poniedziałek, 5 stycznia 2026

Instrukcja obsługi, której nikt nie czyta, czyli o męskiej logice...

Męska logika to zjawisko, które — choć nie trafiło jeszcze do podręczników akademickich — funkcjonuje w przyrodzie równie stabilnie jak grawitacja. Występuje masowo, niezależnie od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Można ją spotkać w kuchni, w garażu, przy naprawie klamki oraz wszędzie tam, gdzie ktoś wypowiada sakramentalne: „Ja się tym zajmę”.

Historie zebrane poniżej są wzięte z życia — częściowo z mojego, częściowo zasłyszane przy kawie, w kolejkach i na rodzinnych spotkaniach. Wszystkie zaczynają się od dobrze znanego zdania: „Nie uwierzysz, co on zrobił…”, a kończą wspólną refleksją: może to już nie przypadek, tylko system.


I. Piętnaście paczek szczęścia

Marek poszedł po zakupy. Ot, zwykłe wyjście: chleb, mleko, coś na kolację. Ale tym razem nie była to wyprawa przypadkowa — kilka dni wcześniej w sklepie zabrakło prażonych, solonych pestek z dyni. Tych właśnie. Tych, które obiecała kupić Anka, a których w Lidlu akurat wtedy „nie było”.

Dla Marka nie był to drobiazg. To była sprawa honoru. Misja naprawcza. Zadośćuczynienie światu, który bywa kapryśny i czasem pozbawia człowieka pestek w momencie, gdy są najbardziej potrzebne. Dlatego, gdy zobaczył je na półce — świecące triumfalnie, w pełnym komplecie — nie wahał się ani chwili.

Wrócił do domu w nastroju człowieka, który właśnie uratował sytuację na skalę strategiczną.

— Były — oznajmił z dumą, stawiając torby na podłodze.

— Co było? — zapytała Anka, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Pestki z dyni. Prażone. Solone. Wziąłem piętnaście paczek.

Anka podniosła głowę powoli, jak ktoś, kto właśnie podejrzewa, że wchodzi w sytuację, której logikę trzeba będzie zrozumieć… albo od razu odpuścić.

— Otwieramy schronisko dla dzikiego ptactwa? — zapytała ostrożnie.

Marek spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Dla niego wszystko było oczywiste.

— Przecież ostatnio nie było. A teraz były.

I w tym jednym zdaniu zawarł całą filozofię. Skoro świat raz odmówił pestek, należało zabezpieczyć przyszłość. Na zapas. Na kryzys. Na wypadek globalnej katastrofy dyniowej.

Kilka dni później Anka usłyszała podobną historię od Ewy. Jej mąż wrócił do domu z pięcioma opakowaniami kaszy — mimo że nikt w domu jej nie jadał.

— Była — wyjaśnił z pełną powagą.

Argument nie do podważenia. Bo jeśli czegoś kiedyś „nie było”, a teraz „jest” — to grzechem byłoby tego nie kupić. W dużej ilości. Najlepiej hurtowo.

Niektórzy mówią, że to echo dawnych czasów niedoboru. Inni — że wrodzona potrzeba posiadania zapasów „na wszelki wypadek”. A może to po prostu specyficzny rodzaj miłości: do rzeczy rzadkich, potrzebnych, albo takich, które kiedyś się przydadzą.

Czasem tylko pozostaje pytanie — czy zapasy dotyczą wyłącznie pestek i kaszy… czy jednak można się tu dopatrzyć pewnego ryzyka… poligamicznego. 


II. Pranie w stanie oczekiwania

Magda poprosiła Tomka, żeby „ogarnął pranie”. Tomek przyjął zadanie z powagą i odpowiedzialnością, tak jak przyjmuje się misję ratunkową w filmach katastroficznych. Skinął głową, powiedział „spoko” i zniknął w łazience z miną człowieka, który wkracza w świat technologii na najwyższym poziomie.

Kilka godzin później Magda weszła do łazienki. Pralka była otwarta. W środku — mokre, zgniecione ubrania, wyglądające jak małe ofiary losu.

— Dlaczego pranie nie jest rozwieszone? — zapytała spokojnie, choć w środku już widziała nadchodzącą odpowiedź.

— Bo było wilgotne — odpowiedział Tomek tonem eksperta do spraw fizyki cieczy.

Magda odczekała chwilę, licząc do trzech. Bez skutku.

— Tomek… ono zawsze jest wilgotne.

— No tak, ale uznałem, że lepiej poczekać, aż podeschnie.

— Gdzie?

— W pralce. Tam jest bezpiecznie.

Magda spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie ogłosił, że rośliny najlepiej rosną w szafie, bo tam jest ciemno i spokojnie.

— Czyli… czekasz, aż wyschnie… w środku pralki? — upewniła się.

— No. Naturalnie.

Słowo „naturalnie” wybrzmiało jak pieczęć naukowej pewności.

Magda westchnęła. Uświadomiła sobie, że od dziś w ich domu istnieje nowa kategoria stanu skupienia: pranie w oczekiwaniu na los. Nie suche. Nie mokre. Zwyczajnie — kontemplujące swoją przyszłość.


III. Sikorka i teoria po fakcie

U Basi do mieszkania wleciała sikorka. Był chaos, bieganina, pies w stanie euforii i ptak w stanie histerii. Po długiej walce sytuacja została opanowana.

Wieczorem Basia opowiadała o wszystkim Pawłowi.

— A nie mogłaś zawiesić słoniny na sznurku? Albo widziałem na Discovery, jak takie pułapki na ptaki robili — zapytał po chwili namysłu.

Basia spojrzała na niego uważnie.

— Ja w tym czasie miałam w ręce ścierę, a w mieszkaniu psa ważącego pięćdziesiąt kilo. — Basi opadło wszystko, co mogło opaść… Pomyślała tylko: No tak — zapomniałam, że ukończyłam kurs dla zaawansowanych z budowy pułapek na sikorki. A słoninę, rzecz jasna, miałam sobie wykroić z grzbietu i wieszać na sznurze, oczywiście wcześniej podwędziwszy w kieszonkowej wędzarni, żeby aromat był kuszący. 

Paweł zaproponował rozwiązanie idealne. Spóźnione, teoretyczne i wymagające zasobów, których nikt nie posiadał. Ale w jego głowie było bezbłędne.


IV. Dziura, czyli kwestia perspektywy

Asia prowadziła samochód. Wjechała w dziurę.

— No nie możesz ich jakoś omijać? — rzucił Bartek. — Dziecko się poobija.

Kilka dni później role się odwróciły. Bartek prowadził. Ta sama droga. Ta sama dziura.

— Ku…! — zaklął. — Za co my te podatki płacimy?! Same dziury!

Asia spojrzała przez okno. Dziura wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Zmienił się tylko kierowca.


V. Skrót, który zna drogę

Piotr nie lubił nawigacji. Uważał ją za oznakę słabości charakteru. Jechał na pamięć.

— Tu skręcimy — powiedział z przekonaniem.

— Ale GPS pokazuje prosto — zauważyła Karolina.

— Wiem lepiej. To skrót.

Skrót prowadził przez osiedla, lasy i drogę, która nagle się kończyła. Po czterdziestu minutach Piotr westchnął.

— No dobra… sprawdźmy mapę.

Okazało się, że pierwotna trasa była krótsza i jedyna sensowna.

— Przynajmniej się przewietrzyliśmy — podsumował Piotr.

Karolina nie odpowiedziała. Zapisała tę historię w pamięci. Do opowiadania innym.


VI. Złota rączka i śrubka metafizyczna

Historia zasłyszana na imieninach, przy stole, gdy ktoś jeszcze dolewał herbaty, a ktoś inny już dolewał prawdy.

U Hanki zepsuła się klamka. Ot, drobiazg — lekko się ruszała, ale działała. Hanka wspomniała o tym mimochodem.

— Spokojnie — powiedział jej mąż, Wojtek. — Ja się tym zajmę.

To zdanie w męskiej logice oznacza: nie ruszaj, nie pytaj i najlepiej zapomnij.

