sobota, 31 października 2026

Jesień - romans z kaloryferem i wujek Zenek na parkiecie...

Od jakiegoś czasu wszystkie żywe istoty, z którymi mam wątpliwą przyjemność stykać się podczas codziennej walki o przetrwanie, zgodnym chórem obwieszczają, że jesień jest do bani. Wieje, leje, zimno, ciemno, a człowiekowi pozostaje jedynie rozejrzeć się za jakąś przydrożną topolą, zaopatrzyć w solidny sznur i oddać swoje umęczone jestestwo na pastwę wichru. Ten zaś, nie mając najwyraźniej nic pilniejszego do roboty, wywijałby nami na prawo i lewo niczym wujek Zenek ciotką Ziutą na weselu kuzynki Jadwini. Kto miał okazję oglądać wujka Zenka po spożyciu trunku nielichej mocy, ten wie, że prawa fizyki są dla niego jedynie luźną sugestią, a ciotka Ziuta podczas weselnych pląsów nie tyle tańczyła, ile usiłowała utrzymać kontakt z podłożem. Z różnym skutkiem, dodam.

I tak oto, sponiewierani jesienną aurą, opadamy w końcu na glebę naszej planety, przekonani, że do wiosny pozostało nam już tylko wegetować, wzdychać i od czasu do czasu sprawdzać, czy przypadkiem nie wyrosły nam korzenie.

A ja się pytam: czy ta biedna jesień naprawdę zasłużyła sobie na taką zbiorową nagonkę?

Kiedyś pod jednym z moich tekstów pewna cudownie pojechana babina zamieściła komentarz, który wprawił mnie w stan niemalże jesiennej euforii. Pozwolę sobie przytoczyć jej wywód, licząc, że autorka nie zaciągnie mnie przed oblicze wymiaru sprawiedliwości za bezprawną dystrybucję myśli, które tak swobodnie wydostały się z jej równie swobodnych połączeń mózgowych.

"Moja droga, właśnie rozpoczęła się moja ulubiona pora roku! Jest cudownie, chociaż wciąż zbyt dużo słońca, ale jestem cierpliwa... to najcudowniejszy czas, kiedy po wejściu do domu czujesz to obejmujące cię ciepło, kiedy bez zbędnych tłumaczeń zaszywasz się w ukochanym fotelu z kubkiem gorącej czekolady w ręku, i możesz nosić ogromniaste swetry i te papucie z uszami królika, i te fajne rękawiczki z perłowymi koralikami, i traperki (moje ukochane, tęskniłam od marca). Auuu... naprawdę jest super!!!!!"

No i powiedzcie sami, czyż nie ma w tym jakiejś magii?

Wszak jesień, moi drodzy, ma swoje niezaprzeczalne zalety. Można bez najmniejszych wyrzutów sumienia prowadzić namiętny romans z kaloryferem, a jeśli ktoś jest szczęśliwym posiadaczem kominka, to już w ogóle może sobie pozwolić na miłosne uniesienia z prawdziwym ogniem. Można zaszyć się pod kocem tak skutecznie, że nawet domownicy zaczną się zastanawiać, czy przypadkiem nie wyprowadziłyśmy się po cichu. Można wreszcie paradować po mieszkaniu w wielkim, rozciągniętym swetrze, którego fason skutecznie uniemożliwia ustalenie, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna mebel. I nikomu nic do tego!

Do tego gorąca czekolada, grzane wino i wszelkiej maści plusze, które kuszą miękkością, otulają człowieka i nie zgłaszają pretensji o to, że znowu siedzi z książką zamiast zająć się czymś pożytecznym.

Już słyszę jednak głosy oburzenia...

- Z czego tu się, durna babo, cieszyć, kiedy człowiek na ten przykład sam w tej chałupie siedzi?! Męskiej piersi włochatej brak! Damskiej niewłochatej też nie uświadczysz! Nie ma do kogo gęby otworzyć, nie ma się do kogo przytulić, a kaloryfer, choćby najgorętszy, na pytanie „Kochasz mnie?” odpowiada co najwyżej podejrzanym bulgotaniem!

No fakt. Trudno z tym polemizować.

Nie samym pluszem człowiek żyje, a związek z urządzeniem grzewczym, jakkolwiek obiecujący pod względem temperatury uczuć, ma jednak pewne ograniczenia. Zwłaszcza gdy przychodzi rachunek za ogrzewanie. Wtedy nawet najgorętszy romans potrafi gwałtownie ostygnąć.

Ale jest na tym świecie pewien osobnik, którego towarzystwo mamy zagwarantowane dożywotnio. Osobnik ten zna wszystkie nasze wady, widział nas w stanie, w którym nawet własna matka mogłaby zażądać okazania dowodu osobistego, i doskonale wie, ile naprawdę zjadłyśmy wczoraj czekolady. A mimo to nadal z nami mieszka.

Wystarczy podejść do lustra.

Oczywiście nie twierdzę, że należy od razu rzucać się swojemu odbiciu na szyję, gdyż można sobie przy tym wybić zęby, a stomatologia, jak wiadomo, nie sprzyja pogłębianiu miłości do życia. Warto jednak od czasu do czasu spojrzeć na tę znajomą gębę z odrobiną sympatii. Bez wytykania zmarszczek, liczenia kilogramów oraz przypominania wszystkich życiowych kompromitacji, których nawet po trzech kieliszkach wina nie da się uznać za przejaw błyskotliwości.

Bo jeśli sami ze sobą nie potrafimy wytrzymać, to dlaczego oczekujemy, że ktoś inny będzie tym faktem zachwycony?

A kiedy już nauczymy się lubić własne towarzystwo, może pojawi się ktoś, z kim zechcemy dzielić koc. I nie będziemy musieli rozpaczliwie szukać drugiej połowy, jakbyśmy od urodzenia byli jakimś wybrakowanym egzemplarzem człowieka, któremu podczas montażu zabrakło paru istotnych części.
Choć z tym dzieleniem koca radzę uważać. Miłość miłością, ale zimne stopy potrafią wystawić na próbę nawet najbardziej wzniosłe uczucia.

A póki co niech sobie wieje. Niech sobie leje. Jesień ma prawo do własnych humorów, podobnie jak my. Ja tam zamierzam korzystać z jej uroków, ile wlezie, a gdy dopadnie mnie chwilowe osłabienie miłości do własnej osoby, zawsze mogę sięgnąć po kubełek grzanego wina. Byle nie w ilościach, które uczyniły z wujka Zenka legendę rodzinnych wesel. 😉

Trzymcie się pluszowo! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)