięcia później proponuje kolagen, wkładki ortopedyczne, aparat do leczenia bezdechu sennego oraz ubezpieczenie pogrzebowe. To się nazywa kompleksowa obsługa klienta. Najpierw sprzedać mu skok ze spadochronem, potem stabilizator kolana, a na końcu elegancką urnę. Cała ścieżka zakupowa bez wychodzenia z domu.

Człowiek zaczyna więc planować prawdziwą rewolucję. Sprzeda mieszkanie, rzuci pracę i przeprowadzi się na Kretę. Otworzy małą tawernę nad morzem, gdzie będzie podawał oliwki, wino i mądrość życiową. Po chwili przypomina sobie jednak, że nie znosi upałów, źle śpi w obcym łóżku, a gdy trzy osoby naraz czegoś od niego chcą, dostaje tików pod lewym okiem. Tawerna odpada również dlatego, że goście odsyłaliby musakę jako „zbyt grecką”, pytali, czy ośmiornica jest keto, a na koniec wystawiali jedną gwiazdkę, ponieważ morze przez całą noc hałasowało, a właściciel nie zrobił z tym absolutnie nic.
Kreta zostaje zatem w zakładkach przeglądarki, między kursem greckiego, pontonem dla czterech osób i przepisem na rustykalny chleb, którego nigdy nie upieczemy.

Czy kryzys wieku średniego polega na tym, że chcemy nagle zostać kimś innym? Chyba nie... Chcemy tylko sprawdzić, czy pod rachunkami, obowiązkami, cholesterolem i hasłem do bankowości elektronicznej zostało jeszcze coś naszego. Jakiś pomysł, który nie jest rozsądny. Pragnienie, którego nie trzeba konsultować z ortopedą. Odrobina życia nieprzeliczona na raty, kalorie i punkty lojalnościowe.

Może więc nie chodzi o drugą młodość, tylko o pierwszy od dawna kaprys. Gitarę, rower czy kajak kupujemy nie dlatego, że zamierzamy zostać gwiazdą rocka, zwycięzcą Tour de France albo odkrywcą Amazonki. Chcemy po prostu zrobić coś, czego nie da się uzasadnić zdrowiem, oszczędnością ani przydatnością w gospodarstwie domowym.

Jeżeli któregoś dnia przyniesiemy do domu kajak, chociaż nie mamy bagażnika dachowego, piwnicy ani szczególnej sympatii do zimnej wody, nie róbmy z tego dramatu. Najwyżej przez kilka tygodni będziemy pokonywać przedpokój bokiem.

A jeśli to naprawdę jest kryzys wieku średniego - trudno. Lepiej wylądować w kajaku niż w niewłaściwym łóżku ;)

czwartek, 30 lipca 2026

Cud przyszedł po cywilnemu, więc nikt go nie poznał!


Wiele osób oczekuje, że cud przybędzie w towarzystwie fajerwerków, w cekinach i przy akompaniamencie chóru anielskiego. Najlepiej, żeby przy okazji anulował rachunek za prąd, odchudził bez diety i sprawił, że włosy ułożą się same. Dopiero wtedy człowiek łaskawie mruknie: „No dobrze, coś się chyba wydarzyło”.

Druga droga jest mniej widowiskowa, ale za to ciekawsza. Człowiek zauważa, że życie rzadko przysyła cuda limuzyną. Zwykle podrzuca je pod drzwi jak paczkę bez firmowej taśmy: rozmowę w odpowiedniej chwili, czyjąś obecność, wynik badania lepszy, niż się człowiek spodziewał, albo śmiech w dniu, który zapowiadał się jak sernik bez cukru - niby da się przełknąć, tylko po co.

Nie chodzi, rzecz jasna, o to, żeby każdą dziurę w asfalcie uznawać za portal do szczęścia, a życiową katastrofę pakować w celofan wdzięczności. Naiwność jest kiepską kosmetyczką: przypudruje siniaka, ale go nie wyleczy. Chodzi raczej o to, by nie przejść przez własne życie z miną urzędnika od cudów, który wszystko odrzuca, bo pieczątka krzywo, zachwyt nie na tym formularzu, a szczęście przyszło po terminie.

Największy problem z cudami polega nie na tym, że ich nie ma. One po prostu mają fatalny marketing. Nie świecą neonem, nie wysyłają powiadomień i nie krzyczą: „Patrz, właśnie dostałaś coś bezcennego!”. Częściej stoją cicho w kuchni, parzą kawę, pytają, jak się czujesz, albo sprawiają, że mimo wszystkiego nadal chce ci się wstać.

A człowiek? Człowiek potrafi całe życie wypatrywać jednorożca, nie zauważając konia, który od lat cierpliwie niesie go przez wyboje i jeszcze nie zażądał podwyżki.

Dlatego wybieram tę drugą drogę - nie dlatego, że ma mniej zakrętów, lecz dlatego, że więcej na niej widać. Szkoda byłoby dotrzeć do końca i dopiero wtedy odkryć, że cuda czekały na każdym poboczu, a człowiek mijał je obojętnie, uparcie wypatrując wielkiej tablicy z napisem: „CUD - 200 metrów”.

wtorek, 14 lipca 2026

Szef, teściowa i inne zjawiska atmosferyczne, czyli wizualizacja ratunkowa...