Przez pierwszy tydzień klamka była „w trakcie”. Przez drugi — „zaraz”. W trzecim Wojtek przyniósł skrzynkę z narzędziami, położył ją na środku przedpokoju i otworzył jak relikwiarz.

— Masz śrubokręt? — zapytała Hanka.

— Ciii… — uciszył ją. — Najpierw muszę zrozumieć mechanizm.

Klamka została rozkręcona. Potem jeszcze bardziej rozkręcona. Następnie rozłożona na elementy pierwsze. Po godzinie na podłodze leżało siedem śrubek, z czego pięć było „na pewno ważnych”, a dwie „chyba zapasowe”.

— A ta? — zapytała Hanka, podnosząc jedną.

— Odłóż. Nie wiemy jeszcze, do czego służy.

Po trzech godzinach klamka przestała istnieć. Został otwór w drzwiach i filozoficzna cisza.

— Trzeba będzie kupić nową — stwierdził Wojtek w końcu.

— Ale przecież mówiłeś, że się tym zajmiesz — przypomniała Hanka.

— No zająłem się — odpowiedział spokojnie. — Teraz już wiemy, że była zepsuta.

Nowa klamka została kupiona po tygodniu. Stara… nigdy nie wróciła do formy. Śrubka metafizyczna do dziś leży w szufladzie „na wszelki wypadek”.


VII. Ja tylko sprawdzę wynik

Historia zasłyszana w kolejce do lekarza, gdzie ludzie dzielą się życiem szybciej niż numerkami.

Ela poprosiła Pawła, żeby „na chwilę” przypilnował dziecka. Paweł przyjął zadanie z pełną odpowiedzialnością i usiadł na kanapie.

— Ja tylko sprawdzę wynik — powiedział, sięgając po telefon.

Minęła minuta. Potem pięć. Potem dwadzieścia. W tym czasie dziecko zdążyło: zjeść pół kredki, rozlać sok, wejść na stół, zdobyć kota.

Ela wróciła do pokoju i zobaczyła Pawła w stanie sportowego skupienia.

— Paweł! — zawołała.

— Cicho! Doliczają czas! — syknął.

— A dziecko?

— Jest. Przecież słyszę.

I faktycznie — słychać było. Z kuchni. Coś się tłukło.


VIII. Pilot, który żyje własnym życiem

Opowieść powtarzana w kilku domach, zawsze z tym samym finałem.

— Widziałeś pilota? — pytała Kasia.

— Leżał tu — odpowiedział Michał, wskazując przestrzeń.

— Gdzie dokładnie?

— No… tu.

Pilot zniknął. Przeszukano kanapę, poduszki, stół, lodówkę (profilaktycznie). Nic.

— Na pewno go nie ruszałem — stwierdził Michał.

Po godzinie pilot został odnaleziony: pod mężczyzną, na kanapie, dokładnie tam, gdzie siedział przez cały czas.

— A, no proszę — powiedział Michał. — Sam się przesunął.

Pilot został uznany za byt autonomiczny.


IX. To się samo zrobi

Ostatnia historia krążyła po rodzinnych spotkaniach jak legenda.

— Zrobisz obiad? — zapytała Marta.

— Jasne — odpowiedział Adam. — To proste.

Adam wyjął makaron, postawił garnek na kuchence i… wyszedł z kuchni.

Po pół godzinie Marta zajrzała do środka. Garnek był pusty. Woda nie zagotowana. Makaron nadal suchy.

— Co robisz? — zapytała.

— Czekam — odpowiedział Adam.

— Na co?

— Aż się zagotuje.

— Woda?

— No.

— Adam… nie włączyłeś palnika.

Adam spojrzał na kuchenkę, potem na garnek, potem na Martę.

— Aaa… myślałem, że to się samo zrobi.

I w ten sposób odkryto, że męska logika zakłada istnienie sił wyższych w kuchni.


Aneks naukowy, czyli dlaczego oni tacy są...

Badania, których nikt nie przeprowadził, ale wszyscy znamy ich wyniki, dowodzą, że logika męska i damska ewoluowały w zupełnie innych warunkach. Samiec pierwotny podejmował decyzje szybko, bez konsultacji i bez instrukcji — najlepiej z maczugą w ręku.

Stąd do dziś:

jeśli coś może się przydać, należy to kupić w nadmiarze,

jeśli coś wydaje się skrótem, należy nim jechać,

jeśli coś jest mokre, trzeba poczekać,

a jeśli coś działa, nie wolno czytać instrukcji.

Logika damska rozwijała się równolegle, w trosce o przetrwanie stada, porządek w jaskini i to, by nikt nie jadł rzeczy „ładnych, ale trujących”. I choć zderzenie tych dwóch światów bywa męczące, jedno jest pewne: bez męskiej logiki świat byłby bardziej przewidywalny — ale zdecydowanie mniej zabawny. A tak? Mamy życie pełne anegdot, śrubek „na wszelki wypadek” i skrótów, które prowadzą donikąd. A jeśli ktoś twierdzi, że to wszystko nie ma sensu… cóż — najwyraźniej po prostu nie zrozumiał zaawansowanych zasad męskiej logiki.

piątek, 2 stycznia 2026

Tam, gdzie różnica staje się mostem - opowieść, która nie pyta o metrykę...

Miała czterdzieści pięć lat i ten rodzaj urody, który dojrzewa jak wino — nie krzyczy, lecz zostaje w pamięci. W jej ruchach była pewność, w spojrzeniu – ciepło połączone z ironią. Nauczyła się żyć w zgodzie ze sobą, a przynajmniej tak lubiła o sobie myśleć. Do czasu, gdy do jej życia wszedł on — dwudziestodziewięcioletni Michał, z niefrasobliwością w uśmiechu i niepokojem w oczach.

Poznali się w bibliotece, przy półce z kryminałami. On sięgał po książkę, ona już ją trzymała. Przez sekundę ich dłonie dotknęły grzbietu okładki, jakby przypadek miał własne poczucie humoru.

— Proszę — powiedziała, oddając mu tom.

— A może… przeczytamy ją razem? — odparł z uśmiechem, który wyraźnie nie należał do świata grzecznych konwenansów.

Pomyślała: odważny.

Pomyślała też: młody.

A potem — ku własnemu zdziwieniu — zgodziła się na kawę.

Już przy pierwszym spotkaniu wyczuła między nimi iskrę — nie tę krzykliwą, lecz jak napięcie w powietrzu przed burzą. On mówił szybko, z pasją, czasem przerywał sam sobie, jakby życie biegło szybciej niż jego zdania. Ona słuchała, jak ktoś, kto widział już kilka końców świata i wie, że większość z nich okazuje się tylko początkiem czegoś nowego.

— Wiesz, że ludzie pomyślą, że jestem twoją ciotką? — rzuciła półżartem.

— Niech myślą, co chcą. Ja wiem, kim jesteś — odpowiedział bez zawahania.

Coś w niej drgnęło...

Miasto mówiło różnymi głosami.

W kawiarni przy stoliku obok ktoś szeptał, ktoś się domyślał, ktoś dopowiadał brakujące wersy. A jednak oni uczyli się od siebie nawzajem: ona — jego świeżości, on — jej spokoju. Śmiali się z drobnych różnic: ona pamiętała kasety VHS, on dorastał ze smartfonem w dłoni. Ona mówiła: „kiedyś”, on — „kiedy będziemy”.

Bywały sytuacje absurdalnie zabawne. Kelnerka spytała kiedyś Michała:

— Dla mamy latte, tak?

Odpowiedział spokojnie:

— Dla mojej partnerki. I proszę dwa espresso. Będziemy potrzebować energii.

Zamilkła. A oni parsknęli śmiechem jak dzieci uciekające przed deszczem.

A jednak nocą, kiedy gasły światła i zostawała tylko cisza, rodziły się pytania.

Czy pewnego dnia on zatęskni za kimś „w swoim wieku”?

Czy ona zdoła nie liczyć lat jak kroków w stronę przepaści?

Czy ich historia to lot… czy spadochron?

— Boję się — powiedziała któregoś wieczoru, bardziej do siebie niż do niego.

— Ja też — odpowiedział szczerze. — Ale bardziej boję się życia, w którym cię nie ma.

