Która z nas choć raz nie spojrzała w lustro i nie pomyślała: „O, losie, gdyby tak w pakiecie dołożono jeszcze brazylijskie pośladki – najlepiej bez rat, bez wyrzeczeń i bez konieczności rezygnowania z makaronu”? No właśnie. Ja też. I to ostatnio z takim przekonaniem, jakbym miała do nich moralne prawo wynikające z samego faktu bycia kobietą i posiadania… no… pośladków w wersji podstawowej.
Wiedziona naturalną dla mnie skłonnością do rzeczy „nie do końca normalnych” (czytaj: podejrzanie entuzjastycznych pomysłów, które kończą się zakwasami egzystencjalnymi), odkryłam miejsce o wdzięcznej nazwie Studio Tańca i Ruchu. A tam – proszę państwa – rozpiętość zajęć taka, że człowiek zaczyna wierzyć, iż można zostać jednocześnie syreną, tancerką, amazonką i sprężyną do materaca.
Ponieważ w mojej głowie od dawna funkcjonuje romantyczna wizja mnie jako „sexy woman” (w rzeczywistości: „sexy woman po schodach, ale tylko do drugiego piętra”), zapisałam się na taniec brzucha. Spokojnie, do pośladków dojdziemy – ja też lubię, kiedy fabuła ma dramaturgię.
Weszłam na salę i… zobaczyłam instruktorkę. Kobietę, która poruszała się tak, jakby grawitacja istniała wyłącznie dla ludzi bez talentu. Zalotnie wiła się w rytm muzyki, a ja – choć hetero, stabilna emocjonalnie i generalnie odporna na czary – poczułam, jak mi przysłowiowa kopara opada. Tak bardzo, że przez chwilę miałam wrażenie, iż jelito grube po raz pierwszy ujrzy świat od strony otworu gębowego.
Była moc. Taka moc, że kolana mi zmiękły, serce przyspieszyło, a mózg wysłał do ciała krótką instrukcję: „naśladuj, ale godnie”. Tyle że moje ciało odpowiedziało: „nie rozumiem polecenia, przechodzę w tryb kija od szczotki”.
Kręgosłup usztywnił mi się tak skutecznie, że gdyby ktoś mnie wyniósł na balkon, mogłabym robić za maszt. I doprawdy, tylko solidne trzepnięcie łopatą w grzbiet mogłoby mu przypomnieć, że poza udawaniem drąga potrafi się też wyginać w różne strony.
Ale bez nerwów. Postanowiłam wyluzować i poddać się przeznaczeniu, jak przystało na kobietę, która wierzy w znaki, horoskopy i to, że „od poniedziałku” naprawdę coś zmieni. Podobno dostrzeżono talent – tak przynajmniej stwierdziła pani wijąca się i pochwaliła mnie. W tej samej sekundzie zobaczyłam w wyobraźni alternatywną ścieżkę kariery: gdyby mnie kiedyś wywalili z roboty, to może nie umrę z głodu, nie będę musiała zgłębiać technik segregacji śmieci w osiedlowych śmietnikach, tylko zostanę… artystką ruchu. Brzucha. Bioder. Życia.
Taniec brzucha rozbudził we mnie apetyty na ciało „wyrywające z butów”. Mało mi było – a jak mi mało, to wiadomo, że nie skończy się na „rozsądnie”. Dlatego poszłam na zajęcia o obiecującej nazwie: „Brazylijskie pośladki”.
O ja durna. O ja naiwna. O ja, co uwierzyłam w marketing.
Myślałam, że pomacham trochę tyłkiem w rytm samby, zrobię dwa uśmiechy, trzy obroty, a po miesiącu moje pośladki będą miały własny kod pocztowy, konto na Instagramie i kontrakt reklamowy na bieliznę. W głowie grała mi brazylijska muzyka, w sercu – karnawał, a na twarzy już ćwiczyłam banana.
Tymczasem okazało się, że „brazylijskie pośladki” to nie jest zajęcie. To jest próba charakteru, test wiary, msza pokutna i Armagedon w legginsach. Chodziłam na różne fitnessy i znam ten moment, kiedy człowiek mówi „już nie mogę”, a instruktorka odpowiada „to jeszcze osiem”. Ale czegoś takiego nie przeżyłam nigdy.
