Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2026

Starzeć się co roku? Bez przesady!


Dopóki człowiek jest młody, rozdaje lata jak ulotki przed marketem. „Mam dwadzieścia sześć” - obwieszcza światu, jakby właśnie nabył apartament w Sopocie, choć na stanie ma głównie debet, pryszcza przed ważnym spotkaniem oraz przekonanie, że po trzydziestce ludzie zaczynają interesować się zniczami. Później cyfry tracą urok i zamiast dumnie maszerować przodem, zaczynają skradać się za człowiekiem w płaszczu przeciwdeszczowym.

Maria Czubaszek słusznie radziła, żeby wiek ustalić i już się go trzymać. Najlepiej wybrać wiek wygodny, dobrze skrojony i niewymagający prasowania, a następnie nosić go tak długo, aż otoczenie nabierze szacunku albo zmęczy się dochodzeniem.

Zresztą metryka podaje wyłącznie datę rozpoczęcia działalności. Nie odnotowuje, ile razy właścicielka była remontowana, kiedy wymieniała instalację nerwową ani dlaczego w poniedziałek ma lat osiemdziesiąt sześć, a w sobotę wieczorem trzydzieści dwa i zamiar zatańczenia na stole. 😉

niedziela, 23 sierpnia 2026

Małżeństwo, czyli sport ekstremalny w stroju galowym...

Powiedzmy sobie szczerze: małżeństwo jest pomysłem dość brawurowym. Dwoje ludzi, z których każde ogarnia życie według własnej fantazji, postanawia połączyć finanse, rodziny, łazienkę oraz dwa komplety starannie pielęgnowanych dziwactw. Wszystko odbywa się w odświętnych ubraniach, jakby eleganckie buty miały kogokolwiek ochronić przed konsekwencjami.

W urzędzie pytają, czy oboje chcą zawrzeć związek małżeński. Nikt natomiast nie sprawdza, czy tak samo rozumieją słowa: „zaraz”, „nic mi nie jest”, „rób, jak chcesz” oraz „nie jestem głodna”. A przecież te cztery zwroty rozwaliły więcej związków niż wszystkie biuściaste blondynki z księgowości razem wzięte.

Po ślubie kończy się wersja demonstracyjna i uruchamia pełny program, razem z błędami. Urocze roztargnienie staje się nieuleczalnym gubieniem kluczy, spontaniczność - robieniem wszystkiego bez uprzedzenia, a rozmowa małżeńska coraz częściej przypomina konferencję prasową. 😉

Jeżeli po latach dwoje ludzi nadal potrafi się dogadać, a przy tym nie planuje wzajemnej eksmisji przy każdej kłótni o pilota, to znaczy, że trafiło im się coś rzadkiego: związek, który działa. Małżeństwo mu nie zaszkodziło. Chociaż robiło, co mogło. 😉

piątek, 14 sierpnia 2026

Zęby w opozycji, apetyt przy władzy, czyli PESEL może sobie pogadać...


Z wiekiem człowiek nie traci apetytów. Co najwyżej zaczyna kroić je drobniej, popijać tabletką na zgagę oraz weryfikować, czy lokal ma krzesła z oparciem i serwuje mieszankę ziół dedykowaną mózgowi z odpowiednim stażem.
Największe nieporozumienie to fakt, że otoczenie zaczyna proponować człowiekowi spokój, jakby był deserem firmowym. A spokój, umówmy się, bywa mdły. Po dwóch łyżeczkach chce się czegoś z pieprzem: wyjazdu bez planu, czerwonej szminki we wtorek, rozmowy do rana albo faceta, o którym rozsądek mówi „absolutnie nie”.

Zęby mogą mieć inne zdanie. Kolana zresztą też. Organizm po pięćdziesiątce zaczyna przypominać wspólnotę mieszkaniową: każdy organ osobno zgłasza usterkę, nikt nie chce płacić za remont i wszyscy domagają się zebrania. Apetyt zaś nie uznaje kworum. Robi swoje.
Chce się nadal wszystkiego, tylko mądrzej? A skąd! Czasem chce się dokładnie tak samo głupio jak dawniej. Różnica polega jedynie na tym, że człowiek potrafi lepiej przewidzieć skutki, po czym z pełną świadomością robi swoje. Tyle że przed spontanicznym wyjazdem sprawdza prognozę pogody, dostępność łazienki i czy w torebce leży ibuprofen oraz inne medykamenty pierwszej potrzeby. Szaleństwo nie znika - po prostu nosi okulary do czytania i pamięta o ładowarce.

Starość może i posiada inne uzębienie, ale apetyt wciąż ma bezczelnie młody. Jeśli czegoś nie da się już ugryźć jak dawniej, zawsze można to rozczłonkować gustownym tłuczkiem nabytym na pobliskim jarmarku. 😉

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Gdy chłop mówi „niedaleko”, szykuj frytki, lawetę i narzędzie zbrodni...

W niedzielę - jakże urokliwą, słoneczną i od samego rana podejrzanie optymistyczną - wybrałam się z osobistym chłopem domowym na rower.

I tutaj pierwsza przestroga: nigdy nie ufajcie mężczyźnie, który regularnie jeździ na rowerze i mówi: „Nie pojedziemy daleko”. „Niedaleko” w męskim systemie miar jest pojęciem równie precyzyjnym jak „zaraz wracam”, „wypiję tylko jedno piwo” oraz „spokojnie, wiem, co robię”. Może oznaczać trzy kilometry, może granicę województwa, a może Bratysławę, jeśli wiatr będzie sprzyjający.

Ja oczywiście uwierzyłam. W swej naiwności i okresowym bezmózgowiu jechałam przed siebie, pedałując radośnie niczym skowronek na dopingu. Kompletnie nie przyszło mi do głowy, że każda droga ma również wersję powrotną. Geografia nigdy nie była moją mocną stroną, ale żeby człowiek w moim wieku dopiero po czterdziestu kilometrach odkrył istnienie drogi w przeciwnym kierunku, to już nie luka edukacyjna, tylko gigantyczne zaniedbanie systemowe.

Początkowo było nawet przyjemnie. Słońce świeciło, ptaszki świergoliły, okoliczności przyrody prezentowały się jak folder reklamowy gminy, a my sunęliśmy przed siebie, udając ludzi aktywnych i mających kontrolę nad własnym życiem. Był też postój w Żabce - pocieszajka w postaci loda sorbetowego i jakiegoś napoju, czyli pełnowartościowy posiłek sportowca, który nie wie jeszcze, że za kilka godzin będzie negocjował z własnymi nogami warunki dalszej współpracy.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zaistniała w dla siebie właściwy sposób...

Omijając balustradę blokującą przejazd samochodom, zahaczyłam o krawężnik i wykonałam widowiskowy manewr przejścia z pozycji pionowej do poziomej. Gleba była efektowna, choć jury techniczne mogłoby odjąć punkty za lądowanie. Na szczęście skończyło się na niewielkich obiciach, sztuk dwie, za co dziękuję aniołom stróżom, leśnym szaptuchom oraz producentowi kasku. Mam już bowiem za sobą dwa operowane barki wyposażone w tytanowe śrubki oraz nadgarstek zaopatrzony w blaszkę o wdzięcznej nazwie „Baby Foot”. Nazwa brzmi jak krem złuszczający do pięt albo kapela dziecięca występująca na festynie parafialnym, tymczasem jest to kawał metalu zamontowany w człowieku na stałe. I nie, proszę sobie nie wyobrażać, że kolekcjonowanie tytanowych gadżetów we wnętrzu organizmu stanowi moje hobby. Nic z tych rzeczy. Nie zbieram całej serii i nie interesuje mnie nagroda za skompletowanie szkieletu.

Po upadku otrzepałam więc godność, sprawdziłam, czy wszystkie części ciała nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie rano, i ruszyliśmy dalej.

Marian tymczasem był w znakomitej formie. Pruł w siną dal jak husaria, tyle że w spodenkach rowerowych. Gdyby go nie powstrzymać, zapewne wieczorem wysłałby mi zdjęcie spod czeskiej granicy z podpisem: „No widzisz, przecież niedaleko”.

Na szczęście resztki mojego rozumu, które dotychczas jechały z tyłu i najwyraźniej podziwiały widoki, wreszcie dogoniły peleton. Spojrzałam na licznik. Ponad czterdzieści kilometrów. Spojrzałam na Mariana. Spojrzałam w stronę domu, którego oczywiście nie było widać nawet przy bardzo bujnej wyobraźni. I wtedy dotarła do mnie informacja szokująca: trzeba jeszcze wrócić. Ogłosiłam zatem koniec ekspedycji. Zawrócilim.

W tym momencie moja dupa bolała już tak, jakby siedziała nie na rowerowym siodełku, lecz na kostce brukowej obitej kaktusem. Co kilka kilometrów zmieniałam pozycję, ale możliwości były zasadniczo dwie: bolało albo bolało inaczej.

Po drodze pożarłam jeszcze frytki w popularnym fast foodzie, ponieważ ilość spalonych kalorii zaczęła przybierać rozmiary niedopuszczalne. Człowiek musi reagować, zanim organizm wpadnie na pomysł, żeby schudnąć. Frytki zjadłam więc nie z łakomstwa, lecz odpowiedzialności. Była to interwencja medyczna, tylko podana w papierowym opakowaniu i posypana solą.

Trzymałam się długo. Naprawdę długo. Nie płakałam, nie jęczałam, nie groziłam Marianowi rozwodem ani porzuceniem jego zwłok w przydrożnym rowie po wcześniejszym odrąbaniu wszystkich wystających elementów. Byłam spokojna, dzielna i zadziwiająco zrównoważona, czyli zupełnie do siebie niepodobna.
Sielanka trwała do chwili, kiedy moje nogi zaczęły tracić czucie. Najwyraźniej dolna połowa organizmu zwołała zebranie związkowe i jednogłośnie uchwaliła przerwanie pracy. Wtedy - jak to określa osobisty chłop domowy - odpaliła mi się rasowa „drama queen”. Nie jakaś tam skromna księżniczka dramatu. Pełnoprawna cesarzowa, z dworem, orkiestrą, wirtualną siekierą i prawem do wypowiadania wojen.

Zsiadłam z roweru, rozsiadłam się na krawężniku jak zdetronizowana monarchini i przybrałam minę zdolną uśmiercić wszelkie formy życia w promieniu pięćdziesięciu metrów. Podejrzewam, że mleko w pobliskim sklepie skwaśniało bez otwierania lodówki.

- Dalej nie jadę - oznajmiłam tonem człowieka, który podjął decyzję ostateczną i właśnie żegna się ze światem.

Marian zapewne rozważał wezwanie taksówki, lawety albo księdza, ale zachował się rozsądnie i milczał. Po mniej więcej piętnastu minutach cudownie odzyskałam czucie w nogach, chęć życia oraz zdolność do dalszego pedałowania. Drama queen zeszła ze sceny, choć zrobiła to niechętnie.