Nie obiecywał jej wieczności — obiecywał obecność. I to było więcej warte.


Pewnego wrześniowego wieczoru wyjechali nad morze. Po sezonie plaża była pusta, wiatr niósł smak soli i dawne historie. Słońce topiło się w horyzoncie, a fale podchodziły do ich stóp z uporem kogoś, kto nie chce odejść.

— Wiesz — powiedział — kiedy jesteś obok, czas nie znika. On po prostu przestaje mnie gonić.

Chciała odpowiedzieć czymś mądrym, „na miarę swoich lat”. A wyszło tylko:

— Kocham cię...

Zostali na tej plaży dłużej, niż pozwalała logika. Rozmawiali o drobiazgach, o marzeniach, o lękach, które przestawały być straszne, kiedy wypowiadało się je na głos. Noc pachniała obietnicą.


Kilka tygodni później życie postanowiło ich sprawdzić.

Dostał propozycję pracy za granicą. Wielki projekt, wielka szansa, słowo „kariera” błyszczało jak neon.

Ona słuchała w milczeniu.

— Jeśli wyjedziesz — powiedziała spokojnie — zrozumiem. Nie wolno nam wiązać sobie skrzydeł.

— A jeśli zostanę? — zapytał.

Zamilkła. Bała się, że każde „zostań” zabrzmi jak klatka.

— Wtedy… zostań dla siebie — wyszeptała.

Tej nocy długo nie spał. Przewracał przyszłość w dłoniach jak kamień, który nagle stał się cięższy. Nad ranem podjął decyzję.


W niedzielę pojechali na wzgórze za miastem — to samo, na które kiedyś chodzili „oddychać dalej, kiedy świat był za ciasny”. Wiatr pachniał trawą i zapowiedzią deszczu.

— Odmówiłem — powiedział cicho.

Spojrzała na niego długo. Nie triumfalnie. Nie z ulgą. Z czułością, która bolała.

— Dlaczego? — zapytała.

— Bo po raz pierwszy w życiu czuję, że nie muszę uciekać, żeby iść naprzód — odparł. — A ty… jesteś moim kierunkiem, nie kotwicą.

Jej oczy wypełniły się łzami — jasnymi jak rzeka po roztopach. Usiedli obok siebie. Jego dłoń w jej dłoni. Prosto. Pewnie. Jak dom.


Z czasem świat przestał komentować.

Przyzwyczaił się. Albo odpuścił. A może po prostu zrozumiał, że tej historii nie da się zmierzyć ani numerem PESEL, ani cudzym oczekiwaniem.

Ich codzienność nie potrzebowała wielkich deklaracji. Była w porannej kawie. W jesiennych spacerach. W ciszy, która nie bolała, lecz koiła.

Pewnego wieczoru siedzieli na balkonie, patrząc na dachy rozświetlone ciepłym światłem. Ona położyła głowę na jego ramieniu.

— Myślisz… że to potrwa? — spytała półgłosem, bardziej z czułej obawy niż z wątpliwości. To nie było pytanie o gwarancję. To było pytanie o nadzieję.

— To już trwa — odpowiedział. — A reszta… jest naszym wspólnym jutrem.

I to wystarczyło.

Bo nie każda miłość musi obiecywać „na zawsze”. Niektóre trwają w zupełnie inny sposób — w dotyku dłoni, wspólnym milczeniu, w oddechu wieczoru, który pamięta ich obecność.

Niektóre miłości po prostu się dzieją — intensywnie, prawdziwie, z pełnym zaangażowaniem — i w tym właśnie jest ich piękno: w zgodzie na to, że tu i teraz potrafi być całym światem.

środa, 31 grudnia 2025

Nowy rok, nowa ja… ale na razie zjem ciasto i pomyślę o tym jutro...

Dobrze - skoro mamy być szczerzy, to zróbmy to naprawdę „po bożemu”, czyli z ironią, dystansem i lekkim westchnieniem w stylu: „No trudno, żyjemy dalej”. Koniec roku znowu nadszedł… absolutnie punktualnie, jak zawsze - w przeciwieństwie do nas, spóźnionych od dobrych kilku lat. I tradycyjnie zaczyna się wielkie rozliczanie wszechświata: „Co osiągnęłaś?”, „Jak bardzo się rozwinąłeś?”, „Czy wreszcie stałaś się wersją premium?”. Spokojnie. Jeśli udało ci się w tym roku nie wcisnąć „drzemka” po raz piąty - to już jest medal olimpijski w kategorii „Przetrwanie”.

Bo prawda jest taka, że nikt nas z niczego nie rozlicza. Naprawdę - nie istnieje kosmiczna komisja kontrolująca poziom spełnienia celów. Żaden urzędnik nie wyśle pisma o treści: „Informujemy, że do końca kwartału musi Pani poprawić swoje życie emocjonalne oraz zacząć pić zielone koktajle”. Jedynym inspektorem jest nasz wewnętrzny krytyk - sfrustrowany pracownik działu kontroli jakości, który już dawno powinien dostać wypowiedzenie i kartę podarunkową do spa.

A ta cała noworoczna napinka? Ten doroczny maraton samodoskonalenia? Cóż za piękna tradycja społeczna. Jedni kupują karnet na siłownię, żeby przez dwa tygodnie robił za brelok do kluczy. Inni piszą listę postanowień dłuższą niż regulamin banku. Jeszcze inni zapowiadają, że „od nowego roku będą spokojni, uważni i obecni”, po czym wybuchają, bo makaron gotował się o dwie minuty za długo. I wszyscy udają, że to jest duchowa transformacja, a nie komedia obyczajowa.

Rozsądek na koniec roku? Tak - ale taki, co patrzy na nas i mówi: „Dziecko drogie, czasami największym sukcesem jest po prostu przeżyć dzień bez robienia zbędnej dramy”. Możesz niczego nie podsumowywać. Możesz zjeść ciasto, wypić wino i nie analizować, czy okruszki symbolizują twoje nieprzepracowane emocje. To jest dojrzałość - „deluxe edition”.

A kochanie siebie? Bez połyskujących sloganów i cytatów na tle morza. Czasem wygląda tak: „Tak, obiecałam, że będę medytować codziennie, a medytuję głównie nad tym, co zjeść na kolację - i jakoś funkcjonuję”. Czasem - tak: „Tak, powiedziałam, że przestanę przejmować się opiniami ludzi, ale po pięciu minutach znów analizuję, czy kasjerka w sklepie patrzyła na mnie oceniająco”. Trudno. Jesteśmy ludźmi. A ludziom wolno być niedoskonałymi.

Dodajmy jeszcze jeden wątek - ten o „odkryciach duchowych”. Co roku obiecujemy sobie „złapać balans”, „zadbać o energię”, „słuchać intuicji” - po czym kończymy scrollując Internet o 2:30 w nocy, zastanawiając się, czy przypadkiem nie kupić nowej rośliny w doniczce, która rozwiąże wszystkie nasze problemy egzystencjalne. Spoiler: nie rozwiąże. Ale przynajmniej będzie ładniej w pokoju.

Więc dobrze, stary roku - dziękujemy za lekcje, chaos, wątpliwe decyzje, małe zwycięstwa i wielkie wpadki. Przetrwaliśmy - czasem pięknie, czasem w trybie „byle do weekendu”. A w nowy rok wejdźmy bez patosu - z humorem, sarkazmem, przymrużeniem oka i z tą kojącą świadomością, że życie nie jest konkursem, projektem ani raportem do złożenia… tylko spektaklem, w którym najlepiej grać swoją rolę tak, by czasem móc zejść ze sceny do bufetu i zjeść coś dobrego bez wyrzutów sumienia.

Bo jeśli mamy już coś postanawiać - to tylko tyle: mniej presji, więcej dystansu i trochę więcej czułości dla tego niedoskonałego człowieka, którym codziennie jesteśmy.

wtorek, 30 grudnia 2025

Związek mieszany: komedia w trzech kalamburach...

