poniedziałek, 5 stycznia 2026

Instrukcja obsługi, której nikt nie czyta, czyli o męskiej logice...

Męska logika to zjawisko, które — choć nie trafiło jeszcze do podręczników akademickich — funkcjonuje w przyrodzie równie stabilnie jak grawitacja. Występuje masowo, niezależnie od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Można ją spotkać w kuchni, w garażu, przy naprawie klamki oraz wszędzie tam, gdzie ktoś wypowiada sakramentalne: „Ja się tym zajmę”.

Historie zebrane poniżej są wzięte z życia — częściowo z mojego, częściowo zasłyszane przy kawie, w kolejkach i na rodzinnych spotkaniach. Wszystkie zaczynają się od dobrze znanego zdania: „Nie uwierzysz, co on zrobił…”, a kończą wspólną refleksją: może to już nie przypadek, tylko system.


I. Piętnaście paczek szczęścia

Marek poszedł po zakupy. Ot, zwykłe wyjście: chleb, mleko, coś na kolację. Ale tym razem nie była to wyprawa przypadkowa — kilka dni wcześniej w sklepie zabrakło prażonych, solonych pestek z dyni. Tych właśnie. Tych, które obiecała kupić Anka, a których w Lidlu akurat wtedy „nie było”.

Dla Marka nie był to drobiazg. To była sprawa honoru. Misja naprawcza. Zadośćuczynienie światu, który bywa kapryśny i czasem pozbawia człowieka pestek w momencie, gdy są najbardziej potrzebne. Dlatego, gdy zobaczył je na półce — świecące triumfalnie, w pełnym komplecie — nie wahał się ani chwili.

Wrócił do domu w nastroju człowieka, który właśnie uratował sytuację na skalę strategiczną.

— Były — oznajmił z dumą, stawiając torby na podłodze.

— Co było? — zapytała Anka, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Pestki z dyni. Prażone. Solone. Wziąłem piętnaście paczek.

Anka podniosła głowę powoli, jak ktoś, kto właśnie podejrzewa, że wchodzi w sytuację, której logikę trzeba będzie zrozumieć… albo od razu odpuścić.

— Otwieramy schronisko dla dzikiego ptactwa? — zapytała ostrożnie.

Marek spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Dla niego wszystko było oczywiste.

— Przecież ostatnio nie było. A teraz były.

I w tym jednym zdaniu zawarł całą filozofię. Skoro świat raz odmówił pestek, należało zabezpieczyć przyszłość. Na zapas. Na kryzys. Na wypadek globalnej katastrofy dyniowej.

Kilka dni później Anka usłyszała podobną historię od Ewy. Jej mąż wrócił do domu z pięcioma opakowaniami kaszy — mimo że nikt w domu jej nie jadał.

— Była — wyjaśnił z pełną powagą.

Argument nie do podważenia. Bo jeśli czegoś kiedyś „nie było”, a teraz „jest” — to grzechem byłoby tego nie kupić. W dużej ilości. Najlepiej hurtowo.

Niektórzy mówią, że to echo dawnych czasów niedoboru. Inni — że wrodzona potrzeba posiadania zapasów „na wszelki wypadek”. A może to po prostu specyficzny rodzaj miłości: do rzeczy rzadkich, potrzebnych, albo takich, które kiedyś się przydadzą.

Czasem tylko pozostaje pytanie — czy zapasy dotyczą wyłącznie pestek i kaszy… czy jednak można się tu dopatrzyć pewnego ryzyka… poligamicznego. 


II. Pranie w stanie oczekiwania

Magda poprosiła Tomka, żeby „ogarnął pranie”. Tomek przyjął zadanie z powagą i odpowiedzialnością, tak jak przyjmuje się misję ratunkową w filmach katastroficznych. Skinął głową, powiedział „spoko” i zniknął w łazience z miną człowieka, który wkracza w świat technologii na najwyższym poziomie.

Kilka godzin później Magda weszła do łazienki. Pralka była otwarta. W środku — mokre, zgniecione ubrania, wyglądające jak małe ofiary losu.

— Dlaczego pranie nie jest rozwieszone? — zapytała spokojnie, choć w środku już widziała nadchodzącą odpowiedź.

— Bo było wilgotne — odpowiedział Tomek tonem eksperta do spraw fizyki cieczy.

Magda odczekała chwilę, licząc do trzech. Bez skutku.

