Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2026

Wyjazd integracyjny, czyli firmowa pielgrzymka do świątyni obciachu...

Czy każdy wyjazd integracyjny ocieka seksem? Nie. Nie przesadzajmy. Nie każdy autokar z pracownikami wiezie od razu transport napalonych degeneratów do hotelu z pakietem „all inclusive i all immoral”. Bywają przecież wyjazdy, na których ludzie naprawdę tylko jedzą, tańczą, udają, że się lubią, i wracają do pokoi samotnie, z godnością wciąż nieposzarpaną. Bywają. Rzadko, ale podobno bywają.

Zazwyczaj jednak nad takim wyjazdem unosi się coś więcej niż zapach hotelowego chloru, perfum z drogerii i spoconych koszul. Unosi się obyczajowa mgiełka rozprężenia. Taki delikatny opar erotyczno-alkoholowy, w którym człowiek nagle przestaje być specjalistą do spraw księgowości, logistyki albo zakupów, a zaczyna być ekspertem od głupich decyzji podejmowanych po trzecim drinku.

Głównym sponsorem rozpadu przyzwoitości jest oczywiście alkohol - ten płynny sabotażysta cnót wszelakich. Najpierw rozluźnia kark, potem język, potem uda, a na końcu całe to kruche rusztowanie, które człowiek przez lata budował pod nazwą „rozsądek”. I wtedy zaczyna się prawdziwa integracja. Nie ta z prezentacji HR-u, gdzie wszyscy rzekomo budują relacje i wzmacniają ducha zespołu. Nie. Ta prawdziwa integracja odbywa się przy barze, na parkiecie i w hotelowych korytarzach, gdzie cnota zdejmuje okulary, poprawia stanik i mówi: „A, raz się żyje!”.

Nagle spokojna matka Polka, która na co dzień dzieli życie między Teamsy, rosół i zebrania w szkole, przeobraża się w lwicę parkietu. Pani Halinka, dotąd spięta jak gumka od rajstop, zrzuca buty z miną kobiety, która właśnie postanowiła zemścić się na całej swojej zachowawczej biografii. Janinka, pulchna, poczciwa i zwykle niewidzialna społecznie, rozkwita jak piwonia podlana prosecco i posyła uśmiech numer pięć każdemu panu X, Y i Z, który tylko nie ucieka wzrokiem. Jej twarz promienieje tak, jakby właśnie odkryła, że życie jednak miało jeszcze jakiś dodatek specjalny poza ratą kredytu i promocją na schab.

A panowie? Panowie, jakżeby inaczej, też nie zawodzą. Pan Zygmunt, ten sam, który w biurze mówi do wszystkich „kochaniutkie” tonem poczciwego wujka, po kilku kieliszkach zaczyna mylić integrację z objazdowym konkursem macania. Jasiu natomiast zamienia się w mecenasa kobiecej wesołości i stawia drinki z rozmachem osiedlowego krezusa, licząc po cichu, że inwestycja zwróci się w naturze. W jego oczach każdy drink to nie wydatek, lecz zaliczka na przyszłość. Na bardzo konkretną przyszłość.

I właśnie wtedy, pośród dymu, świateł, cudzego dezodorantu i muzyki tak głośnej, że sumienie nie słyszy już własnych protestów, zaczyna się ten osobliwy spektakl społeczny. Spektakl, w którym ludzie na co dzień sztywni, uporządkowani, moralni jak instrukcja BHP, nagle rozpinają nie tylko kołnierzyki, ale i resztki obyczajowej tapicerki. Jedni flirtują jak wygłodniałe labradory, drudzy tańczą, jakby ich biodra pisały własną autobiografię, trzeci zaś snują się po hotelu z miną zdobywcy, choć bardziej przypominają ofiary źle zmieszanych trunków.

Jeżeli ktoś jeszcze się łudzi, że w takich wyjazdach uczestniczą wyłącznie ludzie bez skazy, nieskazitelni jak obrus w domu teściowej przed obiadem, to winszuję wiary w człowieka. Oczywiście, trafiają się jednostki przyzwoite, stateczne, nieulegające pokusom. Siedzą sobie, popijają wodę albo jedno piwo, patrzą na ten cyrk ludzkich rozszczelnień i zapewne w duchu zastanawiają się, czy firma nie powinna jednak inwestować bardziej w premie niż w open bary. Ale to mniejszość. Elita wewnętrznej dyscypliny. Ostatni Mohikanie przyzwoitości.