Nie lubisz swojego szefa? Na samą myśl o rozmowie z nim w cztery oczy jelita zaczynają Ci trenować akrobatykę artystyczną, przewracają się na drugą stronę i wiążą w supełki godne harcerskiego obozu przetrwania? Spotkanie z teściową wywołuje u Ciebie syndrom nagłego, głębokiego i emocjonalnego przywiązania do muszli klozetowej? A może wystarczy, że ktoś powie: „Musimy porozmawiać”, a Twoje ciało natychmiast uruchamia tryb ewakuacji wewnętrznej?

Spróbuj wizualizacji.

Tak, wiem. Brzmi podejrzanie. Jak coś, co powinno występować w pakiecie z matą do jogi, olejkiem lawendowym i człowiekiem mówiącym spokojnym głosem: „Poczuj swoje wewnętrzne źródełko”. Ale spokojnie. Nie będziemy tu wchodzić boso do lasu, przytulać brzozy ani szeptać do własnej śledziony. Mówimy o narzędziu prostym, niepozornym i - co najważniejsze - dostępnym nawet wtedy, gdy człowiek siedzi naprzeciwko kogoś, kto właśnie testuje wytrzymałość jego układu nerwowego.

Weźmy spotkanie z szefem.

Niekoniecznie musisz się go bać. Może nie jest potworem z horroru, który wyskakuje zza ekspresu do kawy z tabelką Excela w zębach. Może po prostu wywołuje w Tobie dziesiąty stopień poirytowania, tuż przed fazą, w której zaczynasz rozważać, czy zszywacz biurowy może zostać użyty jako narzędzie zbrodni. Siedzisz więc, słuchasz i obserwujesz, jak Twój przełożony roztacza przed Tobą kolejną fantastyczną wizję zmian. Oczywiście takich zmian, które mają wynieść na wyżyny społeczne przybytek radości, w którym pracujesz, a przy okazji sprawić, że wszyscy będą pracować więcej, szybciej, taniej i najlepiej z wdzięcznością wypisaną na czole.
Dodatkowo załóżmy, że szef nie jest przesadnie podatny na przyjmowanie pomysłów szarego pracownika X. W jego oczach pracownik X posiada iloraz inteligencji wystarczający do obsługi krzesła, kubka oraz poleceń służbowych, ale już niekoniecznie do posiadania własnej opinii. Siedzisz więc grzecznie, kiwasz głową, a w środku Twoja dusza powoli osuwa się po ścianie jak przegrzana galaretka.

I wtedy wkracza wizualizacja.

Wyobraź sobie, że Twój szef ma na sobie strój pluszowego karczocha. Albo brokułu. Albo wielkiej, miękkiej brukselki z oczami człowieka, który właśnie tłumaczy strategię rozwoju firmy na kolejne pięciolecie. Nagle sprawa wygląda inaczej. Dramat traci ostre krawędzie. Groza służbowego monologu zostaje obita watoliną. Twój wyraz twarzy nabiera wymiaru dużo bardziej interesującego, bo z jednej strony nadal próbujesz wyglądać jak osoba zaangażowana zawodowo, a z drugiej walczysz o to, żeby nie parsknąć śmiechem wprost w pluszowy autorytet.
Wypluszowanie agresywnego szefa również może sprawdzić się w praktyce. Szef-postrach, który normalnie przypomina skrzyżowanie kontrolera biletów, smoka wawelskiego i niezapowiedzianego audytu, po mentalnym ubraniu w różowe futerko traci nieco na sile rażenia. Nadal może mówić rzeczy nieprzyjemne, nadal może mieć władzę i nadal może patrzeć na Ciebie wzrokiem człowieka, który wie, gdzie w systemie kadrowym znajduje się przycisk „problemy”, ale jednak - umówmy się - trudno drżeć przed kimś, kto w Twojej głowie ma puchaty ogonek.

Drugi klasyk: wystąpienia publiczne.

Kto je lubi? Są oczywiście jednostki podejrzane, które na hasło „proszę powiedzieć kilka słów” wstają z uśmiechem, poprawiają marynarkę i nagle stają się Cyceronem po espresso. Ja do nich nie należę. Ja należę raczej do grupy osób, które w takiej sytuacji czują, jak język zmienia się w sucharka, myśli rozbiegają się jak stado spanikowanych kur, a serce zaczyna wybijać rytm godny perkusisty na weselu po północy.
Publika wcale nie musi liczyć pięciuset osób, żeby człowiek poczuł się jak ofiara rytualna. Są ludzie, którzy tracą rezon już na urodzinach cioci Maryni, kiedy trzeba powiedzieć „zdrowia, szczęścia” i nie wyjść przy tym na człowieka, który pierwszy raz korzysta z aparatu mowy. A gdyby tak wyobrazić sobie, że nasza publika to kolorowe galaretki owocowe? Albo misie Haribo, które siedzą grzecznie w rzędach i podskakują na swoich żelowych zadkach? Od razu robi się lżej. Bardziej strawnie. Mniej jak sąd ostateczny, a bardziej jak deser po obiedzie.

Oczywiście takie przykłady można mnożyć bez końca, bo wyobraźnia jest jak spiżarnia babci - człowiek zagląda tylko na chwilę, a tam okazuje się, że wszystko jest: kompot, dziwne słoiki, coś podpisane „na później” i jeszcze miejsce na kolejne absurdy.
Wizualizacja może pomóc w różnych sytuacjach. W kolejce do urzędu, kiedy pani w okienku patrzy na Ciebie tak, jakbyś przyszedł z zamiarem osobistego zburzenia porządku administracyjnego państwa. Na rodzinnym obiedzie, gdy wujek po raz trzeci zaczyna wykład o tym, że „kiedyś to było”. W rozmowie z osobą, która mówi dużo, długo i z takim przekonaniem, że człowiek zaczyna tęsknić za ciszą piwnicy.