Do domu dotarłam szczęśliwie. Ostatnie metry przejechałam siłą woli i wizji kanapy. Po przekroczeniu progu miałam ochotę go pocałować, objąć framugę i obiecać całemu domostwu, że już nigdy go nie opuszczę. Przynajmniej nie na rowerze.

Jaki z tego morał?

Jeżeli rowerzysta mówi: „Nie pojedziemy daleko”, należy natychmiast zapytać: „Daleko według mapy czy według twojej pokręconej psychiki?”. Warto też pamiętać, że czterdzieści kilometrów w jedną stronę nie oznacza czterdziestu kilometrów wycieczki. Oznacza osiemdziesiąt kilometrów oraz gruntowną rewizję związku.

A poza tym człowiek może mieć tytan w barkach, blaszkę w nadgarstku i stalowy charakter, lecz ostatnie słowo i tak zawsze należy do dupy. ;)

czwartek, 6 sierpnia 2026

Otwór otworowi nierówny, czyli zanim skoczysz, sprawdź, czy to nie szambo...

Optymista to osobnik, który na hasło „jakoś to będzie” spokojnie dopija kawę. Pesymista w tym czasie robi kopię dokumentów, ładuje powerbank i sprawdza, gdzie znajduje się najbliższe prosektorium.

Pierwszy wchodzi w nieznane z entuzjazmem labradora, który zobaczył otwartą lodówkę. Drugi podchodzi do życia jak saper zatrudniony na umowie śmieciowej - ostrożnie, bez wiary w jutro i z przekonaniem, że premii raczej nie będzie.

Nie wiem, który ma lepiej. Optymista częściej obija sobie tyłek, ale przynajmniej rusza z miejsca. Pesymista wprawdzie nie spada, bo nigdzie nie wchodzi, za to pół życia siedzi obok drabiny i tłumaczy wszystkim, że szczeble od początku wyglądały podejrzanie.

Osobiście wybieram wariant mieszany: entuzjazm optymisty oraz podejrzliwość kobiety, która choć raz zamówiła sukienkę ze zdjęcia w internecie. Świat może i stoi otworem, ale zanim człowiek rzuci się w niego z rozwianym włosem i nadzieją w zębach, dobrze sprawdzić, czy prowadzi do przygody, czy do szamba. Jedno i drugie bywa głębokie - tylko wspomnienia pachną zupełnie inaczej. 😉

czwartek, 30 lipca 2026

Cud przyszedł po cywilnemu, więc nikt go nie poznał!


Wiele osób oczekuje, że cud przybędzie w towarzystwie fajerwerków, w cekinach i przy akompaniamencie chóru anielskiego. Najlepiej, żeby przy okazji anulował rachunek za prąd, odchudził bez diety i sprawił, że włosy ułożą się same. Dopiero wtedy człowiek łaskawie mruknie: „No dobrze, coś się chyba wydarzyło”.

Druga droga jest mniej widowiskowa, ale za to ciekawsza. Człowiek zauważa, że życie rzadko przysyła cuda limuzyną. Zwykle podrzuca je pod drzwi jak paczkę bez firmowej taśmy: rozmowę w odpowiedniej chwili, czyjąś obecność, wynik badania lepszy, niż się człowiek spodziewał, albo śmiech w dniu, który zapowiadał się jak sernik bez cukru - niby da się przełknąć, tylko po co.

Nie chodzi, rzecz jasna, o to, żeby każdą dziurę w asfalcie uznawać za portal do szczęścia, a życiową katastrofę pakować w celofan wdzięczności. Naiwność jest kiepską kosmetyczką: przypudruje siniaka, ale go nie wyleczy. Chodzi raczej o to, by nie przejść przez własne życie z miną urzędnika od cudów, który wszystko odrzuca, bo pieczątka krzywo, zachwyt nie na tym formularzu, a szczęście przyszło po terminie.

Największy problem z cudami polega nie na tym, że ich nie ma. One po prostu mają fatalny marketing. Nie świecą neonem, nie wysyłają powiadomień i nie krzyczą: „Patrz, właśnie dostałaś coś bezcennego!”. Częściej stoją cicho w kuchni, parzą kawę, pytają, jak się czujesz, albo sprawiają, że mimo wszystkiego nadal chce ci się wstać.

A człowiek? Człowiek potrafi całe życie wypatrywać jednorożca, nie zauważając konia, który od lat cierpliwie niesie go przez wyboje i jeszcze nie zażądał podwyżki.

Dlatego wybieram tę drugą drogę - nie dlatego, że ma mniej zakrętów, lecz dlatego, że więcej na niej widać. Szkoda byłoby dotrzeć do końca i dopiero wtedy odkryć, że cuda czekały na każdym poboczu, a człowiek mijał je obojętnie, uparcie wypatrując wielkiej tablicy z napisem: „CUD - 200 metrów”.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Nocne prykanie utrudnia zasypianie, czyli dlaczego nie należy lekceważyć warzyw po godzinie dwudziestej trzeciej...

Sobotni, późny wieczór należał do tych, które człowiek chciałby zakonserwować w słoiku, postawić na najwyższej półce spiżarni i odkręcać wyłącznie wtedy, gdy dorosłe życie zaczyna za bardzo szarżować z rachunkami, obowiązkami oraz innymi atrakcjami dla ludzi, którzy kiedyś myśleli, że dorosłość polega głównie na jedzeniu lodów przed obiadem. Za oknem panował taki upał, że nawet komary sprawiały wrażenie stworzeń pogodzonych z losem, latały wolniej, bez przekonania, jakby przed każdym ukąszeniem musiały najpierw usiąść i przemyśleć sens własnej egzystencji. W mieszkaniu unosiło się to ciężkie, letnie powietrze, którego nie da się przewietrzyć, schłodzić ani przekupić, gdyż ono po prostu wisi nad człowiekiem jak urzędnik nad źle wypełnionym formularzem.

Mój osobisty chłop domowy już od dłuższego czasu romansował z Morfeuszem w pokoju obok, czyniąc to z oddaniem godnym człowieka, który nie zamierzał przejmować się ani temperaturą, ani inflacją, ani faktem, że gdzieś na świecie ludzie nadal próbują zrobić zdrowy deser, który nie smakuje jak kara za grzechy. Z sypialni dochodziło jego cichutkie pochrapywanie, całkiem zresztą niewinne, bardziej przypominające próbę generalną małej lokomotywy niż pełnoprawny koncert tartaku. Znam Mariana już kilka dobrych lat i przez ten czas życie wykształciło we mnie zdolności, których nie wpisuje się do CV, choć w razie potrzeby mogłyby okazać się bezcenne dla kryminalistyki; gdyby ktoś ustawił przede mną rząd chrapiących chłopów domowych, obcych, półobcych i całkiem przypadkowych, bez wahania wskazałabym właściwego, albowiem są takie akustyczne szczegóły wspólnego życia, które kobieta zapamiętuje nawet wbrew własnej woli.

Ja natomiast rozłożyłam się na kanapie niczym rasowa jaszczurka na rozgrzanym kamieniu, bez kołdry, bez koca i bez najmniejszej chęci przykrywania się czymkolwiek, ponieważ przy tej temperaturze nawet prześcieradło mogłoby zostać uznane za narzędzie tortur. Miałam na sobie coś, co producent prawdopodobnie nazwał piżamą, chociaż równie dobrze mogłaby to być letnia wersja stroju negocjacyjnego z własnym potem. W telewizji leciał jakiś film, którego fabułę porzuciłam po kilku minutach, bo Internet, jak zawsze, podsunął mi temat ważniejszy, głębszy i bardziej niebezpieczny dla psychiki, czyli przepisy na desery z mąki kokosowej.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale Internet ma w sobie coś z nadgorliwej ciotki na weselu, która raz usłyszy, że człowiek lubi sernik, i od tej pory prześladuje go sernikiem we wszystkich możliwych wydaniach. Wystarczyło, że jeden jedyny raz zainteresowałam się kokosankami z mąki kokosowej bez cukru, a algorytm natychmiast uznał, że odkryłam powołanie, misję życiową oraz nową religię. Kokosanki bez cukru, placuszki kokosowe bez cukru, brownie kokosowe bez cukru, chleb kokosowy bez sensu, naleśniki kokosowe bez nadziei, a gdybym przewinęła jeszcze trochę niżej, zapewne znalazłabym kurs stolarski „Zbuduj altankę z mąki kokosowej”. Mąka kokosowa zaczęła mnie prześladować z takim zapałem, jakby podpisała ze mną umowę abonamentową i teraz miała prawo wyskakiwać z każdego zakątka ekranu, lodówki oraz sumienia.

Kiedy zegar przekroczył jedenastą, doszłam do wniosku, że dalsze udawanie osoby aktywnej społecznie, intelektualnie i kulinarnie nie ma najmniejszego sensu, ponieważ mój organizm przeszedł właśnie w tryb „nie pytaj, nie wymagaj, śpij”. Dokonałam więc wieczornych ablucji, które w tym upale bardziej przypominały próbę odświeżenia ogórka zostawionego na parapecie, po czym wsunęłam się do łóżka właściwego z nadzieją, że za chwilę dołączę do Mariana w krainie snów, gdzie być może panuje klimat umiarkowany, a mąka kokosowa nie ma dostępu do Wi-Fi.

Nie zdążyłam jednak porządnie ułożyć głowy na poduszce i wejść w ten przyjemny stan, w którym człowiek jeszcze niby istnieje, ale już nie odpowiada za swoje myśli, kiedy usłyszałam odgłos tak osobliwy, że mój mózg natychmiast przerwał procedurę zasypiania i włączył tryb śledczy. Nie był to huk, stukot ani trzask, nie brzmiał też jak coś, co powinno wymagać telefonu do administracji, straży pożarnej lub egzorcysty. Był to dźwięk cichy, stłumiony i nieśmiały, coś pomiędzy pękającą bańką mydlaną a miniaturowym wyznaniem winy.

Po kilku sekundach odezwał się ponownie, potem raz jeszcze, już z pewną dozą bezczelności, jakby pierwszy odgłos tylko wybadał teren, a kolejne uznały, że skoro nikt nie protestuje, można kontynuować działalność. Leżałam nieruchomo, z oczami utkwionymi w ciemność, usiłując nadać temu zjawisku nazwę godną dorosłej kobiety, ale język polski, ze swoją całą poetyckością, chrząszczami brzmiącymi w trzcinie i deszczami jesiennymi, w tej konkretnej sytuacji nie pozostawiał mi szerokiego pola manewru.

To było pryknięcie, tylko w wersji demonstracyjnej, kieszonkowej, jakby ktoś zamówił je z katalogu dla początkujących i nie odważył się jeszcze przejść na pełny pakiet.