Najciekawiej robi się jednak przy tych, którzy przez lata uchodzili za wzory stabilności. To oni często odpalają się najmocniej. Ludzie, którzy poznali męża albo żonę w wieku dwudziestu lat, a potem już tylko praca, dzieci, kredyt, wywiadówka, święta, te same pozycje życiowe i te same kanapki do pracy. W młodości nie zaszaleli, bo byli porządni. Potem nie zaszaleli, bo byli odpowiedzialni. Aż tu nagle hotel, muzyka, obcy ludzie, procenty i złudzenie, że nikt nie patrzy. Wtedy z wnętrza człowieka wychodzi nie demon, nie rozpustnik, lecz coś znacznie smutniejszego: spóźniona młodość w butach ortopedycznych.

Im ciaśniejsza była smycz codzienności, tym gwałtowniejsze bywa szarpnięcie. I oto mamy widowisko: człowiek, który przez dwadzieścia lat dusił w sobie wszelkie impulsy, nagle postanawia nadrobić wszystko w jeden wieczór. Efekt zwykle jest taki, że zamiast erotycznej wolności otrzymujemy kabaret pomyłek. Niby zmysłowo, ale jednak bardziej desperacko niż pociągająco. Bardziej „ratunku, jeszcze żyję” niż „carpe diem”.

A obserwator? Obserwator ma wybór godny filozofa. Może pić, żeby obraz tego zbiorowego wykolejenia stał się miękki, rozmyty i znośny. Może też zachować trzeźwość i patrzeć, jak kolejne osoby spektakularnie demontują swoje publiczne wizerunki. Problem w tym, że trzeźwy na wyjeździe integracyjnym jest jak notariusz na swingers party - formalnie może być obecny, ale wszystkich niepokoi. Człowiek, który nie pije, pamięta. Człowiek, który pamięta, potencjalnie stanowi zagrożenie. Taki osobnik nie budzi zaufania. On budzi lęk.

Są też przedmioty zakazane, choć nikt tego oficjalnie nie mówi. Dawniej był to aparat fotograficzny. Dziś wystarczy telefon - mała, zgrabna maszynka do produkcji rozwodów, kompromitacji i porannych zawałów. Jedno zdjęcie potrafi mieć moc większą niż dział compliance. Są kadry, które powinny pozostać martwe, niewypowiedziane, utopione w hotelowym półmroku razem z resztką godności uczestników. Niestety, współczesny człowiek najpierw się kompromituje, a potem to nagrywa.

Nie rozczulajmy się też nad symboliką obrączki. Obrączka na wyjeździe integracyjnym nie jest żadnym pancerzem moralnym. To raczej biżuteryjna dekoracja, która czasem pełni funkcję czysto archiwalną - przypomina, że kiedyś były jakieś deklaracje, ale dziś DJ puścił hit z lat dwutysięcznych i wszystko się skomplikowało. Śmiem twierdzić, że niektórzy zaobrączkowani otwierają swe twierdze szybciej niż single, bo w ich przypadku pokusa ma dodatkowy smak zakazanego deseru. A wiadomo, zakazany deser tuczy najbardziej.

Czy płeć ma znaczenie? Niespecjalnie. Kobiety i mężczyźni równie sprawnie potrafią przerobić siebie na widowisko ku przestrodze. Owszem, robią to innym repertuarem gestów, inną choreografią i przy użyciu różnych rekwizytów, ale finał bywa podobny: rano nikt nie chce spojrzeć sobie w oczy przy stole ze śniadaniem, a jajecznica smakuje jak moralna kara.

Mężczyzna po alkoholu często nagle wierzy, że jest najlepszym samcem w stadzie, choć w rzeczywistości przypomina raczej rozchwianą szafę z ambicjami erotycznymi. Kobieta po alkoholu czasem odkrywa w sobie dzikość, która miała być panterą, a bywa rozemocjonowaną sarną na lodzie. Jedni i drudzy dostają od procentów ten sam prezent: nieuzasadnione poczucie atrakcyjności. Alkohol jest bowiem największym stylistą złudzeń - z przeciętności robi zjawisko, z banalnego flirtu romans stulecia, a z kompromitacji przygodę, dopóki nie nadejdzie poranek.

I wtedy wchodzi on: kac. Ten szary urzędnik rzeczywistości, który przychodzi punktualnie i bez litości odbiera wszystkie nocne przywileje. Zmywa brawurę, gasi erotyczny neon, wyłącza wewnętrznego amanta i przywraca twarz, której nie pomaga ani kawa, ani ciemne okulary, ani wersja wydarzeń: „nic takiego się nie stało”. Stało się. Zawsze coś się stało. Nawet jeśli tylko czyjaś reputacja pękła z cichym trzaskiem jak rajstopy na za dużym udzie.

