Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecość. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 stycznia 2026

Taniec brzucha i zemsta pośladków, czyli jak nie zostać kijem od szczotki...

Która z nas choć raz nie spojrzała w lustro i nie pomyślała: „O, losie, gdyby tak w pakiecie dołożono jeszcze brazylijskie pośladki – najlepiej bez rat, bez wyrzeczeń i bez konieczności rezygnowania z makaronu”? No właśnie. Ja też. I to ostatnio z takim przekonaniem, jakbym miała do nich moralne prawo wynikające z samego faktu bycia kobietą i posiadania… no… pośladków w wersji podstawowej.

Wiedziona naturalną dla mnie skłonnością do rzeczy „nie do końca normalnych” (czytaj: podejrzanie entuzjastycznych pomysłów, które kończą się zakwasami egzystencjalnymi), odkryłam miejsce o wdzięcznej nazwie Studio Tańca i Ruchu. A tam – proszę państwa – rozpiętość zajęć taka, że człowiek zaczyna wierzyć, iż można zostać jednocześnie syreną, tancerką, amazonką i sprężyną do materaca.

Ponieważ w mojej głowie od dawna funkcjonuje romantyczna wizja mnie jako „sexy woman” (w rzeczywistości: „sexy woman po schodach, ale tylko do drugiego piętra”), zapisałam się na taniec brzucha. Spokojnie, do pośladków dojdziemy – ja też lubię, kiedy fabuła ma dramaturgię.

Weszłam na salę i… zobaczyłam instruktorkę. Kobietę, która poruszała się tak, jakby grawitacja istniała wyłącznie dla ludzi bez talentu. Zalotnie wiła się w rytm muzyki, a ja – choć hetero, stabilna emocjonalnie i generalnie odporna na czary – poczułam, jak mi przysłowiowa kopara opada. Tak bardzo, że przez chwilę miałam wrażenie, iż jelito grube po raz pierwszy ujrzy świat od strony otworu gębowego.

Była moc. Taka moc, że kolana mi zmiękły, serce przyspieszyło, a mózg wysłał do ciała krótką instrukcję: „naśladuj, ale godnie”. Tyle że moje ciało odpowiedziało: „nie rozumiem polecenia, przechodzę w tryb kija od szczotki”.

Kręgosłup usztywnił mi się tak skutecznie, że gdyby ktoś mnie wyniósł na balkon, mogłabym robić za maszt. I doprawdy, tylko solidne trzepnięcie łopatą w grzbiet mogłoby mu przypomnieć, że poza udawaniem drąga potrafi się też wyginać w różne strony.

Ale bez nerwów. Postanowiłam wyluzować i poddać się przeznaczeniu, jak przystało na kobietę, która wierzy w znaki, horoskopy i to, że „od poniedziałku” naprawdę coś zmieni. Podobno dostrzeżono talent – tak przynajmniej stwierdziła pani wijąca się i pochwaliła mnie. W tej samej sekundzie zobaczyłam w wyobraźni alternatywną ścieżkę kariery: gdyby mnie kiedyś wywalili z roboty, to może nie umrę z głodu, nie będę musiała zgłębiać technik segregacji śmieci w osiedlowych śmietnikach, tylko zostanę… artystką ruchu. Brzucha. Bioder. Życia.

Taniec brzucha rozbudził we mnie apetyty na ciało „wyrywające z butów”. Mało mi było – a jak mi mało, to wiadomo, że nie skończy się na „rozsądnie”. Dlatego poszłam na zajęcia o obiecującej nazwie: „Brazylijskie pośladki”.

O ja durna. O ja naiwna. O ja, co uwierzyłam w marketing.

Myślałam, że pomacham trochę tyłkiem w rytm samby, zrobię dwa uśmiechy, trzy obroty, a po miesiącu moje pośladki będą miały własny kod pocztowy, konto na Instagramie i kontrakt reklamowy na bieliznę. W głowie grała mi brazylijska muzyka, w sercu – karnawał, a na twarzy już ćwiczyłam banana.