Ale - bo zawsze jest jakieś „ale”, nawet w pluszowym świecie - wizualizacje mają swoją małą pułapkę. Jeśli człowiek zapędzi się za daleko, konsekwencje mogą być nieciekawe. Bo wizualizacja wizualizacją, ale twarz mamy jedną i niestety bywa zdradziecka. Usta mogą drgnąć. Oko może błysnąć. Z przepony może wydobyć się nieautoryzowany rechot. A wtedy cała misterna konstrukcja psychologicznego mechanizmu obronnego wali się jak domek z kart ustawiony na pralce w trakcie wirowania.

Dlatego ten mechanizm trzeba ćwiczyć. Najlepiej na obiektach, ze strony których nie grożą nam poważne sankcje. Spotkania rodzinne, grono znajomych, neutralne sytuacje towarzyskie - to są dobre poligony doświadczalne. Tam najwyżej ktoś uzna, że jesteś zmęczona, rozkojarzona albo masz specyficzne poczucie humoru. W gabinecie szefa sprawa jest bardziej delikatna. Tam niekontrolowany wybuch śmiechu może zostać odczytany jako brak szacunku, a nie jako spontaniczny efekt uboczny ujrzenia przełożonego w roli nadmuchanego brokułu.

Wiem, co mówię.

Moja własna wizualizacja, o której wspominałam kiedyś w jednym z komentarzy na blogu, skończyła się wyrzuceniem z zajęć na studiach. Zajęcia były nudne w sposób wybitny. Nie zwyczajnie nudne, nie „trochę przydługie”, tylko nudne tak, że czas przestawał płynąć i zaczynał kapać z sufitu. Prowadzący mówił, mówił i mówił, a każde kolejne zdanie było jak dodatkowa warstwa kołdry narzucona na resztki przytomności.
W pewnym momencie mój organizm, próbując ratować się przed całkowitym intelektualnym rozkładem, uruchomił tryb awaryjny. Zaczęłam wyobrażać sobie, że chłop prowadzący zajęcia ma na sobie różowy, pluszowy strój króliczka. Nie jakiś subtelny akcent. Nie niewinne uszka. Całość. Pełen kostium. Futro, brzuch, łapki, ogon. Monumentalny królik akademicki przemawiający do studentów z powagą człowieka, który wierzy, że właśnie przekazuje światu prawdy fundamentalne.

Niestety, popełniłam błąd strategiczny. Podzieliłam się tą wizją z koleżanką siedzącą obok. A to był moment, w którym rozsądek spakował walizkę i wyszedł bez pożegnania.
Zaczęłyśmy wzajemnie dokarmiać tę wizualizację, dorzucając kolejne szczegóły z życia ogromniastego pluszaka. Że poprawia uszko. Że wskakuje na katedrę. Że ma puchaty ogonek, który podryguje przy szczególnie ważnych fragmentach wykładu. Że po zajęciach kica do pokoju pracowników naukowych i tam, z godnością przynależną pluszowej zwierzynie wyższej uczelni, pije herbatę z termosu.
Oczywiście skończyło się to wybuchem niekontrolowanego śmiechu. Takiego, którego nie da się zatrzymać żadną znaną ludzkości metodą. Człowiek zaciska usta, odwraca głowę, udaje kaszel, myśli o rzeczach smutnych, o rachunkach, o podatkach, o przemijaniu - i nic. Śmiech idzie z trzewi jak lawa. Jedna parska, druga się trzęsie, pierwsza próbuje się opanować, druga kwiczy w zeszyt i już po wszystkim.
Prowadzący nie zdzierżył dwóch hien wyjących ze śmiechu w środku jego poważnego akademickiego monologu i wywalił nas za drzwi. Czy było nam przykro? No cóż. Nie przesadzajmy z tym dramatem. Po pierwsze, zajęcia były nudne. Po drugie, na korytarzu mogłyśmy wreszcie dać upust rechotowi blokowanemu w trzewiach. Po trzecie, różowy królik już na zawsze pozostał z nami jako dowód na to, że ludzki umysł w sytuacji zagrożenia potrafi wyprodukować rzeczy piękne, straszne i niebezpieczne jednocześnie.

Taki obrót spraw niekoniecznie powinien mieć jednak miejsce w gabinecie szefa. Dlatego wizualizacje trzeba trzymać w ryzach. One są jak przyprawy. Szczypta potrafi uratować potrawę, ale jeśli wsypiesz całe opakowanie, wszyscy przy stole zaczynają płakać, a ktoś otwiera okno.

Moim zdaniem wizualizowanie to naprawdę przydatna umiejętność. Czasami z niej korzystam, żeby ubarwić swój codzienny żywot, zmniejszyć poziom stresu, odsunąć od siebie lęk albo przynajmniej sprawić, że rzeczywistość przestaje wyglądać jak źle oświetlony korytarz w urzędzie. Niektóre momenty życia łatwiej przeżyć, kiedy człowiek na chwilę odcina się od nich w taki trochę bajkowy, trochę absurdalny sposób.
Świat bywa męczący. Ludzie bywają trudni. Szefowie bywają pluszoodporni tylko do czasu. A my, zamiast od razu eksplodować, możemy czasem po cichu ubrać kogoś w kostium królika, brukselki albo galaretki malinowej i przetrwać jeszcze jeden dzień bez strat w ludziach.