A przecież cała sprawa sprowadza się do czegoś banalnego. Na wyjazd integracyjny warto zabrać rozum. Tak, wiem, brzmi to staroświecko, niemal reakcyjnie, jak rada ciotki z dobrego domu. Ale jednak rozum jest przydatny. Dobrze go mieć przy sobie, a nie zostawiać w pokoju obok walizki, szczoteczki do zębów i zahamowań. Bo potem oglądamy ludzi nasączonych procentami do granic człowieczeństwa, gadających brednie, tańczących z meblami, szukających miłości tam, gdzie ledwo mogą znaleźć własny pokój, i naprawdę trudno dostrzec w tym cokolwiek pociągającego. To nie jest zmysłowe. To nie jest odważne. To nie jest wyzwolone. To jest po prostu żałosne.

Nie twierdzę, że nie należy się bawić. Przeciwnie - bawić się trzeba, luzować też, tańczyć nawet do utraty tchu, flirtować, śmiać się, wygłupiać. Życie nie jest po to, by siedzieć przy wodzie z cytryną i dyskutować o kwartalnych wynikach. Ale między zabawą a obyczajowym gruzowiskiem jest jednak pewna różnica. I dobrze byłoby tę różnicę zauważyć, zanim ostatnia trzeźwa komórka mózgowa utopi się bohatersko w kieliszku wódki.

Bo potem zostaje już tylko poranek. Śniadanie w hotelowej restauracji. Cienie pod oczami. Ucieczki wzroku. Sztuczne chrząknięcia. Pytania zadawane tonem niby swobodnym, a jednak pełnym grozy: „Dobrze się bawiłaś?”, „O której poszliście spać?”, „Masz może moją torebkę?” oraz najstraszniejsze ze wszystkich: „Nikt niczego nie nagrał, prawda?”.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim uczestnikom wyjazdów integracyjnych, by integrowali się z umiarem, wracali z godnością i nie musieli po weekendzie zmieniać pracy, numeru telefonu ani wersji wydarzeń ;)

poniedziałek, 23 marca 2015

Alkoholorektyczki, palcohol i wisienki w likierze - trochę faktów ze świata alkoholu ;)

Grafika: www.timescity.com

Dzisiaj garść ciekawostek alkoholem ziejących ze strony: www.focus.pl ;)

„Alkoholorektyczki to głównie młode dziewczęta, które stosują drakońskie diety, ale nie rezygnują przy tym z alkoholu. Do grupy tej należą też trzydziestolatki, które kochają imprezowy styl życia. Aby nie przytyć, zamiast jeść – piją. 
Co prawda np. kieliszek białego wina dostarcza ok. 150 kcal, ale zawiera znikome ilości składników odżywczych. Kalorie z kieliszka są „puste”. Alkoholorektyczki są też bardziej narażone na zatrucia swoimi ulubionymi trunkami – jedzenie spowalnia wchłanianie alkoholu w przewodzie pokarmowym, natomiast picie na pusty żołądek to prosta droga do kłopotów.” 

„Palcohol, czyli alkohol w formie sypkiej za kilka miesięcy będzie dostępny dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych. 
Proszek rozpuszcza się w wodzie i w ten sposób uzyskuje się alkoholowy koktajl. Zdaniem ekspertów wprowadzenie do obrotu sproszkowanego alkoholu niesie za sobą ryzyko, że sięgną po niego nieletni, a po drugie, że alkohol będzie teraz częściej spożywany w miejscach, w których jest to zabronione. Amerykański rząd właśnie wyraził zgodę na sprzedaż alkoholu w proszku. Na początek klienci będą mogli wybierać spośród czterech podstawowych "smaków" - wódka, rum, cosmopolitan i margherita. Produkt będzie dostępny w sklepach od czerwca na terenie Stanów Zjednoczonych. Już teraz jednak władze niektórych stanów zapowiadają, że nie dopuszczą do sprzedaży alkoholowego proszku. Południowa Karolina, Louisiana, Vermont już jej zabroniły. Zdaniem prawodawców sproszkowany alkohol będzie można znacznie łatwiej przetransportować niż płynny, przez co szybko trafi on do miejsc, w których dziś jest zakazany (w tym m.in. na wszelkiego rodzaju szkolne wydarzenia i imprezy). Producent nowego proszku podkreśla jednak, że saszetka sproszkowanego alkoholu będzie miała ok. 10 x 15 cm, więc nie tak łatwo będzie ją przeoczyć. Zdaniem producenta nie warto także martwić się o wciąganie proszku np. przez nos. Wywołuje to tak silne pieczenie, że raczej nikt nie będzie próbował tej metody. Obojętnie, w jakiej postaci dostępny jest alkohol. Ci, którzy chcą go nadużywać, zawsze znajdą na to swój sposób - podkreśla na swojej stronie internetowej producent proszku.” 