Pierwszym podejrzanym, z przyczyn całkowicie naturalnych i zgodnych z wieloletnią praktyką domową, został oczywiście Marian. Oddaliłam jednak ten trop niemal natychmiast, ponieważ znałam możliwości mojego osobistego chłopa domowego na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to nie był jego styl, jego tonacja ani jego skala wykonawcza. Marian, gdyby już miał w tej dziedzinie zaistnieć, zrobiłby to z rozmachem człowieka, który nie bawi się w półśrodki, podczas gdy tutaj miałam do czynienia z czymś skromnym, filigranowym, prawie pensjonarskim. To było pryknięcie, które mogłoby nosić kapelusik, przepraszać za kłopot i pytać, czy może wejść.

Zaczęłam więc nasłuchiwać dalej, a moja wyobraźnia, jak zwykle w sytuacjach wymagających spokoju, postanowiła wejść na scenę w cekinach i przejąć całe przedstawienie. Przez chwilę rozważałam, czy przypadkiem nie mamy myszy, co samo w sobie byłoby już wystarczająco nieprzyjemne, ale myszy wydające z siebie dyskretne pierdnięcia otwierały zupełnie nowy, niepokojący rozdział zoologii domowej. Wyobraziłam sobie małą gryzoniową rodzinę siedzącą gdzieś za szafką po wspólnej, obfitej kolacji z resztek znalezionych tu i ówdzie; w tej wizji ojciec-mysz z powagą mówi do dzieci: „Cicho, bo usłyszy”, po czym wszyscy solidarnie zawodzą własnym układem pokarmowym.

Po chwili uznałam jednak, że nawet jak na moje mieszkanie byłoby to zbyt dziwne i przerzuciłam się na hipotezę sąsiedzką. Bloki mają przecież akustykę, która potrafi z człowieka zrobić mimowolnego uczestnika cudzych dramatów, remontów, kłótni małżeńskich, ćwiczeń na orbitreku i rozmów telefonicznych prowadzonych tonem odprawy wojskowej. Niewykluczone więc, że sąsiad z góry zjadł późną kolację złożoną z fasolki, cebuli i życiowych błędów, a nasz strop, zamiast zachować się jak przyzwoita przegroda budowlana, postanowił zrobić mi transmisję na żywo z jego prywatnej walki o przetrwanie.

Im dłużej leżałam, tym bardziej czułam się jak bohaterka kryminału klasy B, w którym nie ginie człowiek, tylko nie wiadomo co, a główny trop prowadzi przez jelita, wentylację i kuchnię. W głowie odtwarzałam plan mieszkania, analizowałam kierunek rozchodzenia się dźwięku, porównywałam natężenie kolejnych pryknięć i zaczynałam już niemal żałować, że nie mam notesu, latarki oraz takiego skupionego wyrazu twarzy, jaki mają detektywi w serialach, kiedy pochylają się nad śladem buta w błocie. W moim przypadku śladu buta nie było, błota również, za to gdzieś w ciemności co kilka sekund rozlegało się „pryk”, które z każdą chwilą nabierało charakteru osobistej zniewagi.

I wtedy mnie olśniło z taką siłą, że gdyby w pokoju była kamera, można by ten moment wykorzystać w programie popularnonaukowym jako przykład nagłego triumfu ludzkiego rozumu nad absurdem.

Cieciorka.

Przecież w kuchni od kilku godzin moczy się pół kilograma cieciorki, ponieważ mój osobisty chłop domowy zapowiedział na jutro produkcję pasztetu. Ciecierzyca, zwana również grochem włoskim, choć nie mam pojęcia, co Włosi zrobili, żeby wplątać ich w tę historię, leżała sobie w garnku, chłonęła wodę, pęczniała, naprężała skórki i najwyraźniej co pewien czas któreś ziarno przeżywało własny mały przełom egzystencjalny.

Wszystko zaczęło układać się w całość tak logiczną, że przez chwilę byłam z siebie dumna. Nie każdy potrafi w środku nocy rozwiązać zagadkę akustyczną przy pomocy wiedzy o roślinach strączkowych, zwłaszcza będąc półprzytomnym, przegrzanym i świeżo po kontakcie z mąką kokosową. Poczułam się jak Sherlock Holmes w wersji kuchennej, który zamiast lupy ma zmęczenie, zamiast doktora Watsona śpiącego Mariana, a zamiast zbrodni garnek pełen bezczelnych ziaren.

Niestety, radość z odkrycia trwała krótko, ponieważ do głosu doszedł mój umysł ścisły, który zazwyczaj milczy całymi tygodniami, żeby potem obudzić się w najgorszym możliwym momencie i zadać pytanie, po którym człowiek już wie, że nie zaśnie. Pół kilograma cieciorki to przecież nie jest kilka sztuk, które można by personalnie upomnieć i poprosić o ciszę nocną. To jest całe osiedle. Miasteczko. Strączkowa aglomeracja z pełną infrastrukturą, radą mieszkańców i zapewne własnym regulaminem wspólnoty.

Nie miałam pojęcia, ile ziaren mieści się w pięciuset gramach, ale intuicja podpowiadała mi, że stanowczo zbyt wiele jak na porę po jedenastej. Jeśli każde z nich zamierzało choć raz zakomunikować światu, że właśnie pękła mu skórka, czekał mnie koncert na kilkaset, a może kilka tysięcy solowych występów. Co gorsza, zaczęłam zastanawiać się, czy każde ziarno robi to tylko raz, czy może istnieją egzemplarze bardziej ekspresyjne, które pękają etapami, z dramaturgią, w trzech aktach i z bisem. A jeśli są tam ziarna dominujące, typy przebojowe, liderzy opinii, które zaczęły pierwsze, żeby dać przykład reszcie? A jeśli właśnie w garnku trwa zebranie wspólnoty cieciorkowej pod hasłem „Pękajmy razem, siostry i bracia, niech ta baba z sypialni wie, że żyjemy”?

Leżałam więc w tym upale, otoczona nocą i własnym obłędem, coraz wyraźniej rozumiejąc, że zostałam jedynym świadkiem wydarzenia, którego nikt normalny nie uznałby za warte uwagi, a jednak ja nie mogłam już go zignorować. Człowiek może udawać, że jest ponad pewne rzeczy, może czytać książki, płacić podatki, interesować się światem, a potem przychodzi noc, garnek zaczyna prykać i cała cywilizacyjna fasada odpada z niego jak źle położony tynk.

W końcu niechętnie zwlekłam się z łóżka, z tym rodzajem cierpienia, jaki zna każdy, kto właśnie znalazł w miarę chłodne miejsce na prześcieradle i musi je opuścić z powodu roślin strączkowych. Powędrowałam do kuchni, starając się zachować powagę osoby dorosłej, choć trudno o godność, gdy idzie się przez mieszkanie po to, żeby uciszyć cieciorkę. Garnek stał dokładnie tam, gdzie go zostawiliśmy, niewinny, spokojny, wręcz zwyczajny, jakby nie organizował właśnie nocnego festiwalu akustycznego dla jednej zirytowanej kobiety.

Pochyliłam się nad nim i przez chwilę patrzyłam na tę beżową masę ziaren zanurzonych w wodzie, które wyglądały tak niewinnie, że gdyby nie dowody dźwiękowe, można by im jeszcze współczuć. W środku jednak trwało prawdziwe życie towarzyskie. Co kilka sekund któreś ziarenko najwyraźniej dochodziło do wniosku, że to jest jego moment, jego scena, jego szansa na zaistnienie w historii domowej gastronomii, po czym wydawało z siebie kolejne cichutkie „pryk”, niepozorne, ale wystarczająco irytujące, by kobieta w środku nocy zaczęła rozważać, czy strączki mają świadomość i czy można im grozić konsekwencjami.

Moja interwencja była szybka, stanowcza i godna służb porządkowych wyspecjalizowanych w zamieszkach roślinnych. Nałożyłam pokrywkę na garnek, zamknęłam drzwi do kuchni i uznałam, że skoro cieciorka musi się artystycznie realizować, niech robi to w warunkach kameralnych, bez udziału publiczności z sypialni. Nie będę przecież negocjować z grochem włoskim o ciszę nocną, zwłaszcza że nie miałam pewności, czy mówi po polsku, włosku, czy tylko w języku krótkich emisji gazowych.

Wróciłam do łóżka z poczuciem dobrze wykonanej misji, choć muszę przyznać, że przez kilka minut nadal nasłuchiwałam, czy za drzwiami kuchni nie wybuchnie bunt. Wyobrażałam sobie, jak cieciorka, oburzona nałożeniem pokrywki, zwołuje nadzwyczajne posiedzenie, podczas którego najbardziej napęczniałe ziarno wchodzi na łyżkę i przemawia do reszty: „Towarzysze, próbują nas uciszyć, ale nie po to moczymy się od sześciu godzin, żeby teraz milczeć”. Na szczęście kuchnia zachowała względną dyskrecję, Marian dalej spał snem człowieka, którego ominęło najważniejsze śledztwo dekady, a ja w końcu odpłynęłam, choć z poczuciem, że granica między spokojnym wieczorem a absurdem jest cienka jak skórka na namoczonej ciecierzycy.

Następnego dnia z tej wyjątkowo wygadanej cieciorki powstał pasztet tak dobry, że Marian, po pierwszej kromce, przybrał minę zawodowego degustatora, który właśnie odkrył produkt zdolny zakończyć kilka konfliktów zbrojnych, po czym oznajmił, że wszystkie sklepowe pasztety powinny natychmiast przejść na emeryturę, najlepiej bez prawa do odprawy. Trudno było się z nim nie zgodzić, bo niektóre przemysłowe wyroby pasztetopodobne wyglądają tak, jakby do maszynki trafiała nie tylko świnia, ale również pół chlewa, fragment ciągnika, dwóch rolników, przypadkowy geodeta, worek trocin i jeszcze ktoś z działu księgowości, żeby masa miała odpowiednią strukturę.

Jadłam ten pasztet z mieszanymi uczuciami, ponieważ z jednej strony był naprawdę pyszny, a z drugiej miałam świadomość, że każda kromka zawiera historię nocnych występów, których byłam jedyną, nieproszoną i stanowczo zbyt trzeźwą publicznością. Marian zachwycał się konsystencją, smakiem i przyprawami, a ja patrzyłam na talerz z miną człowieka, który wie o tej potrawie zdecydowanie za dużo i ma poważne podejrzenia, że przed trafieniem na chleb prowadziła bogatsze życie towarzyskie niż niejeden emeryt na turnusie w Ciechocinku ;)

wtorek, 14 lipca 2026

Szef, teściowa i inne zjawiska atmosferyczne, czyli wizualizacja ratunkowa...


