Siedziałam ostatnio i obserwowałam elementy świata przyrody ożywionej — czyli nieznajomych, znajomych oraz losowo wybrane egzemplarze gatunku Homo Niezrozumialus — i odkryłam prawdę tak oczywistą, że powinna wisieć na tablicach w urzędach: kobiety powinny żyć z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami. Koniec dyskusji. Reszta to eksperyment społeczny, który zaczął się niewinnie, a skończył mniej więcej tak jak wszystkie eksperymenty: ktoś zapomniał wyłączyć prąd, coś wybuchło, a potem społeczeństwo stwierdziło: „No trudno, niech tak zostanie”.
Bo spójrzmy uczciwie: my, kobiety, w swoim gronie funkcjonujemy jak doskonale zestrojony system. Jedna mówi: „nic”, druga wie, że chodzi o „wszystko, łącznie z wydarzeniami z 2012 roku”. Jedna przewróci oczami, a reszta już zna dokładny kontekst emocjonalny, tło historyczne i potencjalne skutki społeczne sytuacji. NASA mogłaby badać ten poziom synchronizacji.
Świat męski natomiast operuje oszczędnym, niemal prehistorycznym systemem znaków.
— No.
— No.
— No.
I to wystarczy. Dialog jak z minimalistycznego dramatu — Beckett mógłby się inspirować. Zero zbytecznych treści, zero komplikacji. Eskapizm mentalny połączony z kultem pilota do telewizora. Pustynia semantyczna, lecz, przyznajmy, zadziwiająco spójna.
Moment przełomowy mojej teorii? Gra w kalambury.
Drużyna żeńska — telepatia, jasnowidzenie, zbiorowa świadomość. Jedna machnie ręką, druga krzyczy: „Pan Tadeusz, księga siódma, wers trzeci!”. Mężczyźni patrzą i zastanawiają się, czy my posiadamy jakiś tajny, żeński protokół komunikacji, instalowany przy urodzeniu.
Drużyna męska — też sukces, tylko inaczej. Jeden pokazuje, drugi zgaduje:
— Czołg?
— Nie.
— Drugi czołg?
— Też nie.
— To może większy czołg?
— TAK!!!
Ale przynajmniej dobrze się bawią.
Drużyna mieszana… tu zaczyna się prawdziwy dramat obyczajowy. On pokazuje, ona patrzy, on macha rękami jak wiatrak w huraganie, ona coraz bardziej zdziwiona. Po pięciu minutach okazuje się, że chodziło o „kotka”. A wyglądało jak „kryzys gospodarczy połączony z egzorcyzmem”.
I potem się dziwimy, że w związkach „bywają nieporozumienia”.
Społeczeństwo jednak twierdzi: „Żyjcie razem, będzie super!”. Jasne. On myśli w punktach, ona w rozdziałach i przypisach. On mówi „spoko”, a ona analizuje ton, kontekst i mikrodrgania brwi. Dwie planety, dwie orbity, zero tłumacza.
Dlatego proponuję system idealny:
– kobiety z kobietami — harmonia, rozmowy, emocjonalne Wi-Fi,
– mężczyźni z mężczyznami — pilot, pizza, piwo, proste komunikaty.
Spotkania tylko w celu przedłużenia gatunku — jak przegląd techniczny. Potem każdy wraca do swojego naturalnego środowiska i świat staje się miejscem szczęśliwszym, spokojniejszym i o dziwo… logiczniejszym.
Ale nie, lepiej udawać, że „można się dogadać — pokojowo, kulturalnie”. Oczywiście! W kalamburach też "można”. Wystarczy 40 minut, cztery awantury i jedno zdanie wypowiedziane z odpowiednim ładunkiem emocjonalnym: „Jak mogłeś nie wiedzieć, że chodziło o bałwana?!”


Uśmiałam się przy kawie i ciasteczku czyli miłe popołudnie:-)
OdpowiedzUsuńJa bym powiedziała jeszcze, że mężczyźni mają słuch wybiórczy, a telepatia im kompletnie nie wychodzi.
W święta odwiedzaliśmy teściów syna, jechaliśmy na dwa auta. Młodzi z wnukiem i dziadkowie drugim.
Gdy przyszedł czas powrotu, młodzi odjechali, my czekamy na drugiego dziadka.
Może jest w toalecie. Telefonu nie zabrał. Dzwonimy do synowej - no tak dziadek zabrał się z wnukiem, ale nie raczył nas zawiadomić...
Coś jest nie tak z tą męską, selektywną komunikacją — niby wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji, a panowie i tak potrafią obrać zupełnie własną ścieżkę… i to bez słowa! 😉 Dobrze, że wszystko skończyło się szczęśliwie i wszyscy dotarli do domu, choć emocje pewnie były spore; takie rodzinne przygody pokazują, że życie pisze swoje scenariusze, a my tylko próbujemy za nimi nadążyć 😉
UsuńDzień dobry.
OdpowiedzUsuńJa jestem wyjątkiem. Ale nie wiem czy chlubnym.
Obecność wyjątków zawsze w przyrodzie jest wskazana :)
UsuńZabawne porównania do kalamburów i drużynowych gier bardzo dobrze obrazują te różnice – widać w tym sporo prawdy, a przy tym lekkości i humoru, który nie jest wymuszony.
OdpowiedzUsuńNajciekawsze jest chyba to, że tekst łączy obserwacje społeczne z codziennymi sytuacjami – nie trzeba wielkiej filozofii ani naukowych terminów, by pokazać, jak różnie funkcjonują ludzie w relacjach. Twoje wnioski o „systemach idealnych” są podane w formie żartu, a jednocześnie zmuszają do uśmiechu i refleksji nad tym, ile w tym prawdy.
Dla mnie ten tekst działa najlepiej, bo bawi, a przy tym nie narzuca gotowych odpowiedzi – pozostawia przestrzeń do własnych przemyśleń o tym, jak naprawdę komunikujemy się w związkach i grupach.
Dziękuję :) Cieszę się, że kalambury przemówiły do wyobraźni — to chyba jedyna gra, w której "kotek" potrafi ewoluować w "kryzys egzystencjalny" 😉 Pisałam ten tekst trochę z przymrużeniem oka, ale faktycznie — życie codzienne bywa większym eksperymentem społecznym niż jakakolwiek teoria. Fajnie wiedzieć, że udało się kogoś rozbawić i zostawić miejsce na refleksje :)
Usuń