Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2026

Włosy ujędrnione, mózg rozrzedzony, czyli raport z niżowego frontu...

Koleżanka z pracy, tonem właściwym dla komunikatów o zagrożeniu meteorologicznym, oznajmiła mi, że dziś nad całym krajem rozlało się potężne niskie ciśnienie, i w tym momencie wszystko stało się boleśnie zrozumiałe, bo nagle zyskałam naukowe wyjaśnienie faktu, że od rana funkcjonuję jak istota, której ktoś zamiast mózgu zainstalował w czaszce wór trocin, po czym dla lepszego efektu zaczął tym wszystkim energicznie potrząsać.

Jako niskociśnieniowiec nie tyle reaguję na niż, ile zamieniam się w żywy eksperyment atmosferyczny, a że od lat podejrzewam, iż w środku głowy mam nie tyle centrum dowodzenia, ile legendarny sznurek podtrzymujący uszy, to przy takich warunkach pogodowych pozostaje mi wyłącznie modlić się, żeby konstrukcja nośna wytrzymała do wieczora i żaden element nie odpadł przy gwałtowniejszym skręcie szyi.

Katastrofa rozpoczęła się wcześnie i z przytupem godnym dnia, który najwyraźniej od świtu planował mnie skompromitować.

W łazience, działając na porannym autopilocie, myłam włosy z przekonaniem, że wszystko przebiega zgodnie z procedurą, dopóki nie dotarło do mnie, że coś tu nie gra, bo zapach jest dziwnie mało „włosowy”, konsystencja jakby z działu „ujędrnianie i walka z grawitacją”, a całość daje efekt, który sugeruje raczej pielęgnację ud niż fryzury; kiedy spojrzałam na opakowanie, okazało się, że z pełnym zaangażowaniem zafundowałam sobie mycie głowy balsamem ujędrniającym do ciała, co samo w sobie jest osiągnięciem, choć trudno powiedzieć, w jakiej dyscyplinie. Na szczęście zorientowałam się w porę, zanim przeszłam do suszenia, bo mogłabym wyjść z domu z fryzurą przypominającą polakierowany hełm i miną kobiety, która sama sobie zrobiła zabieg „lifting objętościowy” preparatem do pośladków.

Naturalnie ta kosmetyczna innowacja wprowadziła lekkie opóźnienie w porannym harmonogramie, czyli w moim prywatnym projekcie logistycznym pod tytułem „dotrzeć do pracy i nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania”.

Z łazienki przemieściłam się do kuchni, kierowana jedyną myślą, która o tej porze ma we mnie jakąkolwiek moc sprawczą, mianowicie kawą, a dokładniej kawą z mlekiem; rozpoczęłam więc poszukiwania mleka, znalazłam kartonik i przez ułamek sekundy poczułam triumf, po czym zrozumiałam, że trzymam w ręku pustą atrapę, dowód nocnego rabunku dokonanego przez domowego Misia płci męskiej, który nie tylko wyżarł zapasy, ale nawet nie zdobył się na minimalną przyzwoitość w postaci ukrycia zwłok po produkcie. Kartonik stał na widoku jak eksponat na wystawie: „Tu było mleko. Powodzenia dalej”.

Po tej scenie, uzbrojona w szczątkową kofeinę i malejące zasoby cierpliwości, przystąpiłam do finału przygotowań: kurtka, berecik, torba, wszystko w porządku, aż do momentu, w którym okazało się, że rękawiczki zniknęły z powierzchni ziemi, a ja rozpoczęłam klasyczny taniec desperacji po przedpokoju, sprawdzając kieszenie, półki, torbę, drugą torbę, kieszenie ponownie, a zapewne także miejsca, w których rękawiczki z definicji nie bywają, ponieważ czas gonił, rozsądek się ulatniał, a wyjście bez nich stawało się smutną koniecznością.

Opuściłam więc mieszkanie bez rękawiczek, za to w berecie założonym nie tylko z powodów termicznych, lecz przede wszystkim konstrukcyjnych, bo jeśli sznurek pełniący dziś funkcję układu nerwowego miałby jednak odmówić współpracy, to przynajmniej uszy pozostaną zabezpieczone i nie będzie trzeba ich potem szukać pod szafką na buty.

Do pracy dotarłam, zdjęłam beret i wtedy los, który najwyraźniej od rana prowadził ze mną bardzo osobistą grę, postanowił dorzucić kolejny żeton, ponieważ na dnie beretu leżały moje zaginione rękawiczki — starannie przeze mnie ukryte, skutecznie zabezpieczone i przez cały czas transportowane w sposób, którego nie przewidział żaden producent odzieży zimowej. Trudno o bardziej kompletną porażkę organizacyjną niż wielominutowe poszukiwanie rzeczy, którą człowiek dosłownie nosi na głowie, ale trzeba przyznać, że kreatywność nadal mam imponującą, nawet jeśli używam jej wyłącznie przeciwko sobie.

W tym miejscu dopadła mnie refleksja, że mijające lata, stres, tempo pracy i ogólna intensywność codzienności najwyraźniej przyspieszyły proces zużycia zasobów poznawczych, a mój mózg, zamiast walczyć, przeszedł w tryb energooszczędny i ograniczył funkcjonalność do podstawowego pakietu: oddychanie, przemieszczanie się, sporadyczne mruganie. O samej pracy wolę się nie rozpisywać, bo wystarczająco wiele materiału kompromitującego dostarczyłam jeszcze przed pierwszą kawą, a przecież człowiek powinien jednak zostawić sobie margines godności na drugą połowę dnia.

Kiedy wreszcie wyszłam z roboty, zmęczona, lecz karmiona naiwną nadzieją, że limit atrakcji został wyczerpany, podeszłam do samochodu, nacisnęłam pilot i usłyszałam niepokojące „pstryk, pstryk”, które brzmiało raczej jak komentarz niż reakcja zamka; ponowiłam próbę, samochód odpowiedział podobnie złośliwie, drzwi pozostały zamknięte, więc zaczęłam szarpać klamkę z rosnącym przekonaniem, że dzisiejszy scenariusz przewiduje także bunt własnego mienia. Właśnie wtedy zza pleców rozległo się rozbawione, ale jednak alarmujące: „Kobieto, włamujesz się do mojego auta!”, i okazało się, że rzeczywiście usiłuję sforsować samochód koleżanki, która ma identyczny model i ten sam kolor, a mój stoi kawałek dalej, jak zwykle tam, gdzie powinien, tylko dzisiaj mój system rozpoznawania rzeczywistości pracował na wersji demonstracyjnej.

Do domu wróciłam zdeterminowana przynajmniej tym, że czeka mnie gotowy obiad, bo w niedzielę, kierowana rzadkim przypływem przezorności, ugotowałam zapas zupy krem z rozmaitości i byłam z siebie tak dumna, jakby chodziło o strategiczne rezerwy państwowe. Wyjęłam garnek, nalałam porcję do mniejszego garnuszka, postawiłam na kuchence, by podgrzać, przygotowałam dodatki z rozmachem osoby, która mimo wszystko nie rezygnuje z cywilizacyjnych standardów: odrobinę tartego żółtego sera, małą grzankę, plaster szynki parmeńskiej, czyli zestaw skromny, ale podany z godnością.

Po kilku minutach zupa była gotowa, a ja usiadłam z poczuciem, że los wreszcie oddaje mi drobny dług, nabrałam pierwszą łyżkę, włożyłam do ust i w tej samej sekundzie zrozumiałam, że nawet tutaj wszechświat postanowił dopisać puentę, ponieważ zupa okazała się… gazowana. Nie metaforycznie, nie „dziwnie smakuje”, tylko autentycznie, musująco, biologicznie aktywnie gazowana, jakby w lodówce otworzyła własny zakład fermentacyjny i właśnie wchodziła na rynek z linią kremów premium z bąbelkami. Cała moja wizja ciepłego, domowego, bezpiecznego obiadu rozpadła się spektakularnie przy pierwszym kęsie, a ja zostałam z pytaniem, czy gar faktycznie stał w lodówce, czy może tylko przez chwilę koło niej przechodził i potem spędził pół doby w warunkach, które mikroorganizmom wydają się rajem all inclusive. Na pocieszenie została mi kromka chleba z plastrem szynki i startym żółtym serem, czyli posiłek może mało efektowny, ale przynajmniej pozbawiony ambicji enologicznych.

Ponieważ dzień jeszcze trwał, a ja coraz wyraźniej przeczuwałam, że dalsza aktywność mogłaby skończyć się wyrzuceniem brudnych ubrań do klozetu zamiast do pralki — co, niestety, nie jest wyłącznie figurą retoryczną, lecz wspomnieniem z archiwum moich osiągnięć — podjęłam jedyną rozsądną decyzję i zaległam na kanapie w trybie awaryjnym, ograniczając ruch do minimum i unikając wszelkich działań wymagających koordynacji, osądu albo kontaktu z przedmiotami, które da się pomylić z czymkolwiek. Istnieje bowiem realne ryzyko, że przy dalszym obciążaniu systemu zaatakują mnie bambosze, rybiki cukrowe przejmą zarządzanie mieszkaniem i wyrzucą mnie z domu, a ja jeszcze im za to podziękuję.

Dlatego na dziś ogłaszam kontrolowaną kapitulację i apeluję do sił wyższych, meteorologii oraz własnej anatomii: trociny proszę o opuszczenie głowy, sznurek — o utrzymanie właściwego naprężenia, uszy — o trzymanie pozycji, a ciśnienie atmosferyczne uprasza się o szybki powrót do normy, zanim zacznę myć zęby kremem do rąk, rozmrażać pilot w piekarniku i z pełnym przekonaniem parkować w cudzym garażu.

środa, 18 lutego 2026

Porządek zbawi świat, czyli jak nie zostać świętą od fug...