Nie lubisz swojego szefa? Na samą myśl o rozmowie z nim w cztery oczy jelita zaczynają Ci trenować akrobatykę artystyczną, przewracają się na drugą stronę i wiążą w supełki godne harcerskiego obozu przetrwania? Spotkanie z teściową wywołuje u Ciebie syndrom nagłego, głębokiego i emocjonalnego przywiązania do muszli klozetowej? A może wystarczy, że ktoś powie: „Musimy porozmawiać”, a Twoje ciało natychmiast uruchamia tryb ewakuacji wewnętrznej?

Spróbuj wizualizacji.

Tak, wiem. Brzmi podejrzanie. Jak coś, co powinno występować w pakiecie z matą do jogi, olejkiem lawendowym i człowiekiem mówiącym spokojnym głosem: „Poczuj swoje wewnętrzne źródełko”. Ale spokojnie. Nie będziemy tu wchodzić boso do lasu, przytulać brzozy ani szeptać do własnej śledziony. Mówimy o narzędziu prostym, niepozornym i - co najważniejsze - dostępnym nawet wtedy, gdy człowiek siedzi naprzeciwko kogoś, kto właśnie testuje wytrzymałość jego układu nerwowego.

Weźmy spotkanie z szefem.

Niekoniecznie musisz się go bać. Może nie jest potworem z horroru, który wyskakuje zza ekspresu do kawy z tabelką Excela w zębach. Może po prostu wywołuje w Tobie dziesiąty stopień poirytowania, tuż przed fazą, w której zaczynasz rozważać, czy zszywacz biurowy może zostać użyty jako narzędzie zbrodni. Siedzisz więc, słuchasz i obserwujesz, jak Twój przełożony roztacza przed Tobą kolejną fantastyczną wizję zmian. Oczywiście takich zmian, które mają wynieść na wyżyny społeczne przybytek radości, w którym pracujesz, a przy okazji sprawić, że wszyscy będą pracować więcej, szybciej, taniej i najlepiej z wdzięcznością wypisaną na czole.
Dodatkowo załóżmy, że szef nie jest przesadnie podatny na przyjmowanie pomysłów szarego pracownika X. W jego oczach pracownik X posiada iloraz inteligencji wystarczający do obsługi krzesła, kubka oraz poleceń służbowych, ale już niekoniecznie do posiadania własnej opinii. Siedzisz więc grzecznie, kiwasz głową, a w środku Twoja dusza powoli osuwa się po ścianie jak przegrzana galaretka.

I wtedy wkracza wizualizacja.

Wyobraź sobie, że Twój szef ma na sobie strój pluszowego karczocha. Albo brokułu. Albo wielkiej, miękkiej brukselki z oczami człowieka, który właśnie tłumaczy strategię rozwoju firmy na kolejne pięciolecie. Nagle sprawa wygląda inaczej. Dramat traci ostre krawędzie. Groza służbowego monologu zostaje obita watoliną. Twój wyraz twarzy nabiera wymiaru dużo bardziej interesującego, bo z jednej strony nadal próbujesz wyglądać jak osoba zaangażowana zawodowo, a z drugiej walczysz o to, żeby nie parsknąć śmiechem wprost w pluszowy autorytet.
Wypluszowanie agresywnego szefa również może sprawdzić się w praktyce. Szef-postrach, który normalnie przypomina skrzyżowanie kontrolera biletów, smoka wawelskiego i niezapowiedzianego audytu, po mentalnym ubraniu w różowe futerko traci nieco na sile rażenia. Nadal może mówić rzeczy nieprzyjemne, nadal może mieć władzę i nadal może patrzeć na Ciebie wzrokiem człowieka, który wie, gdzie w systemie kadrowym znajduje się przycisk „problemy”, ale jednak - umówmy się - trudno drżeć przed kimś, kto w Twojej głowie ma puchaty ogonek.

Drugi klasyk: wystąpienia publiczne.

Kto je lubi? Są oczywiście jednostki podejrzane, które na hasło „proszę powiedzieć kilka słów” wstają z uśmiechem, poprawiają marynarkę i nagle stają się Cyceronem po espresso. Ja do nich nie należę. Ja należę raczej do grupy osób, które w takiej sytuacji czują, jak język zmienia się w sucharka, myśli rozbiegają się jak stado spanikowanych kur, a serce zaczyna wybijać rytm godny perkusisty na weselu po północy.
Publika wcale nie musi liczyć pięciuset osób, żeby człowiek poczuł się jak ofiara rytualna. Są ludzie, którzy tracą rezon już na urodzinach cioci Maryni, kiedy trzeba powiedzieć „zdrowia, szczęścia” i nie wyjść przy tym na człowieka, który pierwszy raz korzysta z aparatu mowy. A gdyby tak wyobrazić sobie, że nasza publika to kolorowe galaretki owocowe? Albo misie Haribo, które siedzą grzecznie w rzędach i podskakują na swoich żelowych zadkach? Od razu robi się lżej. Bardziej strawnie. Mniej jak sąd ostateczny, a bardziej jak deser po obiedzie.

Oczywiście takie przykłady można mnożyć bez końca, bo wyobraźnia jest jak spiżarnia babci - człowiek zagląda tylko na chwilę, a tam okazuje się, że wszystko jest: kompot, dziwne słoiki, coś podpisane „na później” i jeszcze miejsce na kolejne absurdy.
Wizualizacja może pomóc w różnych sytuacjach. W kolejce do urzędu, kiedy pani w okienku patrzy na Ciebie tak, jakbyś przyszedł z zamiarem osobistego zburzenia porządku administracyjnego państwa. Na rodzinnym obiedzie, gdy wujek po raz trzeci zaczyna wykład o tym, że „kiedyś to było”. W rozmowie z osobą, która mówi dużo, długo i z takim przekonaniem, że człowiek zaczyna tęsknić za ciszą piwnicy.

Ale - bo zawsze jest jakieś „ale”, nawet w pluszowym świecie - wizualizacje mają swoją małą pułapkę. Jeśli człowiek zapędzi się za daleko, konsekwencje mogą być nieciekawe. Bo wizualizacja wizualizacją, ale twarz mamy jedną i niestety bywa zdradziecka. Usta mogą drgnąć. Oko może błysnąć. Z przepony może wydobyć się nieautoryzowany rechot. A wtedy cała misterna konstrukcja psychologicznego mechanizmu obronnego wali się jak domek z kart ustawiony na pralce w trakcie wirowania.

Dlatego ten mechanizm trzeba ćwiczyć. Najlepiej na obiektach, ze strony których nie grożą nam poważne sankcje. Spotkania rodzinne, grono znajomych, neutralne sytuacje towarzyskie - to są dobre poligony doświadczalne. Tam najwyżej ktoś uzna, że jesteś zmęczona, rozkojarzona albo masz specyficzne poczucie humoru. W gabinecie szefa sprawa jest bardziej delikatna. Tam niekontrolowany wybuch śmiechu może zostać odczytany jako brak szacunku, a nie jako spontaniczny efekt uboczny ujrzenia przełożonego w roli nadmuchanego brokułu.

Wiem, co mówię.

Moja własna wizualizacja, o której wspominałam kiedyś w jednym z komentarzy na blogu, skończyła się wyrzuceniem z zajęć na studiach. Zajęcia były nudne w sposób wybitny. Nie zwyczajnie nudne, nie „trochę przydługie”, tylko nudne tak, że czas przestawał płynąć i zaczynał kapać z sufitu. Prowadzący mówił, mówił i mówił, a każde kolejne zdanie było jak dodatkowa warstwa kołdry narzucona na resztki przytomności.
W pewnym momencie mój organizm, próbując ratować się przed całkowitym intelektualnym rozkładem, uruchomił tryb awaryjny. Zaczęłam wyobrażać sobie, że chłop prowadzący zajęcia ma na sobie różowy, pluszowy strój króliczka. Nie jakiś subtelny akcent. Nie niewinne uszka. Całość. Pełen kostium. Futro, brzuch, łapki, ogon. Monumentalny królik akademicki przemawiający do studentów z powagą człowieka, który wierzy, że właśnie przekazuje światu prawdy fundamentalne.

Niestety, popełniłam błąd strategiczny. Podzieliłam się tą wizją z koleżanką siedzącą obok. A to był moment, w którym rozsądek spakował walizkę i wyszedł bez pożegnania.
Zaczęłyśmy wzajemnie dokarmiać tę wizualizację, dorzucając kolejne szczegóły z życia ogromniastego pluszaka. Że poprawia uszko. Że wskakuje na katedrę. Że ma puchaty ogonek, który podryguje przy szczególnie ważnych fragmentach wykładu. Że po zajęciach kica do pokoju pracowników naukowych i tam, z godnością przynależną pluszowej zwierzynie wyższej uczelni, pije herbatę z termosu.
Oczywiście skończyło się to wybuchem niekontrolowanego śmiechu. Takiego, którego nie da się zatrzymać żadną znaną ludzkości metodą. Człowiek zaciska usta, odwraca głowę, udaje kaszel, myśli o rzeczach smutnych, o rachunkach, o podatkach, o przemijaniu - i nic. Śmiech idzie z trzewi jak lawa. Jedna parska, druga się trzęsie, pierwsza próbuje się opanować, druga kwiczy w zeszyt i już po wszystkim.
Prowadzący nie zdzierżył dwóch hien wyjących ze śmiechu w środku jego poważnego akademickiego monologu i wywalił nas za drzwi. Czy było nam przykro? No cóż. Nie przesadzajmy z tym dramatem. Po pierwsze, zajęcia były nudne. Po drugie, na korytarzu mogłyśmy wreszcie dać upust rechotowi blokowanemu w trzewiach. Po trzecie, różowy królik już na zawsze pozostał z nami jako dowód na to, że ludzki umysł w sytuacji zagrożenia potrafi wyprodukować rzeczy piękne, straszne i niebezpieczne jednocześnie.

Taki obrót spraw niekoniecznie powinien mieć jednak miejsce w gabinecie szefa. Dlatego wizualizacje trzeba trzymać w ryzach. One są jak przyprawy. Szczypta potrafi uratować potrawę, ale jeśli wsypiesz całe opakowanie, wszyscy przy stole zaczynają płakać, a ktoś otwiera okno.

Moim zdaniem wizualizowanie to naprawdę przydatna umiejętność. Czasami z niej korzystam, żeby ubarwić swój codzienny żywot, zmniejszyć poziom stresu, odsunąć od siebie lęk albo przynajmniej sprawić, że rzeczywistość przestaje wyglądać jak źle oświetlony korytarz w urzędzie. Niektóre momenty życia łatwiej przeżyć, kiedy człowiek na chwilę odcina się od nich w taki trochę bajkowy, trochę absurdalny sposób.
Świat bywa męczący. Ludzie bywają trudni. Szefowie bywają pluszoodporni tylko do czasu. A my, zamiast od razu eksplodować, możemy czasem po cichu ubrać kogoś w kostium królika, brukselki albo galaretki malinowej i przetrwać jeszcze jeden dzień bez strat w ludziach.