Polecam. Tylko ostrożnie. Pluszowy królik potrafi zaatakować w najmniej odpowiednim momencie ;)

sobota, 20 czerwca 2026

Jak zostałam pośrednikiem nieruchomości dla bydła i krasnali, czyli upał robi swoje...


Upały mają swój niewątpliwy urok. Przynajmniej tak twierdzą ludzie, którzy obserwują je zza szyb klimatyzowanych biur, domów i samochodów. Wtedy faktycznie można dostrzec ich zalety. Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, człowiek popija zimną lemoniadę i wzdycha z zachwytem nad pięknem lata. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek sam staje się częścią tego krajobrazu, a nie jego obserwatorem.

Ja niestety należę do tej grupy ludzi, która znaczną część dnia spędza w miejscu pracy pozbawionym klimatyzacji. Kiedy więc temperatura za oknem zaczyna przypominać wyniki pomiarów z piekarnika ustawionego na termoobieg, człowiek nie pracuje już normalnie – człowiek się marynuje. Każdy dzień zaczyna się jeszcze względnie optymistycznie. Człek przychodzi do pracy, siada przy biurku i przez pierwsze pół godziny żywi złudną nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle. Potem słońce zaczyna realizować swój plan zagłady, ściany nagrzewają się jak kafle w piecu, a powietrze w pomieszczeniu nabiera konsystencji gorącego rosołu.

W tej nierównej walce z żywiołem moim najwierniejszym sprzymierzeńcem stał się miniaturowy wiatraczek zakupiony w chińskim markecie za kwotę niewiele wyższą od ceny bułki. Jest to urządzenie tak małe, że z powodzeniem mogłoby chłodzić co najwyżej jednego chomika. Producent najwyraźniej zakładał, że użytkownik będzie miał głowę wielkości mandarynki, bo przy normalnych ludzkich gabarytach jego skuteczność jest raczej symboliczna. Mimo to traktuję go niemal jak członka rodziny. Stoi dzielnie na biurku i mieli powietrze z heroicznym poświęceniem. Efekt chłodzenia jest mniej więcej taki, jakby próbować ugasić pożar lasu pistoletem na wodę albo osuszyć Bałtyk papierowym ręcznikiem, ale psychicznie pomaga. Człowiek przynajmniej ma poczucie, że coś robi, zamiast biernie czekać, aż zamieni się w galaretę.

Po kilku godzinach takiej egzystencji zaczynam podejrzewać, że mój mózg powoli przechodzi ze stanu stałego w półpłynny. Myśli poruszają się wolniej, koncentracja przypomina sygnał internetowy w środku lasu, a inteligencja od czasu do czasu wychodzi z pomieszczenia bez słowa i wraca dopiero po przerwie obiadowej.

Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie docieram do domu, padam jak zwłok i znajduję sobie jakieś mało ruchliwe zajęcie; tym razem rozłożyłam się z krzyżówką i postanowiłam oddać intelektualnym rozrywkom. To znaczy plan był taki, że poćwiczę umysł. Jak zwykle nie przewidziałam jednak, że mój umysł postanowi poćwiczyć cierpliwość. Mam bowiem pewną cechę charakteru, którą jedni nazywają wytrwałością, inni determinacją, a osoby znające mnie lepiej określają znacznie trafniejszym słowem: upór. Kiedy przyczepię się do jakiegoś problemu, nie odpuszczam. Mogłabym siedzieć na pokładzie Titanica z wodą sięgającą po szyję i zamiast szukać szalupy pytać współpasażerów, czy przypadkiem nie znają siedmioliterowego określenia na gatunek mewy.

Dlatego kiedy natrafiłam na hasło „dom dla krasnali”, potraktowałam sprawę śmiertelnie poważnie. Na początku wydawało się banalne. No bo gdzie mieszkają krasnale? Przecież każdy wie. Tylko że najwyraźniej każdy oprócz mnie...

Minęło kilka minut. Potem kilkanaście. Potem tyle czasu, że gdyby krasnale rzeczywiście szukały mieszkania, zdążyłyby obejrzeć trzy nieruchomości, podpisać umowę najmu, pokłócić się z deweloperem i wystawić opinię w Internecie: „Osiedle Muchomorki – spokojna okolica, ale słaby dojazd dla wiewiórek”. Tymczasem ja nadal siedziałam nad jednym hasłem i z każdą minutą coraz bardziej przypominałam człowieka, który dobrowolnie postanowił stoczyć walkę z własnym mózgiem.

Próbowałam wszystkiego. Krasnale umieszczałam kolejno w grzybkach, muchomorach, dziuplach, norkach, budkach, pieńkach i wszystkich innych miejscach, które choć odrobinę pachniały bajką. Gdyby ktoś zajrzał wtedy do mojej głowy, zobaczyłby biuro nieruchomości dla stworzeń baśniowych. Jeden krasnal oglądałby kawalerkę w muchomorze, drugi negocjowałby czynsz za dziuplę, a trzeci pytałby, czy w pniu drzewa jest światłowód.

Najgorsze było jednak to, że wszystkie pozostałe hasła pasowały idealnie. Krzyżówka wręcz demonstracyjnie pokazywała mi, że problem nie leży po jej stronie. To było trochę tak, jakby dziewiętnastu ekspertów jednogłośnie potwierdzało poprawność rozwiązania, a ten dwudziesty siedział w kącie, patrzył na mnie z pogardą i od czasu do czasu szyderczo się uśmiechał.