Tymczasem okazało się, że „brazylijskie pośladki” to nie jest zajęcie. To jest próba charakteru, test wiary, msza pokutna i Armagedon w legginsach. Chodziłam na różne fitnessy i znam ten moment, kiedy człowiek mówi „już nie mogę”, a instruktorka odpowiada „to jeszcze osiem”. Ale czegoś takiego nie przeżyłam nigdy.

Moja dupa chyba po raz pierwszy w życiu dowiedziała się, jak wstrętną ma właścicielkę – skoro dopuściła do takiej masakry i jeszcze za to zapłaciła. W dodatku z uśmiechem. Bo uśmiechałam się. Wiecie, jak to jest: człowiek się uśmiecha, żeby nie było widać, że w środku właśnie dogorywa.

Następnego dnia nie byłam w stanie usiąść na muszli klozetowej. I nie mówię tego w przenośni. To była operacja logistyczna, wymagająca strategii, planu awaryjnego oraz minimalnie trzech punktów podparcia. Poruszanie się? Poruszanie się było jak film wojenny, tylko bez muzyki i z większą ilością jęków.

Poznałam ból życia. Zagryzając wargi do krwi (dobrze, może nie do krwi, ale do tej czerwieni, która już nosi znamiona dramatu), musiałam przekonać swój organizm, że chodzenie jest podstawową czynnością dnia codziennego i zwolnienia lekarskiego na „obolały zad” nikt mi nie da, choć to przecież przypadłość równie realna jak złamane serce i brak Wi-Fi.

Nigdy nie przeżyłam tygodniowej orgii seksualnej z udziałem pułku żołnierzy piechoty morskiej, ale czuję się tak, jakbym przeżyła. I to bez benefitów, bez romantyzmu, za to z bólem przy wstawaniu, śmianiu się i myśleniu o schodach.

A mimo wszystko… nie poddaję się. Dzielnie walczę o powrót do stanu używalności. Bo w człowieku jest coś masochistycznie pięknego: im bardziej boli, tym bardziej chce udowodnić, że „następnym razem będzie lepiej” (spoiler: nie będzie, ale będę bardziej dumna).

Jak zaliczę parę takich zajęć, to… no dobrze, nie będę się chwalić. Powiem tylko tyle, że karnawał w Rio z moim udziałem może dostać nową kategorię: „Wydarzenie o znaczeniu kulturowym i pośladkowym”. A moje biodra – jeśli przeżyją – zostaną wpisane na listę dziedzictwa niematerialnego.

Tyle możliwości zarobkowania stanęło przede mną otworem, że aż mnie mniej tyłek boli. Bo jak człowiek cierpi z perspektywą sukcesu, to cierpi… bardziej z klasą. I tego się trzymam ;)

środa, 7 stycznia 2026

Kiedy ciocia dostaje doktorat z implantów, czyli dekolt pod nadzorem społecznym...

Powiększanie piersi — temat, który potrafi rozpalić ludzi bardziej niż podwyżki, dieta pudełkowa i to, że ktoś nie wstawił „❤️” pod zdjęciem. Jedna powie: „w końcu!”, druga: „nigdy w życiu”, a trzecia i tak usłyszy od otoczenia, co powinna — bo nic tak nie jednoczy społeczeństwa jak poczucie, że ma prawo do cudzej klatki piersiowej.

I od razu wyjaśnienie w temacie biuściastym: żadnej operacji powiększania ani zmniejszania piersi nie miałam i mieć nie zamierzam. Napisałam o tym tylko dlatego, że nawiedziła mnie taka ochota. Tak, czasem to wystarczy. Nie wszystko musi być projektem badawczym ani publiczną spowiedzią. To felieton — czyli gatunek, w którym człowiek legalnie może wsadzić kij w mrowisko, popatrzeć jak mrówki biegną, i pójść zrobić herbatę.

Wróćmy do wyposażenia klatki piersiowej...

Plusy? Są. I to takie, które widać nie tylko w staniku.