Siedziałam ostatnio i obserwowałam elementy świata przyrody ożywionej — czyli nieznajomych, znajomych oraz losowo wybrane egzemplarze gatunku Homo Niezrozumialus — i odkryłam prawdę tak oczywistą, że powinna wisieć na tablicach w urzędach: kobiety powinny żyć z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami. Koniec dyskusji. Reszta to eksperyment społeczny, który zaczął się niewinnie, a skończył mniej więcej tak jak wszystkie eksperymenty: ktoś zapomniał wyłączyć prąd, coś wybuchło, a potem społeczeństwo stwierdziło: „No trudno, niech tak zostanie”.

Bo spójrzmy uczciwie: my, kobiety, w swoim gronie funkcjonujemy jak doskonale zestrojony system. Jedna mówi: „nic”, druga wie, że chodzi o „wszystko, łącznie z wydarzeniami z 2012 roku”. Jedna przewróci oczami, a reszta już zna dokładny kontekst emocjonalny, tło historyczne i potencjalne skutki społeczne sytuacji. NASA mogłaby badać ten poziom synchronizacji.

Świat męski natomiast operuje oszczędnym, niemal prehistorycznym systemem znaków.

— No.

— No.

— No.

I to wystarczy. Dialog jak z minimalistycznego dramatu — Beckett mógłby się inspirować. Zero zbytecznych treści, zero komplikacji. Eskapizm mentalny połączony z kultem pilota do telewizora. Pustynia semantyczna, lecz, przyznajmy, zadziwiająco spójna.

Moment przełomowy mojej teorii? Gra w kalambury.

Drużyna żeńska — telepatia, jasnowidzenie, zbiorowa świadomość. Jedna machnie ręką, druga krzyczy: „Pan Tadeusz, księga siódma, wers trzeci!”. Mężczyźni patrzą i zastanawiają się, czy my posiadamy jakiś tajny, żeński protokół komunikacji, instalowany przy urodzeniu.

Drużyna męska — też sukces, tylko inaczej. Jeden pokazuje, drugi zgaduje:

— Czołg?

— Nie.

— Drugi czołg?

— Też nie.

— To może większy czołg?

— TAK!!!

Ale przynajmniej dobrze się bawią.

Drużyna mieszana… tu zaczyna się prawdziwy dramat obyczajowy. On pokazuje, ona patrzy, on macha rękami jak wiatrak w huraganie, ona coraz bardziej zdziwiona. Po pięciu minutach okazuje się, że chodziło o „kotka”. A wyglądało jak „kryzys gospodarczy połączony z egzorcyzmem”.

I potem się dziwimy, że w związkach „bywają nieporozumienia”.

Społeczeństwo jednak twierdzi: „Żyjcie razem, będzie super!”. Jasne. On myśli w punktach, ona w rozdziałach i przypisach. On mówi „spoko”, a ona analizuje ton, kontekst i mikrodrgania brwi. Dwie planety, dwie orbity, zero tłumacza.

Dlatego proponuję system idealny:

– kobiety z kobietami — harmonia, rozmowy, emocjonalne Wi-Fi,

– mężczyźni z mężczyznami — pilot, pizza, piwo, proste komunikaty.

Spotkania tylko w celu przedłużenia gatunku — jak przegląd techniczny. Potem każdy wraca do swojego naturalnego środowiska i świat staje się miejscem szczęśliwszym, spokojniejszym i o dziwo… logiczniejszym.

Ale nie, lepiej udawać, że „można się dogadać  pokojowo, kulturalnie”. Oczywiście! W kalamburach też "można”. Wystarczy 40 minut, cztery awantury i jedno zdanie wypowiedziane z odpowiednim ładunkiem emocjonalnym: „Jak mogłeś nie wiedzieć, że chodziło o bałwana?!”

sobota, 27 grudnia 2025

Jak poszłam na zabieg upiększający i wróciłam jak bohaterka programu „997”, czyli kosmetyczna komedia grozy...

Bywają w życiu takie chwile, kiedy człowiek stoi na rozdrożu i ma dwa wyjścia: albo zostać w domu, nałożyć maseczkę z drogerii za piętnaście złotych i żyć długo oraz szczęśliwie, albo zaufać koleżance, która z błyskiem w oku oznajmia, że odkryła cud estetyki, medycyny i kosmicznej technologii w jednym, a nazywa się to karboksyterapia i sprawia, że człowiek wygląda młodziej, świeżej i bardziej „wow”. I oczywiście, jak na rozsądną, dorosłą kobietę przystało, wybrałam opcję numer dwa, bo przecież co może pójść nie tak, skoro brzmi naukowo, profesjonalnie i jest wykonywane w miejscu, które ma w nazwie słowo „klinika”.

Klinika wyglądała jak świątynia piękna: sterylna biel, delikatne oświetlenie, przyjemna muzyka w tle przypominająca dźwięki harfy w chmurach, zapach luksusu unoszący się w powietrzu jak obietnica nowego życia, a ja, siedząca w fotelu, czułam się jak bohaterka filmu o metamorfozie, która zaraz przejdzie z kategorii „zmęczona, trochę sfatygowana” do poziomu „bogini, która wyspała się przez trzy poprzednie wcielenia”. Leżę więc spokojnie, oddycham, staram się wyglądać jak osoba, która ma wszystko pod kontrolą, podczas gdy w środku modlę się, żeby to faktycznie było przyjemne, delikatne i najlepiej prawie bezbolesne, bo tak właśnie to opisywała koleżanka, której teraz, z perspektywy czasu, powinnam była nadać tytuł Ambasadorki Manipulacji Estetycznej.

I wtedy zaczęło się przedstawienie. Pierwsze wkłucie — lekki szok, uczucie niepokoju, taki subtelny sygnał od organizmu w stylu „hej, to nie jest peeling kawitacyjny, przygotuj się psychicznie”. Drugie wkłucie — mózg zaczyna zadawać pytania egzystencjalne, na przykład: „dlaczego to robię?” albo „czy ja przypadkiem nie byłam już wystarczająco ładna?”. Trzecie wkłucie — dusza pakuje walizki i wychodzi na papierosa przed budynek, zostawiając ciało na fotelu jak ofiarę dobrowolnego eksperymentu medycznego. Czuję się jakby ktoś postanowił nadmuchać moją twarz pompką do pontonu w wersji industrialnej, od środka, bez zapowiedzi, bez litości i bez możliwości zgłoszenia reklamacji, podczas gdy mój słynny „wysoki próg bólu” postanowił w tym samym momencie wyjechać do innego kraju i zmienić nazwisko.

Leżę nieruchomo, wyglądając jak osoba, która udaje odważną, ale jednocześnie wewnętrznie recytuje testament, a pani kosmetolog mówi swoim spokojnym, anielskim głosem: „Jeszcze chwileczkę…”, co brzmi jak zapowiedź łagodnej procedury, ale w mojej głowie zamienia się w dźwięk odliczania do detonacji. W pewnym momencie spogląda mi wnikliwie na twarz, analizuje każdy mięsień, każdy mikroskurcz nerwowy, po czym z pełną szczerością stwierdza: „Widzę po pani minie, że raczej już pani do nas nie wróci”, a ja w duchu myślę, że wrócić to ja nie wrócę nawet myślami, bo moja mimika w tym momencie opowiada historię o bólu, rozczarowaniu i utracie zaufania do cywilizacji.

Zabieg się kończy, wstaję, podchodzę do lustra i widzę… nową wersję siebie. Ale nie taką, która wygląda jak po luksusowym spa na Bali, tylko raczej jak po nieudanej bijatyce z wyższymi siłami, w której brałam udział głową i to wielokrotnie. Twarz czerwona jak rasowy burak, lekko spuchnięta, pulsująca, pełna dramatyzmu i wrażeń, które chciałabym wymazać z pamięci. Gdybym w tym momencie pojawiła się w programie „997 – poszukiwani, ukryci, zaczerwienieni”, zapewne od razu zostałabym bohaterką odcinka specjalnego.

Drogę do domu pokonuję przemykając się, na szczęście nie było daleko. Czarne ubranie, kaptur, kominiarka, aura tajemniczości i rozpaczliwa nadzieja, że nikt mnie nie rozpozna, chociaż w tej wersji mojej twarzy nawet ja sama miałam z tym problem. Poruszałam się jak postać z niskobudżetowego kryminału, mijając witryny sklepów bokiem, przyklejona do murów niczym profesjonalny złodziej emocjonalnie zdruzgotanej estetyki, a każdy człowiek, który spojrzał w moim kierunku, wydawał mi się zagrożeniem dla mojego poczucia godności.