W końcu postanowiłam wspomóc się Internetem. W dzisiejszych czasach Internet odpowiada na wszystko. Potrafi wyjaśnić, dlaczego kot o trzeciej nad ranem dostaje nagłego przypływu energii i galopuje po mieszkaniu jak opętany. Potrafi podpowiedzieć, jak odkamienić czajnik, usunąć plamę z buraków i naprawić pralkę przy pomocy śrubokręta, taśmy klejącej oraz modlitwy. Byłam więc przekonana, że kwestia miejsca zamieszkania krasnali zostanie rozwiązana w ciągu kilkunastu sekund. Otóż nie. Internet najwyraźniej uznał, że do pewnych rzeczy człowiek powinien dochodzić sam.

Im dłużej siedziałam nad tym hasłem, tym bardziej byłam przekonana, że wiedza o krasnoludkach w naszym społeczeństwie leży i kwiczy. W szkołach mówi się o fotosyntezie, o budowie atomu i o pantofelku, ale nikt nie przygotowuje człowieka na sytuację, w której trzeba błyskawicznie wskazać adres zamieszkania krasnala. A potem przychodzi dorosłość i takie braki wychodzą na jaw.

Po dobrej pół godzinie byłam już psychicznie zmaltretowana przez grupę fikcyjnych stworzeń mających po trzydzieści centymetrów wzrostu. Patrzyłam tępo na kartkę, aż niespodziewanie wydarzyło się coś niezwykłego. Mój wzrok przesunął się po haśle jeszcze raz. Potem drugi. Potem trzeci. I nagle poczułam, jak wszystkie neurony jednocześnie zatrzymują się w pół kroku...

Bo tam nie było napisane „dom dla krasnali”.

Tam było napisane... „dom dla krasuli”.

KRASULI.

Krowy.

Bydła rogatego.

Zwierzęcia ważącego pół tony.

Istoty, którą od dobrych trzydziestu minut próbowałam zakwaterować w muchomorze.

Przez chwilę siedziałam w kompletnej ciszy. Takiej ciszy, jaka zapada po wysłaniu wiadomości do niewłaściwej osoby. Albo po tym, jak człowiek serdecznie pomacha komuś na ulicy, a po chwili odkrywa, że ten ktoś machał do osoby stojącej trzy metry za nim.

Naprawdę siedziałam i próbowałam dopasować warunki mieszkaniowe dla krowy do infrastruktury przeznaczonej głównie dla krasnoludków, elfów i okazjonalnie dzięciołów.

Oczywiście odpowiedź była natychmiastowa.

Obora.

I nagle wszystko pasowało.

Każda literka.

Każde hasło.

Cała krzyżówka.

Miałam ochotę jednocześnie otworzyć szampana, zapisać się do okulisty i wystąpić o częściowe ubezwłasnowolnienie.

Ostatecznie jednak uznałam, że winę ponosi upał. To bardzo wygodne rozwiązanie. Upał nie protestuje, nie tłumaczy się i można mu przypisać praktycznie wszystko. Rozdrażnienie? Upał. Zmęczenie? Upał. Próba zakwaterowania półtonowej krowy w muchomorze? Oczywiście też upał.

Wieczorem, kiedy emocje już nieco opadły, postanowiłam podzielić się, z osobistym chłopem domowym, innym wielkim odkryciem dnia...

– Widziałam w Lidlu takie nowe kiełbaski grillowe – oznajmiłam z entuzjazmem. – Małe, białe, mocno przyprawione. Wyglądały naprawdę interesująco. Może kupię?

Chłop domowy spojrzał na mnie w sposób, który od razu wzbudził mój niepokój.

– Jakie nowe?

– No te nowe.

– Przecież my je już jedliśmy.

Przez chwilę próbowałam znaleźć rozsądną odpowiedź. Niestety wszystkie rozsądne odpowiedzi były akurat zajęte śmianiem się z historii o krasuli.

– No dobrze... może jedliśmy. Ale dla mnie są nowe.

– Jak coś może być nowe, skoro już to jadłaś?

– Bardzo prosto. Dzięki tej wyjątkowej umiejętności każdego dnia odkrywam świat na nowo.

– To nie jest odkrywanie świata.

– Nie?

– Nie.

– A co?

– Zaniki pamięci? Początki Alzheimera?

– Przesadzasz.

– Wcale nie.

– Przesadzasz bardzo.

– Kobieto... Ty dziś przez ponad pół godziny próbowałaś urządzić krowie kawalerkę w muchomorze. Ja naprawdę nie czuję się kompetentny do dalszego uczestniczenia w tej dyskusji.

Trudno było mi znaleźć kontrargument...

A mogło być tak pięknie. Już prawie widziałam siebie jako wielką odkrywczynię nowych produktów spożywczych, Krzysztofa Kolumba działu mięsnego, kobietę przecierającą szlaki między lodówką a grillem. Niestety rzeczywistość po raz kolejny brutalnie sprowadziła mnie na ziemię. Chociaż z drugiej strony... jeśli nadal będzie tak gorąco, to całkiem możliwe, że jutro znowu odkryję te same kiełbaski ;)

czwartek, 28 maja 2026

Ballada o pustej rolce po papierze toaletowym i innych porannych katastrofach...