Po pierwsze: ubrania przestają być wrogim środowiskiem. Sukienka nie udaje już zasłony w oknie, a T-shirt nie robi z ciebie wersji demonstracyjnej człowieka. Dekolt przestaje być „niewiadomą” i staje się decyzją. I jest coś ujmującego w tym, że kobieta patrzy w lustro i zamiast negocjować z własnym odbiciem jak z trudnym klientem, po prostu myśli: „O, to ja”.

Po drugie: pewność siebie. Czasem włącza się jak światło po remoncie — nagle działa, a ty się dziwisz, że wcześniej siedziałaś w półmroku. Bo to nie zawsze jest o „większe jest lepsze”, tylko o tym, żeby wreszcie przestać mieć w głowie ten cichy, upierdliwy głosik: „może gdyby…”. Niektórym zabieg zamyka temat, który latami kręcił się jak piosenka w galerii handlowej — niby jej nie słuchasz, a jednak doprowadza do szału.

Minusy? O, proszę.

Po pierwsze: portfel. Po zabiegu wygląda jak po gwałtownym romansie z ratami. Klinika mówi „inwestycja”, ty mówisz „oho”, a konto mówi „żegnajcie, wakacje”. Po drugie: rekonwalescencja, czyli etap „delikatnie, spokojnie, nie szalej, oddychaj z umiarem”. Człowiek nagle odkrywa, ile w życiu jest ruchów, które robił bezmyślnie — a teraz wykonuje je jak saper na polu minowym. Spanie na brzuchu trafia do działu „legendy i opowieści dziadków”, sport przechodzi na tryb „negocjacje z grawitacją”, a biustonosz staje się projektem logistycznym z elementami geometrii.

Ale prawdziwy cyrk zaczyna się dopiero wtedy, kiedy do akcji wchodzi otoczenie. Bo społecznie to wygląda tak: ty robisz coś ze swoim ciałem, a ludzie zachowują się, jakbyś przestawiała pomnik w centrum miasta. Nagle każdy ma zdanie, a połowa ma jeszcze pretensje, że nie zasięgnęłaś ich opinii.

Ciocia na imieninach:

— Ja tam wolę naturalne.

Jasne, ciociu. Ja też wolę naturalne: naturalny spokój, naturalny brak wtrącania się i naturalne „to nie twoja sprawa”.

Kolega:

— Po co ci to?

Zawsze kocham to pytanie, bo ono brzmi, jakby kobieta musiała uzasadniać swoje decyzje rachunkiem ekonomicznym i wykresem z Excela. „Po co ci ładna sukienka? Po co ci perfumy? Po co ci wakacje? Po co ci cokolwiek poza kartoflami i obowiązkiem?”

Ktoś inny, z twarzą człowieka, który właśnie odkrył prawdę o wszechświecie:

— To nie rozwiąże twoich problemów.

Oczywiście, że nie. Implant nie spłaci kredytu, nie uleczy traumy i nie sprawi, że nagle przestaniesz mieć ochotę rzucić telefonem o ścianę po rozmowie z infolinią. Ale czasem nie chodzi o „rozwiązanie życia”, tylko o to, żeby przestać się szarpać z jednym elementem, który uwiera jak metka wszyta w duszę. I tyle.

A najlepszy jest mit, że kobieta „robi to dla siebie” i zaraz ktoś to mówi tonem, jakby „dla siebie” było przestępstwem. Bo przecież kobieta powinna robić rzeczy po coś: dla męża, dla dzieci, dla społeczeństwa, dla estetyki ogólnej. Dla siebie? No bez przesady, gdzie to tak, proszę pani. Jeszcze by się pani przyzwyczaiła.

Tu dochodzimy do crème de la crème: niezależnie od wyboru, zawsze przegrasz konkurs na „dobrą kobietę” w oczach kogoś. Jak zrobisz — powiedzą, że sztuczne. Jak nie zrobisz — że zaniedbane. Jak będziesz pewna siebie — że próżna. Jak nie będziesz — że zakompleksiona. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma twoje życie rozpisane lepiej od ciebie, mimo że własnego nie ogarnia nawet w wersji roboczej.