Była kiedyś taka postać medialna – ukochana przez miliony – która jednym uśmiechem potrafiła sprawić, że człowiek dostawał wyrzutów sumienia, bo dziś nie wypolerował kranu na poziom: blask brylantu. Perfekcyjna Pani Domu miała rady na wszystko  caluśki pakiet: jak żyć, jak szorować, jak oddychać między jedną ściereczką a drugą. Program już sobie dawno odleżał swoje w archiwach, ale internet jest jak szuflada „przyda się” – nic nie ginie. I właśnie tak na to trafiłam: na pakiet jej „najlepszych” porad, wyciągnięty z odmętów sieci i podany jak ponadczasowa instrukcja obsługi kobiety domowej.

No i zrobiłam to, co zawsze robię: zamiast przejść obok i oszczędzić sobie rozkmin, postanowiłam się temu przyjrzeć bliżej. Oczywiście z przymrużeniem oka – nie jednego, a dwóch. Bo ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby w domu było czysto. Ja mam coś przeciwko temu, żeby czystość stała się formą moralności. Żeby kurz na półce oznaczał upadek cywilizacji, a zlew bez połysku był sygnałem, że kobieta nie stanęła na wysokości zadania.

W tym pakiecie znalazłam filozofię, która brzmi pięknie, dopóki nie wstaniesz z kanapy i nie spojrzysz na swoją kuchnię. Zasada jest prosta: w domu powinny być tylko rzeczy piękne, pożyteczne albo pamiątkowe. Pamiątkowe najlepiej zamknąć w pudełku wspomnień – koniecznie zrobionym samemu, bo dopiero własnoręcznie sklejona tektura nadaje życiu sens, a najlepiej jeszcze, jak klej zwiąże razem z twoją godnością. Tylko ja mam pytanie praktyczne: mam stanąć nad każdą butelką płynu do WC i rozważać, czy ona jest piękna? Bo pożyteczna to ona jest, owszem, ale czy pożyteczność liczy się wtedy, gdy jednocześnie psuje estetykę? A może powinnam ją ozdobić wstążką, żeby przeszła do kategorii „piękne”? Czy proszek do prania jest pamiątkowy, jeśli pamiętam, jak go kupiłam na promocji w 2025 i wtedy było mi trochę lepiej? Widzę to jasno: wyciągam wszystko z szafek, oglądam, klasyfikuję, wzruszam się nad otwieraczem do puszek, bo jest „pamiątkowy” (przetrwał ze mną trzy przeprowadzki i kilka diet), po czym odkładam… i mam bałagan większy niż był. Tylko teraz bałagan jest „świadomy”. A pudełko wspomnień? Oczywiście już biegnę w podskokach. Najpierw zrobię jedno, potem drugie na rzeczy, które nie zmieszczą się do pierwszego, a potem trzecie na wyrzuty sumienia, że w ogóle powstały dwa pierwsze.

Kolejna wjeżdża metoda, którą ja nazywam „sprzątanie rozproszone, czyli cierpienie w ratach”: sześć razy w tygodniu po piętnaście minut zamiast raz w tygodniu przez kilka godzin. I to jest ten moment, kiedy matematyka staje się moim największym wrogiem, bo sześć razy piętnaście to dziewięćdziesiąt minut, czyli półtorej godziny. Nie wiem jak inni, ale ja w półtorej godziny całej chaty porządnie nie ogarnę, chyba że mój dom składa się z jednego krzesła i poczucia winy. A te piętnaście minut to najgorsza jednostka czasu na sprzątanie: za krótko, żeby zrobić porządek, za długo, żeby udawać, że to nic takiego. Ja wolę raz w tygodniu oddać się tej fascynującej czynności z rozmachem: ponarzekać, pojęczeć, poodkurzać z pasją i poczuć tę błogą ciszę po, kiedy człowiek pada na kanapę i mówi: „dobrze, dziś wygrałam z chaosem”. A nie psuć sobie cały tydzień takim kwadransowym popierdywaniem.

Ale prawdziwe złoto zaczyna się tam, gdzie sprzątanie wchodzi w małżeństwo, wchodzi na poziom sakramentu. Weźmy szklanki i kufle do piwa. Tylko ciepła woda. Żadnego płynu do naczyń. Zmywarka? Niech was wszelka moc broni! Bo szkło może się porysować albo potłuc przy wkładaniu i wyciąganiu – dramat, tragedia, klęska narodu. Płyn hamuje powstawanie pianki, a pianka jest przecież fundamentem związku. Mąż z pewnością się z nami rozwiedzie, jeśli popełnimy taką gafę. Mój już parę razy straszył mnie rozwodem, bo niechcący umyłam kufle płynem i – uwaga – za bardzo je wypolerowałam. Zbyt śliska powierzchnia działa niekorzystnie na powstawanie odpowiedniej pianki. Czyli nawet szkło musi mieć tarcie, żeby miłość się pieniła jak należy. Piękne. Wzruszające. Prawie jak „Listy do M.”, tylko z domieszką płynu Ludwik.

Potem jest sugestia, że sprzątanie to przyjemność. Szczególnie wtedy, kiedy wracasz z imprezy. Podobno nie powinnaś odmawiać sobie chwili relaksu przed snem i… posprzątać łazienkę. Bo osady z wody, bo mydło, bo powierzchnie narażone, bo odpowiednie produkty czekają w kątku. Kochaniutkie, ja zawsze, jak wracam ściaprana z przyjęcia, to pierwsze kroki kieruję do łazienki. W trakcie załatwiania potrzeby fizjologicznej poleruję zlew i podłogę – na tyle, na ile mogę sięgnąć siedząc na muszli. Podczas szybkiego prysznica poleruję kabinę, wykorzystując naturalne materiały – może być pupa – bo przy okazji trenuję mięśnie pośladkowe i ud. Wychodząc, wnikliwie przyglądam się fugom; jeśli zauważę choć cień brudu, natychmiast go usuwam. Nie zasnę, dopóki cichutko nie zetrę mopem podłogi. I wtedy dopiero mogę spać. W białych rękawiczkach. Z lęku. Bo prawdziwa przyjemność to jest, jak człowiek po imprezie zamiast wspomnień ma wypolerowane fugi i moralną satysfakcję, że nie pozwolił, aby woda zostawiła ślad.

No i deski do krojenia – temat, który niby jest o higienie, ale kończy się zakupami jak w programie o budżecie państwa. Nie wolno używać jednej deski do różnych produktów, bo bakterie się „wymieszają”. Rozwiązanie? Kup trzy deski. Koniecznie w różnych kolorach. Czerwoną do mięsa, zieloną do warzyw i niebieską do innych produktów, czyli do wszystkiego, czego nie umiesz zakwalifikować, bo zasada 3xP już spaliła ci procesor. Ja oczywiście mam tyle desek, że mogłabym otworzyć muzeum deskarstwa. Z każdego koloru po trzy sztuki, do tego inne kolory, bo deski są fantastyczną ozdobą w kuchni. W wolnych chwilach je pucuję, bo nic tak nie dodaje blasku prawdziwej pani domu jak wypolerowane deski do krojenia w kolorach tęczy. Ładnie kontrastują z moim nieskazitelnie białym fartuszkiem, który zakładam na czas sprzątania, żeby sąsiedzi wiedzieli, że u mnie higiena ma certyfikat, a bakterie zgłaszają się na audyt.

I na koniec ta scena, która jest czystą poezją: odkurzanie w obcasach. W białej spódnicy. Z uśmiechem. I z olejkiem eterycznym wlanym do worka odkurzacza, żeby w mieszkaniu unosił się przyjemny zapach. Nie wiem jak wy, moje Drogie, ale ja każdego dnia dbam o to, aby mój odkurzacz emitował inny aromat – dziś będzie „Dzika Afryka”. Gdy mój mężczyzna wróci z pracy, uderzy go fala egzotyki już od progu, a ja – w obcasach, przebrana za szamankę z plemienia Ubululu – rzucę się na niego, by odkurzaczem czyścić jego ubranie z plam, zanim je wypiorę. Potem podam mu zimne piwo w kuflu umytym tylko wodą, żeby piana była perfekcyjna. A na deser pokażę mu pudełko wspomnień, w którym poukładałam pamiątkowe przedmioty: paragon z 2012, guzik nie wiadomo z czego i resztki mojej wolnej woli po wiosennych porządkach.

Teraz zupełnie poważnie: czy to ma jakikolwiek sens, żeby się w tym zatracać? Bo sprzątanie ma sens. To jest po prostu czynność, którą trzeba wykonać, żeby robaki się nie przyprowadziły i żeby człowiek nie żył w smutku, kiedy szuka skarpetki w warstwie kurzu z zeszłego miesiąca. Porządek uspokaja głowę, a jak wszystko lśni, to przez chwilę czujesz się jak dorosła osoba, która panuje nad swoim życiem. Tylko że w pewnym momencie ta perfekcja zaczyna zjadać życie. Zamiast robić porządek w domu, zaczynasz robić porządek w głowie, ale w ten najgorszy sposób: przez kontrolę nad fugą. Jakby brud nie był brudem, tylko dowodem na twoją niewydolność emocjonalną. Jakby kurz na półce oznaczał, że zawiodłaś jako człowiek, a nie że po prostu masz inne rzeczy do roboty niż polerowanie klamek do poziomu lustra w windzie.

Wiem, że nigdy nie zostanę perfekcyjną panią domu. Może jestem leniem, może jestem normalna, może nie mam genu odpowiedzialnego za poświęcanie każdej wolnej chwili sprzątaniu. I przyznaję: czasami chciałabym na chwilę stać się Sprzątającą Turbobabą – miło byłoby popatrzeć, jak wszystko lśni, jakby w mieszkaniu zamieszkał Photoshop. Ale nie rozumiem, jak można kochać sprzątanie. Dla mnie to zwykłe czynności, które trzeba zrobić – nie religia, nie filozofia, nie test na moralną wartość kobiety. U mnie test białej rękawiczki oblany. Za to test człowieczeństwa zdany: pamiętam, że dom ma służyć ludziom, a nie ludzie domowi. I że życie jest trochę za krótkie, żeby po imprezie robić rekolekcje z płynu do naczyń.