Polecam. Tylko ostrożnie. Pluszowy królik potrafi zaatakować w najmniej odpowiednim momencie ;)

wtorek, 7 lipca 2026

Dzieci PRL-u, czyli haute couture z papieru toaletowego...

Dzieci PRL-u były osobnym gatunkiem przyrodniczym. Nie do końca dzikim, ale też absolutnie nieudomowionym. Hodowanym na oranżadzie w proszku, trzepaku, kolanach zdartych do żywego mięsa i niejasnym przeczuciu, że świat jest wielki, kolorowy i chwilowo niedostępny w sklepie.

Nie mieliśmy wszystkiego. Właściwie, gdyby się uprzeć, nie mieliśmy prawie niczego w dzisiejszym rozumieniu dziecięcego dobrobytu. Nie było tabletów, aplikacji, psychologicznych poradników dla rodziców zatytułowanych „Jak rozmawiać z dzieckiem, które odmówiło zjedzenia brukselki i szpinaku”. Nie było zabawek edukacyjnych rozwijających jednocześnie motorykę małą, inteligencję emocjonalną i przyszłą zdolność kredytową. Były za to kapsle, patyki, guma Donald, jeśli los był łaskawy, oraz nieprzebrane zasoby wyobraźni, która w tamtych czasach pracowała na trzy zmiany, bez wolnych sobót i bez deputatu węglowego.

Dziecko PRL-u potrafiło zrobić dom z koca, sklep z parapetu, laboratorium chemiczne z octu i sody, a dramat antyczny z faktu, że ktoś mu podprowadził najlepszy kamień spod klatki. Z kawałka sznurka powstawał system komunikacji miejskiej, z kartonu - luksusowy apartament, a z braku wszystkiego - wszystko. Niedobór był naszym pierwszym nauczycielem plastyki, techniki, filozofii i kombinowania.

Moje dzieciństwo, jako się rzekło, wypełzło na świat w czasach, gdy papier toaletowy bywał niemal dobrem ceremonialnym. Nie był to miękki, pachnący rumiankiem obłoczek do delikatnych partii człowieczeństwa, tylko szary, chropowaty traktat o gospodarce centralnie planowanej. Produkt, który nie tyle służył, ile przypominał, że ciało też musi znać swoje miejsce w ustroju.

I właśnie z tego materiału, proszę państwa, pewnego pięknego popołudnia postanowiłyśmy stworzyć modę.

Miałam wtedy, w porywach, lat dziesięć i jako nasienie ze śląskiej, zakurzonej ziemi zostałam wysłana nad morze, na tak zwaną Zieloną Szkołę. Wiadomo: jod, zdrowie, klimat, wychowanie zbiorowe i tajemnicze ośrodki kolonijne, w których zapach pasty do podłogi, mokrych ręczników i zupy mlecznej mieszał się z aromatem polskiej pedagogiki wyjazdowej. Zakwaterowano nas, sześć dziewcząt, w jednym pokoju - był to skład wystarczający do założenia tajnego stowarzyszenia, przeprowadzenia przewrotu politycznego albo urządzenia konkursu piękności.

Wybrałyśmy trzecią opcję.

Tak narodziły się Wybory Miss Papieru Toaletowego.

Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy dorosłej kobiety, która teoretycznie powinna już mieć w sobie jakiś rozsądek, nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, skąd w dziesięcioletnich dziewczynkach wziął się impuls, by się rozebrać i odziać w papier toaletowy. Freud pewnie usiadłby ciężko w fotelu, Jung zapalił fajkę, a współczesny terapeuta zaproponowałby „przyjrzenie się potrzebie ekspresji poprzez materiał deficytowy”. My natomiast po prostu uznałyśmy, że to świetny pomysł.

Oczywiście materiału nie kupiłyśmy, bo po pierwsze: nie miałyśmy pieniędzy, po drugie: nie było gdzie, po trzecie: PRL nie znał pojęcia „szybko dokupić”. Papier został więc pozyskany metodą gospodarczą z okolicznych klozetów korytarzowych. Nie nazwę tego kradzieżą, bo z perspektywy dziecka był to raczej akt redystrybucji zasobów na potrzeby kultury wysokiej.

Zaczęła się gala.

Każda z nas była jednocześnie uczestniczką, jurorką, stylistką, scenografką i publiką. Samowystarczalność instytucjonalna godna małego państwa. Kreacje szeleściły majestatycznie, choć ich trwałość pozostawiała wiele do życzenia. Szary papier układał się na ciele mniej więcej tak, jak betonowa płyta na rabacie różanej, ale nam wydawało się, że ocieramy się o paryskie wybiegi. Tylko że Paryż miał Diora, a my korytarzowy sedes i rolkę zdobyczną.

Nagroda była równie wykwintna jak oprawa konkursu: spory kawałek pieczonej kiełbasy w bułce. Jedna z koleżanek przywiozła ją z domu jako suchy prowiant, co już samo w sobie brzmi jak początek raportu sanepidu. Podróż ze Śląska nad morze trwała wówczas tyle, że człowiek po drodze mógł nie tylko zgłodnieć, ale i przemyśleć sens istnienia, rozpad Układu Warszawskiego oraz własną przyszłość emerytalną. Kiełbasa przejechała tę trasę, potem poleżała dwa dni w pokoju, dojrzewając zapewne do roli biologicznej niespodzianki.

Ale dla nas była trofeum. Nie czekoladowym medalem, nie dyplomem z brokatem, nie voucherem na warsztaty kreatywności. Kawałek kiełbasy w bułce był wtedy niczym królewski diadem spoczywający na aksamitnej poduszce. W imię tej kiełbasy byłyśmy gotowe owijać się papierem, tańczyć, prężyć i znosić upokorzenia artystyczne, które w dzisiejszych czasach mogłyby zostać opisane w doktoracie o performansie dziecięcym w realiach niedoboru.

Zajęłam drugie miejsce.

Do dziś uważam, że mogło być pierwsze, gdyby nie nieprzewidziany sabotaż ze strony łóżka. W konkurencji finałowej należało dziko, ekspresyjnie owinąć się papierem przy akompaniamencie pieśni kolonijnej wykonywanej przez współlokatorki. Wpadłam w trans. Byłam ruchem, emocją, szeleściłam jak manifest wolności osobistej. Niestety podczas jednego z bardziej wyszukanych piruetów potknęłam się o łóżko i część mojej kreacji uległa poważnym zniszczeniom. A wiadomo: kiedy suknia wieczorowa z papieru toaletowego rozpada się w półobrocie, cierpi nie tylko konstrukcja, ale i wyraz artystyczny.

Miss została koleżanka. Kiełbasę wygrała, ale świnią nie była, więc się podzieliła. I tu właśnie zaczyna się drugi akt dramatu, ten, w którym grecki chór powinien wejść na scenę i zaśpiewać: „Nie jedzcie tego, dzieci, bo los już szczerzy kły”.

Zjadłyśmy.

Pazernie, radośnie, bezrefleksyjnie, z ufnością właściwą istotom, które nie wiedzą jeszcze, że jedzenie przechowywane przez dwa dni w kolonijnym pokoju może mieć własne plany wobec układu pokarmowego.

Noc nadeszła ciężka jak wyrok. Kiełbasa postanowiła wrócić do świata żywych. Nie sama, oczywiście. Z honorową eskortą naszych żołądków, jelit, godności osobistej i resztek papierowej mody. W pokoju rozpoczął się armagedon gastryczny. Jedne z nas dostąpiły zaszczytu dopchania się do muszli klozetowej, inne zaprzyjaźniły się z umywalką, a jeszcze inne z dowolnym fragmentem przestrzeni, który akurat nie uciekał. Rzygałyśmy jak koty, choć koty mają w tym jednak więcej elegancji.

Rankiem weszła wychowawczyni.

I zastygła.

To nie był widok dla człowieka o słabej konstrukcji psychicznej. Pokój wyglądał jak miejsce, w którym moda, gastronomia i układ trawienny zawarły pakt samobójczy. Papierowe resztki, pościel po przejściach, sześć bladych dziewczynek o twarzach filozofów po kontakcie z absolutem. Wychowawczyni najpierw chyba próbowała zrozumieć, potem oddychać, a potem wydała polecenie, które do dziś brzmi mi w pamięci jak rozkaz z frontu: Prać! Prać wszystko!

Prałyśmy więc w miskach zapaskudzoną pościel naszymi dziesięcioletnimi rączkami. Było to zadanie z pogranicza survivalu, pokuty i edukacji domowej. Himalaiści mają swoje ośmiotysięczniki, my miałyśmy kolonijne prześcieradła. Oni tracą oddech na wysokości, my - przy miskach.

Z tamtego wyjazdu wyniosłam jedną ważną lekcję: stara kiełbasa i konkursy miss są źródłem kłopotów. Dlatego w późniejszym życiu starałam się unikać jednego i drugiego. Polska, rzecz jasna, straciła niepowtarzalną okazję poznania murowanej kandydatki na Miss Świata, ale trudno. Historia zna większe tragedie, choć zapewne nie wszystkie pachniały starą kiełbasą i paradowały w papierze toaletowym.

Współczesne dzieci mają inne dzieciństwo. Bardziej sterylne, bardziej monitorowane, bardziej sfotografowane. Każdy ich występ ma dokumentację w chmurze, każdy uśmiech trafia do galerii, a każdy problem można nazwać, opisać i skonsultować. My mieliśmy podwórko, niedobór, instynkt samozachowawczy w wersji testowej i dorosłych, którzy często dowiadywali się o naszych przedsięwzięciach dopiero wtedy, gdy trzeba było coś wyprać, odkazić albo ukryć przed kierownikiem kolonii.

Nie twierdzę, że było lepiej. To byłoby zbyt łatwe i zbyt sentymentalne. PRL nie był krainą beztroski, tylko rzeczywistością, która dzieciom również potrafiła przyprawić gębę dorosłości szybciej, niż powinno się to dziać. Ale jednego odmówić nam nie można: umieliśmy z niczego zrobić wydarzenie. Z braku - spektakl. Z papieru toaletowego - suknię. Z podejrzanej kiełbasy - wspomnienie na całe życie.

Jeżeli więc jacyś rodzice martwią się, że mają dziwne dziecko, niech odetchną. Dziwność bywa po prostu młodocianą odmianą wyobraźni. Czasem owija się w papier toaletowy, czasem organizuje konkurs piękności o kiełbasę, czasem kończy nocą przy muszli klozetowej, ale zazwyczaj jakoś z tego wyrasta.