— Tomek… ono zawsze jest wilgotne.

— No tak, ale uznałem, że lepiej poczekać, aż podeschnie.

— Gdzie?

— W pralce. Tam jest bezpiecznie.

Magda spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie ogłosił, że rośliny najlepiej rosną w szafie, bo tam jest ciemno i spokojnie.

— Czyli… czekasz, aż wyschnie… w środku pralki? — upewniła się.

— No. Naturalnie.

Słowo „naturalnie” wybrzmiało jak pieczęć naukowej pewności.

Magda westchnęła. Uświadomiła sobie, że od dziś w ich domu istnieje nowa kategoria stanu skupienia: pranie w oczekiwaniu na los. Nie suche. Nie mokre. Zwyczajnie — kontemplujące swoją przyszłość.


III. Sikorka i teoria po fakcie

U Basi do mieszkania wleciała sikorka. Był chaos, bieganina, pies w stanie euforii i ptak w stanie histerii. Po długiej walce sytuacja została opanowana.

Wieczorem Basia opowiadała o wszystkim Pawłowi.

— A nie mogłaś zawiesić słoniny na sznurku? Albo widziałem na Discovery, jak takie pułapki na ptaki robili — zapytał po chwili namysłu.

Basia spojrzała na niego uważnie.

— Ja w tym czasie miałam w ręce ścierę, a w mieszkaniu psa ważącego pięćdziesiąt kilo. — Basi opadło wszystko, co mogło opaść… Pomyślała tylko: No tak — zapomniałam, że ukończyłam kurs dla zaawansowanych z budowy pułapek na sikorki. A słoninę, rzecz jasna, miałam sobie wykroić z grzbietu i wieszać na sznurze, oczywiście wcześniej podwędziwszy w kieszonkowej wędzarni, żeby aromat był kuszący. 

Paweł zaproponował rozwiązanie idealne. Spóźnione, teoretyczne i wymagające zasobów, których nikt nie posiadał. Ale w jego głowie było bezbłędne.


IV. Dziura, czyli kwestia perspektywy

Asia prowadziła samochód. Wjechała w dziurę.

— No nie możesz ich jakoś omijać? — rzucił Bartek. — Dziecko się poobija.

Kilka dni później role się odwróciły. Bartek prowadził. Ta sama droga. Ta sama dziura.

— Ku…! — zaklął. — Za co my te podatki płacimy?! Same dziury!

Asia spojrzała przez okno. Dziura wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Zmienił się tylko kierowca.


V. Skrót, który zna drogę

Piotr nie lubił nawigacji. Uważał ją za oznakę słabości charakteru. Jechał na pamięć.

— Tu skręcimy — powiedział z przekonaniem.

— Ale GPS pokazuje prosto — zauważyła Karolina.

— Wiem lepiej. To skrót.

Skrót prowadził przez osiedla, lasy i drogę, która nagle się kończyła. Po czterdziestu minutach Piotr westchnął.

— No dobra… sprawdźmy mapę.

Okazało się, że pierwotna trasa była krótsza i jedyna sensowna.

— Przynajmniej się przewietrzyliśmy — podsumował Piotr.

Karolina nie odpowiedziała. Zapisała tę historię w pamięci. Do opowiadania innym.


VI. Złota rączka i śrubka metafizyczna

Historia zasłyszana na imieninach, przy stole, gdy ktoś jeszcze dolewał herbaty, a ktoś inny już dolewał prawdy.

U Hanki zepsuła się klamka. Ot, drobiazg — lekko się ruszała, ale działała. Hanka wspomniała o tym mimochodem.

— Spokojnie — powiedział jej mąż, Wojtek. — Ja się tym zajmę.

To zdanie w męskiej logice oznacza: nie ruszaj, nie pytaj i najlepiej zapomnij.

Przez pierwszy tydzień klamka była „w trakcie”. Przez drugi — „zaraz”. W trzecim Wojtek przyniósł skrzynkę z narzędziami, położył ją na środku przedpokoju i otworzył jak relikwiarz.

— Masz śrubokręt? — zapytała Hanka.

— Ciii… — uciszył ją. — Najpierw muszę zrozumieć mechanizm.

Klamka została rozkręcona. Potem jeszcze bardziej rozkręcona. Następnie rozłożona na elementy pierwsze. Po godzinie na podłodze leżało siedem śrubek, z czego pięć było „na pewno ważnych”, a dwie „chyba zapasowe”.

