Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biust. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2026

Kiedy ciocia dostaje doktorat z implantów, czyli dekolt pod nadzorem społecznym...

Powiększanie piersi — temat, który potrafi rozpalić ludzi bardziej niż podwyżki, dieta pudełkowa i to, że ktoś nie wstawił „❤️” pod zdjęciem. Jedna powie: „w końcu!”, druga: „nigdy w życiu”, a trzecia i tak usłyszy od otoczenia, co powinna — bo nic tak nie jednoczy społeczeństwa jak poczucie, że ma prawo do cudzej klatki piersiowej.

I od razu wyjaśnienie w temacie biuściastym: żadnej operacji powiększania ani zmniejszania piersi nie miałam i mieć nie zamierzam. Napisałam o tym tylko dlatego, że nawiedziła mnie taka ochota. Tak, czasem to wystarczy. Nie wszystko musi być projektem badawczym ani publiczną spowiedzią. To felieton — czyli gatunek, w którym człowiek legalnie może wsadzić kij w mrowisko, popatrzeć jak mrówki biegną, i pójść zrobić herbatę.

Wróćmy do wyposażenia klatki piersiowej...

Plusy? Są. I to takie, które widać nie tylko w staniku.

Po pierwsze: ubrania przestają być wrogim środowiskiem. Sukienka nie udaje już zasłony w oknie, a T-shirt nie robi z ciebie wersji demonstracyjnej człowieka. Dekolt przestaje być „niewiadomą” i staje się decyzją. I jest coś ujmującego w tym, że kobieta patrzy w lustro i zamiast negocjować z własnym odbiciem jak z trudnym klientem, po prostu myśli: „O, to ja”.

Po drugie: pewność siebie. Czasem włącza się jak światło po remoncie — nagle działa, a ty się dziwisz, że wcześniej siedziałaś w półmroku. Bo to nie zawsze jest o „większe jest lepsze”, tylko o tym, żeby wreszcie przestać mieć w głowie ten cichy, upierdliwy głosik: „może gdyby…”. Niektórym zabieg zamyka temat, który latami kręcił się jak piosenka w galerii handlowej — niby jej nie słuchasz, a jednak doprowadza do szału.

Minusy? O, proszę.

Po pierwsze: portfel. Po zabiegu wygląda jak po gwałtownym romansie z ratami. Klinika mówi „inwestycja”, ty mówisz „oho”, a konto mówi „żegnajcie, wakacje”. Po drugie: rekonwalescencja, czyli etap „delikatnie, spokojnie, nie szalej, oddychaj z umiarem”. Człowiek nagle odkrywa, ile w życiu jest ruchów, które robił bezmyślnie — a teraz wykonuje je jak saper na polu minowym. Spanie na brzuchu trafia do działu „legendy i opowieści dziadków”, sport przechodzi na tryb „negocjacje z grawitacją”, a biustonosz staje się projektem logistycznym z elementami geometrii.

Ale prawdziwy cyrk zaczyna się dopiero wtedy, kiedy do akcji wchodzi otoczenie. Bo społecznie to wygląda tak: ty robisz coś ze swoim ciałem, a ludzie zachowują się, jakbyś przestawiała pomnik w centrum miasta. Nagle każdy ma zdanie, a połowa ma jeszcze pretensje, że nie zasięgnęłaś ich opinii.

Ciocia na imieninach:

— Ja tam wolę naturalne.

Jasne, ciociu. Ja też wolę naturalne: naturalny spokój, naturalny brak wtrącania się i naturalne „to nie twoja sprawa”.

Kolega:

— Po co ci to?

Zawsze kocham to pytanie, bo ono brzmi, jakby kobieta musiała uzasadniać swoje decyzje rachunkiem ekonomicznym i wykresem z Excela. „Po co ci ładna sukienka? Po co ci perfumy? Po co ci wakacje? Po co ci cokolwiek poza kartoflami i obowiązkiem?”

Ktoś inny, z twarzą człowieka, który właśnie odkrył prawdę o wszechświecie:

— To nie rozwiąże twoich problemów.

Oczywiście, że nie. Implant nie spłaci kredytu, nie uleczy traumy i nie sprawi, że nagle przestaniesz mieć ochotę rzucić telefonem o ścianę po rozmowie z infolinią. Ale czasem nie chodzi o „rozwiązanie życia”, tylko o to, żeby przestać się szarpać z jednym elementem, który uwiera jak metka wszyta w duszę. I tyle.

A najlepszy jest mit, że kobieta „robi to dla siebie” i zaraz ktoś to mówi tonem, jakby „dla siebie” było przestępstwem. Bo przecież kobieta powinna robić rzeczy po coś: dla męża, dla dzieci, dla społeczeństwa, dla estetyki ogólnej. Dla siebie? No bez przesady, gdzie to tak, proszę pani. Jeszcze by się pani przyzwyczaiła.

Tu dochodzimy do crème de la crème: niezależnie od wyboru, zawsze przegrasz konkurs na „dobrą kobietę” w oczach kogoś. Jak zrobisz — powiedzą, że sztuczne. Jak nie zrobisz — że zaniedbane. Jak będziesz pewna siebie — że próżna. Jak nie będziesz — że zakompleksiona. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma twoje życie rozpisane lepiej od ciebie, mimo że własnego nie ogarnia nawet w wersji roboczej.

W ogóle zabawne, jak szybko ludzie zostają ekspertami. Wystarczy, że usłyszą słowo „implant”, i już mają doktorat z chirurgii, psychologii, moralności oraz życia innych. Gdyby tę energię przekierować na własne sprawy, połowa kraju miałaby ogarnięte relacje, finanse i cholesterol.

I jeszcze jedna rzecz: w tej dyskusji zawsze przewijają się dwa plemiona. Pierwsze: „natura jest święta” — zwykle mówią to osoby po trzecim farbowaniu, czwartym botoksie w czole albo piątej „naturalnej” suplementacji, ale spoko, nie czepiajmy się szczegółów. Drugie: „ulepszaj wszystko” — najchętniej zrobiliby człowieka jak telefon: wtyczka, aktualizacja, nowy model, a jak się nie podoba, to reset do ustawień fabrycznych. Oba plemiona łączy jedno: bezgraniczna wiara, że to one mają prawo decydować, co to znaczy „dobrze” u kogoś innego.

Tu pointa — brutalnie prosta, bez wstążki i bez kadzidła.

Możesz mieć biust mały, średni, monumentalny jak inwestycje miejskie albo w rozmiarze „to absolutnie nie wasza sprawa i proszę się rozejść”. I tak zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje misję cywilizacyjną, żeby powiedzieć ci, jak powinnaś wyglądać, żyć, myśleć i w którą stronę prowadzić własne ciało — jakby dostał powołanie z Ministerstwa Estetyki Narodowej. Jedni będą cię „ratować” przed operacją, bo ich zdaniem kobieta ma cierpieć naturalnie, elegancko i najlepiej w ciszy. Drudzy będą cię poganiać do zmian, bo przecież „da się zrobić lepiej”. A prawda jest taka, że twoje ciało nie jest projektem społecznym ani publicznym przetargiem na cudze wizje. To twoje terytorium. Z prawem wstępu wyłącznie dla tych, którym pozwolisz.

Dlatego jedyne sensowne wyjście brzmi: rób tak, żebyś to ty czuła się dobrze — nawet jeśli świat dostaje od tego tików nerwowych, wylewu w komentarzach i filozoficznej zadyszki. Reszta może sobie dalej regulować cudze życia z poziomu kanapy. Ich opinie mają dokładnie tyle mocy, co przycisk „mute” w telewizorze: działają tylko wtedy, kiedy sama dasz im pilota.

niedziela, 31 stycznia 2021

Migawki z życia kobiety... Epizod 6: Zakupy


- No ile można na was czekać! Zdążyłam przeanalizować pół życia! – radośnie powitałam mamunię i ciotkę Ankę, specjalistkę od serialu „Masters of sex”, co to na imieninach mamuni gorylem furorę zrobiła.
Zgodnie z obietnicą stawiłam się o poranku mustangiem, który na co dzień robił jako pełnoletni renault megane, by zabrać mamunię na zakupy. Na okrasę była ciotunia od seksu, także zapowiadała się wypasiona wyprawa.
- I czego to się zaognia? Czego? Musiałam się wyszykować na te zakupy bieliźniane przecie. Anka kazała mi nogi golić i obok majtek pola uprawne, a i pachy, a że ja już stara i giąć się jak joginka nie potrafię to nam zeszło – mamunia w ramach usprawiedliwienia opisała poranne przeżycia.
Nie wnikałam w temat trzebienia pól uprawnych; wizja oglądania matki i ciotki w skąpym odzieniu wymachujących maszynkami do golenia napawała mnie nie małym przerażeniem.
- Czyli co dziewczynki? Najpierw sklep z bielizną, potem jaki obuwniczy zaliczymy, a na koniec obowiązkowo cynamonowe drożdżóweczki i latte macchiato w naszej kafejce! – ciotka Anka plan miała zwarty i gotowy.
- Znowu nie będę mogła was odkleić od tych cynamonówek! Ostatnio po trzy sztuki żeście zżarły i awanturowały się o dwie następne! Wstydźcie się matko i ciotko!
- Oj tam! Oj tam! Jakie po trzy zżarły i jakie się o dwie awanturowały? Już nie przesadzaj Klarcia, bo sama się odkleić nie mogłaś! – ciotunia spojrzała na mnie wzrokiem triumfatorki.
Po piętnastu minutach jazdy mustangiem, wysłuchaniu tysiąca porad drogowych, jednej mini awanturze na temat fryzury Antoniego, dotarłyśmy szczęśliwie na parking galerii handlowej ”Kwadraty”.
- Dobra, wysiadać baby! Tylko mi się zachowujcie w tych sklepach! – z szyderczym uśmieszkiem zwróciłam się do rozochoconych seniorek.
Eleganckim krokiem posuwistym przekroczyłyśmy bramy zakupowego raju…
- O! Jest! Jest! Bielizna z brafittingiem! Salon "Biustella"! Janka trza ci dobrać też biustonosz, a i mnie, i Klarci przyda się fachowa obróbka!
Włos mi się zjeżył na czaszce… Oczami wyobraźni widziałam już ten kabaret w przymierzalni, choć sama byłam ciekawa jak taka porada brafitterki wygląda, bo nigdy nie korzystałam z jej usług.
- Matka! Najpierw zajmijmy się zakupem piżamy i szlafroczka na wyjazd z Antonim, a potem będziemy się brafittingować. Patrz jaki cudny lawendowy komplecik! – popadłam w zachwyt przekładając w paluchach przyjemnie śliski materiał.
- Cudny! No cudniutki Janinko! Szlafroczek z dodatkiem koronki, a piżamka bardzo zgrabnie uszyta! – Anka wyraźnie się napaliła na komplecik. – A ja też go wezmę! Możemy sobie potem urządzić lawendowe piżama party!
- Taaa… Narozrzucamy suszonej lawendy i będziemy się tarzać w tych habaziach; można też zawody urządzić, do której się więcej habazi poprzyklejało, he, he! To żeś ciotka wymyśliła imprę, że normalnie nie zasnę dziś z wrażenia na samą myśl!
Sprzedawczyni patrzyła na dwie panie w podeszłym wieku i na mnie, niestety również, z wyraźnie ukrywanym uśmieszkiem, ale dzielnie przeszła etap wyboru rozmiaru lawendowych szat dla mamuni i ciotki Anki. Następnym punktem programu były biustonosze.
- To niech panie podadzą rozmiary biustonoszy jakie nosiły do tej pory. Potem zmierzymy panie w obwodach i nauczymy się dobierać właściwy rozmiar stanika – brafitterka zabrała się za pomiary w biuście i pod biustem. Po tym jak usłyszała jakie nosimy rozmiary to prawie popełniła samobójstwo wieszając się na koronkowych stringach o barwie burgundowej zawisających na pobliskim wieszaczku. Szybko jednak doszła do siebie stymulowana rechotem ciotki Anki i zabrała się za instruktaż brafittingowy, który szczegółowo omówiła z wykorzystaniem barwnych ilustracji oraz własnego ciała.
Wszystkie trzy rozdziawiłyśmy japy z wrażenia, tak że nasze jelita grube zobaczyły po raz pierwszy świat, w postaci sztucznego oświetlenia salonu "Biustella", od strony otworu gębowego.
