Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 października 2026

Stefan i jego apetyczne sakiewki, czyli turkuć podjadek w akcji...

Stefan, jak to Stefan, cierpiał na przewlekły syndrom turkucia podjadka kuchennego, ze szczególnym uwzględnieniem drugiego członu tej przypadłości. Podjadał chętnie, często i bez wyrzutów sumienia, które uważał za wyjątkowo niesmaczny dodatek do każdego posiłku.

Pewnego sobotniego popołudnia, gdy świat za oknem oddawał się błogiemu lenistwu, w trzewiach Stefana rozpoczęły się niepokojące manewry. Początkowo głód łechtał ściany jego żołądka delikatnie, niczym ślimak winniczek badający językiem świeżość sałaty lodowej. Wkrótce jednak ślimak nabrał temperamentu, a ośrodek głodu w Stefanowym mózgu ogłosił stan podwyższonej gotowości bojowej.

Mężczyźnie zamarzyły się sakiewki z ciasta filo, koniecznie z jakimś fikuśnym nadzieniem. Widział podobne cudeńka w programie kulinarnym i od tamtej pory cienkie płaty ciasta prześladowały go z uporem zawiedzionej kochanki. Zjawiały się w myślach podczas golenia, przemykały przez wyobraźnię przy porannej kawie, a ostatnio przypomniały o sobie nawet w trakcie opłacania rachunku za prąd. Stefan uznał, że dalsze ignorowanie tej ciaścianej obsesji może się skończyć poważnym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym.

Jako singiel po czterdziestce nie mógł liczyć na regularne wsparcie niewieścich rąk. Owszem, niektóre od czasu do czasu gościły w jego domostwie, lecz ich właścicielki miały na ogół ciekawsze zajęcia niż obieranie cebuli. Zresztą Stefan cenił sobie kuchenną niezależność, a w swoim kulinarnym królestwie tolerował obce palce tylko wtedy, gdy sam wyraźnie sobie tego życzył.

Nie zwlekając, wskoczył w spodnie i pognał do sklepu, gdzie ciasto filo spoczywało w chłodni, zupełnie nieświadome, że stało się obiektem męskiego pożądania. Porwał opakowanie, dorzucił do koszyka mrożone kurki, seler naciowy, kawałek sera pleśniowego i dwie niewielkie czerwone cebule. Z takim łupem wrócił do domu, zanim jego żołądek zdążył wystosować oficjalny protest.

Na patelni rozgrzał łyżkę klarowanego masła i wrzucił kurki, które pod wpływem temperatury zaczęły odzyskiwać życie towarzyskie. Dołączyły do nich drobno pokrojony seler naciowy, posiekana cebulka i kawałki sera pleśniowego. Całe to towarzystwo dusiło się zgodnie, choć kurki początkowo usiłowały zalać imprezę wodą. Kiedy zmiękły i pozbyły się nadmiaru wilgoci, Stefan doprawił farsz przyprawą toskańską, czarnym pieprzem i odrobiną soli morskiej.

Zapach roznoszący się po kuchni był tak bezczelnie apetyczny, że Stefan kilkakrotnie musiał powstrzymywać się przed wyjedzeniem zawartości patelni. A przecież farsz miał dopiero trafić do sakiewek!

Piekarnik rozgrzał do 180 stopni. Ciasto filo pociął na kwadraty, każdy cienki płatek potraktował pędzelkiem umoczonym w roztopionym maśle, po czym przystąpił do operacji nadziewania. Ostudzony farsz rozdzielił sprawiedliwie pomiędzy porcje ciasta i z wprawą początkującego sakiewkarza uformował zgrabne woreczki. Ich szyjki związał specjalistycznymi sznureczkami własnej produkcji, wykonanymi z folii aluminiowej. Wynalazek może nie zasługiwał na Nobla, ale Stefan był z siebie wyraźnie kontent.

Sześć sakiewek wylądowało w piekarniku, gdzie przez około dwadzieścia minut nabierały złocistej opalenizny.

Dwadzieścia minut! Dla człowieka sytego to ledwie chwila, dla Stefana - kawał życia zmarnowanego na zaglądanie przez szybkę piekarnika. Krążył więc po kuchni niczym przyszły ojciec pod drzwiami porodówki, z tą różnicą, że zamiast potomstwa oczekiwał narodzin sześciu chrupiących pyszności.

Wreszcie nadeszła wiekopomna chwila. Sakiewki prezentowały się wybornie, a Stefan promieniał dumą człowieka, który właśnie dokonał czegoś doniosłego dla światowej gastronomii.

Odczekał, aż nieco przestygną, po czym bez zbędnych ceremonii zatopił zęby w pierwszej. Cienkie ciasto zatrzeszczało rozkosznie, aromatyczny farsz wypełnił mu usta, a na twarzy pojawił się wyraz błogości, jakiego nie potrafiła wywołać żadna z ostatnio oglądanych komedii romantycznych.

Resztę soboty Stefan zamierzał spędzić na kanapie, w towarzystwie telewizora, sakiewek i rudego kocura Cysia, który obserwował kulinarne ekscesy swojego pana z miną surowego inspektora do spraw podziału żywności.

Sześć sakiewek, jeden Stefan i kot przekonany, że został bezczelnie pominięty w testamencie. Zapowiadał się nadzwyczaj udany wieczór kawalerski. 😉

sobota, 10 października 2026

Jedz, chudnij i oszukuj?!? Wyznania ptysioholiczki...

Od początku miesiąca prześladują mnie myśli o jedzeniu... Artykuły o jedzeniu, rozmowy o jedzeniu, diety, kalorie i inne nieszczęścia, które człowiek sam na siebie sprowadza, kiedy próbuje dopiąć spodnie bez użycia kombinerek. Nie wiem, czy w październiku jakieś klepki nie wróciły mi na właściwe miejsce, czy przeciwnie - ostatnia sprawna właśnie odpadła, ale zaczęłam podejrzewać, że padłam ofiarą przekazu podprogowego. Gdziekolwiek spojrzę, ktoś każe mi jeść mniej, ruszać się więcej albo pokochać kaszę, która wygląda jak żwirek dla kota po przejściach.

Na domiar złego w archiwalnym magazynie „Charaktery” natknęłam się na artykuł o tym, jak jeść, żeby schudnąć. Natychmiast zwróciłam uwagę na słowo „jeść”, ponieważ chudnięcie okupione głodowaniem nie mieści się w mojej filozofii życiowej. Głodna ja nie chudnę humanitarnie, tylko wszczynam wewnętrzne postępowanie karne przeciwko każdemu, kto w promieniu trzech metrów chrupnie waflem. Po kilku godzinach bez jedzenia człowiek nie staje się smukłą nimfą, lecz zrzędliwą, agresywną babą, która potrafi znienawidzić własną rodzinę za to, że oddycha w pobliżu lodówki.

Ale wróćmy do mądrości wyplutych przez naukowców... Badania dotyczące otyłości i nadwagi pokazują podobno, że coraz częściej nie jemy po to, żeby żyć, tylko żyjemy po to, żeby jeść. Mnie to akurat nie dziwi, ponieważ sama kocham jedzenie miłością szczerą, głęboką i absolutnie niewymagającą żadnej terapii. Nie oznacza to jednak, że żyję wyłącznie po to, aby jeść. Mam jeszcze przecież pracę, rachunki oraz inne zajęcia przeszkadzające mi w spokojnym konsumowaniu.

Dlaczego właściwie zjadamy więcej, niż potrzebujemy? Otóż dlatego, że mózg, choć lubi uchodzić za centrum dowodzenia całym człowiekiem, bywa w tej sprawie wyjątkowo łatwowiernym półgłówkiem. Każdego dnia nasze zmysły odbierają tyle informacji, że część z nich przyswajamy automatycznie, bez udziału świadomości. W ten sposób rodzą się nawyki, a nawyk - jak już się człowieka uczepi - siedzi na nim niczym mokry kostium kąpielowy i ani myśli zleźć. Dotyczy to również jedzenia, ponieważ często pochłaniamy kolejne porcje nie dlatego, że organizm rozpaczliwie potrzebuje dokładki, lecz dlatego, że coś leży, pachnie, patrzy na nas i wyraźnie nie chce się zmarnować.

Podobno nie zauważamy nawet, że dostaliśmy posiłek odrobinę oszukany, zawierający o 100-200 kalorii mniej niż zwykle. Gdyby takie drobne oszustwo stosować codziennie, w ciągu roku jest szansa na zgubienie kilka kilogramów bez dramatycznego okradania się z jedzenia. Pomysł wydaje się genialny, dopóki do akcji nie wkracza mój mózg, który prowadzi księgowość kalorii z dokładnością urzędu skarbowego. Jeśli użyję do obiadu mniejszej ilości tłuszczu, natychmiast zapisuje sobie tę oszczędność, a po dwóch godzinach pochyla się nade mną i szepcze: „No, Mała, zjedz ptysiola. Przecież obiad okradłaś, więc jesteśmy do przodu”. W tym miejscu należałoby zapewne wykazać się silną wolą, ale moja silna wola jest stworzeniem delikatnym. Nie wolno jej przemęczać, stresować ani zostawiać samej w pomieszczeniu z ciastem. Można natomiast spróbować odwrócić jej uwagę, najlepiej sprzątaniem, chociaż nie ręczę, czy po umyciu dwóch okien człowiek nie nabiera przypadkiem przekonania, że spalił równowartość sernika baskijskiego.

W opisanym w artykule eksperymencie uczestnicy jedli zupę pomidorową. Jedna grupa dostała zwyczajne talerze, druga zaś miski połączone ukrytymi pod stołem rurkami, przez które niepostrzeżenie dopływała kolejna porcja. Pomidorówka odrastała niczym głowa hydry, a badani jedli dalej, zapewne czekając, aż na dnie pojawi się porcelana i oficjalnie zwolni ich z obowiązku konsumpcji. Osoby jedzące z uzupełniających się misek pochłonęły średnio około 525 ml zupy, podczas gdy właściciele uczciwych talerzy poprzestali na mniej więcej 325 ml. Najciekawsze było jednak to, że nikt z pierwszej grupy nie twierdził, iż najadł się bardziej. Wniosek nasuwa się sam: wielu z nas nie pyta żołądka, czy ma już dosyć, tylko zagląda do talerza. Jeśli talerz pusty, posiłek zakończony; jeśli coś jeszcze w nim pływa, należy kontynuować, choćby człowiek miał już pomidorówkę pod migdałkami. Sygnał sytości nie dociera przecież do mózgu natychmiast, dlatego osoby jedzące szybko są w stanie pochłonąć pół stołu, zanim organizm zdąży wysłać uprzejmą wiadomość: „Dziękujemy, magazyn pełny, prosimy nie zastawiać wyjścia”.

Skoro jednak mózg tak chętnie daje się oszukiwać, można spróbować pobić go własną bronią. Na początek należałoby jeść wolniej, co brzmi rozsądnie, lecz wymaga pewnego przygotowania, zwłaszcza gdy na talerzu leży coś naprawdę dobrego. Ja na widok ptysia nie jem powoli, tylko przeprowadzam sprawną akcję przejęcia obiektu, po której zostaje cukier puder na bluzce i mgliste wspomnienie kremu. Tymczasem warto od czasu do czasu odłożyć widelec i pozwolić żołądkowi dojść do głosu, zanim ten zacznie porozumiewać się z nami za pomocą jęków oraz konieczności rozpięcia guzika.

Jest też rada, którą przyjęłam z wyjątkowym entuzjazmem: podczas jedzenia nie należy zbyt szybko sprzątać ze stołu. Obgryzione skrzydełka, kości i opakowania mają podobno działać jak dowody rzeczowe, dzięki którym mózg widzi skalę przestępstwa i nie żąda kolejnej porcji. Pierwszy raz nauka tak wyraźnie staje po stronie człowieka, który nie chce sprzątać, więc zamierzam ten argument wykorzystywać bezwstydnie. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego na stole piętrzą się talerze, odpowiem, że prowadzę badania nad świadomością konsumpcyjną i proszę mi nie przeszkadzać w eksperymencie.