Ze mnie wyrosła kobieta w miarę ogarnięta. A przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że nieświeżej kiełbasy nie należy jeść, papier toaletowy ma zastosowanie raczej użytkowe niż wieczorowe, a dzieciństwo - nawet to szare, chropowate i reglamentowane - potrafi po latach zaszeleścić w pamięci jak najdziwniejsza suknia świata ;)

środa, 1 lipca 2026

Letnia mina biologiczna, czyli natura też ma poczucie humoru ;)


Tekst inspirowany wieloletnim doświadczeniem autorki, która z pazernością ma relację długą, burzliwą i sezonowo odnawialną ;) 

Czereśnie to owoce, które udają wakacyjną przyjemność, a w rzeczywistości są sezonowym testem na chciwość, naiwność i odległość do najbliższej toalety. Leżą na straganie jak rubiny dla klasy średniej po wypłacie, błyszczą bezwstydnie, kosztują tyle, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w cenie jest chociaż konsultacja z sadownikiem albo mały akt własności gałęzi, po czym i tak kupuje kilogram lub więcej, bo najwyraźniej rozsądek też ma sezon urlopowy. 

Czereśnia nie ma w sobie uczciwości niedojrzałego agrestu, który od razu wali po twarzy kwasem i mówi: „Będzie nieprzyjemnie, mała!”. Nie ma charakteru porzeczki, po której człowiek czuje, że obcuje z owocem wychowanym twardą ręką. Czereśnia udaje pluszową przekąskę dla ludzi w lnianych koszulach, po czym po cichu organizuje w brzuchu posiedzenie sztabu kryzysowego. Czereśnia to słodka cwaniara w czerwonym lakierze, owocowy odpowiednik osoby, która na początku randki mówi, że „nie lubi dram”, a po dwóch godzinach płacze w łazience i pisze do byłego.

Najpierw zjadasz jedną, oczywiście kontrolnie, bo przecież trzeba ocenić jakość towaru. Potem drugą, ponieważ pierwsza mogła być statystycznym wyjątkiem. Potem trzecią, ciemniejszą, bardziej obiecującą, z tym głupim ogonkiem sterczącym jak antenka nadająca sygnał: „No chodź, słodziaku!”. W pewnym momencie miska zaczyna pustoszeć szybciej niż konto po wizycie w aptece, a ty nadal udajesz, że to nie jest obżarstwo, tylko kontakt z naturą.

Najbardziej bezczelne w czereśniach jest to, że człowiek nie potrafi ich jeść normalnie. Nikt rozsądny nie siada przy stole i nie mówi: „Spożyję teraz dwanaście sztuk, a następnie zakończę czynność”. Nie. Czereśnie żre się w transie, półświadomie, z ręką pracującą jak taśma produkcyjna w zakładzie przetwórstwa głupoty. Pestki lądują w misce, ogonki na stole, sok na palcach, a w brzuchu powoli otwiera się oddział interwencyjny pod hasłem: „Kto wpuścił tę czerwoną hołotę?”.

Czereśnia, choć wygląda jak niewinne maleństwo z reklamy zdrowego lata, w większej ilości zachowuje się jak lokator, który najpierw mówi, że będzie cicho, a po północy wnosi perkusję, kuzyna z akordeonem i dmuchany basen. Fruktoza robi swoje, błonnik dokłada od siebie, sorbitol puka w rury, a jelita zaczynają dyskutować tak głośno, że człowiek przez chwilę sprawdza, czy przypadkiem nie połknął dożynkowej orkiestry dętej z Kraśnika Dolnego.

I wtedy, w szczycie tej biochemicznej farsy, przychodzi pomysł genialny jak zakup białych spodni na grilla: „Popiję wodą!”.

Życzliwe donoszę, że woda po czereśniach nie jest niewinnym napojem. To nie jest wsparcie trawienia ani elegancki gest człowieka dbającego o nawodnienie. To jest naciśnięcie wielkiego, czerwonego guzika z napisem: „Uruchom procedurę błotnego odrzutu”. Człowiek jeszcze siedzi, jeszcze próbuje wyglądać jak obywatel stabilny wewnętrznie, ale jego brzuch już drukuje bilety w jedną stronę, a łazienka nagle przestaje być pomieszczeniem sanitarnym i staje się strategicznym punktem ewakuacji ludności cywilnej.

Najgorsze, że czereśnie mają opinię porządnego owocu. Przy chipsach przynajmniej wiadomo, że podpisujesz cyrograf z tłuszczem i solą. Przy kebabie o pierwszej w nocy nikt nie udaje, że bierze udział w programie profilaktyki zdrowotnej. A czereśnie? Proszę bardzo: sezonowe, polskie, naturalne, pełne słońca, dzieciństwa i innych kłamstw, którymi człowiek smaruje sobie sumienie, gdy wciąga trzecią garść i zaczyna słyszeć w jelitach marsz wojsk pancernych.

Po wszystkim przychodzi etap refleksji, czyli siedzenie bez gwałtownych ruchów i składanie sobie obietnic, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien traktować poważnie. Że następnym razem mniej. Że tylko miseczka. Że bez popijania. Że człowiek dorósł, zrozumiał, wyciągnął wnioski i nie da się już zmanipulować owocowi wielkości kulki z łożyska wyjętego z maszyny, która pamięta jeszcze PGR.

Co jest najgorsze? Następnego dnia znowu przejdziesz obok straganu, zobaczysz te czerwone, wypolerowane małe prowokatorki i zamiast zachować resztki instynktu samozachowawczego, zapytasz o cenę takim tonem, jakby wczorajsze wydarzenia dotyczyły kogoś słabszego psychicznie, a incydenty defekacyjne stanowiły przypadkowy element egzystencji kobiety w wieku średnim ;)

sobota, 20 czerwca 2026

Jak zostałam pośrednikiem nieruchomości dla bydła i krasnali, czyli upał robi swoje...


Upały mają swój niewątpliwy urok. Przynajmniej tak twierdzą ludzie, którzy obserwują je zza szyb klimatyzowanych biur, domów i samochodów. Wtedy faktycznie można dostrzec ich zalety. Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, człowiek popija zimną lemoniadę i wzdycha z zachwytem nad pięknem lata. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek sam staje się częścią tego krajobrazu, a nie jego obserwatorem.

Ja niestety należę do tej grupy ludzi, która znaczną część dnia spędza w miejscu pracy pozbawionym klimatyzacji. Kiedy więc temperatura za oknem zaczyna przypominać wyniki pomiarów z piekarnika ustawionego na termoobieg, człowiek nie pracuje już normalnie – człowiek się marynuje. Każdy dzień zaczyna się jeszcze względnie optymistycznie. Człek przychodzi do pracy, siada przy biurku i przez pierwsze pół godziny żywi złudną nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle. Potem słońce zaczyna realizować swój plan zagłady, ściany nagrzewają się jak kafle w piecu, a powietrze w pomieszczeniu nabiera konsystencji gorącego rosołu.

W tej nierównej walce z żywiołem moim najwierniejszym sprzymierzeńcem stał się miniaturowy wiatraczek zakupiony w chińskim markecie za kwotę niewiele wyższą od ceny bułki. Jest to urządzenie tak małe, że z powodzeniem mogłoby chłodzić co najwyżej jednego chomika. Producent najwyraźniej zakładał, że użytkownik będzie miał głowę wielkości mandarynki, bo przy normalnych ludzkich gabarytach jego skuteczność jest raczej symboliczna. Mimo to traktuję go niemal jak członka rodziny. Stoi dzielnie na biurku i mieli powietrze z heroicznym poświęceniem. Efekt chłodzenia jest mniej więcej taki, jakby próbować ugasić pożar lasu pistoletem na wodę albo osuszyć Bałtyk papierowym ręcznikiem, ale psychicznie pomaga. Człowiek przynajmniej ma poczucie, że coś robi, zamiast biernie czekać, aż zamieni się w galaretę.

Po kilku godzinach takiej egzystencji zaczynam podejrzewać, że mój mózg powoli przechodzi ze stanu stałego w półpłynny. Myśli poruszają się wolniej, koncentracja przypomina sygnał internetowy w środku lasu, a inteligencja od czasu do czasu wychodzi z pomieszczenia bez słowa i wraca dopiero po przerwie obiadowej.

Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie docieram do domu, padam jak zwłok i znajduję sobie jakieś mało ruchliwe zajęcie; tym razem rozłożyłam się z krzyżówką i postanowiłam oddać intelektualnym rozrywkom. To znaczy plan był taki, że poćwiczę umysł. Jak zwykle nie przewidziałam jednak, że mój umysł postanowi poćwiczyć cierpliwość. Mam bowiem pewną cechę charakteru, którą jedni nazywają wytrwałością, inni determinacją, a osoby znające mnie lepiej określają znacznie trafniejszym słowem: upór. Kiedy przyczepię się do jakiegoś problemu, nie odpuszczam. Mogłabym siedzieć na pokładzie Titanica z wodą sięgającą po szyję i zamiast szukać szalupy pytać współpasażerów, czy przypadkiem nie znają siedmioliterowego określenia na gatunek mewy.

Dlatego kiedy natrafiłam na hasło „dom dla krasnali”, potraktowałam sprawę śmiertelnie poważnie. Na początku wydawało się banalne. No bo gdzie mieszkają krasnale? Przecież każdy wie. Tylko że najwyraźniej każdy oprócz mnie...

Minęło kilka minut. Potem kilkanaście. Potem tyle czasu, że gdyby krasnale rzeczywiście szukały mieszkania, zdążyłyby obejrzeć trzy nieruchomości, podpisać umowę najmu, pokłócić się z deweloperem i wystawić opinię w Internecie: „Osiedle Muchomorki – spokojna okolica, ale słaby dojazd dla wiewiórek”. Tymczasem ja nadal siedziałam nad jednym hasłem i z każdą minutą coraz bardziej przypominałam człowieka, który dobrowolnie postanowił stoczyć walkę z własnym mózgiem.

Próbowałam wszystkiego. Krasnale umieszczałam kolejno w grzybkach, muchomorach, dziuplach, norkach, budkach, pieńkach i wszystkich innych miejscach, które choć odrobinę pachniały bajką. Gdyby ktoś zajrzał wtedy do mojej głowy, zobaczyłby biuro nieruchomości dla stworzeń baśniowych. Jeden krasnal oglądałby kawalerkę w muchomorze, drugi negocjowałby czynsz za dziuplę, a trzeci pytałby, czy w pniu drzewa jest światłowód.

Najgorsze było jednak to, że wszystkie pozostałe hasła pasowały idealnie. Krzyżówka wręcz demonstracyjnie pokazywała mi, że problem nie leży po jej stronie. To było trochę tak, jakby dziewiętnastu ekspertów jednogłośnie potwierdzało poprawność rozwiązania, a ten dwudziesty siedział w kącie, patrzył na mnie z pogardą i od czasu do czasu szyderczo się uśmiechał.

W końcu postanowiłam wspomóc się Internetem. W dzisiejszych czasach Internet odpowiada na wszystko. Potrafi wyjaśnić, dlaczego kot o trzeciej nad ranem dostaje nagłego przypływu energii i galopuje po mieszkaniu jak opętany. Potrafi podpowiedzieć, jak odkamienić czajnik, usunąć plamę z buraków i naprawić pralkę przy pomocy śrubokręta, taśmy klejącej oraz modlitwy. Byłam więc przekonana, że kwestia miejsca zamieszkania krasnali zostanie rozwiązana w ciągu kilkunastu sekund. Otóż nie. Internet najwyraźniej uznał, że do pewnych rzeczy człowiek powinien dochodzić sam.

Im dłużej siedziałam nad tym hasłem, tym bardziej byłam przekonana, że wiedza o krasnoludkach w naszym społeczeństwie leży i kwiczy. W szkołach mówi się o fotosyntezie, o budowie atomu i o pantofelku, ale nikt nie przygotowuje człowieka na sytuację, w której trzeba błyskawicznie wskazać adres zamieszkania krasnala. A potem przychodzi dorosłość i takie braki wychodzą na jaw.

Po dobrej pół godzinie byłam już psychicznie zmaltretowana przez grupę fikcyjnych stworzeń mających po trzydzieści centymetrów wzrostu. Patrzyłam tępo na kartkę, aż niespodziewanie wydarzyło się coś niezwykłego. Mój wzrok przesunął się po haśle jeszcze raz. Potem drugi. Potem trzeci. I nagle poczułam, jak wszystkie neurony jednocześnie zatrzymują się w pół kroku...

Bo tam nie było napisane „dom dla krasnali”.

Tam było napisane... „dom dla krasuli”.

KRASULI.

Krowy.

Bydła rogatego.

Zwierzęcia ważącego pół tony.

Istoty, którą od dobrych trzydziestu minut próbowałam zakwaterować w muchomorze.

Przez chwilę siedziałam w kompletnej ciszy. Takiej ciszy, jaka zapada po wysłaniu wiadomości do niewłaściwej osoby. Albo po tym, jak człowiek serdecznie pomacha komuś na ulicy, a po chwili odkrywa, że ten ktoś machał do osoby stojącej trzy metry za nim.

Naprawdę siedziałam i próbowałam dopasować warunki mieszkaniowe dla krowy do infrastruktury przeznaczonej głównie dla krasnoludków, elfów i okazjonalnie dzięciołów.

Oczywiście odpowiedź była natychmiastowa.

Obora.

I nagle wszystko pasowało.

Każda literka.

Każde hasło.

Cała krzyżówka.

Miałam ochotę jednocześnie otworzyć szampana, zapisać się do okulisty i wystąpić o częściowe ubezwłasnowolnienie.

Ostatecznie jednak uznałam, że winę ponosi upał. To bardzo wygodne rozwiązanie. Upał nie protestuje, nie tłumaczy się i można mu przypisać praktycznie wszystko. Rozdrażnienie? Upał. Zmęczenie? Upał. Próba zakwaterowania półtonowej krowy w muchomorze? Oczywiście też upał.

Wieczorem, kiedy emocje już nieco opadły, postanowiłam podzielić się, z osobistym chłopem domowym, innym wielkim odkryciem dnia...

– Widziałam w Lidlu takie nowe kiełbaski grillowe – oznajmiłam z entuzjazmem. – Małe, białe, mocno przyprawione. Wyglądały naprawdę interesująco. Może kupię?

Chłop domowy spojrzał na mnie w sposób, który od razu wzbudził mój niepokój.

– Jakie nowe?

– No te nowe.

– Przecież my je już jedliśmy.

Przez chwilę próbowałam znaleźć rozsądną odpowiedź. Niestety wszystkie rozsądne odpowiedzi były akurat zajęte śmianiem się z historii o krasuli.

– No dobrze... może jedliśmy. Ale dla mnie są nowe.

– Jak coś może być nowe, skoro już to jadłaś?

– Bardzo prosto. Dzięki tej wyjątkowej umiejętności każdego dnia odkrywam świat na nowo.

– To nie jest odkrywanie świata.

– Nie?

– Nie.

– A co?

– Zaniki pamięci? Początki Alzheimera?

– Przesadzasz.

– Wcale nie.

– Przesadzasz bardzo.

– Kobieto... Ty dziś przez ponad pół godziny próbowałaś urządzić krowie kawalerkę w muchomorze. Ja naprawdę nie czuję się kompetentny do dalszego uczestniczenia w tej dyskusji.

Trudno było mi znaleźć kontrargument...

A mogło być tak pięknie. Już prawie widziałam siebie jako wielką odkrywczynię nowych produktów spożywczych, Krzysztofa Kolumba działu mięsnego, kobietę przecierającą szlaki między lodówką a grillem. Niestety rzeczywistość po raz kolejny brutalnie sprowadziła mnie na ziemię. Chociaż z drugiej strony... jeśli nadal będzie tak gorąco, to całkiem możliwe, że jutro znowu odkryję te same kiełbaski ;)

czwartek, 28 maja 2026

Ballada o pustej rolce po papierze toaletowym i innych porannych katastrofach...


Mam chyba zawieszkę. Taką blogową. Nie jakąś tam elegancką, artystyczną pauzę twórczą, podczas której człowiek w lnianej koszuli popija sobie kawę z alternatywnej palarni i kontempluje sens życia, patrząc melancholijnie przez okno na krople deszczu spływające po szybie niczym łzy niespełnionego poety. Nie, nie. U mnie to bardziej przypomina psychiczne leżenie twarzą w kałuży codzienności przy wtórze odkurzacza, korków ulicznych i chichotu losu.

Proza życia i zajęcie zarobkowe pochłonęły mnie bowiem z siłą czarnej dziury, która najpierw pożera człowiekowi czas, potem energię, a na końcu jeszcze godność i ostatnią czystą pidżamę. Moja miłość do blogowania nie osiągnęła jeszcze poziomu himalajskiego szaleństwa, bym zarywała noce niczym natchniona artystka karmiąca się kofeiną, marzeniami i samotnością twórczą. Nie jestem tym typem blogerki, która o drugiej nad ranem siedzi przy laptopie w świetle świec zapachowych i pisze tekst o duchowym znaczeniu fermentowanych buraków.

Około dwudziestej drugiej jestem już człowiekiem mentalnie wyłączonym z eksploatacji. Leżę w pozycji horyzontalnej niczym zwłoki odnalezione po tygodniu w serialu kryminalnym, tyle że w pidżamce w misie i z błogim wyrazem twarzy. Morda mi się cieszy do poduszki, bo oto nadeszła chwila święta - cisza nocna. Żadnych pytań. Żadnych telefonów. Żadnych decyzji. Tylko ja, kołderka, lampka nocna i ten luksusowy stan psychiczny, w którym człowiek nie chce już od życia sukcesu, podróży ani samorealizacji. Chce jedynie, żeby nikt go, do cholery, nie wołał.

Ale noc mija szybko. Zdecydowanie za szybko. Mam wręcz teorię, że sen ludzi pracujących trwa realnie jakieś czternaście minut, reszta to reklamy i loading systemu nerwowego.

Nadchodzi więc poranek, a wraz z nim moje codzienne igrzyska śmierci. Człowiek jeszcze dobrze oka nie otworzy, jeszcze jedna noga tkwi mentalnie w świecie snów, a już rzeczywistość z rozmachem kopie go w zadek niczym wykidajło pod remizą.

Wypełzam z łóżka jak stara jaszczurka po zimowaniu i pierwsze kroki kieruję do toalety. Oczywiście miejscówka przeznaczona dla papieru toaletowego świeci pustką, a samotna tekturowa rolka kiwa się lekko niczym wyschnięty krzew na pustyni. Zawsze mnie fascynuje ten fenomen. Dlaczego faceci nie potrafią założyć nowej rolki papieru? Czy w ich mózgach istnieje jakiś biologiczny mechanizm obronny, który powoduje paraliż kończyn górnych w kontakcie z papierem toaletowym? 

Sięgam więc siedząc na klozecie do zapasów papieru, wyginając się przy tym jak wkurzona skolopendra, i już wtedy wiem, że dzień będzie miał charakter wybitnie edukacyjny dla mojego układu nerwowego.

Potem kuchnia.

Wyciągam puszkę z kawą i oczywiście rozsypuję pół zawartości po blacie oraz podłodze. Kawa rozpryskuje się malowniczo niczym prochy w słabym filmie wojennym. I człowiek stoi nad tym od rana, patrzy w tę brazylijską arabikę walającą się po fugach i myśli:

„Tak. Dokładnie tak wygląda moje życie”. Zamiatam więc tę kawę z godnością kobiety, która już niczemu się nie dziwi. Bo rano człowiek nie sprząta dlatego, że lubi porządek. Rano człowiek sprząta, żeby nie zacząć płakać.

Szczęśliwie udaje mi się zrobić kawę. Nawet mleko się znalazło, co w moim domu jest wydarzeniem niemal mistycznym. Mieszkam bowiem z nocnym wypijaczem mleka. To nie jest zwykły człowiek. To jest mleczny terminator. Istota, która o drugiej trzydzieści siedem nad ranem potrafi wstać i wychłeptać litr mleka z takim skupieniem, jakby ratowała tym ludzkość przed zagładą. Na szczęście pustych kartonów po mleku w lodówce nie zostawia, choć wiem od znajomych kobiet, że istnieją osobniki zdolne wypić kefir, śmietankę czy sok do ostatniej kropli, po czym z namaszczeniem odstawić opakowanie z powrotem do lodówki. Prawdopodobnie liczą, że w warunkach chłodniczych nastąpi cud rozmnożenia nabiału czy innego wyżartego produktu.

No ale nic. Kawa wypita. Owsianka zjedzona. Czas doprowadzić twarz do stanu względnej używalności społecznej.

Idę więc do łazienki zrobić makijaż. I tu właśnie los postanawia przejść od lekkiej złośliwości do regularnej działalności terrorystycznej... Licho mnie podkusiło, żeby użyć pudru w kulkach. Puder w kulkach to, moi drodzy, kosmetyczny odpowiednik granatu odłamkowego. Dopóki stoi spokojnie na półce - wszystko jest dobrze. Ale wystarczy jeden fałszywy ruch i następuje eksplozja...Tak go sprytnie wyjmowałam, że kulki rozsypały się po całej łazience niczym paciorki różańca rozsypane przez egzorcystę podczas walki z demonem. Pod pralkę. Pod szafkę. Gdzieś pod kaloryfer. Reszta prawdopodobnie opuściła lokal i obecnie żyje własnym życiem w innym województwie. Teraz człowieku zbieraj to wszystko o szóstej rano. Klęczę więc na podłodze w pidżamie, z włosem sterczącym jak antena satelitarna podczas wichury, i zbieram te kulki z miną kobiety, która jeszcze pięć minut temu miała ambicje by być spokojnym, zrównoważonym człowiekiem. Wyrzucam resztki pudru do muszli klozetowej i patrzę z rozpaczą, jak kosmetyk za niemałe pieniądze kończy żywot w kanalizacji miejskiej.