Moja dupa chyba po raz pierwszy w życiu dowiedziała się, jak wstrętną ma właścicielkę – skoro dopuściła do takiej masakry i jeszcze za to zapłaciła. W dodatku z uśmiechem. Bo uśmiechałam się. Wiecie, jak to jest: człowiek się uśmiecha, żeby nie było widać, że w środku właśnie dogorywa.
Następnego dnia nie byłam w stanie usiąść na muszli klozetowej. I nie mówię tego w przenośni. To była operacja logistyczna, wymagająca strategii, planu awaryjnego oraz minimalnie trzech punktów podparcia. Poruszanie się? Poruszanie się było jak film wojenny, tylko bez muzyki i z większą ilością jęków.
Poznałam ból życia. Zagryzając wargi do krwi (dobrze, może nie do krwi, ale do tej czerwieni, która już nosi znamiona dramatu), musiałam przekonać swój organizm, że chodzenie jest podstawową czynnością dnia codziennego i zwolnienia lekarskiego na „obolały zad” nikt mi nie da, choć to przecież przypadłość równie realna jak złamane serce i brak Wi-Fi.
Nigdy nie przeżyłam tygodniowej orgii seksualnej z udziałem pułku żołnierzy piechoty morskiej, ale czuję się tak, jakbym przeżyła. I to bez benefitów, bez romantyzmu, za to z bólem przy wstawaniu, śmianiu się i myśleniu o schodach.
A mimo wszystko… nie poddaję się. Dzielnie walczę o powrót do stanu używalności. Bo w człowieku jest coś masochistycznie pięknego: im bardziej boli, tym bardziej chce udowodnić, że „następnym razem będzie lepiej” (spoiler: nie będzie, ale będę bardziej dumna).
Jak zaliczę parę takich zajęć, to… no dobrze, nie będę się chwalić. Powiem tylko tyle, że karnawał w Rio z moim udziałem może dostać nową kategorię: „Wydarzenie o znaczeniu kulturowym i pośladkowym”. A moje biodra – jeśli przeżyją – zostaną wpisane na listę dziedzictwa niematerialnego.
Tyle możliwości zarobkowania stanęło przede mną otworem, że aż mnie mniej tyłek boli. Bo jak człowiek cierpi z perspektywą sukcesu, to cierpi… bardziej z klasą. I tego się trzymam ;)

jak to mówią, żeby rzyć była pupą, to trzeba jej dać porządnie w dupę...
OdpowiedzUsuńi tak to jest...
p.jzns :)
No coś w tym jest 😄 Pośladki swoje wiedzą i lubią konkrety :)
UsuńDla zasady nie ma sprawy
UsuńA na poślady nie ma rady
Powiedział orzech do orzecha
Podczas bardzo krótkiej tyrady
:D
Usuńa tak w ogóle, to taniec brzucha, jako ćwiczenie, nie ma zbyt wielkiego wpływu na pośladki, prezentuje je jedynie, choć eksponuje w sposób subtelniejszy, niż twerking, a w bardzo szybkiej wersji, do tego z użyciem obręczy hula hoop ma pewien wpływ na talię i elastyczność dolnych partii kręgosłupa... na gabaryty, kształt i konsystencję pośladków istnieje sporo innych, skuteczniejszych ćwiczeń... ale to już chyba z pewnością wiesz po pierwszych zajęciach :) na pewno jednak nie ma żadnego wpływu pójście tylko na jeden trening i tworzenie sobie zbyt wielkich oczekiwań, a potem kwękanie, że nic się takiego nie zdarzyło :)
UsuńMasz rację - jeden trening nie robi rewolucji, co najwyżej robi notatkę w mięśniach. A oczekiwania warto trzymać w ryzach: taniec brzucha to bardziej kultura ruchu i ekspozycja, a pośladki niech robią swoje na innych zajęciach. :)
Usuńtaniec brzucha prędzej uznałbym za sztukę, niż za sport, ale z drugiej strony wiele form tańca wymaga sporego przygotowania fizycznego, więc różnica między sztuką, np. tańcem i sportem mocno się zaciera... weźmy na przykład takie pole dancin', w Polsce zwane common jako taniec na rurze... mnie to kręci od strony wizualnej, jak większość facetów, ale trzeba sobie zdać sprawę, jaką sprawność muszą mieć te panie, aby to robiły naprawdę dobrze...