Po kilku dniach skóra faktycznie się ogarnęła, wyglądałam świeżej, młodziej, na bardziej „zadbaną”, a ludzie mówili mi, że promienieję, podczas gdy ja wiedziałam, że jest to blask hartowany w cierpieniu i wspomnieniu igieł. I choć efekt końcowy okazał się przyzwoity, to wewnętrznie czuję, że moja psychika już zawsze będzie nosić bliznę w kształcie słowa „karboksyterapia”.

A koleżanka, która mnie tam wysłała? Oczywiście, że nadal ją lubię, ale kiedy słyszę, jak wypowiada zdanie: „Znalazłam kolejny genialny zabieg, musisz spróbować”, wtedy uśmiecham się spokojnie, jak człowiek, który był na wojnie i przeżył, i w myślach sprawdzam, czy w domu mam zapasową kominiarkę na wszelki wypadek ;)

środa, 24 grudnia 2025

Rodzinne spotkanie przy kontrolowanej dawce cudu...

W grudniu miasto zachowywało się podejrzanie grzecznie. Jakby wiedziało, że jest obserwowane przez kalendarz. Chodniki skrzypiały pod butami niczym stare kości tradycji, a w powietrzu unosił się zapach choinek, mandarynek i lekkiej paniki. Tej samej, która każe ludziom mówić: „w tym roku bez prezentów”, po czym kupować je w ilościach hurtowych.

Bohater tej opowieści, nazwijmy go Aleksandrem (bo dorosłość polega m.in. na tym, że ma się na imię jak bohater powieści, a czuje jak statysta), stał w kolejce po karpia. Karp był martwy, lecz cieszył się większym zainteresowaniem niż on sam na portalach randkowych. Aleksander uznał to za znak czasów. Przed nim mężczyzna negocjował z rybą cenę spojrzeniem, za nim starsza pani opowiadała historię swojego życia, cofając się do czasów, gdy karp był jeszcze młody.

W domu czekał stół — solidny, doświadczony, pamiętający czasy, gdy rozmowy przy nim kończyły się kłótnią o politykę, a nie o gluten. Aleksander ubierał choinkę z namaszczeniem archeologa. Każda bombka była reliktem: tu firmowa impreza, po której „już nigdy”; tam wakacyjna miłość, która nie przetrwała kontaktu z listopadem; gdzie indziej aniołek, który stracił skrzydło w 2009 roku i od tamtej pory symbolizował budżet domowy.

Rodzina przybyła punktualnie według własnej strefy czasowej. Wraz z nią wkroczyły pytania „i co u ciebie?”, zadawane z miną mówiącą „ale szybko, bo barszcz stygnie”. Były życzenia zdrowia od osób, które brzmiały jakby kaszlały alfabetem Morse’a, i prezenty, które wymagały wyjaśnienia. Najdłuższe. Z użyciem gestów.

A potem — jak co roku — wydarzył się cud. Ktoś zaśmiał się szczerze, nie ironicznie. Ktoś przyznał, że jest zmęczony, zamiast mówić, że „wszystko gra”. Barszcz wyszedł idealny: taki, który nie rozwiązuje problemów świata, ale sprawia, że świat na chwilę przestaje ich wymagać. Nawet karp zdawał się patrzeć z talerza z pewnym zrozumieniem.

Aleksander pomyślał wtedy, że Boże Narodzenie to jedyny moment w roku, kiedy dorośli pozwalają sobie być nie do końca dorosłymi. Kiedy ironia odpoczywa, ambicje milkną, a człowiek siedzi przy stole i myśli: „może nie jest idealnie, ale jest… dobrze”. I dokładnie o to chodzi.

I kiedy już opłatek skruszał w palcach, a rozmowy zeszły z wielkich planów na małe nadzieje, przyszła pora na życzenia — te prawdziwe, niewypolerowane.

Niech te Święta będą dla Was jak dobrze napisana powieść:
z humorem, który ratuje w trudnych rozdziałach,
z ironią, która nie rani, i z czułością, która zostaje
na marginesach długo po ostatniej stronie.
Niech będzie Wam dane ciepło — nie tylko z kaloryfera,
spokój — nie tylko na trzy dni,
i bliskość — taka, która nie potrzebuje instrukcji obsługi.
A jeśli Nowy Rok przyniesie niespodzianki,
niech będą one dopasowane do Waszych potrzeb i oczekiwań.
Wesołych, mądrych i naprawdę Waszych Świąt.

wtorek, 23 grudnia 2025

Krótki kurs antropologii stosowanej w markecie, czyli społeczeństwo w koszyku...

Od czasu do czasu nachodzi nas potrzeba uzupełnienia zapasów żywnościowych, wynikająca – dajmy na to – z obecności w naszej lodówce niejadalnej materii, jaką jest światło. Światło zimne, bezlitosne i w żaden sposób niekrzepiące. Wyruszamy więc na zakupy: do marketu, a jeśli ktoś ma żyłkę do luksusu i przepychu – do supermarketu. I właśnie tam, między regałem z makaronami a paletą z wodą mineralną, rozgrywa się prawdziwy teatr społeczny. Dramat, komedia, czasem horror klasy B.

Pozwoliłam sobie poczynić pewne analizy terenowe, a nawet – idąc o krok dalej – dokonać nazewnictwa zaobserwowanych osobowości. Oto krótki przegląd typów, które każdy z nas zna, choć nie każdy chciałby znać aż tak dobrze.


STOJACZ PRZEDOTWARCIOWY

Czasy PRL-u dawno się skończyły, kartki przeszły do historii, a mimo to potrzeba kolejkowania w narodzie nie zmarniała i ma się zaskakująco dobrze. Stojacz przedotwarciowy pojawia się pod drzwiami marketu na długo przed godziną zero, jakby obawiał się, że zabraknie… wszystkiego.

To wyznawca promocji absolutnej, prorok okazji jedynej i niepowtarzalnej. Gotów jest stać w chłodzie i deszczu dla odzieży wakacyjnej w środku zimy, pięciu kilogramów mięsa mielonego mieszanego (3,99 zł za 400 g!) albo przedmiotów domowo-ogrodowo-piwnicznych, których przeznaczenia nikt do końca nie rozumie, ale „za taką cenę to grzech nie brać”. Stojacz ma w oczach błysk zwycięzcy, który wie, że dziś wygra z systemem. Nawet jeśli system wygra z nim.


WYMACYWACZ KOLEKCJONER

Zanim dokona życiowego wyboru – na przykład białego, męskiego podkoszulka – musi rozpakować i obmacać przynajmniej kilka identycznych egzemplarzy. Każdy z osobna. Dokładnie. Metodycznie. Jakby szukał tego jedynego, z którym połączy go metafizyczna więź.

W końcu, po długim procesie decyzyjnym, wybiera właściwy odcień bieli (bo przecież „biały białemu nierówny”) i odchodzi, pozostawiając po sobie krajobraz po przejściu huraganu. Rozbebeszone opakowania, porzucone kartoniki, chaos. Tu niestety – z przykrością odnotowuję – prym wiodą kobiety, choć czynią to z miną pełną niewinności i estetycznej misji.


NAPIERACZ KOLEJKOWY

Scenka klasyczna. Człowiek wyładował już towar na taśmę, stoi grzecznie, czeka na zeskanowanie i moment zapłaty, aż nagle zaczyna odczuwać delikatne, acz stanowcze napieranie koszyka na swój tyłek.

To napieracz kolejkowy – osobnik przekonany, że im bliżej podejdzie, tym szybciej kolejka ruszy. Jego koszyk wwierca się w nasze plecy z uporem godnym lepszej sprawy. Być może wyraża w ten sposób zniecierpliwienie, być może pragnie zapłacić za nasze zakupy. To drugie jednak zdarza się równie często, co wygrana w totolotka bez kuponu.

Napieracz zazwyczaj nie patrzy na nas, tylko na kasjerkę, jakby to ona była winna temu, że świat nie działa szybciej.


OPÓŹNIACZ KOLEJKOWY

Tu mamy do czynienia z klasyfikacją bardziej złożoną, bo opóźniacz występuje w dwóch odmianach: zeskanowanej i niezeskanowanej.

Zeskanowany charakteryzuje się spowolnioną reakcją na bodźce. Towar już dawno przeskanowany, paragon się drukuje, a on nadal stoi i patrzy, jakby liczył, że zakupy same zapakują się do toreb. Najpewniej wierzy w magię lub outsourcing odpowiedzialności. Z moich obserwacji wynika, że w tej kategorii zdecydowanie dominują mężczyźni.

Niezeskanowany natomiast wyłożył towar na taśmę, ale nie nadąża za ruchem własnego życia. Nie stoi przy swoich zakupach, tylko czeka – nie wiadomo na co. Produkuje tak zwane dziury taśmowe, które kasjerka próbuje wypełnić spojrzeniem pełnym rezygnacji.


UCZUCIOWY ZAWALACZ ALEJKOWY

To typ szczególnie czuły. Lubi bliski kontakt z regałami i jest emocjonalnie zespolony ze swoim koszykiem. Wózek i właściciel tworzą zwartą bryłę blokującą dostęp do towaru. Zawalacz stoi dokładnie tam, gdzie my chcielibyśmy sięgnąć po ulubiony jogurcik lub ukochaną kaszankę od chłopa.

Nie reaguje na sygnały niewerbalne, westchnienia ani uprzejme „przepraszam”. Trwa. Jak pomnik. Jakby mówił: „tu jest moje miejsce i nigdzie się nie wybieram”.


ZAPOMINACZ KARTY OSTATECZNY

Zapominacz karty nie przychodzi do kasy nieprzygotowany. On przychodzi z przekonaniem, że wszystko jest pod kontrolą. Uśmiechnięty, spokojny, pewny siebie. Dopiero pytanie kasjerki: „Ma pan/pani kartę?” powoduje subtelne pęknięcie rzeczywistości.

Najpierw jest krótka pauza – taka, w której mózg próbuje jeszcze odzyskać połączenie z pamięcią. Potem następuje klasyczny rytuał przeszukiwania kieszeni, portfela i torebki, przypominający rewizję osobistą przeprowadzaną przez samego siebie. Z każdym kolejnym ruchem rośnie napięcie kolejki i dramat Zapominacza, który nagle uświadamia sobie, że karta nie jest bytem metafizycznym i jednak trzeba ją posiadać fizycznie.

Kulminacją jest zdanie: „Ja tylko skoczę do samochodu.”

To „tylko” trwa dokładnie tyle, ile potrzeba, byśmy zaczęli żałować wszystkich decyzji życiowych, które doprowadziły nas do tej konkretnej kasy.


MANIFESTUJĄCY LICZYCIEL GROSZY 

Liczyciel groszy nie płaci – on daje świadectwo. Jego sakiewka to muzeum numizmatyki, a każda moneta ma swoją historię, którą najwyraźniej należy przypomnieć światu. Wyciąga drobne powoli, z namysłem, jakby podejmował decyzje o strategicznym znaczeniu dla gospodarki kraju.

Każda moneta zostaje położona na ladzie z osobna, policzona, przesunięta i policzona ponownie. Liczyciel nie ufa matematyce, kasom fiskalnym ani ludziom. Ufa tylko sobie. I nawet sobie nie do końca.

Gdy okazuje się, że brakuje kilku groszy, zapada cisza ciężka jak kredyt hipoteczny. Spojrzenie Liczyciela mówi jasno: „To nie ja jestem problemem. To system.”


RODZINA WYCIECZKOWA 2+3

Rodzina wycieczkowa nie robi zakupów – ona uczestniczy w wydarzeniu. Każdy członek rodziny ma tu swoją rolę, choć nikt nie zna scenariusza. Dzieci poruszają się chaotycznie, jedno płacze, drugie negocjuje zakup czegoś absolutnie niepotrzebnego, trzecie właśnie zniknęło i jest poszukiwane głosem niosącym się po całym sklepie.

Rodzice stoją przy półce i prowadzą rozmowę, która mogłaby się odbyć w domu, ale najwyraźniej wymaga obecności dwudziestu obcych osób czekających na dostęp do mleka. Każda decyzja zakupowa konsultowana jest kolektywnie, z udziałem dzieci, losu i znaków z nieba.

Do kasy podchodzą wszyscy. Naraz. Z wózkiem przeładowanym nie tylko zakupami, ale i emocjami.


TELEFONISTA KASOWY

Telefonista nie przerywa rozmowy nawet wtedy, gdy świat wokół niego wyraźnie próbuje się z nim skomunikować. Skanowanie produktów traktuje jak tło dźwiękowe do opowieści o tym, jak bardzo jest zajęty i jak pilne są jego sprawy.

Kasjerka zadaje pytania, Telefonista odpowiada półsłówkami albo gestami, które niczego nie rozwiązują. Płatność kartą? Oczywiście, ale jedną ręką, bo druga trzyma telefon i sens życia.

Telefonista wychodzi ze sklepu z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Kolejka – z poczuciem, że właśnie uczestniczyła w czyimś call center.


APOKALIPTYCZNY CZYTACZ SKŁADÓW 

Czytacz składów ma misję. On nie kupuje jedzenia – on demaskuje. Każda etykieta to potencjalne zagrożenie, każdy składnik to wróg publiczny numer jeden. Czyta długo, dokładnie, z miną kogoś, kto właśnie odkrywa spisek międzynarodowych koncernów.

Odkłada produkt z obrzydzeniem, bierze kolejny, marszczy brwi jeszcze mocniej. W końcu wybiera coś, co jest „najmniej złe”, bo ideału i tak nie ma. Wózek pozostaje prawie pusty, ale moralna wyższość została osiągnięta.

Czytacz opuszcza sklep głodny, ale czysty duchowo.


BLOKOWACZ DRZWI WEJŚCIOWYCH

Blokowacz wchodzi do sklepu i natychmiast traci orientację w czasoprzestrzeni. Staje dokładnie tam, gdzie absolutnie nie powinien, i zaczyna się rozglądać, jakby teleportował się do obcego kraju.

Za nim tworzy się korek, ludzie próbują go ominąć, ale Blokowacz jest niewzruszony. On musi się zastanowić. Przypomnieć sobie listę zakupów. Życie. Sens istnienia.

Dopiero po chwili rusza dalej, zostawiając za sobą falę frustracji i jedną, niewypowiedzianą myśl: „Dlaczego akurat tutaj?”


SELEKCJONER NAJLEPSZYCH BUŁEK 

Selekcjoner nie wierzy w przypadek. Każda bułka jest potencjalnie tą jedyną – ale tylko do momentu, aż zostanie dotknięta kolejna. Testuje sprężystość, wagę, strukturę, jakby wybierał materac na resztę życia.

Rękawiczki są zbędne. Kontakt musi być bezpośredni, cielesny, prawdziwy. Bułki wracają na półkę już „po przejściach”, ale Selekcjoner nie widzi w tym problemu. On tylko szuka najlepszej.

W końcu wybiera. Zawsze. I zawsze mamy wrażenie, że żadna z nich na tym nie skorzystała.


I tak, wychodząc ze sklepu z siatką w ręku i lekkim drżeniem powieki, uświadamiamy sobie jedno: market to nie miejsce zakupów. To przekrój społeczeństwa w pigułce. Lustro, w którym każdy z nas – z przerażeniem lub rozbawieniem – może dostrzec samego siebie. Bo najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy z opisanych typów zawsze wydaje się nam kimś innym. I tylko czasem, bardzo rzadko, przy kasie… zaczynamy się zastanawiać...

To oczywiście tylko skrót moich obserwacji poczynionych w sklepach dużych i małych. Materiał badawczy jest niewyczerpany, a kolejne typy osobowości czekają na odkrycie między mrożonkami a chemią gospodarczą. Jedno jest pewne: idąc na zakupy, nigdy nie jesteśmy sami. Towarzyszy nam cały przekrój społeczeństwa – z koszykiem, wózkiem i bardzo wyraźną osobowością.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Szklana cisza - historia cichego alkoholizmu...

Nie piła, żeby zapomnieć.

Piła, żeby nie czuć, jak bardzo pamięta.

Każdy łyk był krótką amnestią — zawieszeniem wyroku wydanego przez myśli, które od rana domagały się uwagi. Alkohol nie był jej wrogiem. Był jedynym, który nie zadawał pytań. Nie oczekiwał wyjaśnień, rozwoju, autorefleksji. Przyjmował ją taką, jaka była w danej chwili: zmęczoną, pękniętą, niedokończoną.

Jej mieszkanie wyglądało jak wystawa życia, które się udało. Blaty lśniły, podłoga pachniała cytryną, filiżanki stały w równym rządku. Porządek był niemal obsesyjny, jakby każdy idealnie ustawiony przedmiot miał zatrzymać chaos przed wdarciem się głębiej. Butelki nie stały na wierzchu — chowała je do szafek, do toreb; resztę nosiła we krwi. Alkoholizm u kobiet rzadko bywa krzykliwy. Częściej przypomina szept, który trwa latami i powoli zastępuje myślenie.

Była mistrzynią pozorów. Wykształcona, elokwentna, punktualna. Potrafiła mówić o pracy, literaturze, przyszłości. O wszystkim poza sobą. Wino przyszło jako obietnica odpoczynku. Potem jako narzędzie. W końcu jako konieczność. Granica między „chcę” a „muszę” przesunęła się tak niepostrzeżenie, że zorientowała się dopiero wtedy, gdy przestała ją obchodzić.

Upadek nie przyszedł jednego dnia. Przychodził w drobnych kompromisach.

Zaczęło się od poranków, w których nie była pewna, czy wysłała wczoraj wszystkie maile. Sprawdzała skrzynkę z bijącym sercem, czytając własne zdania jak obce — zbyt emocjonalne, zbyt długie, czasem niepokojąco szczere. Tłumaczyła to zmęczeniem. Zawsze można wszystko wytłumaczyć zmęczeniem.

Był dzień, w którym przyszła do pracy spóźniona pierwszy raz od lat. Stała w windzie, czując, że zapach alkoholu nie istnieje tylko dlatego, że nikt nie chce go nazwać. Spojrzenia kolegów trwały o ułamek sekundy dłużej. Szef zapytał, czy wszystko w porządku — tonem, który nie był już uprzejmy, lecz czujny. Skinęła głową. Kobiety uczą się potakiwać nawet wtedy, gdy się rozpadają.

Najbardziej bała się poranków. Nie kaca — tej pierwszej sekundy świadomości, w której wracało pytanie: czy wczoraj znów przegrałam?

Poranki obnażają prawdę. Nie da się ich zagadać ani rozcieńczyć. W lustrze widziała kobietę, która wciąż miała jej twarz, ale coraz mniej obecności. Alkohol nie zabiera wszystkiego naraz. Najpierw zabiera zdolność bycia ze sobą bez paniki.

Zdarzały się wieczory, których nie pamiętała wcale. Budziła się w ubraniu, z telefonem rozładowanym do zera i poczuciem straty, której nie potrafiła nazwać. Raz znalazła w koszu potłuczony talerz. Innym razem — nietknięte jedzenie, zimne, jak dowód na to, że ciało jeszcze czegoś chciało, ale umysł już nie był obecny.

Najdotkliwsze były drobne zaniedbania. Zapomniała o urodzinach przyjaciółki. Przegapiła wizytę u lekarza. Nie oddzwoniła do matki przez tydzień, bo nie potrafiła złożyć sensownego zdania. Alkohol nie niszczy relacji spektakularnie. Najpierw je rozrzedza.

Pewnego dnia zgubiła klucze. Szukała ich przez godzinę, aż znalazła w lodówce — obok otwartej butelki wina. Usiadła wtedy na podłodze i rozpłakała się nie z rozpaczy, lecz z przerażenia. Zrozumiała, że traci kontrolę nad rzeczami elementarnymi: pamięcią, ciałem, orientacją w czasie i przestrzeni.

Była też noc, gdy zadzwoniła do byłego partnera. Nie po to, by wrócić. Po to, by ktoś potwierdził jej istnienie. Rozmowa była krótka, niezręczna, pełna ciszy. Następnego dnia wstyd był tak dotkliwy, że nie potrafiła spojrzeć w lustro. Alkohol obiecuje ulgę, a zostawia nagą bezradność.

W sklepie osiedlowym sprzedawczyni przestała pytać, czy „to na prezent”. Zaczęła podawać wino bez słowa. W tamtym automatyzmie zobaczyła swoje odbicie — kobietę przewidywalną. A nic tak nie boli jak świadomość, że czyjś nałóg stał się rutyną dla obcych ludzi.

Moment przełomu nie przyszedł z hukiem. Przyszedł ze zmęczeniem. Stała w kuchni, z kieliszkiem w dłoni, i nagle pomyślała: ja już nie piję z wyboru. To zdanie miało ciężar ołowiu. Zrozumiała, że alkohol już jej nie koi — tylko przedłuża cierpienie. Że pije nie po to, by żyć, ale by nie umierać za szybko w środku.

Pierwsze dni trzeźwości były brutalne. Cisza krzyczała. Ciało domagało się chemii, umysł — ucieczki. Wszystko, co przez lata było tłumione, wracało bez litości: żal, gniew, poczucie straty, pytania o zmarnowany czas. Trzeźwość nie była nagrodą. Była konfrontacją.

Z czasem zaczęła rozumieć, że alkohol był językiem, którym mówiła o swoim bólu. Że piła, bo nie umiała być dla siebie łagodna. Każdy dzień bez alkoholu był odzyskiwaniem małego terytorium — pamięci, snu, myśli. Uczyła się znów słuchać ciszy, nie zalewać jej winem. Cisza okazała się trudna, ale uczciwa.

Dziś nie mówi, że „wygrała”. Wie, że choroba nie znika — zmienia się w czujność. Wybiera trzeźwość nie dlatego, że jest łatwa, ale dlatego, że jest prawdziwa. Po raz pierwszy od dawna jej życie nie jest znieczulone.

Ta historia nie jest opowieścią o triumfie. Jest opowieścią o kobiecie, która przestała się oszukiwać. Bo największą odwagą nie jest przestać pić — lecz odważyć się czuć.

Alkoholizm nie jest brakiem charakteru. Jest desperacką próbą ulgi. A trzeźwość nie jest końcem. Jest powrotem do siebie — powolnym, nieidealnym, ale jedynym, który daje szansę na prawdę.

piątek, 19 grudnia 2025

Bielizna wyszczuplająca – czyli opowieść o iluzji, pocie i godności...

Każda kobieta ma w życiu przynajmniej jeden moment słabości. Taki, w którym patrzy w lustro i zamiast realnego odbicia widzi wizję siebie „po drobnej korekcie rzeczywistości”. Dwa centymetry mniej brzucha, trzy więcej godności, poproszę. U jednych kończy się to grzywką, u innych tatuażem, a u mnie – bielizną wyszczuplającą.

Nie była to decyzja impulsywna. To była decyzja głęboko przemyślana… przez jakieś cztery minuty. To wystarczająco długo, by zniszczyć życie. W głowie miałam wizję: smukła sylwetka, gładka linia bioder, brzuch jak z photoshopa. Klik. Kupione. Rozmiar oczywiście ambitny – bo przecież człowiek nie tyje, tylko ma „potencjał”.

Gdy wyjęłam to dzieło nowoczesnej inżynierii tekstylnej z opakowania, przez chwilę byłam przekonana, że zaszła jakaś pomyłka. To wyglądało jak sprzęt nurkowy dla lalki Barbie. To ma wejść NA MNIE? Czy producent wierzy w cuda? Materiał elastyczny, owszem – ale tylko w teorii. W praktyce przypominał gumę do żucia po tygodniu zalegania na chodniku.

Zakładanie przypominało pojedynek: ja kontra lateks.

Najpierw łydki – jeszcze ufne. No widzisz, współpracujemy.

Kolana – punkt graniczny cywilizacji. Dlaczego wszystko co dobre w moim życiu kończy się na kolanach?

Potem uda – wyjątkowo podejrzliwe. Nie pchaj się, tu nie ma miejsca, tu już ktoś mieszka!

Dalej było tylko negocjowanie godności w zamkniętym pomieszczeniu z lustrem, które wszystko widziało i niczego nie zapomniało.

Kiedy w końcu osiągnęłam poziom „jako tako wciągnięte”, zrozumiałam, że ten strój nie modeluje sylwetki – on ją przesuwa.

Tłuszcz jak w urzędzie – zmienia okienko. Z dołu w górę, z góry na boki, z boków w miejsca, których istnienia wcześniej nie podejrzewałam.

Efekt? Owszem. Talia była. Brzuch zniknął. Halo, był tu przed chwilą, gdzie on jest? Ale w zamian pojawił się nowy, nieznany dotąd kontynent w okolicach żeber. Biust awansował o dwie kategorie geograficzne. Oddychanie weszło w tryb ekonomiczny. Oddychamy oszczędnie, jak w czasie kryzysu.

W pracy usłyszałam:

– Jakoś tak… szczuplej dziś wyglądasz.

Uśmiechnęłam się dumnie, nie zdradzając, że pod bluzką toczy się cicha walka o dopływ tlenu. (Nie rozśmieszaj mnie, bo mi pękną szwy i relacje międzyludzkie).

Po trzech godzinach zrozumiałam, że bielizna wyszczuplająca nie działa na zasadzie „noszę – chudnę”, tylko „noszę – paruję”. Proces odwadniania zachodzi błyskawicznie. Organizm, nie mogąc wydalić emocji, wydala wszystko inne. Jeśli tak dalej pójdzie, zostanę rodzynkiem.

A potem przyszła chwila próby. Zwykła, ludzka potrzeba fizjologiczna... Nie. Nie teraz. Przełóżmy to na jutro?!?

I wówczas dotarło do mnie, że to nie jest bielizna. To jest system zamknięty. Zdjęcie tego ustrojstwa w warunkach publicznego szaletu graniczy z cudem. To jak próba rozbrojenia bomby w windzie, bez instrukcji i z drżącymi rękami. Którą warstwę odwijam pierwszą? Czy to jeszcze lateks, czy to już moje fałdy? Udało się. Z minimalnymi stratami psychicznymi. Psychika przeżyje. Godność została lekko poturbowana.

Wieczorem, zdejmując ten wynalazek, poczułam coś, czego dawno nie czułam: prawdziwe rozprężenie materii. Ciało wróciło do swoich naturalnych kształtów z ulgą godną powracających z emigracji. Witajcie w domu, dziewczyny, rozpakujcie się! A ja spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie – nie wersję „premium”, tylko oryginał.

Nagle mnie olśniło... Wiecie – jak w tych kreskówkach, kiedy na łeb spada ciężki przedmiot...

Bielizna wyszczuplająca nie powstała po to, żeby odchudzać kobiety. Ona powstała po to, żebyśmy przez kilka godzin uwierzyły, że problem nie leży w ubraniach, tylko w nas. A kiedy ją zdejmujemy – żebyśmy doceniły, jak pięknie oddycha się bez kompromisów. I jak cudownie można usiąść bez efektu „strzału bocznego” ;)

środa, 17 grudnia 2025

12 pierogów i jeden cud...

— Marek, czy ty wiesz, że Wigilia jest dzisiaj?! — głos Asi w telefonie brzmiał jak syrena alarmowa, która nie tyle ostrzega, co już oskarża.

Marek stał w kolejce do kasy. Przed nim choinka z krzywym czubkiem, za nim człowiek z karpiem patrzącym w wieczność. Święta przyszły nagle. Jak zawsze.

— Oczywiście, że wiem… tylko zapomniałem — odpowiedział spokojnie.

— Ty zawsze coś „zapominasz”. Ojca, prezentów, rozmów, emocji…

— Ale karpia mam.

— Gratuluję. Ojciec karpia nie przytuli.

Rozłączyła się. Marek spojrzał na karpia. Karp spojrzał na Marka. Byli na tym samym etapie egzystencjalnego pogodzenia.

W domu czekała już mała domowa apokalipsa w wersji świątecznej. W powietrzu unosił się zapach mąki, barszczu i rodzinnych pretensji podgrzewanych od kilku pokoleń.

— Kto mi ukradł wałek?! — ryknęła babcia z kuchni, w fartuchu dowódcy.

— To nie był wałek, tylko narzędzie tortur — mruknął ojciec, obejrzawszy swoje dłonie po kolejnej turze lepienia pierogów.

Asia siedziała na blacie, obierała pomarańcze i rozsypywała wokół siebie zapach dzieciństwa.

— Marek, pocałuj mnie na dzień dobry, zanim wszyscy zwariujemy.

Pocałował.

— Cud! — krzyknęła babcia. — On żyje emocjonalnie!

Do drzwi zapukał pan Zbyszek, sąsiad od wiecznych „chwileczek”. Miał minę człowieka, który wyszedł tylko po sól, a wróci po Nowym Roku.

— Przyniosłem śledzia. I żonę. Żona w trybie oszczędzania energii, proszę obchodzić się delikatnie.

Za nim rzeczywiście pojawiła się żona — drobna, w szalu owiniętym jak kokon, uśmiechnęła się nieśmiało i skinęła głową, jakby mówiła: potwierdzam, dziś tylko na niskich obrotach.

Zza jego pleców wyłoniła się wtedy niespodziewanie pani Krysia z klatki obok, w swetrze z reniferem tak wielkim, że wyglądał, jakby chciał przejąć mieszkanie.

— Przyniosłam makowiec. I dobrą nowinę.

— Jaką? — zapytał ojciec.

— Że żyjemy. Reszta to dodatki.

Stół rósł. Naprawdę rósł. Jak zaczarowany mebel z dziecięcej bajki. Dochodziły kolejne talerze, krzesła, ludzie i historie. Ktoś przyniósł barszcz, ktoś opowieść o złamanym sercu, ktoś tylko śmiech, który nagle zaczął się rozchodzić po domu jak ciepło od kaloryfera.

Nawet pies sąsiadów znalazł miejsce pod stołem i też postanowił świętować po swojemu, najwyraźniej uznając, że to najlepsze miejsce na obserwację cudów.

— No dobra — powiedziała babcia, łamiąc opłatek z miną polityka wygłaszającego mowę narodu. — Życzmy sobie mądrze. Bez banałów.

— Ja chcę spokoju — mruknął ojciec.

— Ja szczęścia — powiedziała cicho Asia, już mniej zaczepnie, bardziej prawdziwie.

— Ja, żeby Marek w końcu dorósł — dorzucił pan Zbyszek.

— A ja — odezwała się pani Krysia, poprawiając reniferowy róg na swetrze — żebyśmy za rok znowu byli nieidealni. Bo idealni ludzie się nie śmieją.

Cisza rozlała się po stole. Taka dobra. Ciężka od wzruszeń, ale miękka jak światło świec.

Marek spojrzał na nich wszystkich: na dłonie w mące, na oczy błyszczące od śmiechu, na serca w rozsypce, które jakimś cudem nadal trzymają się razem. I wtedy zrozumiał, że Boże Narodzenie nie zawsze przychodzi z nieba. Czasem przychodzi z kuchni. Z klatki schodowej. Z czyjegoś podobieństwa do naszego chaosu.

— Wiecie co? — powiedział cicho. — Ja wam życzę odwagi. Takiej, która pozwala zostać dobrym, nawet gdy świat wcale tego nie ułatwia.

— Ooo, filozof nam się włączył — prychnęła Asia.

— To przez karpia — westchnęła babcia. — On zawsze działa refleksyjnie.

Śmiali się długo. Po szybach powoli spływała zima. W kubkach parowała herbata. W sercach coś się rozwiązywało, prostowało, zaczynało od nowa.

I choć nikt nie zobaczył anioła, wszyscy wiedzieli jedno: Cud się wydarzył. Bo znowu byli razem.

"Nie chodzi o to, by świat był idealny. Chodzi o to, byśmy czasem byli dla siebie wystarczający."