Mam chyba zawieszkę. Taką blogową. Nie jakąś tam elegancką, artystyczną pauzę twórczą, podczas której człowiek w lnianej koszuli popija sobie kawę z alternatywnej palarni i kontempluje sens życia, patrząc melancholijnie przez okno na krople deszczu spływające po szybie niczym łzy niespełnionego poety. Nie, nie. U mnie to bardziej przypomina psychiczne leżenie twarzą w kałuży codzienności przy wtórze odkurzacza, korków ulicznych i chichotu losu.

Proza życia i zajęcie zarobkowe pochłonęły mnie bowiem z siłą czarnej dziury, która najpierw pożera człowiekowi czas, potem energię, a na końcu jeszcze godność i ostatnią czystą pidżamę. Moja miłość do blogowania nie osiągnęła jeszcze poziomu himalajskiego szaleństwa, bym zarywała noce niczym natchniona artystka karmiąca się kofeiną, marzeniami i samotnością twórczą. Nie jestem tym typem blogerki, która o drugiej nad ranem siedzi przy laptopie w świetle świec zapachowych i pisze tekst o duchowym znaczeniu fermentowanych buraków.

Około dwudziestej drugiej jestem już człowiekiem mentalnie wyłączonym z eksploatacji. Leżę w pozycji horyzontalnej niczym zwłoki odnalezione po tygodniu w serialu kryminalnym, tyle że w pidżamce w misie i z błogim wyrazem twarzy. Morda mi się cieszy do poduszki, bo oto nadeszła chwila święta - cisza nocna. Żadnych pytań. Żadnych telefonów. Żadnych decyzji. Tylko ja, kołderka, lampka nocna i ten luksusowy stan psychiczny, w którym człowiek nie chce już od życia sukcesu, podróży ani samorealizacji. Chce jedynie, żeby nikt go, do cholery, nie wołał.

Ale noc mija szybko. Zdecydowanie za szybko. Mam wręcz teorię, że sen ludzi pracujących trwa realnie jakieś czternaście minut, reszta to reklamy i loading systemu nerwowego.

Nadchodzi więc poranek, a wraz z nim moje codzienne igrzyska śmierci. Człowiek jeszcze dobrze oka nie otworzy, jeszcze jedna noga tkwi mentalnie w świecie snów, a już rzeczywistość z rozmachem kopie go w zadek niczym wykidajło pod remizą.

Wypełzam z łóżka jak stara jaszczurka po zimowaniu i pierwsze kroki kieruję do toalety. Oczywiście miejscówka przeznaczona dla papieru toaletowego świeci pustką, a samotna tekturowa rolka kiwa się lekko niczym wyschnięty krzew na pustyni. Zawsze mnie fascynuje ten fenomen. Dlaczego faceci nie potrafią założyć nowej rolki papieru? Czy w ich mózgach istnieje jakiś biologiczny mechanizm obronny, który powoduje paraliż kończyn górnych w kontakcie z papierem toaletowym? 

Sięgam więc siedząc na klozecie do zapasów papieru, wyginając się przy tym jak wkurzona skolopendra, i już wtedy wiem, że dzień będzie miał charakter wybitnie edukacyjny dla mojego układu nerwowego.

Potem kuchnia.

Wyciągam puszkę z kawą i oczywiście rozsypuję pół zawartości po blacie oraz podłodze. Kawa rozpryskuje się malowniczo niczym prochy w słabym filmie wojennym. I człowiek stoi nad tym od rana, patrzy w tę brazylijską arabikę walającą się po fugach i myśli:

„Tak. Dokładnie tak wygląda moje życie”. Zamiatam więc tę kawę z godnością kobiety, która już niczemu się nie dziwi. Bo rano człowiek nie sprząta dlatego, że lubi porządek. Rano człowiek sprząta, żeby nie zacząć płakać.

Szczęśliwie udaje mi się zrobić kawę. Nawet mleko się znalazło, co w moim domu jest wydarzeniem niemal mistycznym. Mieszkam bowiem z nocnym wypijaczem mleka. To nie jest zwykły człowiek. To jest mleczny terminator. Istota, która o drugiej trzydzieści siedem nad ranem potrafi wstać i wychłeptać litr mleka z takim skupieniem, jakby ratowała tym ludzkość przed zagładą. Na szczęście pustych kartonów po mleku w lodówce nie zostawia, choć wiem od znajomych kobiet, że istnieją osobniki zdolne wypić kefir, śmietankę czy sok do ostatniej kropli, po czym z namaszczeniem odstawić opakowanie z powrotem do lodówki. Prawdopodobnie liczą, że w warunkach chłodniczych nastąpi cud rozmnożenia nabiału czy innego wyżartego produktu.

No ale nic. Kawa wypita. Owsianka zjedzona. Czas doprowadzić twarz do stanu względnej używalności społecznej.

Idę więc do łazienki zrobić makijaż. I tu właśnie los postanawia przejść od lekkiej złośliwości do regularnej działalności terrorystycznej... Licho mnie podkusiło, żeby użyć pudru w kulkach. Puder w kulkach to, moi drodzy, kosmetyczny odpowiednik granatu odłamkowego. Dopóki stoi spokojnie na półce - wszystko jest dobrze. Ale wystarczy jeden fałszywy ruch i następuje eksplozja...Tak go sprytnie wyjmowałam, że kulki rozsypały się po całej łazience niczym paciorki różańca rozsypane przez egzorcystę podczas walki z demonem. Pod pralkę. Pod szafkę. Gdzieś pod kaloryfer. Reszta prawdopodobnie opuściła lokal i obecnie żyje własnym życiem w innym województwie. Teraz człowieku zbieraj to wszystko o szóstej rano. Klęczę więc na podłodze w pidżamie, z włosem sterczącym jak antena satelitarna podczas wichury, i zbieram te kulki z miną kobiety, która jeszcze pięć minut temu miała ambicje by być spokojnym, zrównoważonym człowiekiem. Wyrzucam resztki pudru do muszli klozetowej i patrzę z rozpaczą, jak kosmetyk za niemałe pieniądze kończy żywot w kanalizacji miejskiej.

I niech mi ktoś powie, że przedmioty martwe nie są złośliwe! Te cholery doskonale wiedzą, kiedy zaatakować. One czekają. Obserwują. Analizują słabości przeciwnika. Kubek spada zawsze wtedy, gdy człowiek jest ubrany na biało. Torebka rozsypuje się wyłącznie na parkingu przed supermarketem, najlepiej przy świadkach. A słuchawki plączą się w kieszeni z takim zaangażowaniem, jakby nocami trenowały makramę.

Pomimo tych wszystkich zamachów na moje zdrowie psychiczne udało mi się finalnie wydostać z domu i dotrzeć do pracy. A potem już było nawet znośnie. Znaczy pewnie wydarzyły się jeszcze jakieś katastrofy, ale po porannych atrakcjach mój układ nerwowy osiągnął stan kompletnego zobojętnienia. Taki wewnętrzny zwis emocjonalny spuszczający wszystko w wirtualnym klozecie. Myślę, że gdyby wtedy ulicą przemaszerował pawian w szlafroku, z wałkami na głowie i paragonem z Biedronki w zębach, a za nim jechał borsuk na hulajnodze elektrycznej, wioząc na plecach kurę z chowu klatkowego i bukiet sztucznych piwonii, spojrzałabym tylko tępo przed siebie i powiedziała:

- No tak. Czwartek.

środa, 20 maja 2026

O życiu, duupach i baranach, czyli felieton nie całkiem optymistyczny...


Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ten mały, pionowy patyczek mruga do mnie z cierpliwością godną tybetańskiego mnicha albo urzędniczki z okienka numer trzy, która już dawno wie, że i tak niczego dziś nie załatwię. Kursor pulsuje spokojnie, a ja patrzę na niego z miną człowieka, który właśnie odkrył, że życie jest trochę jak niedzielny rosół: niby pożywny, ale jeśli je się go codziennie, to w końcu zaczyna się marzyć o kebabie.

Ogarnia mnie czasem coś, co roboczo nazywam zniesmaczeniem życiowym. To nie depresja, broń Boże. Depresja to poważna sprawa, a u mnie to raczej filozoficzna czkawka. Taki stan, kiedy człowiek siedzi i zastanawia się, po co właściwie prasuje ręczniki, skoro za trzy dni i tak będą wyglądały jak zmięta mapa Bałkanów. Po co myje okna, skoro deszcz przychodzi z miną gangstera i w pięć minut robi z nich akwarelę. Po co odpisuje na maile, skoro za chwilę przyjdą trzy kolejne, każdy oznaczony jako „pilne”, choć dwa dotyczą promocji na karmę dla chomików.

Myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb z wdziękiem czołgu na lodowisku. Wtedy dochodzę do wniosków tak dziwacznych, że same się sobie dziwią. A potem, jak to zwykle bywa z wielkimi odkryciami, stwierdzam, że nie ma sensu się nad tym wszystkim rozwodzić. Trzeba po prostu żyć. Miętosić każdy dzień jak paragon znaleziony w kieszeni kurtki. Wstawać, ogarniać rzeczywistość i wykonywać te wszystkie mało ekscytujące aktywności, które składają się na dorosłość. Bo dorosłość to nie są fajerwerki. To raczej niekończąca się seria drobnych zadań. Trzeba zapłacić rachunki, kupić papier toaletowy, umówić dentystę, odebrać paczkę, sprawdzić, dlaczego pralka wydaje dźwięki, jakby w środku trenował zespół metalowy. A między tym wszystkim od czasu do czasu trafia się jakiś moment, który sprawia, że człowiekowi błyszczą oczy. Dobra książka. Rozmowa, po której czujesz, że świat jednak ma sens. Zapach lasu po deszczu. Pierwsze truskawki. Dziecko, które mówi coś tak mądrego, że na chwilę milkniesz. To są te bonusowe sceny, które scenarzysta życia dorzuca nam, żebyśmy nie wyszli z kina w połowie seansu.

Coraz częściej mam wrażenie, że życie w gruncie rzeczy składa się z czekania. Czekamy na weekend, na wakacje, na kuriera, na wypłatę, na odpowiedź, na lepsze czasy, na znak z nieba, na moment, kiedy „wreszcie będzie spokojniej”. Tylko że to „spokojniej” jest jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto widział. Gdy nie mamy na co czekać, robi się podejrzanie. Człowiek chodzi po domu i czuje się jak aktor, który zapomniał kwestii. Coś powinno się wydarzyć, tylko nikt nie dostarczył scenariusza. Z drugiej strony przeraża mnie wizja życia, w którym każdy dzień wygląda identycznie. Pobudka. Kawa. Obowiązki. Obiad. Zmęczenie. Sen. Powtórz. Jakby ktoś włączył tryb „kopiuj–wklej” i zapomniał, że człowiek nie jest dokumentem w Wordzie.