W ogóle zabawne, jak szybko ludzie zostają ekspertami. Wystarczy, że usłyszą słowo „implant”, i już mają doktorat z chirurgii, psychologii, moralności oraz życia innych. Gdyby tę energię przekierować na własne sprawy, połowa kraju miałaby ogarnięte relacje, finanse i cholesterol.

I jeszcze jedna rzecz: w tej dyskusji zawsze przewijają się dwa plemiona. Pierwsze: „natura jest święta” — zwykle mówią to osoby po trzecim farbowaniu, czwartym botoksie w czole albo piątej „naturalnej” suplementacji, ale spoko, nie czepiajmy się szczegółów. Drugie: „ulepszaj wszystko” — najchętniej zrobiliby człowieka jak telefon: wtyczka, aktualizacja, nowy model, a jak się nie podoba, to reset do ustawień fabrycznych. Oba plemiona łączy jedno: bezgraniczna wiara, że to one mają prawo decydować, co to znaczy „dobrze” u kogoś innego.

Tu pointa — brutalnie prosta, bez wstążki i bez kadzidła.

Możesz mieć biust mały, średni, monumentalny jak inwestycje miejskie albo w rozmiarze „to absolutnie nie wasza sprawa i proszę się rozejść”. I tak zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje misję cywilizacyjną, żeby powiedzieć ci, jak powinnaś wyglądać, żyć, myśleć i w którą stronę prowadzić własne ciało — jakby dostał powołanie z Ministerstwa Estetyki Narodowej. Jedni będą cię „ratować” przed operacją, bo ich zdaniem kobieta ma cierpieć naturalnie, elegancko i najlepiej w ciszy. Drudzy będą cię poganiać do zmian, bo przecież „da się zrobić lepiej”. A prawda jest taka, że twoje ciało nie jest projektem społecznym ani publicznym przetargiem na cudze wizje. To twoje terytorium. Z prawem wstępu wyłącznie dla tych, którym pozwolisz.

Dlatego jedyne sensowne wyjście brzmi: rób tak, żebyś to ty czuła się dobrze — nawet jeśli świat dostaje od tego tików nerwowych, wylewu w komentarzach i filozoficznej zadyszki. Reszta może sobie dalej regulować cudze życia z poziomu kanapy. Ich opinie mają dokładnie tyle mocy, co przycisk „mute” w telewizorze: działają tylko wtedy, kiedy sama dasz im pilota.

sobota, 7 marca 2015

"Oda" do WYSZCZUPLAKÓW, czyli Dzień Kobiet w majtach wyszczuplających ;)

Grafika: www.teg3d.org

"Oda" do WYSZCZUPLAKÓW (bielizny wyszczuplającej)... 
Z okazji Dnia Kobiet ;)

W męskim świecie jest zasada:
Szczupła babka - to podstawa! 
Cóż z tym począć? - myśli Jola... 
Czas zakupić... SLIM-POTWORA!
Więc do sklepu pobieżyła - 
wszystko pięć razy mierzyła! 
Naciągała na swe ciało, 
co tylko wleźć na nie chciało! 
Ciężka była to robota - 
pot się lał, podłoga mokła! 
Szlag ją w końcu trafił wielki: 
Gdzieś mam wymiary modelki! 
Zakosztować czas wolności! 
Oddać się chwilom radości! 
Jola szaty swe zrzuciła, 
nagość swoją wystawiła! 
I pobiegła jak sarenka, 
kto ją widział dziwnie zerkał! 
Bieliznę wyszczuplającą, 
sen z jej powiek spędzającą, 
w swoim mieście rozwiesiła 
i plakaty dołączyła: 
Chcesz być szczupła? Zadek ruszaj! 
Wyszczuplaki do lamusa!


Poza tym zacnym dziełem poezji współczesnej stosowanej
 zdarzyło mi się popełnić na tym blogu kilka postów na temat KOBIET :)

Zapraszam do lektury: