Każda kobieta ma w życiu przynajmniej jeden moment słabości. Taki, w którym patrzy w lustro i zamiast realnego odbicia widzi wizję siebie „po drobnej korekcie rzeczywistości”. Dwa centymetry mniej brzucha, trzy więcej godności, poproszę. U jednych kończy się to grzywką, u innych tatuażem, a u mnie – bielizną wyszczuplającą.
Nie była to decyzja impulsywna. To była decyzja głęboko przemyślana… przez jakieś cztery minuty. To wystarczająco długo, by zniszczyć życie. W głowie miałam wizję: smukła sylwetka, gładka linia bioder, brzuch jak z photoshopa. Klik. Kupione. Rozmiar oczywiście ambitny – bo przecież człowiek nie tyje, tylko ma „potencjał”.
Gdy wyjęłam to dzieło nowoczesnej inżynierii tekstylnej z opakowania, przez chwilę byłam przekonana, że zaszła jakaś pomyłka. To wyglądało jak sprzęt nurkowy dla lalki Barbie. To ma wejść NA MNIE? Czy producent wierzy w cuda? Materiał elastyczny, owszem – ale tylko w teorii. W praktyce przypominał gumę do żucia po tygodniu zalegania na chodniku.
Zakładanie przypominało pojedynek: ja kontra lateks.
Najpierw łydki – jeszcze ufne. No widzisz, współpracujemy.
Kolana – punkt graniczny cywilizacji. Dlaczego wszystko co dobre w moim życiu kończy się na kolanach?
Potem uda – wyjątkowo podejrzliwe. Nie pchaj się, tu nie ma miejsca, tu już ktoś mieszka!
Dalej było tylko negocjowanie godności w zamkniętym pomieszczeniu z lustrem, które wszystko widziało i niczego nie zapomniało.
Kiedy w końcu osiągnęłam poziom „jako tako wciągnięte”, zrozumiałam, że ten strój nie modeluje sylwetki – on ją przesuwa.
Tłuszcz jak w urzędzie – zmienia okienko. Z dołu w górę, z góry na boki, z boków w miejsca, których istnienia wcześniej nie podejrzewałam.
Efekt? Owszem. Talia była. Brzuch zniknął. Halo, był tu przed chwilą, gdzie on jest? Ale w zamian pojawił się nowy, nieznany dotąd kontynent w okolicach żeber. Biust awansował o dwie kategorie geograficzne. Oddychanie weszło w tryb ekonomiczny. Oddychamy oszczędnie, jak w czasie kryzysu.
W pracy usłyszałam:
– Jakoś tak… szczuplej dziś wyglądasz.
Uśmiechnęłam się dumnie, nie zdradzając, że pod bluzką toczy się cicha walka o dopływ tlenu. (Nie rozśmieszaj mnie, bo mi pękną szwy i relacje międzyludzkie).
Po trzech godzinach zrozumiałam, że bielizna wyszczuplająca nie działa na zasadzie „noszę – chudnę”, tylko „noszę – paruję”. Proces odwadniania zachodzi błyskawicznie. Organizm, nie mogąc wydalić emocji, wydala wszystko inne. Jeśli tak dalej pójdzie, zostanę rodzynkiem.
A potem przyszła chwila próby. Zwykła, ludzka potrzeba fizjologiczna... Nie. Nie teraz. Przełóżmy to na jutro?!?
I wówczas dotarło do mnie, że to nie jest bielizna. To jest system zamknięty. Zdjęcie tego ustrojstwa w warunkach publicznego szaletu graniczy z cudem. To jak próba rozbrojenia bomby w windzie, bez instrukcji i z drżącymi rękami. Którą warstwę odwijam pierwszą? Czy to jeszcze lateks, czy to już moje fałdy? Udało się. Z minimalnymi stratami psychicznymi. Psychika przeżyje. Godność została lekko poturbowana.
Wieczorem, zdejmując ten wynalazek, poczułam coś, czego dawno nie czułam: prawdziwe rozprężenie materii. Ciało wróciło do swoich naturalnych kształtów z ulgą godną powracających z emigracji. Witajcie w domu, dziewczyny, rozpakujcie się! A ja spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie – nie wersję „premium”, tylko oryginał.
Nagle mnie olśniło... Wiecie – jak w tych kreskówkach, kiedy na łeb spada ciężki przedmiot...
Bielizna wyszczuplająca nie powstała po to, żeby odchudzać kobiety. Ona powstała po to, żebyśmy przez kilka godzin uwierzyły, że problem nie leży w ubraniach, tylko w nas. A kiedy ją zdejmujemy – żebyśmy doceniły, jak pięknie oddycha się bez kompromisów. I jak cudownie można usiąść bez efektu „strzału bocznego” ;)

Twój tekst idealnie trafia w sedno tego, co większość z nas zna, ale rzadko przyznaje się głośno. Czytając, od razu poczułem, że to nie jest zwykła recenzja bielizny, tylko opis bardzo ludzkiego doświadczenia – zmagania się z własnym ciałem, oczekiwaniami i tym cichym „powinno być inaczej”.
OdpowiedzUsuńNajciekawsze jest to, że pokazujesz, jak iluzja wyszczuplenia działa na psychikę – kilka centymetrów mniej w talii, a zaraz cała reszta ciała dostaje swoje nowe „miejsca do życia”. I że cały ten efekt jest chwilowy, wymuszony i trochę absurdalny, co wcale nie umniejsza wartości doświadczenia, tylko nadaje mu humorystycznej, ale szczerej perspektywy.
Dziękuję. Zależało mi na pokazaniu, że to nie jest historia o bieliźnie, tylko o tym cichym dialogu, który prowadzimy ze sobą przed lustrem. Jeśli humor pomaga nazwać coś, co zwykle zamiatamy pod dywan, to znaczy, że tekst spełnił swoje zadanie. A iluzje… cóż, bywają pouczające — zwłaszcza wtedy, gdy po ich zdjęciu można w końcu wziąć pełny oddech.
UsuńHaha, ja już pogodziłam się ze swoją figurą i wystającym brzuszkiem. Najgoprsze jednak jest, gdy w autobusie ludzie chcą mi ustąpić miejsca, myśląc, że jestem w ciąży!
OdpowiedzUsuńPodstawa to zaakceptować siebie; jeśli czujemy się dobrze ze swoimi niedoskonałościami to na siłę nie ma sensu ich zmieniać :)
UsuńHumorystycznie i jakże prawdziwie. Koleżanka kupiła sobie kiedyś takie cudo na wesele córki. Ile szczęścia zaznała po zdjęciu tegoż, a na weselu niemal zemdlała. Masz rację, wszystko tkwi w głowie, a przeglądamy się w oczach ukochanego, jeśli on widzi w nas Wenus, to tak jest!
OdpowiedzUsuńDlatego taką bieliznę warto sobie raz w życiu kupić i założyć, żeby docenić jak piękne jest życie bez tego czegoś :)
Usuń