I niech mi ktoś powie, że przedmioty martwe nie są złośliwe! Te cholery doskonale wiedzą, kiedy zaatakować. One czekają. Obserwują. Analizują słabości przeciwnika. Kubek spada zawsze wtedy, gdy człowiek jest ubrany na biało. Torebka rozsypuje się wyłącznie na parkingu przed supermarketem, najlepiej przy świadkach. A słuchawki plączą się w kieszeni z takim zaangażowaniem, jakby nocami trenowały makramę.

Pomimo tych wszystkich zamachów na moje zdrowie psychiczne udało mi się finalnie wydostać z domu i dotrzeć do pracy. A potem już było nawet znośnie. Znaczy pewnie wydarzyły się jeszcze jakieś katastrofy, ale po porannych atrakcjach mój układ nerwowy osiągnął stan kompletnego zobojętnienia. Taki wewnętrzny zwis emocjonalny spuszczający wszystko w wirtualnym klozecie. Myślę, że gdyby wtedy ulicą przemaszerował pawian w szlafroku, z wałkami na głowie i paragonem z Biedronki w zębach, a za nim jechał borsuk na hulajnodze elektrycznej, wioząc na plecach kurę z chowu klatkowego i bukiet sztucznych piwonii, spojrzałabym tylko tępo przed siebie i powiedziała:

- No tak. Czwartek.

środa, 20 maja 2026

O życiu, duupach i baranach, czyli felieton nie całkiem optymistyczny...


Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ten mały, pionowy patyczek mruga do mnie z cierpliwością godną tybetańskiego mnicha albo urzędniczki z okienka numer trzy, która już dawno wie, że i tak niczego dziś nie załatwię. Kursor pulsuje spokojnie, a ja patrzę na niego z miną człowieka, który właśnie odkrył, że życie jest trochę jak niedzielny rosół: niby pożywny, ale jeśli je się go codziennie, to w końcu zaczyna się marzyć o kebabie.

Ogarnia mnie czasem coś, co roboczo nazywam zniesmaczeniem życiowym. To nie depresja, broń Boże. Depresja to poważna sprawa, a u mnie to raczej filozoficzna czkawka. Taki stan, kiedy człowiek siedzi i zastanawia się, po co właściwie prasuje ręczniki, skoro za trzy dni i tak będą wyglądały jak zmięta mapa Bałkanów. Po co myje okna, skoro deszcz przychodzi z miną gangstera i w pięć minut robi z nich akwarelę. Po co odpisuje na maile, skoro za chwilę przyjdą trzy kolejne, każdy oznaczony jako „pilne”, choć dwa dotyczą promocji na karmę dla chomików.

Myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb z wdziękiem czołgu na lodowisku. Wtedy dochodzę do wniosków tak dziwacznych, że same się sobie dziwią. A potem, jak to zwykle bywa z wielkimi odkryciami, stwierdzam, że nie ma sensu się nad tym wszystkim rozwodzić. Trzeba po prostu żyć. Miętosić każdy dzień jak paragon znaleziony w kieszeni kurtki. Wstawać, ogarniać rzeczywistość i wykonywać te wszystkie mało ekscytujące aktywności, które składają się na dorosłość. Bo dorosłość to nie są fajerwerki. To raczej niekończąca się seria drobnych zadań. Trzeba zapłacić rachunki, kupić papier toaletowy, umówić dentystę, odebrać paczkę, sprawdzić, dlaczego pralka wydaje dźwięki, jakby w środku trenował zespół metalowy. A między tym wszystkim od czasu do czasu trafia się jakiś moment, który sprawia, że człowiekowi błyszczą oczy. Dobra książka. Rozmowa, po której czujesz, że świat jednak ma sens. Zapach lasu po deszczu. Pierwsze truskawki. Dziecko, które mówi coś tak mądrego, że na chwilę milkniesz. To są te bonusowe sceny, które scenarzysta życia dorzuca nam, żebyśmy nie wyszli z kina w połowie seansu.

Coraz częściej mam wrażenie, że życie w gruncie rzeczy składa się z czekania. Czekamy na weekend, na wakacje, na kuriera, na wypłatę, na odpowiedź, na lepsze czasy, na znak z nieba, na moment, kiedy „wreszcie będzie spokojniej”. Tylko że to „spokojniej” jest jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto widział. Gdy nie mamy na co czekać, robi się podejrzanie. Człowiek chodzi po domu i czuje się jak aktor, który zapomniał kwestii. Coś powinno się wydarzyć, tylko nikt nie dostarczył scenariusza. Z drugiej strony przeraża mnie wizja życia, w którym każdy dzień wygląda identycznie. Pobudka. Kawa. Obowiązki. Obiad. Zmęczenie. Sen. Powtórz. Jakby ktoś włączył tryb „kopiuj–wklej” i zapomniał, że człowiek nie jest dokumentem w Wordzie.

Dlatego nieustannie wymyślam sobie nowe zajęcia. Nowe pomysły, projekty, plany, notatki, listy, szkice, marzenia. W mojej głowie bez przerwy trwa budowa. Rusztowania stoją, betoniarka pracuje, a robotnicy przekrzykują się od świtu do nocy. Jedna myśl dopiero wylewa fundamenty, a już obok druga montuje dach. Trzecia pyta, czy nie warto byłoby dobudować oranżerii.

Czasami zastanawiam się, czy to jeszcze twórczy ferment, czy już mentalny bigos, do którego wrzucono wszystko, co było pod ręką. Nie potrafię skupić się na jednej rzeczy i doprowadzić jej do perfekcji. Ledwo zaczynam jeden projekt, a już za rogiem macha do mnie następny, kusząc jak wystawa cukierni w styczniu, gdy człowiek jest „na diecie”.

Nudzić się? Nie znam tego stanu. Dla mnie nuda jest jak jednorożec. Wszyscy o niej mówią, ale nigdy nie spotkałam jej osobiście. Nawet kiedy śpię, mój mózg nie bierze wolnego. On organizuje nocne zmiany, burze mózgów i narady strategiczne. Nic dziwnego, że czasem budzę się zmęczona, jakbym całą noc przerzucała worki z cementem.

A do tego dochodzi irytacja. Ach, jakże bogaty jest katalog rzeczy, które potrafią mnie zirytować. Głupota – ta bezczelna, rozparta w fotelu i przekonana o własnej genialności. Egocentryzm – czyli sport narodowy polegający na nieustannym polerowaniu własnej duupy do połysku tak intensywnego, że odbija się w niej cały wszechświat, byle tylko nie dostrzec drugiego człowieka.

Bezinteresowna pomoc? Towar luksusowy, niemal kolekcjonerski. Jak skarpetka, która po praniu wraca do szuflady w komplecie. Niby wiadomo, że to możliwe, ale za każdym razem budzi szczere zdumienie. Kiedy ktoś robi coś bez oczekiwania zapłaty, medalu i relacji na Instagramie, traktowany jest jak sympatyczny dziwak. Jakby w XXI wieku altruizm był rodzajem schorzenia.

A przyjaźń? Wielkie słowo. Piękne, wzruszające, pachnące herbatą i długimi rozmowami. Tylko czasem okazuje się, że to konstrukcja z kartonu. Dopóki świeci słońce – wygląda solidnie. Wystarczy jednak pierwszy deszcz prawdziwej potrzeby i cały ten zamek zaczyna się rozklejać. Paradoksalnie to obcy ludzie nieraz okazują więcej serca niż ci, którzy wcześniej składali deklaracje wielkie jak bilbordy przy autostradzie. Bo przyjaźń najłatwiej odmienia się przez wszystkie przypadki przy kawie. Trudniej, kiedy trzeba wstać z kanapy, odłożyć własne święte sprawy i naprawdę coś zrobić. Wtedy nagle okazuje się, że jedni mają „bardzo trudny czas”, drudzy „odezwą się później”, a trzeci właśnie „nie zauważyli wiadomości”. Za to ktoś zupełnie przypadkowy potrafi podać rękę bez przemówienia i wystawiania faktury za człowieczeństwo.

Drażni mnie też materializm, ten współczesny bożek ze złotą kartą płatniczą w dłoni. W świecie, w którym wartość człowieka mierzy się cyframi, pytanie „Ile na tym zarabiasz?” stało się odpowiednikiem dawnego „Jak się masz?”. Jeśli odpowiadasz, że nic, rozmówca patrzy na ciebie z czułością, jaką zwykle rezerwuje się dla ludzi, którzy próbują nauczyć kota aportować.

– Prowadzisz bloga? To świetnie! A ile z tego masz?

– Satysfakcję.

– Nie, ale tak konkretnie?

– Naprawdę satysfakcję.

– Aha… czyli nic.

Wtedy w oczach pytającego pojawia się ten błysk politowania, jakby właśnie odkrył, że dobrowolnie hoduję mniszki lekarskie w salonie. Bo przecież jeśli coś nie przynosi pieniędzy, to musi być stratą czasu. Pasja? Radość tworzenia? Potrzeba dzielenia się czymś z innymi? Proszę nie żartować. Gdzie tu słupek Excela?

A ja chyba rzeczywiście należę do stada baranów. Tych, które czasem zrobią coś bezinteresownie. Tych, które tworzą, choć nikt za to nie płaci. Tych, które wierzą, że dobre słowo ma wartość, nawet jeśli nie da się go wpisać do PIT-u.

Witajcie więc w krainie baranów. Na zielonych halach pasą się osobniki niepraktyczne, sentymentalne i niepoprawnie idealistyczne. Beczą z przejęciem, pomagają sobie nawzajem i czasem z uporem godnym lepszej sprawy robią rzeczy, które „się nie opłacają”.

Proponuję minutę zbiorowego beczenia ku czci wszystkich, którzy jeszcze nie przeliczyli świata wyłącznie na złotówki.

Beeee…

Beeee…

Beeee…

No. Ulżyło mi.

Kursor nadal mruga. Życie nadal jest trochę absurdalne. Ludzie nadal potrafią rozczarowywać, ale też – od czasu do czasu – zaskakiwać dobrem. A ja? Wracam na swoje hale. Do stada innych baranów, które uparcie wierzą, że mimo całego tego chaosu, pośpiechu i codziennego czekania, warto jednak robić swoje. Choćby tylko po to, by od czasu do czasu spojrzeć na migający kursor i pomyśleć z lekkim uśmiechem, że ten cały absurd jest w gruncie rzeczy całkiem znośny.