— A ta? — zapytała Hanka, podnosząc jedną.

— Odłóż. Nie wiemy jeszcze, do czego służy.

Po trzech godzinach klamka przestała istnieć. Został otwór w drzwiach i filozoficzna cisza.

— Trzeba będzie kupić nową — stwierdził Wojtek w końcu.

— Ale przecież mówiłeś, że się tym zajmiesz — przypomniała Hanka.

— No zająłem się — odpowiedział spokojnie. — Teraz już wiemy, że była zepsuta.

Nowa klamka została kupiona po tygodniu. Stara… nigdy nie wróciła do formy. Śrubka metafizyczna do dziś leży w szufladzie „na wszelki wypadek”.


VII. Ja tylko sprawdzę wynik

Historia zasłyszana w kolejce do lekarza, gdzie ludzie dzielą się życiem szybciej niż numerkami.

Ela poprosiła Pawła, żeby „na chwilę” przypilnował dziecka. Paweł przyjął zadanie z pełną odpowiedzialnością i usiadł na kanapie.

— Ja tylko sprawdzę wynik — powiedział, sięgając po telefon.

Minęła minuta. Potem pięć. Potem dwadzieścia. W tym czasie dziecko zdążyło: zjeść pół kredki, rozlać sok, wejść na stół, zdobyć kota.

Ela wróciła do pokoju i zobaczyła Pawła w stanie sportowego skupienia.

— Paweł! — zawołała.

— Cicho! Doliczają czas! — syknął.

— A dziecko?

— Jest. Przecież słyszę.

I faktycznie — słychać było. Z kuchni. Coś się tłukło.


VIII. Pilot, który żyje własnym życiem

Opowieść powtarzana w kilku domach, zawsze z tym samym finałem.

— Widziałeś pilota? — pytała Kasia.

— Leżał tu — odpowiedział Michał, wskazując przestrzeń.

— Gdzie dokładnie?

— No… tu.

Pilot zniknął. Przeszukano kanapę, poduszki, stół, lodówkę (profilaktycznie). Nic.

— Na pewno go nie ruszałem — stwierdził Michał.

Po godzinie pilot został odnaleziony: pod mężczyzną, na kanapie, dokładnie tam, gdzie siedział przez cały czas.

— A, no proszę — powiedział Michał. — Sam się przesunął.

Pilot został uznany za byt autonomiczny.


IX. To się samo zrobi

Ostatnia historia krążyła po rodzinnych spotkaniach jak legenda.

— Zrobisz obiad? — zapytała Marta.

— Jasne — odpowiedział Adam. — To proste.

Adam wyjął makaron, postawił garnek na kuchence i… wyszedł z kuchni.

Po pół godzinie Marta zajrzała do środka. Garnek był pusty. Woda nie zagotowana. Makaron nadal suchy.

— Co robisz? — zapytała.

— Czekam — odpowiedział Adam.

— Na co?

— Aż się zagotuje.

— Woda?

— No.

— Adam… nie włączyłeś palnika.

Adam spojrzał na kuchenkę, potem na garnek, potem na Martę.

— Aaa… myślałem, że to się samo zrobi.

I w ten sposób odkryto, że męska logika zakłada istnienie sił wyższych w kuchni.


Aneks naukowy, czyli dlaczego oni tacy są...

Badania, których nikt nie przeprowadził, ale wszyscy znamy ich wyniki, dowodzą, że logika męska i damska ewoluowały w zupełnie innych warunkach. Samiec pierwotny podejmował decyzje szybko, bez konsultacji i bez instrukcji — najlepiej z maczugą w ręku.

Stąd do dziś:

jeśli coś może się przydać, należy to kupić w nadmiarze,

jeśli coś wydaje się skrótem, należy nim jechać,

jeśli coś jest mokre, trzeba poczekać,

a jeśli coś działa, nie wolno czytać instrukcji.

Logika damska rozwijała się równolegle, w trosce o przetrwanie stada, porządek w jaskini i to, by nikt nie jadł rzeczy „ładnych, ale trujących”. I choć zderzenie tych dwóch światów bywa męczące, jedno jest pewne: bez męskiej logiki świat byłby bardziej przewidywalny — ale zdecydowanie mniej zabawny. A tak? Mamy życie pełne anegdot, śrubek „na wszelki wypadek” i skrótów, które prowadzą donikąd. A jeśli ktoś twierdzi, że to wszystko nie ma sensu… cóż — najwyraźniej po prostu nie zrozumiał zaawansowanych zasad męskiej logiki.