Nie warto również wprowadzać całkowitego zakazu słodyczy, ponieważ mózg potraktuje go jak osobistą zniewagę. Lepiej zjeść kostkę czekolady albo cukierka, niż przez trzy dni udawać osobę niezainteresowaną, a czwartego napaść na tort z dzikością rosomaka, który właśnie zakończył post leczniczy. Zakazany przysmak nabiera bowiem niezwykłego uroku: zaczyna pachnieć intensywniej, wyglądać piękniej oraz przemawiać do człowieka głosem tak uwodzicielskim, jakby w polewie czekoladowej siedział co najmniej George Clooney.

Pomóc mogą także mniejsze talerze. Pełny talerzyk sprawia mózgowi znacznie większą radość niż smutne „pitu-pitu” położone na środku ogromnego talerzora, na którym pojedynczy ziemniak wygląda, jakby zgubił rodzinę podczas ewakuacji. Podobno znaczenie ma również kolor naczyń - im większy kontrast między jedzeniem a talerzem, tym łatwiej zauważyć wielkość porcji. Mocna barwa może sprawić, że nałożymy sobie mniej, dlatego niewykluczone, że dietetyka przyszłości nie będzie polegała na liczeniu kalorii, lecz na jedzeniu pierogów z talerza w kolorze kamizelki odblaskowej.

Napoje warto natomiast pić z wysokich, smukłych szklanek. Niska i pękata szklanka wygląda niewinnie, ale mieści podejrzanie dużo, a człowiek leje do niej z rozmachem, jakby przygotowywał zapasy na zimę. Zgrabne szkło daje oczom złudzenie obfitości, dzięki czemu pijemy mniej, choć nadal możemy udawać, że nasz napój prezentuje się niezwykle elegancko. Oczywiście w przypadku wody różnica nie ma większego znaczenia, ale przy słodkich napojach każda szklanka, która potrafi oszukać właściciela, powinna być sprzedawana z dyplomem psychologa.

Nie wolno za to ślepo wierzyć napisom „light”, „fit” ani innym słowom, które mają sprawić, że produkt wygląda na moralnie lepszy od swoich kolegów z półki. Mózg widzi napis „light” i natychmiast uruchamia własną matematykę: skoro jedno ma mniej kalorii, można zjeść cztery. W ten sposób człowiek kupuje dietetyczne ciasteczka, po czym pochłania całą paczkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, niemal oczekując, że waga łazienkowa podziękuje mu rano za współpracę.

Kolejną pułapką jest jedzenie przed telewizorem, komputerem albo w samochodzie. Gdy uwaga zajmuje się filmem, pracą czy poszukiwaniem miejsca parkingowego, ręka działa na własną odpowiedzialność i transportuje do ust wszystko, co znajdzie w promieniu rażenia. Człowiek otwiera paczkę orzeszków podczas pierwszej sceny serialu, a przy napisach końcowych odkrywa, że zostało w niej wyłącznie powietrze oraz sól przyklejona do folii. Nie pamięta smaku, nie pamięta jedzenia, ale kalorie - te pamiętają doskonale.

Z badań przywołanych w artykule wynikało także, że w towarzystwie jemy więcej. Przy jednym współbiesiadniku spożycie może wzrosnąć o około 35 proc., natomiast większa grupa potrafi niemal podwoić ilość pochłanianego jedzenia. Nic dziwnego: rozmowa trwa, półmiski krążą, ktoś dokłada sałatkę, a ciocia pilnuje, żeby człowiek nie umarł z głodu między drożdżowym a makowcem. Jedzenie w samotności może więc sprzyjać umiarowi, chociaż istnieje ryzyko, że brak świadków zostanie przez mózg zinterpretowany jako idealna okazja do popełnienia zbrodni doskonałej na paczce chipsów.

Można też spróbować jeść ręką mniej dominującą. Gdy miałam niesprawną prawą rękę i musiałam posługiwać się lewą, rzeczywiście jadłam mniej, ponieważ większość posiłku spadała mi z widelca, a po kilku próbach byłam już tak wściekła, że traciłam apetyt. Metoda działa, choć niewykluczone, że jej skutkiem ubocznym jest konflikt z zupą oraz potrzeba przemalowania ściany.

Wielkie opakowania również nie są naszymi przyjaciółmi, choć udają ekonomiczne i rodzinne. Rodzina może nawet istnieć, ale opakowanie i tak najczęściej siedzi wieczorem obok jednej osoby, która co chwilę sięga do środka, zapewniając samą siebie, że bierze już naprawdę ostatnią garść. Ta ostatnia garść ma potem siedem sióstr i wszystkie spotykają się w żołądku. Lepiej więc podzielić zawartość na mniejsze porcje albo przynajmniej nie trzymać wielkiej torby na kolanach, bo w takiej pozycji nawet mnich buddyjski mógłby stracić kontakt z własnym ośrodkiem samokontroli.

Smakołyki warto ponadto ukrywać w nieprzezroczystych opakowaniach i stawiać z dala od miejsc, w których odpoczywamy. Sama wiem, że miseczka orzeszków znajdująca się w zasięgu ręki bardzo szybko zamienia się w pustą miseczkę. Nie ma znaczenia, czy jestem głodna; orzeszki są blisko, więc najwyraźniej trzeba im pomóc zniknąć. Wystarczy jednak przestawić je nieco dalej i nagle okazuje się, że wcale ich nie potrzebuję, ponieważ między mną a przekąską pojawiła się przeszkoda wymagająca wstania z kanapy. Aż tak wielkiej miłości między nami nie ma.

Wyjątkowo osobliwa porada polega na tym, by „kląć” na jedzenie, czyli opisywać szczególnie kaloryczne przysmaki jako brzydkie, niedobre albo obrzydliwe. Podobno takie słowa zmniejszają apetyt, choć mam pewne wątpliwości, czy można skutecznie obrazić ptysia. Mogę stanąć nad nim i powiedzieć: „Ty paskudna, tłusta pokrako z kremem”, ale przecież oboje wiemy, że nie mówię tego szczerze. Ptyś zna swoją wartość, ja znam jego nadzienie, a między nami jest już za dużo historii, żeby kilka przykrych słów mogło cokolwiek zmienić.

Mimo wszystko część tych sposobów warto wypróbować. Nie trzeba od razu wyrzucać zastawy, jeść lewą ręką z czerwonego spodka i samotnie wyzywać sernik w zamkniętym pokoju. Wystarczy trochę uważniej przyglądać się temu, co podpowiada nam otoczenie, i od czasu do czasu przypomnieć sobie, że mózg nie zawsze domaga się jedzenia dlatego, że organizm jest głodny. Czasem zobaczył pełną miskę, czasem przeczytał słowo „light”, a czasem zwyczajnie usłyszał szelest opakowania i uznał, że nadarzyła się okazja, której nie wolno zmarnować.

Pozostaje tylko jeden problem: mój mózg właśnie przeczytał cały ten felieton, zna już wszystkie sztuczki i domaga się honorarium. Najlepiej w postaci ptysia. 😉

sobota, 3 października 2026

Dziś jestem leniwcem i proszę mnie nie szturchać, czyli sobota pod znakiem majestatycznego zwisu...

Sobota.

Syndrom piżamowca pospolitego dopadł mnie dziś z całą bezwzględnością i najwyraźniej nie zamierza odpuścić. Piżama przejęła władzę nad moim ciałem, umysłem oraz wszelkimi planami rozwojowymi - o ile takie w ogóle zaistniały. Włóczę się więc bez składu i ładu po chałupie, wykonując ruchy pozorowane między kuchnią, kanapą a łazienką i ze zdumieniem obserwuję, jak czas przecieka mi między palcami szybciej niż pieniądze po wypłacie.

Jest dopiero… właściwie już… nieważne która godzina. Mam niejasne przeczucie, że za chwilę ocknę się w niedzielę wieczorem z przysłowiową ręką w nocniku, stertą niewykonanych obowiązków i świadomością, że poniedziałek właśnie ostrzy sobie na mnie zęby.

Nic sensownego dziś nie zrobię. Już to wiem.

Przeprowadziłam nawet kilka poważnych rozmów sama ze sobą. Były argumenty, kontrargumenty, próby perswazji, drobny szantaż emocjonalny i wizja poniedziałkowego biegu do roboty z wywalonym jęzorem. Bez rezultatu. Organizm odmówił współpracy. Wyszło ze mnie prawdziwe dzikie zwierzę... Leniwiec. Brakuje mi tylko stosownej gałęzi, kawałka tropikalnego lasu oraz biologicznego przystosowania pozwalającego przeżyć kilka godzin bez konieczności robienia sobie herbaty. Mogłabym wtedy zawisnąć majestatycznie pod konarem, przyjąć minę istoty całkowicie pogodzonej z bezsensem ludzkiej gonitwy i zabijać wzrokiem liście „szalejące” na wietrze, którego nie ma. Od czasu do czasu przekręciłabym głowę. Powoli. Żeby się nie przemęczyć.

Miałam sprzątać. Oczywiście. Ubrania porzucane tu i ówdzie podczas minionego tygodnia zaczynają już tworzyć własne struktury społeczne. Te z krzesła patrzą na mnie z wyrzutem. Te z fotela najwyraźniej pogodziły się z losem. Jedna skarpeta od dwóch dni wystaje spod łóżka i sprawia wrażenie, jakby próbowała uciec. Wszystkie liczą na akt łaski. Szafa albo pralka. Nie jestem jednak dziś człowiekiem zdolnym do podejmowania tak doniosłych decyzji.

Po podłodze walają się tak zwane koty. Jeszcze nie miauczą, ale dajmy im czas. Jeśli dalej będę je ignorować, być może do jutra wykształcą układ nerwowy, zaczną reagować na imię i trzeba będzie kupować karmę.

Na stole nastąpiło natomiast cudowne rozmnożenie wszelakiej maści dupereli. Są papiery, paragony, gumki do włosów, długopisy, ładowarki, kubek, który nie pamięta już swojej pierwotnej funkcji, i kilka przedmiotów, o których pochodzeniu nie wiem absolutnie nic. Podejrzewam działalność sił nadprzyrodzonych. Nie ma przecież możliwości, żebym sama to wszystko tam położyła.

W zlewie Armagedon talerzowo-garczano-sztućcowy. Gdyby perfekcyjna pani domu weszła teraz do mojego mieszkania, zapewne najpierw zbladłaby, potem zrobiła znak krzyża, następnie zadzwoniła po odpowiednie służby, a na końcu zażądała dla mnie publicznej egzekucji ku przestrodze innych niewiast.

Moje poczucie estetyki, o dziwo, nie cierpi szczególnie. Od czasu do czasu tylko odzywa się mały wyrzut sumienia. Muszę dziada czymś ogłuszyć. Najlepiej słodkim. Czekolada ma tę cudowną właściwość, że po jej spożyciu wyrzuty sumienia nie znikają, ale człowiek przestaje się nimi szczególnie przejmować.

Zamierzałam też zrobić parę rzeczy papierzanych do roboty. Ale na tym polu moja piżama również wykazuje zdecydowany brak zainteresowania współpracą. Poza tym jest sobota. A kto przy zdrowych zmysłach produkuje papiery w sobotę? Papiery muszą dojrzeć. Leżą więc cierpliwie i czekają na lepsze czasy albo na pojawienie się znanego od wieków systemu motywacyjnego zwanego nożem na gardle. Jest to metoda niezwykle skuteczna. Nagle człowiek odkrywa w sobie pokłady energii, o których istnieniu wcześniej nie miał pojęcia, potrafi wykonać trzydniową robotę w dwie godziny i jeszcze zrobić sobie kawę. Na razie jednak nóż znajduje się gdzieś daleko. Możliwe, że nawet w innym województwie. Nie ma więc powodów do gwałtownych ruchów.