Dlatego nieustannie wymyślam sobie nowe zajęcia. Nowe pomysły, projekty, plany, notatki, listy, szkice, marzenia. W mojej głowie bez przerwy trwa budowa. Rusztowania stoją, betoniarka pracuje, a robotnicy przekrzykują się od świtu do nocy. Jedna myśl dopiero wylewa fundamenty, a już obok druga montuje dach. Trzecia pyta, czy nie warto byłoby dobudować oranżerii.

Czasami zastanawiam się, czy to jeszcze twórczy ferment, czy już mentalny bigos, do którego wrzucono wszystko, co było pod ręką. Nie potrafię skupić się na jednej rzeczy i doprowadzić jej do perfekcji. Ledwo zaczynam jeden projekt, a już za rogiem macha do mnie następny, kusząc jak wystawa cukierni w styczniu, gdy człowiek jest „na diecie”.

Nudzić się? Nie znam tego stanu. Dla mnie nuda jest jak jednorożec. Wszyscy o niej mówią, ale nigdy nie spotkałam jej osobiście. Nawet kiedy śpię, mój mózg nie bierze wolnego. On organizuje nocne zmiany, burze mózgów i narady strategiczne. Nic dziwnego, że czasem budzę się zmęczona, jakbym całą noc przerzucała worki z cementem.

A do tego dochodzi irytacja. Ach, jakże bogaty jest katalog rzeczy, które potrafią mnie zirytować. Głupota – ta bezczelna, rozparta w fotelu i przekonana o własnej genialności. Egocentryzm – czyli sport narodowy polegający na nieustannym polerowaniu własnej duupy do połysku tak intensywnego, że odbija się w niej cały wszechświat, byle tylko nie dostrzec drugiego człowieka.

Bezinteresowna pomoc? Towar luksusowy, niemal kolekcjonerski. Jak skarpetka, która po praniu wraca do szuflady w komplecie. Niby wiadomo, że to możliwe, ale za każdym razem budzi szczere zdumienie. Kiedy ktoś robi coś bez oczekiwania zapłaty, medalu i relacji na Instagramie, traktowany jest jak sympatyczny dziwak. Jakby w XXI wieku altruizm był rodzajem schorzenia.

A przyjaźń? Wielkie słowo. Piękne, wzruszające, pachnące herbatą i długimi rozmowami. Tylko czasem okazuje się, że to konstrukcja z kartonu. Dopóki świeci słońce – wygląda solidnie. Wystarczy jednak pierwszy deszcz prawdziwej potrzeby i cały ten zamek zaczyna się rozklejać. Paradoksalnie to obcy ludzie nieraz okazują więcej serca niż ci, którzy wcześniej składali deklaracje wielkie jak bilbordy przy autostradzie. Bo przyjaźń najłatwiej odmienia się przez wszystkie przypadki przy kawie. Trudniej, kiedy trzeba wstać z kanapy, odłożyć własne święte sprawy i naprawdę coś zrobić. Wtedy nagle okazuje się, że jedni mają „bardzo trudny czas”, drudzy „odezwą się później”, a trzeci właśnie „nie zauważyli wiadomości”. Za to ktoś zupełnie przypadkowy potrafi podać rękę bez przemówienia i wystawiania faktury za człowieczeństwo.

Drażni mnie też materializm, ten współczesny bożek ze złotą kartą płatniczą w dłoni. W świecie, w którym wartość człowieka mierzy się cyframi, pytanie „Ile na tym zarabiasz?” stało się odpowiednikiem dawnego „Jak się masz?”. Jeśli odpowiadasz, że nic, rozmówca patrzy na ciebie z czułością, jaką zwykle rezerwuje się dla ludzi, którzy próbują nauczyć kota aportować.

– Prowadzisz bloga? To świetnie! A ile z tego masz?

– Satysfakcję.

– Nie, ale tak konkretnie?

– Naprawdę satysfakcję.

– Aha… czyli nic.

Wtedy w oczach pytającego pojawia się ten błysk politowania, jakby właśnie odkrył, że dobrowolnie hoduję mniszki lekarskie w salonie. Bo przecież jeśli coś nie przynosi pieniędzy, to musi być stratą czasu. Pasja? Radość tworzenia? Potrzeba dzielenia się czymś z innymi? Proszę nie żartować. Gdzie tu słupek Excela?

A ja chyba rzeczywiście należę do stada baranów. Tych, które czasem zrobią coś bezinteresownie. Tych, które tworzą, choć nikt za to nie płaci. Tych, które wierzą, że dobre słowo ma wartość, nawet jeśli nie da się go wpisać do PIT-u.

Witajcie więc w krainie baranów. Na zielonych halach pasą się osobniki niepraktyczne, sentymentalne i niepoprawnie idealistyczne. Beczą z przejęciem, pomagają sobie nawzajem i czasem z uporem godnym lepszej sprawy robią rzeczy, które „się nie opłacają”.

Proponuję minutę zbiorowego beczenia ku czci wszystkich, którzy jeszcze nie przeliczyli świata wyłącznie na złotówki.

Beeee…

Beeee…

Beeee…

No. Ulżyło mi.

Kursor nadal mruga. Życie nadal jest trochę absurdalne. Ludzie nadal potrafią rozczarowywać, ale też – od czasu do czasu – zaskakiwać dobrem. A ja? Wracam na swoje hale. Do stada innych baranów, które uparcie wierzą, że mimo całego tego chaosu, pośpiechu i codziennego czekania, warto jednak robić swoje. Choćby tylko po to, by od czasu do czasu spojrzeć na migający kursor i pomyśleć z lekkim uśmiechem, że ten cały absurd jest w gruncie rzeczy całkiem znośny.