10 komentarzy:

  1. Nr I - u mnie to normalka, dziś mąż przytargał mrożony groszek z marchewka, bo wspomniałam, że będę robić, ale że w lodówce jest 6 paczek, to szczegół.
    Nr II - odkąd mąż ufarbował mi wszystko na różowo, ma zakaz włączania pralki., chyba że jestem u wnuka i pierze tylko swoje.
    Mąż na emeryturze, to dopiero ciekawostka, chyba zacznę zapisywać:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli domowe archiwum męskiej logiki już się tworzy :) Zaczynaj zapisywać — materiał na pewno się przyda ;)

      Usuń
  2. kiedyś z mą Lady wracaliśmy z zakupów, nie jakichś tam wielkich, takich średnich raczej... dochodząc do domu zajrzeliśmy jeszcze do Żabki, żeby dokupić jakieś tam jeszcze drobiazgi... to znaczy ja zajrzałem, a ona została na zewnątrz popilnować majdanu, bo po co się z nim pchać do sklepu...plan był dość prosty, ale Lady zawinszowała sobie jeszcze czekoladę do picia, taką robioną na miejscu i sprzedawaną na wynos... zmodyfikowałem to trochę i kupiłem taką w proszku w torebce... primo taniej, secundo: wygodniej nieść, tertio: szybko stygnie po drodze, do domu dosłownie dwa kroki, a w domu można przygotować dokładnie to samo, sam mogę to chętnie zrobić... efektem był drobny opierdziel, taki trochę ze śmiechem i okraszony gadaniem o "męskiej logice"... Lady do tej pory mi wypomina tą historię, a ja, pomimo, że mamy dobrą komunikację, ciągle nie rozumiem, o co jej mogło chodzić...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klasyczny przykład - męska logika ekonomiczno-praktyczna kontra kobieca logika tu-i-teraz. Ty optymalizowałeś proces, ona zamawiała przyjemność 😁 I tak powstała kolizja dwóch wszechświatów - każdy absolutnie logiczny, ale w swoim wymiarze 😉

      Usuń
    2. Super, uśmiałam się szczerze, bo wyobraziłam sobie minę Lady:-)

      Usuń
    3. Mina, zapewne, była bezcenna 😁

      Usuń
  3. Kurcze, ominęło mnie tyle sensacyjnych odkryć bezpośrednich, bo akurat okoliczności życiowe były dość specyficzne- że chyba zacznę żałować siebie...i straconych lat spędzonych na odreagowywaniu i przemyśliwaniu co sprawia ( która ze składowych ego)że ludzie są w stanie ze sobą wytrzymać aż do grobowej deski..Odpowiedź powoli mi się klaruje. :-)
    Dorzucić jeszcze można coś takiego, że czasem szybciej ,klamkę, naprawi się sąsiadce niż zrobi coś w domu...Pewnie dlatego, że , ,na wyjeździe,, to nie praca, a przyjemność, bo nie muszę- a chcę, a w domu...wiadomo...ktoś się będzie o wszystko czepiał.ha,ha, ha...Postawiłam się po drugiej stronie....
    A tak podsumowując- z tą zgodnością ,post factum, jest problem, a nie z samą sytuacją.
    Wczoraj dowiedziałam się czegoś bardzo ciekawego..Napiszę.
    Ubawiłam się czytając..:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę - prywatne badania terenowe nad relacjami w toku! Widzę, że odkryłaś jedno z podstawowych praw męskiej logiki: klamka u sąsiadki naprawia się szybciej, bo tam to misja, a w domu - audyt techniczny 😉 Masz rację - same sytuacje są do przeżycia, tylko ich interpretacja po fakcie bywa sportem ekstremalnym. Czekam na odkrycia z Twojego laboratorium życia 😁

      Usuń
  4. Ja się czuję mało męski. Pod tym kątem, że jeśli chodzi o naprawę czegoś albo majsterkowanie to jestem lewo ręczny. Na dodatek po wypadku nogi są gorzej sprawne i w ogóle...

    Pozdrawiam w nowym roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój tekst to przerysowanie, nie egzamin z „męskości”, której nie mierzy się śrubokrętem ani ilością klamek na koncie😉
      Dobrego nowego roku i dużo zdrowia!

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)