Planowałam iść na basen. Naprawdę planowałam. Strój przygotowany, dobre chęci teoretycznie gdzieś były, nawet przez chwilę widziałam siebie oczami wyobraźni jako kobietę aktywną i wysportowaną. Potem spojrzałam za okno. Deszcz. No i kto idzie na basen, kiedy pada? Rozumiem, że z logicznego punktu widzenia jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego. Basen jest przecież pomieszczeniem zamkniętym, a człowiek i tak zamierza dobrowolnie wejść do wody. Ale mój system nerwowy nie był dziś w stanie poskładać tych dwóch zjawisk w symbiotyczną całość. Deszcz oznacza przecież, że jest mokro. Basen także oznacza, że jest mokro. Dwa razy mokro jednego dnia? Nie szalejmy. Zadowolę się popołudniowym prysznicem. Poranny właśnie odjechał ostatnim autobusem, bo na zegarze za chwilę będzie 14.30, a piżama nadal przylega do mnie z determinacją bluszczu wspinającego się po ruinach starego zamczyska.

W planach było też napisanie posta… O! I proszę. To mi się chyba udało. Może więc dzień nie jest całkowicie stracony? Dobra. Koniec tych pobożnych życzeń. Nie posprzątam dziś mieszkania, nie popełnię prania, nie wypoleruję rodowych sreber. Nie przepłynę iluś tam basenów, nie uporządkuję papierów w segregatorach i nie rozpocznę nowego życia od godziny 15.00. Będę natomiast snuła się po domu w piżamie, zaglądała do lodówki bez wyraźnego powodu, piła to i owo, jadła coś, czego nie planowałam jeść, i od czasu do czasu spoglądała na bałagan rozmyślając o złotej rybce spełniającej trzy życzenia, która specjalizuje się w domowych bajzlach. Czyli zrobię dokładnie to, czego domaga się dziś mój wewnętrzny leniwiec. 

Mam tylko nadzieję, że moje sobotnie lenistwo zostanie mi kiedyś wybaczone na Sądzie Ostatecznym. A jeśli istnieje reinkarnacja, to za karę nie zostanę ponownie zesłana na Ziemię jako perfekcyjna pani domu. Tego już sobie nie wyobrażam, a wyobraźnię mam bujnie rozrośniętą. Ja o szóstej rano z uśmiechem prasująca kolorowe ścierki i planująca etapy porządkowania kuchennych szafek? O nie! Są jednak granice ludzkiego cierpienia. Poza tym każdemu od czasu do czasu należy się dzień, w którym największym osiągnięciem jest przejście z kanapy do kuchni bez konieczności odpoczynku po drodze. I nazwijmy go jak chcemy: Dzień lenia. Dzień piżamy. Dzień majestatycznego zwisu. 😉

poniedziałek, 21 września 2026

Cicho sza, głupota będzie przemawiać...

Intuicja to mizerny lokator na poddaszu czaszki. Czasem stuknie w rurę, ale nigdy nie zbiega po schodach z megafonem. Szepcze właśnie wtedy, gdy człowiek zdążył już pokochać własny idiotyczny pomysł i szykuje mu miejsce przy stole. „Nie rób tego” - mówi. Tyle że głupota jest szybsza. Zdążyła się nagłośnić i właśnie prowadzi galę ku czci naszej nieomylności.

Głupota ma nad rozsądkiem pewną przewagę: nic jej nie ciąży. Wiedzy nie dźwiga, więc porusza się lekko i zamaszyście. Wchodzi w rozmowę jak wujek Zdzisiek na weselu, którego nikt nie zaprosił do mikrofonu, ale orkiestra popełniła błąd, bo chwilowo zostawiła go na krześle. Od tej chwili rozmowa przestaje mieć kierunek, za to zyskuje wodzireja. Fakty wykluwają się na bieżąco i jeszcze mają skorupkę na tyłku.

Niezwykle fascynujący jest fakt, że głupota nigdy nie ma kaca po własnych występach. To słuchacze budzą się z bólem głowy. Ona wstaje wypoczęta i gotowa objaśniać świat dalej. 😉

środa, 16 września 2026

Życie pod nadzorem, czyli kto, z kim, gdzie i dlaczego przy śmietniku...

Do osiedlowej grupy na Facebooku zapisałam się z pobudek niewinnych jak ktoś, kto otwiera lodówkę tylko po to, żeby sprawdzić, co w niej jest. Chciałam znaleźć numer do pana, który podobno naprawia rolety, bierze rozsądnie i nie zaczyna rozmowy od zdania: „Pani, tego się nie da...”, wypowiadanego tonem chirurga stojącego nad przypadkiem beznadziejnym. Numeru do pana nie znalazłam, za to w ciągu pierwszych dwóch dni dowiedziałam się, że ktoś z klatki C regularnie wyrzuca śmieci bez segregowania, srebrna toyota parkuje „jakby właściciel prawo jazdy wygrał w chrupkach” plus inne, fascynujące doniesienia z osiedlowego pierdolnika.

Z początku czytałam grupę z ciekawością etnografa, który przypadkiem trafił na nieopisane wcześniej plemię i odkrył, że jego członkowie komunikują się za pomocą zdjęć źle zaparkowanych samochodów. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie jest zwyczajna grupa mieszkańców. To jest całkowicie autonomiczny organizm państwowy, bez budżetu i hymnu, za to z bardzo rozbudowanym wywiadem. Administracja może tygodniami nie zauważyć, że z dachu odpada tynk, ale osiedle w ciągu siedmiu minut ustali, że facet stojący przy paczkomacie nie mieszka w żadnej z czterech sąsiednich klatek, miał granatową kurtkę, a około 16.20 rozglądał się „jakoś tak dziwnie”.

Zwrot „jakoś tak dziwnie” jest zresztą w osiedlowej kryminalistyce równie ważny jak odciski palców. Człowiek uczciwy powinien poruszać się zdecydowanie, patrzeć przed siebie i najlepiej nie zatrzymywać się bez wyraźnego powodu. Jeśli natomiast stoi pod blokiem, zerka na domofon albo, nie daj Boże, chodzi tam i z powrotem, zostaje „osobnikiem”. Z człowieka do osobnika droga jest krótka i prowadzi zwykle przez balkon pani Grażyny, która ma telefon z zoomem takim, że gdyby bardzo chciała, mogłaby sfotografować życie na Marsie.

Pewnego dnia ktoś zamieścił zdjęcie mężczyzny właśnie przy paczkomacie i zapytał, czy „ktoś go kojarzy”. Mężczyzna nie robił absolutnie nic, co w normalnym kodeksie karnym mogłoby zostać uznane za czyn zabroniony, ale miał tę nieszczęśliwą właściwość, że wyglądał na człowieka, którego nikt nie kojarzył. W dodatku spoglądał na telefon, a potem na blok, co po kilku komentarzach zaczęło przypominać przygotowania do zamachu na lokalną architekturę.

Jedna pani widziała go już wcześniej przy Żabce. Druga nie widziała, ale jej zdaniem „trzeba uważać, bo teraz różnie bywa”. Trzecia zapytała, czy ktoś zgłosił sprawę na policję, a czwarta przytomnie zauważyła, że właściwie nie wiadomo, jaką sprawę należałoby zgłosić. Na szczęście ten głos rozsądku utonął dość szybko, bo rozsądek na grupie osiedlowej pełni mniej więcej taką funkcję jak koperek na pizzy - teoretycznie może się pojawić, ale nikt na niego nie czeka.

Po godzinie córka „osobnika” napisała, że to jej ojciec, przyjechał po nią samochodem i czekał, ponieważ schodziła z dzieckiem.

I tu objawiła się największa siła osiedlowej społeczności: zdolność do płynnego przejścia od podejrzenia o działalność przestępczą do całkowitej obojętności, bez najmniejszej potrzeby zatrzymania się po drodze na przystanku „może przesadziliśmy”.

Ojciec przestał być interesujący natychmiast, gdyż ktoś właśnie wrzucił zdjęcie kartonu. Nie był to zwykły karton. Zwykły karton znajduje się w pojemniku na papier, gdzie prowadzi cichy żywot odpadu zgodnego z regulaminem. Ten stał obok, oparty bezczelnie o kontener, rozłożysty i pewny siebie jak człowiek, który przyszedł na wesele bez koperty. Po napisie na pudle można było wywnioskować, że jeszcze niedawno mieścił pięćdziesięciopięciocalowy telewizor, więc zaczęło się dochodzenie majątkowe.

- Kto ostatnio kupował telewizor?

Nie wiem, czy Centralne Biuro Antykorupcyjne dysponuje podobnymi metodami, ale jeśli nie, powinno wysłać ludzi na szkolenie.

Ktoś przypomniał sobie, że kilka dni wcześniej kurier wnosił duże pudło do klatki A. Ktoś inny znał rodzinę, która „chyba ostatnio coś remontowała”, co nie miało najmniejszego związku z telewizorem, ale brzmiało obiecująco. Pojawiła się propozycja sprawdzenia monitoringu, potem dyskusja, czy monitoring w ogóle może być w tym celu sprawdzony, i wreszcie człowiek nierozważny, zapewne nowy na grupie, napisał:

- Przecież to tylko karton.

Są zdania, których publicznie wypowiadać nie należy. „To tylko karton” było jednym z nich, ponieważ tu nie chodziło już o karton, tylko o zasady. W chwili, w której pojawiają się zasady, człowiek stojący po niewłaściwej stronie sporu może zacząć pakować rzeczy. Dowiedział się więc, że jeśli dla niego karton to „tylko karton”, to nic dziwnego, że potem osiedle wygląda, jak wygląda. Ktoś napisał o kulturze osobistej wyniesionej z domu, ktoś wspomniał czasy, kiedy „ludzie bardziej dbali o wspólną przestrzeń”, choć podejrzewam, że chodziło o lata osiemdziesiąte, kiedy wspólna przestrzeń składała się głównie z trzepaka, dwóch ławek i fiata 126p, więc dbanie było logistycznie prostsze.

W ogóle każda dyskusja osiedlowa, jeśli pozwolić jej trwać wystarczająco długo, dochodzi w końcu do upadku obyczajów. Zaczyna się od psiej kupy na trawniku, a kończy na diagnozie cywilizacji zachodniej. Ktoś stawia hulajnogę przy wejściu i już wiadomo, że młodzi nie mają szacunku. Ktoś nie odśnieży kawałka chodnika i natychmiast pojawia się „roszczeniowość”. Właściciel audi zajmie kawałek drugiego miejsca parkingowego, a po trzydziestu komentarzach okazuje się, że właśnie przez takich ludzi Polska od lat nie może się podnieść.

Samochody są zresztą osobną religią, przy czym najbardziej gorliwi wyznawcy zajmują się samochodami cudzymi. Źle zaparkowane auto fotografuje się z kilku stron, żeby sąd społeczny nie miał wątpliwości, że doszło do zaboru terytorialnego, a potem wrzuca z podpisem: „Brawo dla mistrza”. Uwielbiam to „brawo”, bo zawiera w sobie wszystko, czego polska ironia potrzebuje do życia: pogardę, satysfakcję i przekonanie, że człowiek obraził kogoś niezwykle kulturalnie.

Pod spodem rozpoczyna się tradycyjny taniec godowy komentujących. Jeden każe wzywać straż miejską, drugi odpowiada, że straż miejska „ma to gdzieś”, trzeci zna przepisy, ponieważ kiedyś dostał mandat pod Lidlem, a ktoś zawsze ma fotografię tego samego samochodu sprzed pół roku. Nie wiem, kim są ci ludzie, którzy przechowują w telefonach archiwum cudzych wykroczeń parkingowych, ale zakładam, że gdyby kiedyś zaginęły policyjne bazy danych, kraj spokojnie odbuduje je z galerii mieszkańców osiedli.