- No popatrz, popatrz, Janka! Ja tyle lat chodzę po tym świecie i nie wiedziałam, że mam se cycki pozbierać z brzucha i spod pach, a i prawie o plecy zahaczyć!
- I po co ja te nogi goliłam?!? Anka te twoje pomysły czasami to o kant dupy! – matka się niespodziewanie zirytowała, ale fakt faktem miała rację, bo do dzisiejszych zakupów trzebienie sierści z nóg nie było potrzebne.
- Ty się teraz nad szczeciną na nogach nie pochylaj tylko zbieraj cycki z pleców jak miła pani pokazywała! Ha, ha, ha! – Anka jak zwykle nie pozostała dłużna. Odkąd rzuciła palenie to złośliwość seniorska jej się wyostrzyła co często miało zabawne oblicza.
Wszystkie trzy dzielnie walczyłyśmy z odzyskiwaniem biustu, który przed wizytą w sklepie z brafittingiem był po prostu tłuszczem i fałdami na brzuchu i plecach. I tak oto ja z rozmiaru 80B, przeszłam płynnie na 65E. Cud! Mamunia z ciotką to aż się zapowietrzyły jak się na starość zwiedziały, że takie balony mają! Oczywiście ubaw był przedni jak te cycki wpychałyśmy do tych misek. Pani instruktorka dzielnie pomagała i bawiła się równie dobrze jak my. Wyłyśmy jak dzikie hieny rodem z opuszczonego cmentarza i prawdopodobnie odstraszyłyśmy tym potencjalne klientki, które nie miały śmiałości w to stado hien wkraczać.
- Janinko a patrz no tutaj! Majtki bezszwowe! Bierzemy! Przynajmniej dziur na szwach nie będzie! 
I tak oto zostałyśmy szczęśliwymi posiadaczkami dwóch lawendowych komplecików w postaci szlafroczka i piżamy, trzech biustonoszy na wielkie balony i sześciu par gaci bez szwów.
Seniorki wyraźnie się zmęczyły tymi szaleństwami, więc do buciarni wpadłyśmy na chwilę, bo mamunia chciała tylko klapki pod prysznic nabyć. Następnie poczłapałyśmy do kafejki ”Cynamonka”, gdzie zamówiłyśmy po dwie firmowe drożdżówki i kawę na każdy łeb. Ciotce Ance jak zwykle zebrało się na gadulstwo, więc jak tylko pochłonęła pięć pierwszych kęsów ciastka zabrała się za wywody...
- A wiecie co dziewczynki… Tak mi się przypomniało przy tych cynamonóweczkach jakie ja cudaki ostatnio w sklepie widziałam na dziale mięsno-wędliniarskim; aż stałam i po trzy razy czytałam kartki z opisami towarów. Mieli salami bumerang, wędzonkę z liszek, szynkę z liściem…
- Ha, ha, ha! Ciekawe czy tym salami można rzucać po sklepie? A liszki to trochę oblechowate są, więc pewnie wędlinka mniam, mniam! Szynka z liściem! Dobre! Może z marihuanką?!? – skomentowałam wędlinkę ze sklepu ciotuni. 
- Klara! Dziecko! Ludzie nas słuchają! – mamunia spontanicznie zainteresowała się faktem w jaki sposób postrzega nas społeczeństwo zgromadzone w kawiarni.
- No i co z tego! Już i tak znają was wszyscy klienci, po tym jak wasz rechot i krzyki wydobywały się z ”Biustelli”!
- Klara, po pierwsze to nie was znają i nie wasz rechot, tylko nas i nasz! Ty nas tu nie wrzucaj do wora podpisanego: Trudny klient, bo sama darłaś japę jak ci pani kazała cycki foremkować w michach gigantach. – ciotunia zarzuciła ripostą, że ho, ho! - Wracając do tych specjałów, bo mi smarkula przerwała, to był jeszcze smakołyk puchatka i nie, nie, Klarcia, to nie była wędlina wypełniona miodem!  Ale najlepsza to była kiełbasa palcówka polska!
- A co w tym dziwnego, że palcówka polska? – mamunia się ożywiła.
- No jak co dziwnego Janka! O losie! To ty nie wiesz co to jest palcówka?!? – Anka zrobiła oczy jak wyrak z zatwardzeniem i oczywiście nie omieszkała pośpieszyć z wyjaśnieniami…- Jak ci chłopina nie potrafi zrobić dobrze lagą to może użyć palców i doprowadzić cię do orgazmu, sama se też możesz palcówkę strzelić Janka!
Mina mamuni była bezcenna, a ja zaczęłam rżeć jak obłąkany osioł, gdyż wizja mamuni siedzącej w bujanym fotelu, która wkracza w świat palcówek instruowana przez ciotunię zabiła moje poczucie wstydu i bez żadnych zahamowań śmiałam się na cały głos, a resztki przemielonej cynamonowej buły radośnie strzelały na prawo i lewo z mojej rozwartej paszczy. 


Ciąg dalszy nastąpi… a wszelakie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe…


Klara serdecznie zaprasza na pozostałe epizody, które znajdują się tutaj.