Usuńza to przy okazji anegdota... otóż swego czasu ostro ćwiczyłem sztuki/sporty walki, zaś sam trening był zaiste katorżniczy... któregoś dnia koleżanka zaprosiła mnie na zajęcia aerobiku, takiego klasycznego, a la Jane Fonda... w sumie fajny pomysł na jakąś odmianę... to było naprawdę okrutne doświadczenie, ledwo dotrwałem do końca... ale stała za tym pewna logika... ciało przyzwyczajone do danej metodyki jakiejś formy ruchy, gdy nagle na chwilę znajdzie się na treningu innej formy po prostu głupieje, tak, jakby zaczynało wszystko od nowa...
Taniec jest sztuką, ale rozlicza jak sport - piękno na wierzchu, siłownia pod spodem; aerobik po sportach walki to klasyczna przesiadka z młota na kaligrafię: ta sama ręka, tylko alfabet inny i ciało nagle robi literówki.
UsuńNo, dramaturgia jest i czarny humor także.
OdpowiedzUsuńTak zmaltretowana czułam się po wiosennej jeździe rowerem, gdy zbyt wiele kilometrów wykręciłam po zimie, nie mogłam na schody wejść.
Już widzę Cię w pięknym stroju na ulicach Rio, co tam pośladki, podróż się liczy!
Ooo tak, ten etap „po schodach tylko na czworaka” znam aż za dobrze 😅 Po zimie człowiek myśli, że jedzie na wycieczkę, a wraca z rekonstrukcji pośladków :)
UsuńMój powrót do formy, w nieco skromniejszym zakresie ruchu, nie wyglądał tak tragicznie. Bóle związane z rozciąganiem zastałych członków pozwoliły mi na refleksję bez przeciążen na urządzeniach. Przegięcie dotyczyło jedynie miejscowego obdarcia się ze skóry na plecach w związku z poślizgiem i uciskiem podczas przewrotów prawo i lewostronych w tył. Zaleczyłam obolałe miejsca wodą, gdy przeniosłam się na pływalnię. Tak dotrwałam do wigilii. Powrót planuję z wielką pompą, czyli zacznę tym razem od basenu. Jest okazja- trzeba wykorzystać swoją szansę na....zakwasy i uregulowanie oddechu.
OdpowiedzUsuńA dla Ciebie - brawa...tyle bólu i tyle radości, w jednym. Sorki, ale uśmiałam się, chociaż wiem co to znaczy, gdy nie mozna przekręcić się na drugi bok- z bólu. Czy postawić się do pionu po ciężkiej pracy w zgiętej pozycji.
Brzmi jak porządnie udokumentowana kampania wojenna: przewroty, obtarcia, leczenie wodą i heroiczne dotrwanie do wigilii mimo strat własnych 😄 A „wielka pompa” to idealny kompromis między ambicją a higieną bólu - oby tym razem zakwasy były tylko w tle, a oddech wrócił w pierwszym szeregu :)
UsuńPrzepięknie klamrą komentarza spięte...i na luzie. Oczywiście musiałam od razu sprawdzić jak tam u mnie z tą ambicją jest. Ale po zbadaniu siebie i początkowej radości, że coś tam się tli, dałam sobie spokój...Nawet w tej dziedzinie jestem jej pozbawiona. Nazwałabym to coś raczej samorealizacją -tak jak prowadzenie bloga. Czy to dobre jest czy złe? Nie mnie to oceniać, być może tak wzmacniam swoje poczucie wartości- poprzez powrót do tego w czym człowiek czuje się dobrze i w czym czuje się ,,mocny,, na swój sposób...?
UsuńAmbicja jest przereklamowana - robi dużo hałasu i lubi kończyć się zakwasami ego 😄 A samorealizacja to dla mnie właśnie ta „cicha siła”: wracasz do czegoś, w czym czujesz się sobą i mocna, bez biczowania się planami. Czy dobre czy złe? Jeśli Cię to karmi, porządkuje i daje poczucie sensu (jak blog) - to brzmi bardziej jak higiena psychiczna niż wada. :)
UsuńChciałem w sposób błyskotliwy skomentować tę błyskotliwą historię, wszak nie wiem, czym są pośladki brazylijskie, a sprawdzić nie mogę, gdyż mam na urządzeniu założoną blokadę rodzicielską.
OdpowiedzUsuńNo proszę - blokada rodzicielska, a Ty tu próbujesz wejść na poziom „pośladki brazylijskie” bez przepustki ;) Spokojnie, to wiedza praktyczna: po pierwszych zakwasach same się przedstawią z imienia i nazwiska. :)
Usuń