Najwięcej emocji wywołuje jednak wiercenie, czyli ten moment, kiedy człowiek przypomina sobie, że kupił mieszkanie, ale nie powietrze wokół niego. Cudza wiertarka ma niezwykłą właściwość fizyczną: zawsze jest głośniejsza od własnej i zawsze uruchamia się w porze, w której wiercić nie wypada. W sobotę za wcześnie, albowiem ludzie chcą odpocząć; w tygodniu nie można, bo ktoś pracuje zdalnie; po siedemnastej dzieci wracają z przedszkola; po dziewiętnastej to już w ogóle barbarzyństwo. Z obliczeń grupowych wynika więc, że remont w bloku należy przeprowadzać najlepiej bez użycia narzędzi, a jeśli już człowieka przyciśnie, powinien wywiercić otwór we wtorek około 11.36, wcześniej zawiadamiając sąsiadów listem poleconym.

Szczególnym uwielbieniem darzę ludzi, którzy co pewien czas opuszczają grupę. Zawsze robią to publicznie i uroczyście, jakby oddawali insygnia władzy po przewrocie wojskowym.

„Mam dość poziomu tej grupy. Żegnam.”

Nikt oczywiście nie może po prostu kliknąć „opuść”. Odejdźcie kiedyś z grupy po cichu, a zmarnujecie jedyną okazję, żeby poinformować kilkuset obcych ludzi, że właśnie tracą kogoś wartościowego. Taki człowiek zwykle jeszcze przez godzinę odpowiada na komentarze pod własnym pożegnaniem, prostuje nieścisłości i zapewnia, że „nie będzie się zniżał do tego poziomu”, zniżając się przy tym regularnie mniej więcej co siedem minut. Potem rzeczywiście znika, żeby po trzech tygodniach wrócić, ponieważ komuś uciekł york i sprawa wymagała mobilizacji wszystkich dostępnych sił.

Czasami, czytając te wszystkie doniesienia o kartonach, podejrzanych osobnikach, źle ustawionych donicach, psach, kotach, chomikach zastanawiam się, skąd ludzie biorą na to czas. Ja potrafię przez trzy dni nie odpisać na wiadomość, bo „muszę mieć chwilę świętego spokoju”, a ktoś inny o 7.12 rano zdąży sfotografować worek stojący obok śmietnika, wrzucić zdjęcie, oznaczyć administrację i jeszcze odpowiedzieć czternastu osobom, które mają własną teorię pochodzenia worka.

Może to ja źle gospodaruję dniem. Być może człowiek dobrze zorganizowany po prostu wstaje, pije kawę, robi zakupy, pracuje, odbiera dzieci, gotuje obiad, a między jednym a drugim prowadzi niewielkie śledztwo w sprawie pojemnika po farbie wystawionego przy wiacie. Jedni uczą się hiszpańskiego, drudzy biegają półmaratony, a jeszcze inni rozwijają pasję do dokumentowania, że ktoś z klatki B znowu nie domknął drzwi.

Nie chcę nikogo oceniać. Broń Boże. Sama mam zajęcia, o których przydatności dla ludzkości lepiej szerzej nie mówić, i potrafię przez kwadrans szukać w internecie aktorki, której nazwiska nie pamiętam, z filmu, którego tytułu też nie pamiętam, tylko dlatego, że „muszę sobie przypomnieć”. Ale żeby o 23.48 fotografować z balkonu śmietnik, bo „jakiś podejrzany wór spoczywa obok kontenera”, trzeba jednak mieć w sobie rodzaj powołania.

Być może niesprawiedliwie nazywam to wścibstwem. Może mamy tu do czynienia z pełnoprawnym sposobem spędzania wolnego czasu, tylko jeszcze nikt nie wpisał go do katalogu zainteresowań. Są ludzie, którzy wieczorem czytają książki, inni oglądają seriale, a ktoś najwyraźniej czuje się spełniony dopiero wtedy, gdy ustali, z którego mieszkania wyniesiono fotel pod śmietnik i dlaczego leżał tam aż do rana.

Patrząc na niektóre dyskusje, dochodzę nawet do wniosku, że nuda została niesłusznie oczerniona. Dawniej człowiek się nudził i najwyżej patrzył przez okno. Dziś patrzy przez okno z telefonem w ręku, robi zdjęcie, powiększa je, zakłada wątek i po godzinie ma poczucie, że uczestniczył w czymś bardzo ważnym.

Za chwilę zapewne ktoś z grupy odpowie:

- Też to zauważyłam. Trzeba coś zrobić!

I wieczór uratowany. 😉

wtorek, 1 września 2026

Starzeć się co roku? Bez przesady!


Dopóki człowiek jest młody, rozdaje lata jak ulotki przed marketem. „Mam dwadzieścia sześć” - obwieszcza światu, jakby właśnie nabył apartament w Sopocie, choć na stanie ma głównie debet, pryszcza przed ważnym spotkaniem oraz przekonanie, że po trzydziestce ludzie zaczynają interesować się zniczami. Później cyfry tracą urok i zamiast dumnie maszerować przodem, zaczynają skradać się za człowiekiem w płaszczu przeciwdeszczowym.

Maria Czubaszek słusznie radziła, żeby wiek ustalić i już się go trzymać. Najlepiej wybrać wiek wygodny, dobrze skrojony i niewymagający prasowania, a następnie nosić go tak długo, aż otoczenie nabierze szacunku albo zmęczy się dochodzeniem.

Zresztą metryka podaje wyłącznie datę rozpoczęcia działalności. Nie odnotowuje, ile razy właścicielka była remontowana, kiedy wymieniała instalację nerwową ani dlaczego w poniedziałek ma lat osiemdziesiąt sześć, a w sobotę wieczorem trzydzieści dwa i zamiar zatańczenia na stole. 😉

niedziela, 23 sierpnia 2026

Małżeństwo, czyli sport ekstremalny w stroju galowym...

Powiedzmy sobie szczerze: małżeństwo jest pomysłem dość brawurowym. Dwoje ludzi, z których każde ogarnia życie według własnej fantazji, postanawia połączyć finanse, rodziny, łazienkę oraz dwa komplety starannie pielęgnowanych dziwactw. Wszystko odbywa się w odświętnych ubraniach, jakby eleganckie buty miały kogokolwiek ochronić przed konsekwencjami.

W urzędzie pytają, czy oboje chcą zawrzeć związek małżeński. Nikt natomiast nie sprawdza, czy tak samo rozumieją słowa: „zaraz”, „nic mi nie jest”, „rób, jak chcesz” oraz „nie jestem głodna”. A przecież te cztery zwroty rozwaliły więcej związków niż wszystkie biuściaste blondynki z księgowości razem wzięte.

Po ślubie kończy się wersja demonstracyjna i uruchamia pełny program, razem z błędami. Urocze roztargnienie staje się nieuleczalnym gubieniem kluczy, spontaniczność - robieniem wszystkiego bez uprzedzenia, a rozmowa małżeńska coraz częściej przypomina konferencję prasową. 😉

Jeżeli po latach dwoje ludzi nadal potrafi się dogadać, a przy tym nie planuje wzajemnej eksmisji przy każdej kłótni o pilota, to znaczy, że trafiło im się coś rzadkiego: związek, który działa. Małżeństwo mu nie zaszkodziło. Chociaż robiło, co mogło. 😉

piątek, 14 sierpnia 2026

Zęby w opozycji, apetyt przy władzy, czyli PESEL może sobie pogadać...


Z wiekiem człowiek nie traci apetytów. Co najwyżej zaczyna kroić je drobniej, popijać tabletką na zgagę oraz weryfikować, czy lokal ma krzesła z oparciem i serwuje mieszankę ziół dedykowaną mózgowi z odpowiednim stażem.
Największe nieporozumienie to fakt, że otoczenie zaczyna proponować człowiekowi spokój, jakby był deserem firmowym. A spokój, umówmy się, bywa mdły. Po dwóch łyżeczkach chce się czegoś z pieprzem: wyjazdu bez planu, czerwonej szminki we wtorek, rozmowy do rana albo faceta, o którym rozsądek mówi „absolutnie nie”.

Zęby mogą mieć inne zdanie. Kolana zresztą też. Organizm po pięćdziesiątce zaczyna przypominać wspólnotę mieszkaniową: każdy organ osobno zgłasza usterkę, nikt nie chce płacić za remont i wszyscy domagają się zebrania. Apetyt zaś nie uznaje kworum. Robi swoje.
Chce się nadal wszystkiego, tylko mądrzej? A skąd! Czasem chce się dokładnie tak samo głupio jak dawniej. Różnica polega jedynie na tym, że człowiek potrafi lepiej przewidzieć skutki, po czym z pełną świadomością robi swoje. Tyle że przed spontanicznym wyjazdem sprawdza prognozę pogody, dostępność łazienki i czy w torebce leży ibuprofen oraz inne medykamenty pierwszej potrzeby. Szaleństwo nie znika - po prostu nosi okulary do czytania i pamięta o ładowarce.

Starość może i posiada inne uzębienie, ale apetyt wciąż ma bezczelnie młody. Jeśli czegoś nie da się już ugryźć jak dawniej, zawsze można to rozczłonkować gustownym tłuczkiem nabytym na pobliskim jarmarku. 😉

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Gdy chłop mówi „niedaleko”, szykuj frytki, lawetę i narzędzie zbrodni...

W niedzielę - jakże urokliwą, słoneczną i od samego rana podejrzanie optymistyczną - wybrałam się z osobistym chłopem domowym na rower.

I tutaj pierwsza przestroga: nigdy nie ufajcie mężczyźnie, który regularnie jeździ na rowerze i mówi: „Nie pojedziemy daleko”. „Niedaleko” w męskim systemie miar jest pojęciem równie precyzyjnym jak „zaraz wracam”, „wypiję tylko jedno piwo” oraz „spokojnie, wiem, co robię”. Może oznaczać trzy kilometry, może granicę województwa, a może Bratysławę, jeśli wiatr będzie sprzyjający.

Ja oczywiście uwierzyłam. W swej naiwności i okresowym bezmózgowiu jechałam przed siebie, pedałując radośnie niczym skowronek na dopingu. Kompletnie nie przyszło mi do głowy, że każda droga ma również wersję powrotną. Geografia nigdy nie była moją mocną stroną, ale żeby człowiek w moim wieku dopiero po czterdziestu kilometrach odkrył istnienie drogi w przeciwnym kierunku, to już nie luka edukacyjna, tylko gigantyczne zaniedbanie systemowe.

Początkowo było nawet przyjemnie. Słońce świeciło, ptaszki świergoliły, okoliczności przyrody prezentowały się jak folder reklamowy gminy, a my sunęliśmy przed siebie, udając ludzi aktywnych i mających kontrolę nad własnym życiem. Był też postój w Żabce - pocieszajka w postaci loda sorbetowego i jakiegoś napoju, czyli pełnowartościowy posiłek sportowca, który nie wie jeszcze, że za kilka godzin będzie negocjował z własnymi nogami warunki dalszej współpracy.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zaistniała w dla siebie właściwy sposób...

Omijając balustradę blokującą przejazd samochodom, zahaczyłam o krawężnik i wykonałam widowiskowy manewr przejścia z pozycji pionowej do poziomej. Gleba była efektowna, choć jury techniczne mogłoby odjąć punkty za lądowanie. Na szczęście skończyło się na niewielkich obiciach, sztuk dwie, za co dziękuję aniołom stróżom, leśnym szaptuchom oraz producentowi kasku. Mam już bowiem za sobą dwa operowane barki wyposażone w tytanowe śrubki oraz nadgarstek zaopatrzony w blaszkę o wdzięcznej nazwie „Baby Foot”. Nazwa brzmi jak krem złuszczający do pięt albo kapela dziecięca występująca na festynie parafialnym, tymczasem jest to kawał metalu zamontowany w człowieku na stałe. I nie, proszę sobie nie wyobrażać, że kolekcjonowanie tytanowych gadżetów we wnętrzu organizmu stanowi moje hobby. Nic z tych rzeczy. Nie zbieram całej serii i nie interesuje mnie nagroda za skompletowanie szkieletu.

Po upadku otrzepałam więc godność, sprawdziłam, czy wszystkie części ciała nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie rano, i ruszyliśmy dalej.

Marian tymczasem był w znakomitej formie. Pruł w siną dal jak husaria, tyle że w spodenkach rowerowych. Gdyby go nie powstrzymać, zapewne wieczorem wysłałby mi zdjęcie spod czeskiej granicy z podpisem: „No widzisz, przecież niedaleko”.

Na szczęście resztki mojego rozumu, które dotychczas jechały z tyłu i najwyraźniej podziwiały widoki, wreszcie dogoniły peleton. Spojrzałam na licznik. Ponad czterdzieści kilometrów. Spojrzałam na Mariana. Spojrzałam w stronę domu, którego oczywiście nie było widać nawet przy bardzo bujnej wyobraźni. I wtedy dotarła do mnie informacja szokująca: trzeba jeszcze wrócić. Ogłosiłam zatem koniec ekspedycji. Zawrócilim.

W tym momencie moja dupa bolała już tak, jakby siedziała nie na rowerowym siodełku, lecz na kostce brukowej obitej kaktusem. Co kilka kilometrów zmieniałam pozycję, ale możliwości były zasadniczo dwie: bolało albo bolało inaczej.

Po drodze pożarłam jeszcze frytki w popularnym fast foodzie, ponieważ ilość spalonych kalorii zaczęła przybierać rozmiary niedopuszczalne. Człowiek musi reagować, zanim organizm wpadnie na pomysł, żeby schudnąć. Frytki zjadłam więc nie z łakomstwa, lecz odpowiedzialności. Była to interwencja medyczna, tylko podana w papierowym opakowaniu i posypana solą.

Trzymałam się długo. Naprawdę długo. Nie płakałam, nie jęczałam, nie groziłam Marianowi rozwodem ani porzuceniem jego zwłok w przydrożnym rowie po wcześniejszym odrąbaniu wszystkich wystających elementów. Byłam spokojna, dzielna i zadziwiająco zrównoważona, czyli zupełnie do siebie niepodobna.
Sielanka trwała do chwili, kiedy moje nogi zaczęły tracić czucie. Najwyraźniej dolna połowa organizmu zwołała zebranie związkowe i jednogłośnie uchwaliła przerwanie pracy. Wtedy - jak to określa osobisty chłop domowy - odpaliła mi się rasowa „drama queen”. Nie jakaś tam skromna księżniczka dramatu. Pełnoprawna cesarzowa, z dworem, orkiestrą, wirtualną siekierą i prawem do wypowiadania wojen.

Zsiadłam z roweru, rozsiadłam się na krawężniku jak zdetronizowana monarchini i przybrałam minę zdolną uśmiercić wszelkie formy życia w promieniu pięćdziesięciu metrów. Podejrzewam, że mleko w pobliskim sklepie skwaśniało bez otwierania lodówki.

- Dalej nie jadę - oznajmiłam tonem człowieka, który podjął decyzję ostateczną i właśnie żegna się ze światem.

Marian zapewne rozważał wezwanie taksówki, lawety albo księdza, ale zachował się rozsądnie i milczał. Po mniej więcej piętnastu minutach cudownie odzyskałam czucie w nogach, chęć życia oraz zdolność do dalszego pedałowania. Drama queen zeszła ze sceny, choć zrobiła to niechętnie.

Do domu dotarłam szczęśliwie. Ostatnie metry przejechałam siłą woli i wizji kanapy. Po przekroczeniu progu miałam ochotę go pocałować, objąć framugę i obiecać całemu domostwu, że już nigdy go nie opuszczę. Przynajmniej nie na rowerze.

Jaki z tego morał?

Jeżeli rowerzysta mówi: „Nie pojedziemy daleko”, należy natychmiast zapytać: „Daleko według mapy czy według twojej pokręconej psychiki?”. Warto też pamiętać, że czterdzieści kilometrów w jedną stronę nie oznacza czterdziestu kilometrów wycieczki. Oznacza osiemdziesiąt kilometrów oraz gruntowną rewizję związku.

A poza tym człowiek może mieć tytan w barkach, blaszkę w nadgarstku i stalowy charakter, lecz ostatnie słowo i tak zawsze należy do dupy. ;)

czwartek, 6 sierpnia 2026

Otwór otworowi nierówny, czyli zanim skoczysz, sprawdź, czy to nie szambo...

Optymista to osobnik, który na hasło „jakoś to będzie” spokojnie dopija kawę. Pesymista w tym czasie robi kopię dokumentów, ładuje powerbank i sprawdza, gdzie znajduje się najbliższe prosektorium.

Pierwszy wchodzi w nieznane z entuzjazmem labradora, który zobaczył otwartą lodówkę. Drugi podchodzi do życia jak saper zatrudniony na umowie śmieciowej - ostrożnie, bez wiary w jutro i z przekonaniem, że premii raczej nie będzie.

Nie wiem, który ma lepiej. Optymista częściej obija sobie tyłek, ale przynajmniej rusza z miejsca. Pesymista wprawdzie nie spada, bo nigdzie nie wchodzi, za to pół życia siedzi obok drabiny i tłumaczy wszystkim, że szczeble od początku wyglądały podejrzanie.

Osobiście wybieram wariant mieszany: entuzjazm optymisty oraz podejrzliwość kobiety, która choć raz zamówiła sukienkę ze zdjęcia w internecie. Świat może i stoi otworem, ale zanim człowiek rzuci się w niego z rozwianym włosem i nadzieją w zębach, dobrze sprawdzić, czy prowadzi do przygody, czy do szamba. Jedno i drugie bywa głębokie - tylko wspomnienia pachną zupełnie inaczej. 😉

czwartek, 30 lipca 2026

Cud przyszedł po cywilnemu, więc nikt go nie poznał!


Wiele osób oczekuje, że cud przybędzie w towarzystwie fajerwerków, w cekinach i przy akompaniamencie chóru anielskiego. Najlepiej, żeby przy okazji anulował rachunek za prąd, odchudził bez diety i sprawił, że włosy ułożą się same. Dopiero wtedy człowiek łaskawie mruknie: „No dobrze, coś się chyba wydarzyło”.

Druga droga jest mniej widowiskowa, ale za to ciekawsza. Człowiek zauważa, że życie rzadko przysyła cuda limuzyną. Zwykle podrzuca je pod drzwi jak paczkę bez firmowej taśmy: rozmowę w odpowiedniej chwili, czyjąś obecność, wynik badania lepszy, niż się człowiek spodziewał, albo śmiech w dniu, który zapowiadał się jak sernik bez cukru - niby da się przełknąć, tylko po co.

Nie chodzi, rzecz jasna, o to, żeby każdą dziurę w asfalcie uznawać za portal do szczęścia, a życiową katastrofę pakować w celofan wdzięczności. Naiwność jest kiepską kosmetyczką: przypudruje siniaka, ale go nie wyleczy. Chodzi raczej o to, by nie przejść przez własne życie z miną urzędnika od cudów, który wszystko odrzuca, bo pieczątka krzywo, zachwyt nie na tym formularzu, a szczęście przyszło po terminie.

Największy problem z cudami polega nie na tym, że ich nie ma. One po prostu mają fatalny marketing. Nie świecą neonem, nie wysyłają powiadomień i nie krzyczą: „Patrz, właśnie dostałaś coś bezcennego!”. Częściej stoją cicho w kuchni, parzą kawę, pytają, jak się czujesz, albo sprawiają, że mimo wszystkiego nadal chce ci się wstać.

A człowiek? Człowiek potrafi całe życie wypatrywać jednorożca, nie zauważając konia, który od lat cierpliwie niesie go przez wyboje i jeszcze nie zażądał podwyżki.

Dlatego wybieram tę drugą drogę - nie dlatego, że ma mniej zakrętów, lecz dlatego, że więcej na niej widać. Szkoda byłoby dotrzeć do końca i dopiero wtedy odkryć, że cuda czekały na każdym poboczu, a człowiek mijał je obojętnie, uparcie wypatrując wielkiej tablicy z napisem: „CUD - 200 metrów”.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Nocne prykanie utrudnia zasypianie, czyli dlaczego nie należy lekceważyć warzyw po godzinie dwudziestej trzeciej...

Sobotni, późny wieczór należał do tych, które człowiek chciałby zakonserwować w słoiku, postawić na najwyższej półce spiżarni i odkręcać wyłącznie wtedy, gdy dorosłe życie zaczyna za bardzo szarżować z rachunkami, obowiązkami oraz innymi atrakcjami dla ludzi, którzy kiedyś myśleli, że dorosłość polega głównie na jedzeniu lodów przed obiadem. Za oknem panował taki upał, że nawet komary sprawiały wrażenie stworzeń pogodzonych z losem, latały wolniej, bez przekonania, jakby przed każdym ukąszeniem musiały najpierw usiąść i przemyśleć sens własnej egzystencji. W mieszkaniu unosiło się to ciężkie, letnie powietrze, którego nie da się przewietrzyć, schłodzić ani przekupić, gdyż ono po prostu wisi nad człowiekiem jak urzędnik nad źle wypełnionym formularzem.

Mój osobisty chłop domowy już od dłuższego czasu romansował z Morfeuszem w pokoju obok, czyniąc to z oddaniem godnym człowieka, który nie zamierzał przejmować się ani temperaturą, ani inflacją, ani faktem, że gdzieś na świecie ludzie nadal próbują zrobić zdrowy deser, który nie smakuje jak kara za grzechy. Z sypialni dochodziło jego cichutkie pochrapywanie, całkiem zresztą niewinne, bardziej przypominające próbę generalną małej lokomotywy niż pełnoprawny koncert tartaku. Znam Mariana już kilka dobrych lat i przez ten czas życie wykształciło we mnie zdolności, których nie wpisuje się do CV, choć w razie potrzeby mogłyby okazać się bezcenne dla kryminalistyki; gdyby ktoś ustawił przede mną rząd chrapiących chłopów domowych, obcych, półobcych i całkiem przypadkowych, bez wahania wskazałabym właściwego, albowiem są takie akustyczne szczegóły wspólnego życia, które kobieta zapamiętuje nawet wbrew własnej woli.

Ja natomiast rozłożyłam się na kanapie niczym rasowa jaszczurka na rozgrzanym kamieniu, bez kołdry, bez koca i bez najmniejszej chęci przykrywania się czymkolwiek, ponieważ przy tej temperaturze nawet prześcieradło mogłoby zostać uznane za narzędzie tortur. Miałam na sobie coś, co producent prawdopodobnie nazwał piżamą, chociaż równie dobrze mogłaby to być letnia wersja stroju negocjacyjnego z własnym potem. W telewizji leciał jakiś film, którego fabułę porzuciłam po kilku minutach, bo Internet, jak zawsze, podsunął mi temat ważniejszy, głębszy i bardziej niebezpieczny dla psychiki, czyli przepisy na desery z mąki kokosowej.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale Internet ma w sobie coś z nadgorliwej ciotki na weselu, która raz usłyszy, że człowiek lubi sernik, i od tej pory prześladuje go sernikiem we wszystkich możliwych wydaniach. Wystarczyło, że jeden jedyny raz zainteresowałam się kokosankami z mąki kokosowej bez cukru, a algorytm natychmiast uznał, że odkryłam powołanie, misję życiową oraz nową religię. Kokosanki bez cukru, placuszki kokosowe bez cukru, brownie kokosowe bez cukru, chleb kokosowy bez sensu, naleśniki kokosowe bez nadziei, a gdybym przewinęła jeszcze trochę niżej, zapewne znalazłabym kurs stolarski „Zbuduj altankę z mąki kokosowej”. Mąka kokosowa zaczęła mnie prześladować z takim zapałem, jakby podpisała ze mną umowę abonamentową i teraz miała prawo wyskakiwać z każdego zakątka ekranu, lodówki oraz sumienia.

Kiedy zegar przekroczył jedenastą, doszłam do wniosku, że dalsze udawanie osoby aktywnej społecznie, intelektualnie i kulinarnie nie ma najmniejszego sensu, ponieważ mój organizm przeszedł właśnie w tryb „nie pytaj, nie wymagaj, śpij”. Dokonałam więc wieczornych ablucji, które w tym upale bardziej przypominały próbę odświeżenia ogórka zostawionego na parapecie, po czym wsunęłam się do łóżka właściwego z nadzieją, że za chwilę dołączę do Mariana w krainie snów, gdzie być może panuje klimat umiarkowany, a mąka kokosowa nie ma dostępu do Wi-Fi.

Nie zdążyłam jednak porządnie ułożyć głowy na poduszce i wejść w ten przyjemny stan, w którym człowiek jeszcze niby istnieje, ale już nie odpowiada za swoje myśli, kiedy usłyszałam odgłos tak osobliwy, że mój mózg natychmiast przerwał procedurę zasypiania i włączył tryb śledczy. Nie był to huk, stukot ani trzask, nie brzmiał też jak coś, co powinno wymagać telefonu do administracji, straży pożarnej lub egzorcysty. Był to dźwięk cichy, stłumiony i nieśmiały, coś pomiędzy pękającą bańką mydlaną a miniaturowym wyznaniem winy.

Po kilku sekundach odezwał się ponownie, potem raz jeszcze, już z pewną dozą bezczelności, jakby pierwszy odgłos tylko wybadał teren, a kolejne uznały, że skoro nikt nie protestuje, można kontynuować działalność. Leżałam nieruchomo, z oczami utkwionymi w ciemność, usiłując nadać temu zjawisku nazwę godną dorosłej kobiety, ale język polski, ze swoją całą poetyckością, chrząszczami brzmiącymi w trzcinie i deszczami jesiennymi, w tej konkretnej sytuacji nie pozostawiał mi szerokiego pola manewru.

To było pryknięcie, tylko w wersji demonstracyjnej, kieszonkowej, jakby ktoś zamówił je z katalogu dla początkujących i nie odważył się jeszcze przejść na pełny pakiet.

Pierwszym podejrzanym, z przyczyn całkowicie naturalnych i zgodnych z wieloletnią praktyką domową, został oczywiście Marian. Oddaliłam jednak ten trop niemal natychmiast, ponieważ znałam możliwości mojego osobistego chłopa domowego na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to nie był jego styl, jego tonacja ani jego skala wykonawcza. Marian, gdyby już miał w tej dziedzinie zaistnieć, zrobiłby to z rozmachem człowieka, który nie bawi się w półśrodki, podczas gdy tutaj miałam do czynienia z czymś skromnym, filigranowym, prawie pensjonarskim. To było pryknięcie, które mogłoby nosić kapelusik, przepraszać za kłopot i pytać, czy może wejść.

Zaczęłam więc nasłuchiwać dalej, a moja wyobraźnia, jak zwykle w sytuacjach wymagających spokoju, postanowiła wejść na scenę w cekinach i przejąć całe przedstawienie. Przez chwilę rozważałam, czy przypadkiem nie mamy myszy, co samo w sobie byłoby już wystarczająco nieprzyjemne, ale myszy wydające z siebie dyskretne pierdnięcia otwierały zupełnie nowy, niepokojący rozdział zoologii domowej. Wyobraziłam sobie małą gryzoniową rodzinę siedzącą gdzieś za szafką po wspólnej, obfitej kolacji z resztek znalezionych tu i ówdzie; w tej wizji ojciec-mysz z powagą mówi do dzieci: „Cicho, bo usłyszy”, po czym wszyscy solidarnie zawodzą własnym układem pokarmowym.

Po chwili uznałam jednak, że nawet jak na moje mieszkanie byłoby to zbyt dziwne i przerzuciłam się na hipotezę sąsiedzką. Bloki mają przecież akustykę, która potrafi z człowieka zrobić mimowolnego uczestnika cudzych dramatów, remontów, kłótni małżeńskich, ćwiczeń na orbitreku i rozmów telefonicznych prowadzonych tonem odprawy wojskowej. Niewykluczone więc, że sąsiad z góry zjadł późną kolację złożoną z fasolki, cebuli i życiowych błędów, a nasz strop, zamiast zachować się jak przyzwoita przegroda budowlana, postanowił zrobić mi transmisję na żywo z jego prywatnej walki o przetrwanie.

Im dłużej leżałam, tym bardziej czułam się jak bohaterka kryminału klasy B, w którym nie ginie człowiek, tylko nie wiadomo co, a główny trop prowadzi przez jelita, wentylację i kuchnię. W głowie odtwarzałam plan mieszkania, analizowałam kierunek rozchodzenia się dźwięku, porównywałam natężenie kolejnych pryknięć i zaczynałam już niemal żałować, że nie mam notesu, latarki oraz takiego skupionego wyrazu twarzy, jaki mają detektywi w serialach, kiedy pochylają się nad śladem buta w błocie. W moim przypadku śladu buta nie było, błota również, za to gdzieś w ciemności co kilka sekund rozlegało się „pryk”, które z każdą chwilą nabierało charakteru osobistej zniewagi.

I wtedy mnie olśniło z taką siłą, że gdyby w pokoju była kamera, można by ten moment wykorzystać w programie popularnonaukowym jako przykład nagłego triumfu ludzkiego rozumu nad absurdem.

Cieciorka.

Przecież w kuchni od kilku godzin moczy się pół kilograma cieciorki, ponieważ mój osobisty chłop domowy zapowiedział na jutro produkcję pasztetu. Ciecierzyca, zwana również grochem włoskim, choć nie mam pojęcia, co Włosi zrobili, żeby wplątać ich w tę historię, leżała sobie w garnku, chłonęła wodę, pęczniała, naprężała skórki i najwyraźniej co pewien czas któreś ziarno przeżywało własny mały przełom egzystencjalny.

Wszystko zaczęło układać się w całość tak logiczną, że przez chwilę byłam z siebie dumna. Nie każdy potrafi w środku nocy rozwiązać zagadkę akustyczną przy pomocy wiedzy o roślinach strączkowych, zwłaszcza będąc półprzytomnym, przegrzanym i świeżo po kontakcie z mąką kokosową. Poczułam się jak Sherlock Holmes w wersji kuchennej, który zamiast lupy ma zmęczenie, zamiast doktora Watsona śpiącego Mariana, a zamiast zbrodni garnek pełen bezczelnych ziaren.

Niestety, radość z odkrycia trwała krótko, ponieważ do głosu doszedł mój umysł ścisły, który zazwyczaj milczy całymi tygodniami, żeby potem obudzić się w najgorszym możliwym momencie i zadać pytanie, po którym człowiek już wie, że nie zaśnie. Pół kilograma cieciorki to przecież nie jest kilka sztuk, które można by personalnie upomnieć i poprosić o ciszę nocną. To jest całe osiedle. Miasteczko. Strączkowa aglomeracja z pełną infrastrukturą, radą mieszkańców i zapewne własnym regulaminem wspólnoty.

Nie miałam pojęcia, ile ziaren mieści się w pięciuset gramach, ale intuicja podpowiadała mi, że stanowczo zbyt wiele jak na porę po jedenastej. Jeśli każde z nich zamierzało choć raz zakomunikować światu, że właśnie pękła mu skórka, czekał mnie koncert na kilkaset, a może kilka tysięcy solowych występów. Co gorsza, zaczęłam zastanawiać się, czy każde ziarno robi to tylko raz, czy może istnieją egzemplarze bardziej ekspresyjne, które pękają etapami, z dramaturgią, w trzech aktach i z bisem. A jeśli są tam ziarna dominujące, typy przebojowe, liderzy opinii, które zaczęły pierwsze, żeby dać przykład reszcie? A jeśli właśnie w garnku trwa zebranie wspólnoty cieciorkowej pod hasłem „Pękajmy razem, siostry i bracia, niech ta baba z sypialni wie, że żyjemy”?

Leżałam więc w tym upale, otoczona nocą i własnym obłędem, coraz wyraźniej rozumiejąc, że zostałam jedynym świadkiem wydarzenia, którego nikt normalny nie uznałby za warte uwagi, a jednak ja nie mogłam już go zignorować. Człowiek może udawać, że jest ponad pewne rzeczy, może czytać książki, płacić podatki, interesować się światem, a potem przychodzi noc, garnek zaczyna prykać i cała cywilizacyjna fasada odpada z niego jak źle położony tynk.

W końcu niechętnie zwlekłam się z łóżka, z tym rodzajem cierpienia, jaki zna każdy, kto właśnie znalazł w miarę chłodne miejsce na prześcieradle i musi je opuścić z powodu roślin strączkowych. Powędrowałam do kuchni, starając się zachować powagę osoby dorosłej, choć trudno o godność, gdy idzie się przez mieszkanie po to, żeby uciszyć cieciorkę. Garnek stał dokładnie tam, gdzie go zostawiliśmy, niewinny, spokojny, wręcz zwyczajny, jakby nie organizował właśnie nocnego festiwalu akustycznego dla jednej zirytowanej kobiety.

Pochyliłam się nad nim i przez chwilę patrzyłam na tę beżową masę ziaren zanurzonych w wodzie, które wyglądały tak niewinnie, że gdyby nie dowody dźwiękowe, można by im jeszcze współczuć. W środku jednak trwało prawdziwe życie towarzyskie. Co kilka sekund któreś ziarenko najwyraźniej dochodziło do wniosku, że to jest jego moment, jego scena, jego szansa na zaistnienie w historii domowej gastronomii, po czym wydawało z siebie kolejne cichutkie „pryk”, niepozorne, ale wystarczająco irytujące, by kobieta w środku nocy zaczęła rozważać, czy strączki mają świadomość i czy można im grozić konsekwencjami.

Moja interwencja była szybka, stanowcza i godna służb porządkowych wyspecjalizowanych w zamieszkach roślinnych. Nałożyłam pokrywkę na garnek, zamknęłam drzwi do kuchni i uznałam, że skoro cieciorka musi się artystycznie realizować, niech robi to w warunkach kameralnych, bez udziału publiczności z sypialni. Nie będę przecież negocjować z grochem włoskim o ciszę nocną, zwłaszcza że nie miałam pewności, czy mówi po polsku, włosku, czy tylko w języku krótkich emisji gazowych.

Wróciłam do łóżka z poczuciem dobrze wykonanej misji, choć muszę przyznać, że przez kilka minut nadal nasłuchiwałam, czy za drzwiami kuchni nie wybuchnie bunt. Wyobrażałam sobie, jak cieciorka, oburzona nałożeniem pokrywki, zwołuje nadzwyczajne posiedzenie, podczas którego najbardziej napęczniałe ziarno wchodzi na łyżkę i przemawia do reszty: „Towarzysze, próbują nas uciszyć, ale nie po to moczymy się od sześciu godzin, żeby teraz milczeć”. Na szczęście kuchnia zachowała względną dyskrecję, Marian dalej spał snem człowieka, którego ominęło najważniejsze śledztwo dekady, a ja w końcu odpłynęłam, choć z poczuciem, że granica między spokojnym wieczorem a absurdem jest cienka jak skórka na namoczonej ciecierzycy.

Następnego dnia z tej wyjątkowo wygadanej cieciorki powstał pasztet tak dobry, że Marian, po pierwszej kromce, przybrał minę zawodowego degustatora, który właśnie odkrył produkt zdolny zakończyć kilka konfliktów zbrojnych, po czym oznajmił, że wszystkie sklepowe pasztety powinny natychmiast przejść na emeryturę, najlepiej bez prawa do odprawy. Trudno było się z nim nie zgodzić, bo niektóre przemysłowe wyroby pasztetopodobne wyglądają tak, jakby do maszynki trafiała nie tylko świnia, ale również pół chlewa, fragment ciągnika, dwóch rolników, przypadkowy geodeta, worek trocin i jeszcze ktoś z działu księgowości, żeby masa miała odpowiednią strukturę.

Jadłam ten pasztet z mieszanymi uczuciami, ponieważ z jednej strony był naprawdę pyszny, a z drugiej miałam świadomość, że każda kromka zawiera historię nocnych występów, których byłam jedyną, nieproszoną i stanowczo zbyt trzeźwą publicznością. Marian zachwycał się konsystencją, smakiem i przyprawami, a ja patrzyłam na talerz z miną człowieka, który wie o tej potrawie zdecydowanie za dużo i ma poważne podejrzenia, że przed trafieniem na chleb prowadziła bogatsze życie towarzyskie niż niejeden emeryt na turnusie w Ciechocinku ;)

wtorek, 14 lipca 2026

Szef, teściowa i inne zjawiska atmosferyczne, czyli wizualizacja ratunkowa...


Nie lubisz swojego szefa? Na samą myśl o rozmowie z nim w cztery oczy jelita zaczynają Ci trenować akrobatykę artystyczną, przewracają się na drugą stronę i wiążą w supełki godne harcerskiego obozu przetrwania? Spotkanie z teściową wywołuje u Ciebie syndrom nagłego, głębokiego i emocjonalnego przywiązania do muszli klozetowej? A może wystarczy, że ktoś powie: „Musimy porozmawiać”, a Twoje ciało natychmiast uruchamia tryb ewakuacji wewnętrznej?

Spróbuj wizualizacji.

Tak, wiem. Brzmi podejrzanie. Jak coś, co powinno występować w pakiecie z matą do jogi, olejkiem lawendowym i człowiekiem mówiącym spokojnym głosem: „Poczuj swoje wewnętrzne źródełko”. Ale spokojnie. Nie będziemy tu wchodzić boso do lasu, przytulać brzozy ani szeptać do własnej śledziony. Mówimy o narzędziu prostym, niepozornym i - co najważniejsze - dostępnym nawet wtedy, gdy człowiek siedzi naprzeciwko kogoś, kto właśnie testuje wytrzymałość jego układu nerwowego.

Weźmy spotkanie z szefem.

Niekoniecznie musisz się go bać. Może nie jest potworem z horroru, który wyskakuje zza ekspresu do kawy z tabelką Excela w zębach. Może po prostu wywołuje w Tobie dziesiąty stopień poirytowania, tuż przed fazą, w której zaczynasz rozważać, czy zszywacz biurowy może zostać użyty jako narzędzie zbrodni. Siedzisz więc, słuchasz i obserwujesz, jak Twój przełożony roztacza przed Tobą kolejną fantastyczną wizję zmian. Oczywiście takich zmian, które mają wynieść na wyżyny społeczne przybytek radości, w którym pracujesz, a przy okazji sprawić, że wszyscy będą pracować więcej, szybciej, taniej i najlepiej z wdzięcznością wypisaną na czole.
Dodatkowo załóżmy, że szef nie jest przesadnie podatny na przyjmowanie pomysłów szarego pracownika X. W jego oczach pracownik X posiada iloraz inteligencji wystarczający do obsługi krzesła, kubka oraz poleceń służbowych, ale już niekoniecznie do posiadania własnej opinii. Siedzisz więc grzecznie, kiwasz głową, a w środku Twoja dusza powoli osuwa się po ścianie jak przegrzana galaretka.

I wtedy wkracza wizualizacja.

Wyobraź sobie, że Twój szef ma na sobie strój pluszowego karczocha. Albo brokułu. Albo wielkiej, miękkiej brukselki z oczami człowieka, który właśnie tłumaczy strategię rozwoju firmy na kolejne pięciolecie. Nagle sprawa wygląda inaczej. Dramat traci ostre krawędzie. Groza służbowego monologu zostaje obita watoliną. Twój wyraz twarzy nabiera wymiaru dużo bardziej interesującego, bo z jednej strony nadal próbujesz wyglądać jak osoba zaangażowana zawodowo, a z drugiej walczysz o to, żeby nie parsknąć śmiechem wprost w pluszowy autorytet.
Wypluszowanie agresywnego szefa również może sprawdzić się w praktyce. Szef-postrach, który normalnie przypomina skrzyżowanie kontrolera biletów, smoka wawelskiego i niezapowiedzianego audytu, po mentalnym ubraniu w różowe futerko traci nieco na sile rażenia. Nadal może mówić rzeczy nieprzyjemne, nadal może mieć władzę i nadal może patrzeć na Ciebie wzrokiem człowieka, który wie, gdzie w systemie kadrowym znajduje się przycisk „problemy”, ale jednak - umówmy się - trudno drżeć przed kimś, kto w Twojej głowie ma puchaty ogonek.

Drugi klasyk: wystąpienia publiczne.

Kto je lubi? Są oczywiście jednostki podejrzane, które na hasło „proszę powiedzieć kilka słów” wstają z uśmiechem, poprawiają marynarkę i nagle stają się Cyceronem po espresso. Ja do nich nie należę. Ja należę raczej do grupy osób, które w takiej sytuacji czują, jak język zmienia się w sucharka, myśli rozbiegają się jak stado spanikowanych kur, a serce zaczyna wybijać rytm godny perkusisty na weselu po północy.
Publika wcale nie musi liczyć pięciuset osób, żeby człowiek poczuł się jak ofiara rytualna. Są ludzie, którzy tracą rezon już na urodzinach cioci Maryni, kiedy trzeba powiedzieć „zdrowia, szczęścia” i nie wyjść przy tym na człowieka, który pierwszy raz korzysta z aparatu mowy. A gdyby tak wyobrazić sobie, że nasza publika to kolorowe galaretki owocowe? Albo misie Haribo, które siedzą grzecznie w rzędach i podskakują na swoich żelowych zadkach? Od razu robi się lżej. Bardziej strawnie. Mniej jak sąd ostateczny, a bardziej jak deser po obiedzie.

Oczywiście takie przykłady można mnożyć bez końca, bo wyobraźnia jest jak spiżarnia babci - człowiek zagląda tylko na chwilę, a tam okazuje się, że wszystko jest: kompot, dziwne słoiki, coś podpisane „na później” i jeszcze miejsce na kolejne absurdy.
Wizualizacja może pomóc w różnych sytuacjach. W kolejce do urzędu, kiedy pani w okienku patrzy na Ciebie tak, jakbyś przyszedł z zamiarem osobistego zburzenia porządku administracyjnego państwa. Na rodzinnym obiedzie, gdy wujek po raz trzeci zaczyna wykład o tym, że „kiedyś to było”. W rozmowie z osobą, która mówi dużo, długo i z takim przekonaniem, że człowiek zaczyna tęsknić za ciszą piwnicy.

Ale - bo zawsze jest jakieś „ale”, nawet w pluszowym świecie - wizualizacje mają swoją małą pułapkę. Jeśli człowiek zapędzi się za daleko, konsekwencje mogą być nieciekawe. Bo wizualizacja wizualizacją, ale twarz mamy jedną i niestety bywa zdradziecka. Usta mogą drgnąć. Oko może błysnąć. Z przepony może wydobyć się nieautoryzowany rechot. A wtedy cała misterna konstrukcja psychologicznego mechanizmu obronnego wali się jak domek z kart ustawiony na pralce w trakcie wirowania.

Dlatego ten mechanizm trzeba ćwiczyć. Najlepiej na obiektach, ze strony których nie grożą nam poważne sankcje. Spotkania rodzinne, grono znajomych, neutralne sytuacje towarzyskie - to są dobre poligony doświadczalne. Tam najwyżej ktoś uzna, że jesteś zmęczona, rozkojarzona albo masz specyficzne poczucie humoru. W gabinecie szefa sprawa jest bardziej delikatna. Tam niekontrolowany wybuch śmiechu może zostać odczytany jako brak szacunku, a nie jako spontaniczny efekt uboczny ujrzenia przełożonego w roli nadmuchanego brokułu.

Wiem, co mówię.

Moja własna wizualizacja, o której wspominałam kiedyś w jednym z komentarzy na blogu, skończyła się wyrzuceniem z zajęć na studiach. Zajęcia były nudne w sposób wybitny. Nie zwyczajnie nudne, nie „trochę przydługie”, tylko nudne tak, że czas przestawał płynąć i zaczynał kapać z sufitu. Prowadzący mówił, mówił i mówił, a każde kolejne zdanie było jak dodatkowa warstwa kołdry narzucona na resztki przytomności.
W pewnym momencie mój organizm, próbując ratować się przed całkowitym intelektualnym rozkładem, uruchomił tryb awaryjny. Zaczęłam wyobrażać sobie, że chłop prowadzący zajęcia ma na sobie różowy, pluszowy strój króliczka. Nie jakiś subtelny akcent. Nie niewinne uszka. Całość. Pełen kostium. Futro, brzuch, łapki, ogon. Monumentalny królik akademicki przemawiający do studentów z powagą człowieka, który wierzy, że właśnie przekazuje światu prawdy fundamentalne.

Niestety, popełniłam błąd strategiczny. Podzieliłam się tą wizją z koleżanką siedzącą obok. A to był moment, w którym rozsądek spakował walizkę i wyszedł bez pożegnania.
Zaczęłyśmy wzajemnie dokarmiać tę wizualizację, dorzucając kolejne szczegóły z życia ogromniastego pluszaka. Że poprawia uszko. Że wskakuje na katedrę. Że ma puchaty ogonek, który podryguje przy szczególnie ważnych fragmentach wykładu. Że po zajęciach kica do pokoju pracowników naukowych i tam, z godnością przynależną pluszowej zwierzynie wyższej uczelni, pije herbatę z termosu.
Oczywiście skończyło się to wybuchem niekontrolowanego śmiechu. Takiego, którego nie da się zatrzymać żadną znaną ludzkości metodą. Człowiek zaciska usta, odwraca głowę, udaje kaszel, myśli o rzeczach smutnych, o rachunkach, o podatkach, o przemijaniu - i nic. Śmiech idzie z trzewi jak lawa. Jedna parska, druga się trzęsie, pierwsza próbuje się opanować, druga kwiczy w zeszyt i już po wszystkim.
Prowadzący nie zdzierżył dwóch hien wyjących ze śmiechu w środku jego poważnego akademickiego monologu i wywalił nas za drzwi. Czy było nam przykro? No cóż. Nie przesadzajmy z tym dramatem. Po pierwsze, zajęcia były nudne. Po drugie, na korytarzu mogłyśmy wreszcie dać upust rechotowi blokowanemu w trzewiach. Po trzecie, różowy królik już na zawsze pozostał z nami jako dowód na to, że ludzki umysł w sytuacji zagrożenia potrafi wyprodukować rzeczy piękne, straszne i niebezpieczne jednocześnie.

Taki obrót spraw niekoniecznie powinien mieć jednak miejsce w gabinecie szefa. Dlatego wizualizacje trzeba trzymać w ryzach. One są jak przyprawy. Szczypta potrafi uratować potrawę, ale jeśli wsypiesz całe opakowanie, wszyscy przy stole zaczynają płakać, a ktoś otwiera okno.

Moim zdaniem wizualizowanie to naprawdę przydatna umiejętność. Czasami z niej korzystam, żeby ubarwić swój codzienny żywot, zmniejszyć poziom stresu, odsunąć od siebie lęk albo przynajmniej sprawić, że rzeczywistość przestaje wyglądać jak źle oświetlony korytarz w urzędzie. Niektóre momenty życia łatwiej przeżyć, kiedy człowiek na chwilę odcina się od nich w taki trochę bajkowy, trochę absurdalny sposób.
Świat bywa męczący. Ludzie bywają trudni. Szefowie bywają pluszoodporni tylko do czasu. A my, zamiast od razu eksplodować, możemy czasem po cichu ubrać kogoś w kostium królika, brukselki albo galaretki malinowej i przetrwać jeszcze jeden dzień bez strat w ludziach.

Polecam. Tylko ostrożnie. Pluszowy królik potrafi zaatakować w najmniej odpowiednim momencie ;)

wtorek, 7 lipca 2026

Dzieci PRL-u, czyli haute couture z papieru toaletowego...

Dzieci PRL-u były osobnym gatunkiem przyrodniczym. Nie do końca dzikim, ale też absolutnie nieudomowionym. Hodowanym na oranżadzie w proszku, trzepaku, kolanach zdartych do żywego mięsa i niejasnym przeczuciu, że świat jest wielki, kolorowy i chwilowo niedostępny w sklepie.

Nie mieliśmy wszystkiego. Właściwie, gdyby się uprzeć, nie mieliśmy prawie niczego w dzisiejszym rozumieniu dziecięcego dobrobytu. Nie było tabletów, aplikacji, psychologicznych poradników dla rodziców zatytułowanych „Jak rozmawiać z dzieckiem, które odmówiło zjedzenia brukselki i szpinaku”. Nie było zabawek edukacyjnych rozwijających jednocześnie motorykę małą, inteligencję emocjonalną i przyszłą zdolność kredytową. Były za to kapsle, patyki, guma Donald, jeśli los był łaskawy, oraz nieprzebrane zasoby wyobraźni, która w tamtych czasach pracowała na trzy zmiany, bez wolnych sobót i bez deputatu węglowego.

Dziecko PRL-u potrafiło zrobić dom z koca, sklep z parapetu, laboratorium chemiczne z octu i sody, a dramat antyczny z faktu, że ktoś mu podprowadził najlepszy kamień spod klatki. Z kawałka sznurka powstawał system komunikacji miejskiej, z kartonu - luksusowy apartament, a z braku wszystkiego - wszystko. Niedobór był naszym pierwszym nauczycielem plastyki, techniki, filozofii i kombinowania.

Moje dzieciństwo, jako się rzekło, wypełzło na świat w czasach, gdy papier toaletowy bywał niemal dobrem ceremonialnym. Nie był to miękki, pachnący rumiankiem obłoczek do delikatnych partii człowieczeństwa, tylko szary, chropowaty traktat o gospodarce centralnie planowanej. Produkt, który nie tyle służył, ile przypominał, że ciało też musi znać swoje miejsce w ustroju.

I właśnie z tego materiału, proszę państwa, pewnego pięknego popołudnia postanowiłyśmy stworzyć modę.

Miałam wtedy, w porywach, lat dziesięć i jako nasienie ze śląskiej, zakurzonej ziemi zostałam wysłana nad morze, na tak zwaną Zieloną Szkołę. Wiadomo: jod, zdrowie, klimat, wychowanie zbiorowe i tajemnicze ośrodki kolonijne, w których zapach pasty do podłogi, mokrych ręczników i zupy mlecznej mieszał się z aromatem polskiej pedagogiki wyjazdowej. Zakwaterowano nas, sześć dziewcząt, w jednym pokoju - był to skład wystarczający do założenia tajnego stowarzyszenia, przeprowadzenia przewrotu politycznego albo urządzenia konkursu piękności.

Wybrałyśmy trzecią opcję.

Tak narodziły się Wybory Miss Papieru Toaletowego.

Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy dorosłej kobiety, która teoretycznie powinna już mieć w sobie jakiś rozsądek, nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, skąd w dziesięcioletnich dziewczynkach wziął się impuls, by się rozebrać i odziać w papier toaletowy. Freud pewnie usiadłby ciężko w fotelu, Jung zapalił fajkę, a współczesny terapeuta zaproponowałby „przyjrzenie się potrzebie ekspresji poprzez materiał deficytowy”. My natomiast po prostu uznałyśmy, że to świetny pomysł.

Oczywiście materiału nie kupiłyśmy, bo po pierwsze: nie miałyśmy pieniędzy, po drugie: nie było gdzie, po trzecie: PRL nie znał pojęcia „szybko dokupić”. Papier został więc pozyskany metodą gospodarczą z okolicznych klozetów korytarzowych. Nie nazwę tego kradzieżą, bo z perspektywy dziecka był to raczej akt redystrybucji zasobów na potrzeby kultury wysokiej.

Zaczęła się gala.

Każda z nas była jednocześnie uczestniczką, jurorką, stylistką, scenografką i publiką. Samowystarczalność instytucjonalna godna małego państwa. Kreacje szeleściły majestatycznie, choć ich trwałość pozostawiała wiele do życzenia. Szary papier układał się na ciele mniej więcej tak, jak betonowa płyta na rabacie różanej, ale nam wydawało się, że ocieramy się o paryskie wybiegi. Tylko że Paryż miał Diora, a my korytarzowy sedes i rolkę zdobyczną.

Nagroda była równie wykwintna jak oprawa konkursu: spory kawałek pieczonej kiełbasy w bułce. Jedna z koleżanek przywiozła ją z domu jako suchy prowiant, co już samo w sobie brzmi jak początek raportu sanepidu. Podróż ze Śląska nad morze trwała wówczas tyle, że człowiek po drodze mógł nie tylko zgłodnieć, ale i przemyśleć sens istnienia, rozpad Układu Warszawskiego oraz własną przyszłość emerytalną. Kiełbasa przejechała tę trasę, potem poleżała dwa dni w pokoju, dojrzewając zapewne do roli biologicznej niespodzianki.

Ale dla nas była trofeum. Nie czekoladowym medalem, nie dyplomem z brokatem, nie voucherem na warsztaty kreatywności. Kawałek kiełbasy w bułce był wtedy niczym królewski diadem spoczywający na aksamitnej poduszce. W imię tej kiełbasy byłyśmy gotowe owijać się papierem, tańczyć, prężyć i znosić upokorzenia artystyczne, które w dzisiejszych czasach mogłyby zostać opisane w doktoracie o performansie dziecięcym w realiach niedoboru.

Zajęłam drugie miejsce.

Do dziś uważam, że mogło być pierwsze, gdyby nie nieprzewidziany sabotaż ze strony łóżka. W konkurencji finałowej należało dziko, ekspresyjnie owinąć się papierem przy akompaniamencie pieśni kolonijnej wykonywanej przez współlokatorki. Wpadłam w trans. Byłam ruchem, emocją, szeleściłam jak manifest wolności osobistej. Niestety podczas jednego z bardziej wyszukanych piruetów potknęłam się o łóżko i część mojej kreacji uległa poważnym zniszczeniom. A wiadomo: kiedy suknia wieczorowa z papieru toaletowego rozpada się w półobrocie, cierpi nie tylko konstrukcja, ale i wyraz artystyczny.

Miss została koleżanka. Kiełbasę wygrała, ale świnią nie była, więc się podzieliła. I tu właśnie zaczyna się drugi akt dramatu, ten, w którym grecki chór powinien wejść na scenę i zaśpiewać: „Nie jedzcie tego, dzieci, bo los już szczerzy kły”.

Zjadłyśmy.

Pazernie, radośnie, bezrefleksyjnie, z ufnością właściwą istotom, które nie wiedzą jeszcze, że jedzenie przechowywane przez dwa dni w kolonijnym pokoju może mieć własne plany wobec układu pokarmowego.

Noc nadeszła ciężka jak wyrok. Kiełbasa postanowiła wrócić do świata żywych. Nie sama, oczywiście. Z honorową eskortą naszych żołądków, jelit, godności osobistej i resztek papierowej mody. W pokoju rozpoczął się armagedon gastryczny. Jedne z nas dostąpiły zaszczytu dopchania się do muszli klozetowej, inne zaprzyjaźniły się z umywalką, a jeszcze inne z dowolnym fragmentem przestrzeni, który akurat nie uciekał. Rzygałyśmy jak koty, choć koty mają w tym jednak więcej elegancji.

Rankiem weszła wychowawczyni.

I zastygła.

To nie był widok dla człowieka o słabej konstrukcji psychicznej. Pokój wyglądał jak miejsce, w którym moda, gastronomia i układ trawienny zawarły pakt samobójczy. Papierowe resztki, pościel po przejściach, sześć bladych dziewczynek o twarzach filozofów po kontakcie z absolutem. Wychowawczyni najpierw chyba próbowała zrozumieć, potem oddychać, a potem wydała polecenie, które do dziś brzmi mi w pamięci jak rozkaz z frontu: Prać! Prać wszystko!

Prałyśmy więc w miskach zapaskudzoną pościel naszymi dziesięcioletnimi rączkami. Było to zadanie z pogranicza survivalu, pokuty i edukacji domowej. Himalaiści mają swoje ośmiotysięczniki, my miałyśmy kolonijne prześcieradła. Oni tracą oddech na wysokości, my - przy miskach.

Z tamtego wyjazdu wyniosłam jedną ważną lekcję: stara kiełbasa i konkursy miss są źródłem kłopotów. Dlatego w późniejszym życiu starałam się unikać jednego i drugiego. Polska, rzecz jasna, straciła niepowtarzalną okazję poznania murowanej kandydatki na Miss Świata, ale trudno. Historia zna większe tragedie, choć zapewne nie wszystkie pachniały starą kiełbasą i paradowały w papierze toaletowym.

Współczesne dzieci mają inne dzieciństwo. Bardziej sterylne, bardziej monitorowane, bardziej sfotografowane. Każdy ich występ ma dokumentację w chmurze, każdy uśmiech trafia do galerii, a każdy problem można nazwać, opisać i skonsultować. My mieliśmy podwórko, niedobór, instynkt samozachowawczy w wersji testowej i dorosłych, którzy często dowiadywali się o naszych przedsięwzięciach dopiero wtedy, gdy trzeba było coś wyprać, odkazić albo ukryć przed kierownikiem kolonii.

Nie twierdzę, że było lepiej. To byłoby zbyt łatwe i zbyt sentymentalne. PRL nie był krainą beztroski, tylko rzeczywistością, która dzieciom również potrafiła przyprawić gębę dorosłości szybciej, niż powinno się to dziać. Ale jednego odmówić nam nie można: umieliśmy z niczego zrobić wydarzenie. Z braku - spektakl. Z papieru toaletowego - suknię. Z podejrzanej kiełbasy - wspomnienie na całe życie.

Jeżeli więc jacyś rodzice martwią się, że mają dziwne dziecko, niech odetchną. Dziwność bywa po prostu młodocianą odmianą wyobraźni. Czasem owija się w papier toaletowy, czasem organizuje konkurs piękności o kiełbasę, czasem kończy nocą przy muszli klozetowej, ale zazwyczaj jakoś z tego wyrasta.

Ze mnie wyrosła kobieta w miarę ogarnięta. A przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że nieświeżej kiełbasy nie należy jeść, papier toaletowy ma zastosowanie raczej użytkowe niż wieczorowe, a dzieciństwo - nawet to szare, chropowate i reglamentowane - potrafi po latach zaszeleścić w pamięci jak najdziwniejsza suknia świata ;)