A jeśli kiedyś znów wpadnę na archiwalne porady perfekcji, to pewnie znowu je przeczytam. Znowu się pośmieję. I znowu na chwilę spojrzę na zlew z myślą: „może by tak…”. Po czym zrobię to, co zawsze: umyję go normalnie. Bez kultu. Bez obcasów. I bez poczucia, że właśnie uratowałam cywilizację.

środa, 4 lutego 2026

Matka Polka, czyli jak zostać dyktatorem w kapciach...

Bywają w życiu role, które człowiek przyjmuje z godnością: kierowca w korku, klient w urzędzie, petent w kolejce po sens istnienia. I jest też rola Matki Polki. Rola tak potężna, że mogłaby mieć własną rubrykę w dowodzie osobistym. Nie „mam dziecko”, tylko: sprawuję władzę. Nie „urodziłam”, tylko: zostałam namaszczona. I to namaszczenie potrafi robić z mózgiem rzeczy, przy których instrukcja obsługi miksera wygląda jak literatura piękna.

Uprzedzam: nie każda matka przechodzi metamorfozę w stronę „Wielkiego Inkwizytora Drzemki”. Wiele kobiet zostaje przy zdrowych zmysłach, nie zmienia się im osobowość w mobilny regulamin BHP, nie wyrasta im trzecie oko do skanowania otoczenia pod kątem zagrożeń typu: łyżeczka dotknęła talerza i wygenerowała hałas. Są matki normalne: śmieją się, oddychają, mają zdanie, a nie tylko listę zakazów. Ale są też te drugie – matki, które rodzą dziecko i razem z nim na świat przychodzą: święta cisza, święty spokój oraz święta racja Matki.

Miałam okazję obcować z Matką Polką terrorystką. Na wyposażeniu: niemowlę w wieku „jeszcze nie mówi, ale już rządzi” oraz mina, którą dałoby się kroić w plastry i sprzedawać jako przysmak dla wampirów. Dziecko kilkumiesięczne, a z psychologii manipulacji mogłoby prowadzić szkolenia dla zarządu. Taki mały człowiek, a już potrafi uruchamiać w rodzicach najstarszą technikę świata: szantaż emocjonalny. W wersji premium, bo z płaczem, bez argumentów i bez trybu odwoławczego.

I teraz pewnie ktoś uniesie brew: „Co ty możesz wiedzieć o macierzyństwie, skoro nie masz dzieci?”. Otóż tyle, ile wie każdy, kto stał kiedyś obok: żeby zauważyć absurd, nie trzeba być pilotem – wystarczy widzieć, że samolot leci do góry nogami, bo kapitan ma „własne metody”. Zresztą, logika jest jak pogoda: nie musisz jej produkować, żeby zauważyć, że nagle spadł grad.

Matka terrorystka miała żądania. Nie prośby. Żądania. Najważniejsze: cisza absolutna, bo Dzidzia śpi. Cisza taka, jakbyśmy przenieśli się do muzeum, gdzie eksponatem jest drzemka, a przewodnikiem – groźne spojrzenie. Nagle człowiek odkrywa, że widelec może być narzędziem zbrodni, a talerz – instrumentem perkusyjnym wymagającym natychmiastowej konfiskaty. Śniadanie zamienia się w balet pantomimy: każdy ruch sztućcem trzeba konsultować z sumieniem.

Tymczasem świat – ten bezczelny, głośny i najwyraźniej nieprzystosowany do drzemek – ma w zwyczaju… istnieć. A istniejąc, wydaje dźwięki. Dziecko prędzej czy później spotka autobus, klakson, wiertarkę sąsiada, psa, który uważa, że jego misją jest komentowanie wszystkiego, i ludzi, którzy śmieją się bez konsultacji z Matką. Jeśli niemowlę ma wejść w życie, to chyba lepiej, żeby poznało decybele wcześniej niż w wieku lat piętnastu, kiedy na pierwszej imprezie szkolnej dozna olśnienia i zrozumie, że świat nie został zaprojektowany przez dział „Rodzicielstwo i Lęk”.

Najbardziej wzruszający w tej operze jest jednak małżonek. Biedny Tatuś – człowiek, który jeszcze niedawno mógł mieć imię, hobby i godność. Teraz jest głównie funkcją. Jak czajnik: ma być, stać, działać, nie pytać. Na każde skinienie Matki Polki powinien pozostawać w pełnej gotowości bojowej, najlepiej w pozycji „na baczność, z chusteczką”. Staje się osobistym lokajem Jej Wysokości i małego księcia, który jeszcze nie umie chodzić, ale już wie, że wystarczy odpowiednio modulować płacz, a dwór się zbiegnie.

A tu robi się jeszcze ciekawiej, bo Matka terrorystka ma teorię o tatusiach: tatuś się nie nadaje do usypiania. Nie zrozumcie mnie źle – nie że ma dwie lewe ręce. Po prostu jego istnienie nie ma certyfikatu. Tylko Ona, Matka przez wielkie M, potrafi „odpowiedzialnie” ululać dziecko. Ona ma ręce, w których jest tajemna moc, jakby karmiła nie mlekiem, tylko magią. A jednocześnie potrafi z wyrzutem powiedzieć: „Ty się w ogóle nie interesujesz dzieckiem”. Czyli: masz być obecny, ale tak, żeby nie przeszkadzać. Masz działać, ale nie po swojemu. Masz pomagać, ale w sposób niewidoczny, cichy i najlepiej telepatyczny.

To jest to słynne koło absurdu: oboje biegają jak chomiki, tylko że chomiki mają kołowrotek, a tu jest niemowlę dyrygujące za pomocą płaczu. Jasne: dziecko wywraca świat do góry nogami. Pytanie brzmi, czy dorośli muszą udawać, że to nowa konstytucja i nie ma od niej odstępstw.

Jest jeszcze jedna rzecz, której Matka terrorystka nie widzi: w jej narracji wszystko jest usprawiedliwione. Każdy zakaz to „dla dobra dziecka”, każda kontrola to „troska”, każda groźna mina to „zmęczenie”. A słowa „bo ja jestem matką” działają jak immunitet – społeczny i absolutny.

Tymczasem ktoś kiedyś mądrze powiedział (i to jest jedna z tych mądrości, które mają więcej sensu niż cała literatura poradnikowa): w wychowaniu dziecka trzeba czasem być nastawionym na siebie. Trzeba mieć kawałek życia, który nie jest listą zadań, drzemek i temperatur mleka. Trzeba mieć przyjemności, rozmowy, spacery bez liczenia pieluch, chwilę, w której jesteś człowiekiem, a nie robotem do obsługi potrzeb. Bo inaczej dziecko rośnie w domu pełnym frustracji, a rodzice zamieniają się w maszynę: działa, ale nie żyje. I wtedy – zupełnie zgodnie z prawami psychologii i dojrzewania – nastolatek pewnego dnia weźmie ten cały „poświęcony trud” i odda go rodzicom w formie komentarza. Pięknego, kwiecistego, niecenzuralnego. Takiego, po którym matka może poczuć, że cisza absolutna była jednak luksusem.

Może więc – zanim mózg zamieni się w papkę podporządkowaną dziecku, zanim w domu wprowadzi się stan wyjątkowy i zakaz używania widelców – warto sobie zadać proste pytanie: czy ja wychowuję dziecko, czy dziecko tresuje mnie? Czy moje macierzyństwo jest relacją, czy systemem politycznym? Czy w tym domu można się śmiać, czy śmiech budzi Dzidziusia? Czy mój partner jest człowiekiem, czy dodatkiem do wózka?

Bo Matka Polka nie musi być terrorystką. Może być kobietą, która ma dziecko – i nadal ma siebie. Może dbać o malucha i jednocześnie nie robić z otoczenia muzeum ciszy. Może pozwolić tatusiowi być ojcem, a nie pomocnikiem do zadań pobocznych. Może zaakceptować, że świat jest głośny, a dziecko nie jest porcelanową figurką, tylko człowiekiem w miniaturze, który musi nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, nie pod kloszem.

A jeśli mimo wszystko ktoś bardzo pragnie ciszy absolutnej… polecam bibliotekę. Albo klasztor. Cisza absolutna bywa piękna. Tylko że w rodzinie zwykle oznacza, że wszyscy już chodzą na palcach – i nikt nie wie po co.

środa, 14 stycznia 2026

Taniec brzucha i zemsta pośladków, czyli jak nie zostać kijem od szczotki...

Która z nas choć raz nie spojrzała w lustro i nie pomyślała: „O, losie, gdyby tak w pakiecie dołożono jeszcze brazylijskie pośladki – najlepiej bez rat, bez wyrzeczeń i bez konieczności rezygnowania z makaronu”? No właśnie. Ja też. I to ostatnio z takim przekonaniem, jakbym miała do nich moralne prawo wynikające z samego faktu bycia kobietą i posiadania… no… pośladków w wersji podstawowej.

Wiedziona naturalną dla mnie skłonnością do rzeczy „nie do końca normalnych” (czytaj: podejrzanie entuzjastycznych pomysłów, które kończą się zakwasami egzystencjalnymi), odkryłam miejsce o wdzięcznej nazwie Studio Tańca i Ruchu. A tam – proszę państwa – rozpiętość zajęć taka, że człowiek zaczyna wierzyć, iż można zostać jednocześnie syreną, tancerką, amazonką i sprężyną do materaca.

Ponieważ w mojej głowie od dawna funkcjonuje romantyczna wizja mnie jako „sexy woman” (w rzeczywistości: „sexy woman po schodach, ale tylko do drugiego piętra”), zapisałam się na taniec brzucha. Spokojnie, do pośladków dojdziemy – ja też lubię, kiedy fabuła ma dramaturgię.

Weszłam na salę i… zobaczyłam instruktorkę. Kobietę, która poruszała się tak, jakby grawitacja istniała wyłącznie dla ludzi bez talentu. Zalotnie wiła się w rytm muzyki, a ja – choć hetero, stabilna emocjonalnie i generalnie odporna na czary – poczułam, jak mi przysłowiowa kopara opada. Tak bardzo, że przez chwilę miałam wrażenie, iż jelito grube po raz pierwszy ujrzy świat od strony otworu gębowego.

Była moc. Taka moc, że kolana mi zmiękły, serce przyspieszyło, a mózg wysłał do ciała krótką instrukcję: „naśladuj, ale godnie”. Tyle że moje ciało odpowiedziało: „nie rozumiem polecenia, przechodzę w tryb kija od szczotki”.

Kręgosłup usztywnił mi się tak skutecznie, że gdyby ktoś mnie wyniósł na balkon, mogłabym robić za maszt. I doprawdy, tylko solidne trzepnięcie łopatą w grzbiet mogłoby mu przypomnieć, że poza udawaniem drąga potrafi się też wyginać w różne strony.

Ale bez nerwów. Postanowiłam wyluzować i poddać się przeznaczeniu, jak przystało na kobietę, która wierzy w znaki, horoskopy i to, że „od poniedziałku” naprawdę coś zmieni. Podobno dostrzeżono talent – tak przynajmniej stwierdziła pani wijąca się i pochwaliła mnie. W tej samej sekundzie zobaczyłam w wyobraźni alternatywną ścieżkę kariery: gdyby mnie kiedyś wywalili z roboty, to może nie umrę z głodu, nie będę musiała zgłębiać technik segregacji śmieci w osiedlowych śmietnikach, tylko zostanę… artystką ruchu. Brzucha. Bioder. Życia.

Taniec brzucha rozbudził we mnie apetyty na ciało „wyrywające z butów”. Mało mi było – a jak mi mało, to wiadomo, że nie skończy się na „rozsądnie”. Dlatego poszłam na zajęcia o obiecującej nazwie: „Brazylijskie pośladki”.

O ja durna. O ja naiwna. O ja, co uwierzyłam w marketing.

Myślałam, że pomacham trochę tyłkiem w rytm samby, zrobię dwa uśmiechy, trzy obroty, a po miesiącu moje pośladki będą miały własny kod pocztowy, konto na Instagramie i kontrakt reklamowy na bieliznę. W głowie grała mi brazylijska muzyka, w sercu – karnawał, a na twarzy już ćwiczyłam banana.

Tymczasem okazało się, że „brazylijskie pośladki” to nie jest zajęcie. To jest próba charakteru, test wiary, msza pokutna i Armagedon w legginsach. Chodziłam na różne fitnessy i znam ten moment, kiedy człowiek mówi „już nie mogę”, a instruktorka odpowiada „to jeszcze osiem”. Ale czegoś takiego nie przeżyłam nigdy.

Moja dupa chyba po raz pierwszy w życiu dowiedziała się, jak wstrętną ma właścicielkę – skoro dopuściła do takiej masakry i jeszcze za to zapłaciła. W dodatku z uśmiechem. Bo uśmiechałam się. Wiecie, jak to jest: człowiek się uśmiecha, żeby nie było widać, że w środku właśnie dogorywa.

Następnego dnia nie byłam w stanie usiąść na muszli klozetowej. I nie mówię tego w przenośni. To była operacja logistyczna, wymagająca strategii, planu awaryjnego oraz minimalnie trzech punktów podparcia. Poruszanie się? Poruszanie się było jak film wojenny, tylko bez muzyki i z większą ilością jęków.

Poznałam ból życia. Zagryzając wargi do krwi (dobrze, może nie do krwi, ale do tej czerwieni, która już nosi znamiona dramatu), musiałam przekonać swój organizm, że chodzenie jest podstawową czynnością dnia codziennego i zwolnienia lekarskiego na „obolały zad” nikt mi nie da, choć to przecież przypadłość równie realna jak złamane serce i brak Wi-Fi.

Nigdy nie przeżyłam tygodniowej orgii seksualnej z udziałem pułku żołnierzy piechoty morskiej, ale czuję się tak, jakbym przeżyła. I to bez benefitów, bez romantyzmu, za to z bólem przy wstawaniu, śmianiu się i myśleniu o schodach.

A mimo wszystko… nie poddaję się. Dzielnie walczę o powrót do stanu używalności. Bo w człowieku jest coś masochistycznie pięknego: im bardziej boli, tym bardziej chce udowodnić, że „następnym razem będzie lepiej” (spoiler: nie będzie, ale będę bardziej dumna).

Jak zaliczę parę takich zajęć, to… no dobrze, nie będę się chwalić. Powiem tylko tyle, że karnawał w Rio z moim udziałem może dostać nową kategorię: „Wydarzenie o znaczeniu kulturowym i pośladkowym”. A moje biodra – jeśli przeżyją – zostaną wpisane na listę dziedzictwa niematerialnego.

Tyle możliwości zarobkowania stanęło przede mną otworem, że aż mnie mniej tyłek boli. Bo jak człowiek cierpi z perspektywą sukcesu, to cierpi… bardziej z klasą. I tego się trzymam ;)

środa, 7 stycznia 2026

Kiedy ciocia dostaje doktorat z implantów, czyli dekolt pod nadzorem społecznym...

Powiększanie piersi — temat, który potrafi rozpalić ludzi bardziej niż podwyżki, dieta pudełkowa i to, że ktoś nie wstawił „❤️” pod zdjęciem. Jedna powie: „w końcu!”, druga: „nigdy w życiu”, a trzecia i tak usłyszy od otoczenia, co powinna — bo nic tak nie jednoczy społeczeństwa jak poczucie, że ma prawo do cudzej klatki piersiowej.

I od razu wyjaśnienie w temacie biuściastym: żadnej operacji powiększania ani zmniejszania piersi nie miałam i mieć nie zamierzam. Napisałam o tym tylko dlatego, że nawiedziła mnie taka ochota. Tak, czasem to wystarczy. Nie wszystko musi być projektem badawczym ani publiczną spowiedzią. To felieton — czyli gatunek, w którym człowiek legalnie może wsadzić kij w mrowisko, popatrzeć jak mrówki biegną, i pójść zrobić herbatę.

Wróćmy do wyposażenia klatki piersiowej...

Plusy? Są. I to takie, które widać nie tylko w staniku.

Po pierwsze: ubrania przestają być wrogim środowiskiem. Sukienka nie udaje już zasłony w oknie, a T-shirt nie robi z ciebie wersji demonstracyjnej człowieka. Dekolt przestaje być „niewiadomą” i staje się decyzją. I jest coś ujmującego w tym, że kobieta patrzy w lustro i zamiast negocjować z własnym odbiciem jak z trudnym klientem, po prostu myśli: „O, to ja”.

Po drugie: pewność siebie. Czasem włącza się jak światło po remoncie — nagle działa, a ty się dziwisz, że wcześniej siedziałaś w półmroku. Bo to nie zawsze jest o „większe jest lepsze”, tylko o tym, żeby wreszcie przestać mieć w głowie ten cichy, upierdliwy głosik: „może gdyby…”. Niektórym zabieg zamyka temat, który latami kręcił się jak piosenka w galerii handlowej — niby jej nie słuchasz, a jednak doprowadza do szału.

Minusy? O, proszę.

Po pierwsze: portfel. Po zabiegu wygląda jak po gwałtownym romansie z ratami. Klinika mówi „inwestycja”, ty mówisz „oho”, a konto mówi „żegnajcie, wakacje”. Po drugie: rekonwalescencja, czyli etap „delikatnie, spokojnie, nie szalej, oddychaj z umiarem”. Człowiek nagle odkrywa, ile w życiu jest ruchów, które robił bezmyślnie — a teraz wykonuje je jak saper na polu minowym. Spanie na brzuchu trafia do działu „legendy i opowieści dziadków”, sport przechodzi na tryb „negocjacje z grawitacją”, a biustonosz staje się projektem logistycznym z elementami geometrii.

Ale prawdziwy cyrk zaczyna się dopiero wtedy, kiedy do akcji wchodzi otoczenie. Bo społecznie to wygląda tak: ty robisz coś ze swoim ciałem, a ludzie zachowują się, jakbyś przestawiała pomnik w centrum miasta. Nagle każdy ma zdanie, a połowa ma jeszcze pretensje, że nie zasięgnęłaś ich opinii.

Ciocia na imieninach:

— Ja tam wolę naturalne.

Jasne, ciociu. Ja też wolę naturalne: naturalny spokój, naturalny brak wtrącania się i naturalne „to nie twoja sprawa”.

Kolega:

— Po co ci to?

Zawsze kocham to pytanie, bo ono brzmi, jakby kobieta musiała uzasadniać swoje decyzje rachunkiem ekonomicznym i wykresem z Excela. „Po co ci ładna sukienka? Po co ci perfumy? Po co ci wakacje? Po co ci cokolwiek poza kartoflami i obowiązkiem?”

Ktoś inny, z twarzą człowieka, który właśnie odkrył prawdę o wszechświecie:

— To nie rozwiąże twoich problemów.

Oczywiście, że nie. Implant nie spłaci kredytu, nie uleczy traumy i nie sprawi, że nagle przestaniesz mieć ochotę rzucić telefonem o ścianę po rozmowie z infolinią. Ale czasem nie chodzi o „rozwiązanie życia”, tylko o to, żeby przestać się szarpać z jednym elementem, który uwiera jak metka wszyta w duszę. I tyle.

A najlepszy jest mit, że kobieta „robi to dla siebie” i zaraz ktoś to mówi tonem, jakby „dla siebie” było przestępstwem. Bo przecież kobieta powinna robić rzeczy po coś: dla męża, dla dzieci, dla społeczeństwa, dla estetyki ogólnej. Dla siebie? No bez przesady, gdzie to tak, proszę pani. Jeszcze by się pani przyzwyczaiła.

Tu dochodzimy do crème de la crème: niezależnie od wyboru, zawsze przegrasz konkurs na „dobrą kobietę” w oczach kogoś. Jak zrobisz — powiedzą, że sztuczne. Jak nie zrobisz — że zaniedbane. Jak będziesz pewna siebie — że próżna. Jak nie będziesz — że zakompleksiona. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma twoje życie rozpisane lepiej od ciebie, mimo że własnego nie ogarnia nawet w wersji roboczej.

W ogóle zabawne, jak szybko ludzie zostają ekspertami. Wystarczy, że usłyszą słowo „implant”, i już mają doktorat z chirurgii, psychologii, moralności oraz życia innych. Gdyby tę energię przekierować na własne sprawy, połowa kraju miałaby ogarnięte relacje, finanse i cholesterol.

I jeszcze jedna rzecz: w tej dyskusji zawsze przewijają się dwa plemiona. Pierwsze: „natura jest święta” — zwykle mówią to osoby po trzecim farbowaniu, czwartym botoksie w czole albo piątej „naturalnej” suplementacji, ale spoko, nie czepiajmy się szczegółów. Drugie: „ulepszaj wszystko” — najchętniej zrobiliby człowieka jak telefon: wtyczka, aktualizacja, nowy model, a jak się nie podoba, to reset do ustawień fabrycznych. Oba plemiona łączy jedno: bezgraniczna wiara, że to one mają prawo decydować, co to znaczy „dobrze” u kogoś innego.

Tu pointa — brutalnie prosta, bez wstążki i bez kadzidła.

Możesz mieć biust mały, średni, monumentalny jak inwestycje miejskie albo w rozmiarze „to absolutnie nie wasza sprawa i proszę się rozejść”. I tak zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje misję cywilizacyjną, żeby powiedzieć ci, jak powinnaś wyglądać, żyć, myśleć i w którą stronę prowadzić własne ciało — jakby dostał powołanie z Ministerstwa Estetyki Narodowej. Jedni będą cię „ratować” przed operacją, bo ich zdaniem kobieta ma cierpieć naturalnie, elegancko i najlepiej w ciszy. Drudzy będą cię poganiać do zmian, bo przecież „da się zrobić lepiej”. A prawda jest taka, że twoje ciało nie jest projektem społecznym ani publicznym przetargiem na cudze wizje. To twoje terytorium. Z prawem wstępu wyłącznie dla tych, którym pozwolisz.

Dlatego jedyne sensowne wyjście brzmi: rób tak, żebyś to ty czuła się dobrze — nawet jeśli świat dostaje od tego tików nerwowych, wylewu w komentarzach i filozoficznej zadyszki. Reszta może sobie dalej regulować cudze życia z poziomu kanapy. Ich opinie mają dokładnie tyle mocy, co przycisk „mute” w telewizorze: działają tylko wtedy, kiedy sama dasz im pilota.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Instrukcja obsługi, której nikt nie czyta, czyli o męskiej logice...

Męska logika to zjawisko, które — choć nie trafiło jeszcze do podręczników akademickich — funkcjonuje w przyrodzie równie stabilnie jak grawitacja. Występuje masowo, niezależnie od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Można ją spotkać w kuchni, w garażu, przy naprawie klamki oraz wszędzie tam, gdzie ktoś wypowiada sakramentalne: „Ja się tym zajmę”.

Historie zebrane poniżej są wzięte z życia — częściowo z mojego, częściowo zasłyszane przy kawie, w kolejkach i na rodzinnych spotkaniach. Wszystkie zaczynają się od dobrze znanego zdania: „Nie uwierzysz, co on zrobił…”, a kończą wspólną refleksją: może to już nie przypadek, tylko system.


I. Piętnaście paczek szczęścia

Marek poszedł po zakupy. Ot, zwykłe wyjście: chleb, mleko, coś na kolację. Ale tym razem nie była to wyprawa przypadkowa — kilka dni wcześniej w sklepie zabrakło prażonych, solonych pestek z dyni. Tych właśnie. Tych, które obiecała kupić Anka, a których w Lidlu akurat wtedy „nie było”.

Dla Marka nie był to drobiazg. To była sprawa honoru. Misja naprawcza. Zadośćuczynienie światu, który bywa kapryśny i czasem pozbawia człowieka pestek w momencie, gdy są najbardziej potrzebne. Dlatego, gdy zobaczył je na półce — świecące triumfalnie, w pełnym komplecie — nie wahał się ani chwili.

Wrócił do domu w nastroju człowieka, który właśnie uratował sytuację na skalę strategiczną.

— Były — oznajmił z dumą, stawiając torby na podłodze.

— Co było? — zapytała Anka, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Pestki z dyni. Prażone. Solone. Wziąłem piętnaście paczek.

Anka podniosła głowę powoli, jak ktoś, kto właśnie podejrzewa, że wchodzi w sytuację, której logikę trzeba będzie zrozumieć… albo od razu odpuścić.

— Otwieramy schronisko dla dzikiego ptactwa? — zapytała ostrożnie.

Marek spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Dla niego wszystko było oczywiste.

— Przecież ostatnio nie było. A teraz były.

I w tym jednym zdaniu zawarł całą filozofię. Skoro świat raz odmówił pestek, należało zabezpieczyć przyszłość. Na zapas. Na kryzys. Na wypadek globalnej katastrofy dyniowej.

Kilka dni później Anka usłyszała podobną historię od Ewy. Jej mąż wrócił do domu z pięcioma opakowaniami kaszy — mimo że nikt w domu jej nie jadał.

— Była — wyjaśnił z pełną powagą.

Argument nie do podważenia. Bo jeśli czegoś kiedyś „nie było”, a teraz „jest” — to grzechem byłoby tego nie kupić. W dużej ilości. Najlepiej hurtowo.

Niektórzy mówią, że to echo dawnych czasów niedoboru. Inni — że wrodzona potrzeba posiadania zapasów „na wszelki wypadek”. A może to po prostu specyficzny rodzaj miłości: do rzeczy rzadkich, potrzebnych, albo takich, które kiedyś się przydadzą.

Czasem tylko pozostaje pytanie — czy zapasy dotyczą wyłącznie pestek i kaszy… czy jednak można się tu dopatrzyć pewnego ryzyka… poligamicznego. 


II. Pranie w stanie oczekiwania

Magda poprosiła Tomka, żeby „ogarnął pranie”. Tomek przyjął zadanie z powagą i odpowiedzialnością, tak jak przyjmuje się misję ratunkową w filmach katastroficznych. Skinął głową, powiedział „spoko” i zniknął w łazience z miną człowieka, który wkracza w świat technologii na najwyższym poziomie.

Kilka godzin później Magda weszła do łazienki. Pralka była otwarta. W środku — mokre, zgniecione ubrania, wyglądające jak małe ofiary losu.

— Dlaczego pranie nie jest rozwieszone? — zapytała spokojnie, choć w środku już widziała nadchodzącą odpowiedź.

— Bo było wilgotne — odpowiedział Tomek tonem eksperta do spraw fizyki cieczy.

Magda odczekała chwilę, licząc do trzech. Bez skutku.

— Tomek… ono zawsze jest wilgotne.

— No tak, ale uznałem, że lepiej poczekać, aż podeschnie.

— Gdzie?

— W pralce. Tam jest bezpiecznie.

Magda spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie ogłosił, że rośliny najlepiej rosną w szafie, bo tam jest ciemno i spokojnie.

— Czyli… czekasz, aż wyschnie… w środku pralki? — upewniła się.

— No. Naturalnie.

Słowo „naturalnie” wybrzmiało jak pieczęć naukowej pewności.

Magda westchnęła. Uświadomiła sobie, że od dziś w ich domu istnieje nowa kategoria stanu skupienia: pranie w oczekiwaniu na los. Nie suche. Nie mokre. Zwyczajnie — kontemplujące swoją przyszłość.


III. Sikorka i teoria po fakcie

U Basi do mieszkania wleciała sikorka. Był chaos, bieganina, pies w stanie euforii i ptak w stanie histerii. Po długiej walce sytuacja została opanowana.

Wieczorem Basia opowiadała o wszystkim Pawłowi.

— A nie mogłaś zawiesić słoniny na sznurku? Albo widziałem na Discovery, jak takie pułapki na ptaki robili — zapytał po chwili namysłu.

Basia spojrzała na niego uważnie.

— Ja w tym czasie miałam w ręce ścierę, a w mieszkaniu psa ważącego pięćdziesiąt kilo. — Basi opadło wszystko, co mogło opaść… Pomyślała tylko: No tak — zapomniałam, że ukończyłam kurs dla zaawansowanych z budowy pułapek na sikorki. A słoninę, rzecz jasna, miałam sobie wykroić z grzbietu i wieszać na sznurze, oczywiście wcześniej podwędziwszy w kieszonkowej wędzarni, żeby aromat był kuszący. 

Paweł zaproponował rozwiązanie idealne. Spóźnione, teoretyczne i wymagające zasobów, których nikt nie posiadał. Ale w jego głowie było bezbłędne.


IV. Dziura, czyli kwestia perspektywy

Asia prowadziła samochód. Wjechała w dziurę.

— No nie możesz ich jakoś omijać? — rzucił Bartek. — Dziecko się poobija.

Kilka dni później role się odwróciły. Bartek prowadził. Ta sama droga. Ta sama dziura.

— Ku…! — zaklął. — Za co my te podatki płacimy?! Same dziury!

Asia spojrzała przez okno. Dziura wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Zmienił się tylko kierowca.


V. Skrót, który zna drogę

Piotr nie lubił nawigacji. Uważał ją za oznakę słabości charakteru. Jechał na pamięć.

— Tu skręcimy — powiedział z przekonaniem.

— Ale GPS pokazuje prosto — zauważyła Karolina.

— Wiem lepiej. To skrót.

Skrót prowadził przez osiedla, lasy i drogę, która nagle się kończyła. Po czterdziestu minutach Piotr westchnął.

— No dobra… sprawdźmy mapę.

Okazało się, że pierwotna trasa była krótsza i jedyna sensowna.

— Przynajmniej się przewietrzyliśmy — podsumował Piotr.

Karolina nie odpowiedziała. Zapisała tę historię w pamięci. Do opowiadania innym.


VI. Złota rączka i śrubka metafizyczna

Historia zasłyszana na imieninach, przy stole, gdy ktoś jeszcze dolewał herbaty, a ktoś inny już dolewał prawdy.

U Hanki zepsuła się klamka. Ot, drobiazg — lekko się ruszała, ale działała. Hanka wspomniała o tym mimochodem.

— Spokojnie — powiedział jej mąż, Wojtek. — Ja się tym zajmę.

To zdanie w męskiej logice oznacza: nie ruszaj, nie pytaj i najlepiej zapomnij.

Przez pierwszy tydzień klamka była „w trakcie”. Przez drugi — „zaraz”. W trzecim Wojtek przyniósł skrzynkę z narzędziami, położył ją na środku przedpokoju i otworzył jak relikwiarz.

— Masz śrubokręt? — zapytała Hanka.

— Ciii… — uciszył ją. — Najpierw muszę zrozumieć mechanizm.

Klamka została rozkręcona. Potem jeszcze bardziej rozkręcona. Następnie rozłożona na elementy pierwsze. Po godzinie na podłodze leżało siedem śrubek, z czego pięć było „na pewno ważnych”, a dwie „chyba zapasowe”.

— A ta? — zapytała Hanka, podnosząc jedną.

— Odłóż. Nie wiemy jeszcze, do czego służy.

Po trzech godzinach klamka przestała istnieć. Został otwór w drzwiach i filozoficzna cisza.

— Trzeba będzie kupić nową — stwierdził Wojtek w końcu.

— Ale przecież mówiłeś, że się tym zajmiesz — przypomniała Hanka.

— No zająłem się — odpowiedział spokojnie. — Teraz już wiemy, że była zepsuta.

Nowa klamka została kupiona po tygodniu. Stara… nigdy nie wróciła do formy. Śrubka metafizyczna do dziś leży w szufladzie „na wszelki wypadek”.


VII. Ja tylko sprawdzę wynik

Historia zasłyszana w kolejce do lekarza, gdzie ludzie dzielą się życiem szybciej niż numerkami.

Ela poprosiła Pawła, żeby „na chwilę” przypilnował dziecka. Paweł przyjął zadanie z pełną odpowiedzialnością i usiadł na kanapie.

— Ja tylko sprawdzę wynik — powiedział, sięgając po telefon.

Minęła minuta. Potem pięć. Potem dwadzieścia. W tym czasie dziecko zdążyło: zjeść pół kredki, rozlać sok, wejść na stół, zdobyć kota.

Ela wróciła do pokoju i zobaczyła Pawła w stanie sportowego skupienia.

— Paweł! — zawołała.

— Cicho! Doliczają czas! — syknął.

— A dziecko?

— Jest. Przecież słyszę.

I faktycznie — słychać było. Z kuchni. Coś się tłukło.


VIII. Pilot, który żyje własnym życiem

Opowieść powtarzana w kilku domach, zawsze z tym samym finałem.

— Widziałeś pilota? — pytała Kasia.

— Leżał tu — odpowiedział Michał, wskazując przestrzeń.

— Gdzie dokładnie?

— No… tu.

Pilot zniknął. Przeszukano kanapę, poduszki, stół, lodówkę (profilaktycznie). Nic.

— Na pewno go nie ruszałem — stwierdził Michał.

Po godzinie pilot został odnaleziony: pod mężczyzną, na kanapie, dokładnie tam, gdzie siedział przez cały czas.

— A, no proszę — powiedział Michał. — Sam się przesunął.

Pilot został uznany za byt autonomiczny.


IX. To się samo zrobi

Ostatnia historia krążyła po rodzinnych spotkaniach jak legenda.

— Zrobisz obiad? — zapytała Marta.

— Jasne — odpowiedział Adam. — To proste.

Adam wyjął makaron, postawił garnek na kuchence i… wyszedł z kuchni.

Po pół godzinie Marta zajrzała do środka. Garnek był pusty. Woda nie zagotowana. Makaron nadal suchy.

— Co robisz? — zapytała.

— Czekam — odpowiedział Adam.

— Na co?

— Aż się zagotuje.

— Woda?

— No.

— Adam… nie włączyłeś palnika.

Adam spojrzał na kuchenkę, potem na garnek, potem na Martę.

— Aaa… myślałem, że to się samo zrobi.

I w ten sposób odkryto, że męska logika zakłada istnienie sił wyższych w kuchni.


Aneks naukowy, czyli dlaczego oni tacy są...

Badania, których nikt nie przeprowadził, ale wszyscy znamy ich wyniki, dowodzą, że logika męska i damska ewoluowały w zupełnie innych warunkach. Samiec pierwotny podejmował decyzje szybko, bez konsultacji i bez instrukcji — najlepiej z maczugą w ręku.

Stąd do dziś:

jeśli coś może się przydać, należy to kupić w nadmiarze,

jeśli coś wydaje się skrótem, należy nim jechać,

jeśli coś jest mokre, trzeba poczekać,

a jeśli coś działa, nie wolno czytać instrukcji.

Logika damska rozwijała się równolegle, w trosce o przetrwanie stada, porządek w jaskini i to, by nikt nie jadł rzeczy „ładnych, ale trujących”. I choć zderzenie tych dwóch światów bywa męczące, jedno jest pewne: bez męskiej logiki świat byłby bardziej przewidywalny — ale zdecydowanie mniej zabawny. A tak? Mamy życie pełne anegdot, śrubek „na wszelki wypadek” i skrótów, które prowadzą donikąd. A jeśli ktoś twierdzi, że to wszystko nie ma sensu… cóż — najwyraźniej po prostu nie zrozumiał zaawansowanych zasad męskiej logiki.

środa, 31 grudnia 2025

Nowy rok, nowa ja… ale na razie zjem ciasto i pomyślę o tym jutro...

Dobrze - skoro mamy być szczerzy, to zróbmy to naprawdę „po bożemu”, czyli z ironią, dystansem i lekkim westchnieniem w stylu: „No trudno, żyjemy dalej”. Koniec roku znowu nadszedł… absolutnie punktualnie, jak zawsze - w przeciwieństwie do nas, spóźnionych od dobrych kilku lat. I tradycyjnie zaczyna się wielkie rozliczanie wszechświata: „Co osiągnęłaś?”, „Jak bardzo się rozwinąłeś?”, „Czy wreszcie stałaś się wersją premium?”. Spokojnie. Jeśli udało ci się w tym roku nie wcisnąć „drzemka” po raz piąty - to już jest medal olimpijski w kategorii „Przetrwanie”.

Bo prawda jest taka, że nikt nas z niczego nie rozlicza. Naprawdę - nie istnieje kosmiczna komisja kontrolująca poziom spełnienia celów. Żaden urzędnik nie wyśle pisma o treści: „Informujemy, że do końca kwartału musi Pani poprawić swoje życie emocjonalne oraz zacząć pić zielone koktajle”. Jedynym inspektorem jest nasz wewnętrzny krytyk - sfrustrowany pracownik działu kontroli jakości, który już dawno powinien dostać wypowiedzenie i kartę podarunkową do spa.

A ta cała noworoczna napinka? Ten doroczny maraton samodoskonalenia? Cóż za piękna tradycja społeczna. Jedni kupują karnet na siłownię, żeby przez dwa tygodnie robił za brelok do kluczy. Inni piszą listę postanowień dłuższą niż regulamin banku. Jeszcze inni zapowiadają, że „od nowego roku będą spokojni, uważni i obecni”, po czym wybuchają, bo makaron gotował się o dwie minuty za długo. I wszyscy udają, że to jest duchowa transformacja, a nie komedia obyczajowa.

Rozsądek na koniec roku? Tak - ale taki, co patrzy na nas i mówi: „Dziecko drogie, czasami największym sukcesem jest po prostu przeżyć dzień bez robienia zbędnej dramy”. Możesz niczego nie podsumowywać. Możesz zjeść ciasto, wypić wino i nie analizować, czy okruszki symbolizują twoje nieprzepracowane emocje. To jest dojrzałość - „deluxe edition”.

A kochanie siebie? Bez połyskujących sloganów i cytatów na tle morza. Czasem wygląda tak: „Tak, obiecałam, że będę medytować codziennie, a medytuję głównie nad tym, co zjeść na kolację - i jakoś funkcjonuję”. Czasem - tak: „Tak, powiedziałam, że przestanę przejmować się opiniami ludzi, ale po pięciu minutach znów analizuję, czy kasjerka w sklepie patrzyła na mnie oceniająco”. Trudno. Jesteśmy ludźmi. A ludziom wolno być niedoskonałymi.

Dodajmy jeszcze jeden wątek - ten o „odkryciach duchowych”. Co roku obiecujemy sobie „złapać balans”, „zadbać o energię”, „słuchać intuicji” - po czym kończymy scrollując Internet o 2:30 w nocy, zastanawiając się, czy przypadkiem nie kupić nowej rośliny w doniczce, która rozwiąże wszystkie nasze problemy egzystencjalne. Spoiler: nie rozwiąże. Ale przynajmniej będzie ładniej w pokoju.

Więc dobrze, stary roku - dziękujemy za lekcje, chaos, wątpliwe decyzje, małe zwycięstwa i wielkie wpadki. Przetrwaliśmy - czasem pięknie, czasem w trybie „byle do weekendu”. A w nowy rok wejdźmy bez patosu - z humorem, sarkazmem, przymrużeniem oka i z tą kojącą świadomością, że życie nie jest konkursem, projektem ani raportem do złożenia… tylko spektaklem, w którym najlepiej grać swoją rolę tak, by czasem móc zejść ze sceny do bufetu i zjeść coś dobrego bez wyrzutów sumienia.

Bo jeśli mamy już coś postanawiać - to tylko tyle: mniej presji, więcej dystansu i trochę więcej czułości dla tego niedoskonałego człowieka, którym codziennie jesteśmy.

wtorek, 30 grudnia 2025

Związek mieszany: komedia w trzech kalamburach...

Siedziałam ostatnio i obserwowałam elementy świata przyrody ożywionej — czyli nieznajomych, znajomych oraz losowo wybrane egzemplarze gatunku Homo Niezrozumialus — i odkryłam prawdę tak oczywistą, że powinna wisieć na tablicach w urzędach: kobiety powinny żyć z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami. Koniec dyskusji. Reszta to eksperyment społeczny, który zaczął się niewinnie, a skończył mniej więcej tak jak wszystkie eksperymenty: ktoś zapomniał wyłączyć prąd, coś wybuchło, a potem społeczeństwo stwierdziło: „No trudno, niech tak zostanie”.

Bo spójrzmy uczciwie: my, kobiety, w swoim gronie funkcjonujemy jak doskonale zestrojony system. Jedna mówi: „nic”, druga wie, że chodzi o „wszystko, łącznie z wydarzeniami z 2012 roku”. Jedna przewróci oczami, a reszta już zna dokładny kontekst emocjonalny, tło historyczne i potencjalne skutki społeczne sytuacji. NASA mogłaby badać ten poziom synchronizacji.

Świat męski natomiast operuje oszczędnym, niemal prehistorycznym systemem znaków.

— No.

— No.

— No.

I to wystarczy. Dialog jak z minimalistycznego dramatu — Beckett mógłby się inspirować. Zero zbytecznych treści, zero komplikacji. Eskapizm mentalny połączony z kultem pilota do telewizora. Pustynia semantyczna, lecz, przyznajmy, zadziwiająco spójna.

Moment przełomowy mojej teorii? Gra w kalambury.

Drużyna żeńska — telepatia, jasnowidzenie, zbiorowa świadomość. Jedna machnie ręką, druga krzyczy: „Pan Tadeusz, księga siódma, wers trzeci!”. Mężczyźni patrzą i zastanawiają się, czy my posiadamy jakiś tajny, żeński protokół komunikacji, instalowany przy urodzeniu.

Drużyna męska — też sukces, tylko inaczej. Jeden pokazuje, drugi zgaduje:

— Czołg?

— Nie.

— Drugi czołg?

— Też nie.

— To może większy czołg?

— TAK!!!

Ale przynajmniej dobrze się bawią.

Drużyna mieszana… tu zaczyna się prawdziwy dramat obyczajowy. On pokazuje, ona patrzy, on macha rękami jak wiatrak w huraganie, ona coraz bardziej zdziwiona. Po pięciu minutach okazuje się, że chodziło o „kotka”. A wyglądało jak „kryzys gospodarczy połączony z egzorcyzmem”.

I potem się dziwimy, że w związkach „bywają nieporozumienia”.

Społeczeństwo jednak twierdzi: „Żyjcie razem, będzie super!”. Jasne. On myśli w punktach, ona w rozdziałach i przypisach. On mówi „spoko”, a ona analizuje ton, kontekst i mikrodrgania brwi. Dwie planety, dwie orbity, zero tłumacza.

Dlatego proponuję system idealny:

– kobiety z kobietami — harmonia, rozmowy, emocjonalne Wi-Fi,

– mężczyźni z mężczyznami — pilot, pizza, piwo, proste komunikaty.

Spotkania tylko w celu przedłużenia gatunku — jak przegląd techniczny. Potem każdy wraca do swojego naturalnego środowiska i świat staje się miejscem szczęśliwszym, spokojniejszym i o dziwo… logiczniejszym.

Ale nie, lepiej udawać, że „można się dogadać  pokojowo, kulturalnie”. Oczywiście! W kalamburach też "można”. Wystarczy 40 minut, cztery awantury i jedno zdanie wypowiedziane z odpowiednim ładunkiem emocjonalnym: „Jak mogłeś nie wiedzieć, że chodziło o bałwana?!”

wtorek, 23 grudnia 2025

Krótki kurs antropologii stosowanej w markecie, czyli społeczeństwo w koszyku...

Od czasu do czasu nachodzi nas potrzeba uzupełnienia zapasów żywnościowych, wynikająca – dajmy na to – z obecności w naszej lodówce niejadalnej materii, jaką jest światło. Światło zimne, bezlitosne i w żaden sposób niekrzepiące. Wyruszamy więc na zakupy: do marketu, a jeśli ktoś ma żyłkę do luksusu i przepychu – do supermarketu. I właśnie tam, między regałem z makaronami a paletą z wodą mineralną, rozgrywa się prawdziwy teatr społeczny. Dramat, komedia, czasem horror klasy B.

Pozwoliłam sobie poczynić pewne analizy terenowe, a nawet – idąc o krok dalej – dokonać nazewnictwa zaobserwowanych osobowości. Oto krótki przegląd typów, które każdy z nas zna, choć nie każdy chciałby znać aż tak dobrze.


STOJACZ PRZEDOTWARCIOWY

Czasy PRL-u dawno się skończyły, kartki przeszły do historii, a mimo to potrzeba kolejkowania w narodzie nie zmarniała i ma się zaskakująco dobrze. Stojacz przedotwarciowy pojawia się pod drzwiami marketu na długo przed godziną zero, jakby obawiał się, że zabraknie… wszystkiego.

To wyznawca promocji absolutnej, prorok okazji jedynej i niepowtarzalnej. Gotów jest stać w chłodzie i deszczu dla odzieży wakacyjnej w środku zimy, pięciu kilogramów mięsa mielonego mieszanego (3,99 zł za 400 g!) albo przedmiotów domowo-ogrodowo-piwnicznych, których przeznaczenia nikt do końca nie rozumie, ale „za taką cenę to grzech nie brać”. Stojacz ma w oczach błysk zwycięzcy, który wie, że dziś wygra z systemem. Nawet jeśli system wygra z nim.


WYMACYWACZ KOLEKCJONER

Zanim dokona życiowego wyboru – na przykład białego, męskiego podkoszulka – musi rozpakować i obmacać przynajmniej kilka identycznych egzemplarzy. Każdy z osobna. Dokładnie. Metodycznie. Jakby szukał tego jedynego, z którym połączy go metafizyczna więź.

W końcu, po długim procesie decyzyjnym, wybiera właściwy odcień bieli (bo przecież „biały białemu nierówny”) i odchodzi, pozostawiając po sobie krajobraz po przejściu huraganu. Rozbebeszone opakowania, porzucone kartoniki, chaos. Tu niestety – z przykrością odnotowuję – prym wiodą kobiety, choć czynią to z miną pełną niewinności i estetycznej misji.


NAPIERACZ KOLEJKOWY

Scenka klasyczna. Człowiek wyładował już towar na taśmę, stoi grzecznie, czeka na zeskanowanie i moment zapłaty, aż nagle zaczyna odczuwać delikatne, acz stanowcze napieranie koszyka na swój tyłek.

To napieracz kolejkowy – osobnik przekonany, że im bliżej podejdzie, tym szybciej kolejka ruszy. Jego koszyk wwierca się w nasze plecy z uporem godnym lepszej sprawy. Być może wyraża w ten sposób zniecierpliwienie, być może pragnie zapłacić za nasze zakupy. To drugie jednak zdarza się równie często, co wygrana w totolotka bez kuponu.

Napieracz zazwyczaj nie patrzy na nas, tylko na kasjerkę, jakby to ona była winna temu, że świat nie działa szybciej.


OPÓŹNIACZ KOLEJKOWY

Tu mamy do czynienia z klasyfikacją bardziej złożoną, bo opóźniacz występuje w dwóch odmianach: zeskanowanej i niezeskanowanej.

Zeskanowany charakteryzuje się spowolnioną reakcją na bodźce. Towar już dawno przeskanowany, paragon się drukuje, a on nadal stoi i patrzy, jakby liczył, że zakupy same zapakują się do toreb. Najpewniej wierzy w magię lub outsourcing odpowiedzialności. Z moich obserwacji wynika, że w tej kategorii zdecydowanie dominują mężczyźni.

Niezeskanowany natomiast wyłożył towar na taśmę, ale nie nadąża za ruchem własnego życia. Nie stoi przy swoich zakupach, tylko czeka – nie wiadomo na co. Produkuje tak zwane dziury taśmowe, które kasjerka próbuje wypełnić spojrzeniem pełnym rezygnacji.


UCZUCIOWY ZAWALACZ ALEJKOWY

To typ szczególnie czuły. Lubi bliski kontakt z regałami i jest emocjonalnie zespolony ze swoim koszykiem. Wózek i właściciel tworzą zwartą bryłę blokującą dostęp do towaru. Zawalacz stoi dokładnie tam, gdzie my chcielibyśmy sięgnąć po ulubiony jogurcik lub ukochaną kaszankę od chłopa.

Nie reaguje na sygnały niewerbalne, westchnienia ani uprzejme „przepraszam”. Trwa. Jak pomnik. Jakby mówił: „tu jest moje miejsce i nigdzie się nie wybieram”.


ZAPOMINACZ KARTY OSTATECZNY

Zapominacz karty nie przychodzi do kasy nieprzygotowany. On przychodzi z przekonaniem, że wszystko jest pod kontrolą. Uśmiechnięty, spokojny, pewny siebie. Dopiero pytanie kasjerki: „Ma pan/pani kartę?” powoduje subtelne pęknięcie rzeczywistości.

Najpierw jest krótka pauza – taka, w której mózg próbuje jeszcze odzyskać połączenie z pamięcią. Potem następuje klasyczny rytuał przeszukiwania kieszeni, portfela i torebki, przypominający rewizję osobistą przeprowadzaną przez samego siebie. Z każdym kolejnym ruchem rośnie napięcie kolejki i dramat Zapominacza, który nagle uświadamia sobie, że karta nie jest bytem metafizycznym i jednak trzeba ją posiadać fizycznie.

Kulminacją jest zdanie: „Ja tylko skoczę do samochodu.”

To „tylko” trwa dokładnie tyle, ile potrzeba, byśmy zaczęli żałować wszystkich decyzji życiowych, które doprowadziły nas do tej konkretnej kasy.


MANIFESTUJĄCY LICZYCIEL GROSZY 

Liczyciel groszy nie płaci – on daje świadectwo. Jego sakiewka to muzeum numizmatyki, a każda moneta ma swoją historię, którą najwyraźniej należy przypomnieć światu. Wyciąga drobne powoli, z namysłem, jakby podejmował decyzje o strategicznym znaczeniu dla gospodarki kraju.

Każda moneta zostaje położona na ladzie z osobna, policzona, przesunięta i policzona ponownie. Liczyciel nie ufa matematyce, kasom fiskalnym ani ludziom. Ufa tylko sobie. I nawet sobie nie do końca.

Gdy okazuje się, że brakuje kilku groszy, zapada cisza ciężka jak kredyt hipoteczny. Spojrzenie Liczyciela mówi jasno: „To nie ja jestem problemem. To system.”


RODZINA WYCIECZKOWA 2+3

Rodzina wycieczkowa nie robi zakupów – ona uczestniczy w wydarzeniu. Każdy członek rodziny ma tu swoją rolę, choć nikt nie zna scenariusza. Dzieci poruszają się chaotycznie, jedno płacze, drugie negocjuje zakup czegoś absolutnie niepotrzebnego, trzecie właśnie zniknęło i jest poszukiwane głosem niosącym się po całym sklepie.

Rodzice stoją przy półce i prowadzą rozmowę, która mogłaby się odbyć w domu, ale najwyraźniej wymaga obecności dwudziestu obcych osób czekających na dostęp do mleka. Każda decyzja zakupowa konsultowana jest kolektywnie, z udziałem dzieci, losu i znaków z nieba.

Do kasy podchodzą wszyscy. Naraz. Z wózkiem przeładowanym nie tylko zakupami, ale i emocjami.


TELEFONISTA KASOWY

Telefonista nie przerywa rozmowy nawet wtedy, gdy świat wokół niego wyraźnie próbuje się z nim skomunikować. Skanowanie produktów traktuje jak tło dźwiękowe do opowieści o tym, jak bardzo jest zajęty i jak pilne są jego sprawy.

Kasjerka zadaje pytania, Telefonista odpowiada półsłówkami albo gestami, które niczego nie rozwiązują. Płatność kartą? Oczywiście, ale jedną ręką, bo druga trzyma telefon i sens życia.

Telefonista wychodzi ze sklepu z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Kolejka – z poczuciem, że właśnie uczestniczyła w czyimś call center.


APOKALIPTYCZNY CZYTACZ SKŁADÓW 

Czytacz składów ma misję. On nie kupuje jedzenia – on demaskuje. Każda etykieta to potencjalne zagrożenie, każdy składnik to wróg publiczny numer jeden. Czyta długo, dokładnie, z miną kogoś, kto właśnie odkrywa spisek międzynarodowych koncernów.

Odkłada produkt z obrzydzeniem, bierze kolejny, marszczy brwi jeszcze mocniej. W końcu wybiera coś, co jest „najmniej złe”, bo ideału i tak nie ma. Wózek pozostaje prawie pusty, ale moralna wyższość została osiągnięta.

Czytacz opuszcza sklep głodny, ale czysty duchowo.


BLOKOWACZ DRZWI WEJŚCIOWYCH

Blokowacz wchodzi do sklepu i natychmiast traci orientację w czasoprzestrzeni. Staje dokładnie tam, gdzie absolutnie nie powinien, i zaczyna się rozglądać, jakby teleportował się do obcego kraju.

Za nim tworzy się korek, ludzie próbują go ominąć, ale Blokowacz jest niewzruszony. On musi się zastanowić. Przypomnieć sobie listę zakupów. Życie. Sens istnienia.

Dopiero po chwili rusza dalej, zostawiając za sobą falę frustracji i jedną, niewypowiedzianą myśl: „Dlaczego akurat tutaj?”


SELEKCJONER NAJLEPSZYCH BUŁEK 

Selekcjoner nie wierzy w przypadek. Każda bułka jest potencjalnie tą jedyną – ale tylko do momentu, aż zostanie dotknięta kolejna. Testuje sprężystość, wagę, strukturę, jakby wybierał materac na resztę życia.

Rękawiczki są zbędne. Kontakt musi być bezpośredni, cielesny, prawdziwy. Bułki wracają na półkę już „po przejściach”, ale Selekcjoner nie widzi w tym problemu. On tylko szuka najlepszej.

W końcu wybiera. Zawsze. I zawsze mamy wrażenie, że żadna z nich na tym nie skorzystała.


I tak, wychodząc ze sklepu z siatką w ręku i lekkim drżeniem powieki, uświadamiamy sobie jedno: market to nie miejsce zakupów. To przekrój społeczeństwa w pigułce. Lustro, w którym każdy z nas – z przerażeniem lub rozbawieniem – może dostrzec samego siebie. Bo najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy z opisanych typów zawsze wydaje się nam kimś innym. I tylko czasem, bardzo rzadko, przy kasie… zaczynamy się zastanawiać...

To oczywiście tylko skrót moich obserwacji poczynionych w sklepach dużych i małych. Materiał badawczy jest niewyczerpany, a kolejne typy osobowości czekają na odkrycie między mrożonkami a chemią gospodarczą. Jedno jest pewne: idąc na zakupy, nigdy nie jesteśmy sami. Towarzyszy nam cały przekrój społeczeństwa – z koszykiem, wózkiem i bardzo wyraźną osobowością.

niedziela, 14 grudnia 2025

O pączkach, chmurach i sprawach ostatecznych...

13 grudnia 2025 roku postanowiliśmy – ja, mój osobisty chłop domowy oraz zaprzyjaźniona para heteryków – że zdobędziemy Szczeliniec Wielki. Decyzja zapadła raczej spontanicznie, jak to najlepsze decyzje: bez planu treningowego, za to z torbą pączków z nadzieniem w postaci marmolady owocowej oraz kruchych ciastek z dżemikiem i strategiczną dziurką. Prowiant, zgodnie z moją życiową filozofią, należało zutylizować szybko i solidarnie – najlepiej w żołądkach współtowarzyszy, zanim zdąży nabrać metafizycznego znaczenia.

Zbiórka w Pasterce. Miejscowość tonęła w mgle tak gęstej, że można ją było kroić nożem i smarować nią kanapki, ewentualnie te ciastka z dziurkami ;) Tajemnica sączyła się z każdego kąta, a my – odziani w opary wilgoci oraz stosowną odzież wierzchnią – utwierdziliśmy się w przekonaniu, że to był znakomity pomysł. Bo jeśli dzień zaczyna się mgłą, to musi skończyć się objawieniem. Innej opcji nie dopuszczaliśmy.

Droga do schroniska? „Tylko” 30 minut. Cudzysłów tu jest kluczowy i ma wagę godną tytułu naukowego. W praktyce były to długie minuty intensywnej rozmowy z własną kondycją, która – delikatnie mówiąc – od dłuższego czasu nie była zapraszana do dialogu. Nie żeby towarzystwo jakieś srodze leniwe było, ale wiadomo jak to jest  w mieście człowiek zbyt często nie pokonuje żółtych, stromych szlaków. 
Śliskie, nagie skałki, błotnista ścieżka i nachylenie terenu patrzące na nas z ironiczną pobłażliwością nie sprzyjały radosnym harcom. Szczególnie że należeliśmy do grupy demograficznej „45+ i jeszcze żyję, ale czemu tak ciężko oddycham?”.

Gdy minęła nas para czeskich seniorów, dziarskim krokiem, bez zadyszki, bez zadumy, bez śladu egzystencjalnego kryzysu, poczułam ukłucie. Nie w łydce – w duszy. Wstyd spowił mnie szczelniej niż poranna mgła. W tej właśnie chwili zrodziło się we mnie mocne postanowienie poprawy kondycji. Takie prawdziwe. Do odwołania. I w tym miejscu nie popadałabym w nadmierne zachwyty nad moimi mocnymi postanowieniami, gdyż w przeszłości bywało ich wiele i sporo z nich skończyło marnie ;)

No więc leźliśmy. Metodycznie, godnie, z godnością wyraźnie nadwyrężoną, ale wciąż obecną. Żółtym szlakiem – tym samym, który na mapie wygląda jak niewinna kreska, a w rzeczywistości okazuje się testem charakteru i kolan. Szliśmy, sapiąc w rytmie własnych myśli, i w końcu – ku zdumieniu wszystkich zainteresowanych – doleźliśmy.

Wtedy nastąpiło coś, co w filmach zwykle sygnalizuje muzyka smyczkowa i powolne zbliżenie kamery. Jakby ktoś, znudzony naszym mozołem, odsunął teatralną kurtynę zrobioną z mgły. Bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia. Matka Natura, najwyraźniej w doskonałym humorze, wywaliła na wierzch swoje najlepsze atuty. Zero subtelności, pełna ekspozycja. Morze chmur. Ogromne, bezczelnie piękne, miękkie jak puch i falujące jakby miało własny rytm oddechu.

A my – proszę bardzo – ponad tym wszystkim. Jakbyśmy nagle awansowali do loży VIP wszechświata. Słońce lało się z nieba hojnie, bez limitu, błękit był tak intensywny, że aż podejrzany. Świat na moment przestał się spieszyć. Zegar gdzieś się zawiesił, powiadomienia zamilkły, a rzeczy ważne nagle okazały się prostsze, niż udawały na dole. Oddychaliśmy wolniej, głębiej, jakby ktoś nam przypomniał, do czego właściwie służą płuca – i życie. Razem z nami oddychał cały ten krajobraz, a my, zmęczeni, staliśmy tam z poczuciem, że oto właśnie dostaliśmy nagrodę.

I chyba dlatego czasem warto wejść na jakiś szczyt. Nie po kroki zapisane w aplikacji, nie po kalorie skrupulatnie odhaczone w ramach dobrego samopoczucia, nawet niekoniecznie po zdjęcia. Raczej po moment zatrzymania. Po to ciche „aha”, kiedy dociera, że ponad mgłą codzienności bywa jasno. Że piękno nie zawsze puka grzecznie do drzwi – czasem po prostu wchodzi, rozpychając się łokciami i zostaje w pamięci na długo. I że świat, mimo zmęczenia, zadyszki i drobnych wstydów, wciąż potrafi być zdumiewająco piękny. Wystarczy odrobina wysiłku, chwila szczerości wobec siebie i gotowość, by na moment spojrzeć ponad chmury.