„Czekoladki z alkoholem potrafią być niebezpieczne! Na pewno można doprowadzić się do stanu, w którym nie wolno prowadzić samochodu. Obliczenie ilości czystego alkoholu etylowego w czekoladkach typu „wiśnia w likierze” wskazuje, że po półgodzinie od spożycia 10 sztuk takich słodyczy stężenie alkoholu we krwi mężczyzny o wadze 70 kg wyniesie 0,2 promila. Oznacza to, że nie wolno mu siadać za kierownicą. W przypadku kobiety o takiej samej masie ciała wystarczy dziewięć czekoladek, by osiągnąć „stan po spożyciu alkoholu” już po półgodzinie od spożycia. Oczywiście przy mniejszej masie ciała stężenie alkoholu we krwi po zjedzeniu takiej samej ilości czekoladek będzie jeszcze większe.”

niedziela, 22 lutego 2015

Hemoroidy, alkohol i czarny kwadrat...

Czarny kwadrat na białym tle - Kazimierz Malewicz
Grafika: www.wikipedia.pl

Natknęłam się w sieci na informację, która wielce mnie ucieszyła… A mianowicie: alkohol wcale nie jest taki zły i posiada całą gamę pozytywów, m.in. w małych dawkach podnosi poziom kreatywności. Szanowni czytający, informuję, że nie mam problemu z nadmiernym moczeniem ust w procentach i pragnę tutaj dodatkowo podkreślić znaczenie słów „w małych dawkach”.
Natchniona myślą o podniesieniu kreatywności udałam się do kuchni w celu znalezienia odpowiedniego wyzwalacza twórczej natury Kobiciny. Gmeram więc pod stołem kuchennym, gdzie są zgromadzone na półeczce drewnianej różne rodzaje trunków, znajduję ulubione wino wytrawne w kolorze gęstej byczej krwi żylnej i wypełzając spod stołu uderzam się o jego kant w dość wrażliwą na ból część mózgoczaszki… Ot i mnie natchnęło! 
W ramach ćwiczenia niedzielnej kreatywności proponuję pochylenie się nad dziełem sztuki formatu światowego pt. „Czarny kwadrat na białym tle” autorstwa Kazimierza Malewicza. Zanim niektórzy posądzą mnie, o więcej niż spore, skutki uboczne związane z uderzeniem w głowę śpieszę wyjaśnić, iż zdarzyło mi się w życiu zaliczyć epizod związany ze studiowaniem sztuk szeroko pojętych. Na pewnych zajęciach wylosowałam do zinterpretowania wyżej wspomniane dzieło, a właściwie jego ksero. Nie mając za bardzo pojęcia z czym to zjeść (brak pojęcia był związany z moją nieobecnością na wcześniejszych zajęciach ćwiczeniowych) taka dziewicza wdepnęłam na obraz pana Malewicza. W pierwszej chwili uznałam to za niezły dowcip: Dzieło?!? To jest dzieło?!? Mój ojciec, beztalencie rysunkowe, stworzyłby lepsze używając do stworzenia małego palca lewej stopy! Ochłonąwszy z pierwszego szoku i dowiedziawszy się, że to nie jest dowcip przygotowany przez złośliwe współstudiujące zasiadłam nad białą kartką papieru i myślę, myślę, myślę… Wznoszę modły do wszelakich znanych mi bóstw o natchnienie, co by mnie oświeciło i jakoś tak górnolotnie ten kwadrat poopisywać… Kartka pusta… Czas mija… Zaraz każą odczytać wypociny na temat… 

Pozbywszy się wstydu i resztek godności studenckiej wygłosiłam taką oto, mniej więcej, interpretację „dzieła”: 

Biorąc pod uwagę wielkość kwadratu w stosunku do całej powierzchni obrazu uważam, że niesie on ogromny potencjał i ładunek emocjonalny. Czarny kolor kieruje moje tory myślowe w stronę Wszechświata – muszę tutaj wspomnieć o kosmicznej Czarnej dziurze, która jest dla mnie czymś tak abstrakcyjnym jak to „dzieło”. Ze względu na skrzywienie w kierunku nauk medycznych nie mogę nie nawiązać do naturalnych otworów znajdujących się w organizmie ludzkim – mam tutaj na myśli wlot i wylot układu pokarmowego – jedyne co mnie zbija z tropu to kształt… Jak wiadomo otwory te są mniej lub bardziej owalne, więc może kwadrat w tym przypadku symbolizuje mękę ludzkiego żywota, a kąty ostre nawiązują do głodu czy też hemoroidów i niedogodności z tym związanych… Możliwe też, że autor przeżył śmierć kliniczną i symbolicznie nakreślił tunel łączący dwa światy – brakuje mi tylko światełka w tunelu… Na tym zakończę mój wywód; prawdopodobnie jestem w stanie uszyć kolejne zdania przeładowane herezją wszelakiej maści, ale proszę wziąć pod uwagę moją bezsilność wobec rozszyfrowania faktu: co autor „dzieła” pt. „Czarny kwadrat na białym tle” miał na myśli ;)

Miny słuchających były... trudne do opisania ;) Oczywiście dowiedziałam się, że na zajęcia przybyłam nieprzygotowana i gdybym liznęła choć w stopniu minimalnym życiorys pana Malewicza to być może, aż tak bardzo nie musiałabym wysilać swoich komórek mózgowych ;) Doceniono kreatywność. Aaa… Byłam trzeźwa jak, dopiero co, wyciśnięty z macicy noworodek ;)

Także nie wiem czy alkohol jest potrzebny do wyzwolenia kreatywności - boję się co mogłabym stworzyć pod wpływem, a tak udało mi się te studia podyplomowe szczęśliwie zaliczyć ;)

niedziela, 15 lutego 2015

Kobieta "drań" z kawałem lodu...

Grafika: www.vitalia.pl

Jest niespokojnym duchem, który szuka swojego miejsca na Ziemi… 
Nie dla niej rola matki, żony i kochanki - jej wnętrze ciągle domaga się nowych doznań, krzyczy: Idź! Szukaj dalej! To nie jest Twoje „tu i na zawsze”. Jest dorosłym dzieckiem alkoholika… Diagnoza banalna do postawienia, wystarczy zagłębić się w mądre psychologiczne strony w sieci, by to i owo znaleźć, by się świetnie odnaleźć w charakterystyce: dom bez miłości, ciche dni ciągnące się - w oczach dziecka - w nieskończoność, chłód emocjonalny rodziców w stosunku do siebie i względem dzieci, schematy, sztywność, napięcia, awantury… Tylko nikt nie pamięta, że najbardziej cierpią na tym dzieci. 
W którymś momencie pojawia się głód miłości… Głodny zje byle co… I tak Ona spędza życie wikłając się w pozornie „szczęśliwe” związki, w których nie potrafi znaleźć właściwiej dla siebie roli, boi się odpowiedzialności, myśl o dziecku ściska mięśnie ściany żołądka. Nie! Nie zrobię tego samego Bogu ducha winnej istocie! Nie mogłabym spojrzeć w lustro! Lęk przed tym, że popełni błędy rodziców jest tak głęboko zespolony z każdą jej komórką, że nawet nie śmie marzyć o tym, że mogłoby być inaczej. Jednak głód uczuć nie daje jej spokoju... 
„Niezauważona, nieakceptowana, niedoceniona w rodzinie dziewczynka już jako dorosła kobieta euforycznie reaguje na czarującego, adorującego partnera pomijając tym samym niezwykle niebezpieczne fakty: że np. nadużywa alkoholu, sięga po narkotyki, ma skłonności do romansowania z innymi kobietami” lub jest świetnie zamaskowanym dupkiem mającym skłonności do przemocy psychicznej i fizycznej. 
„W rodzinie dysfunkcyjnej nic nie było łatwe - nawet odwzajemnianie uczuć dziecka stanowiło dla wielu rodziców wyzwanie nie do spełnienia. Dlatego też schemat zaczerpnięty z domu polegający na walce o miłość i akceptację, jest często odwzorowywany w dorosłych relacjach. W batalii o partnera kobieta jest gotowa na daleko idące poświęcenia oczekując cudu przemiany zimnego drania w czułego towarzysza życia.” 
Sama przy tym jest "draniem" - zimnym, z kawałem lodu tkwiącym w sercu, który być może nigdy nie stopnieje…  Jest surowym sędzią dla ludzi - to pozory, sędzia jest ulotny jak bańka mydlana... Znajduje spełnienie tam, gdzie nie ma interakcji z żywym człowiekiem. Kłamstwo! Okłamuje samą siebie: malowanie obrazów czy projektowanie ubrań cieszących się wzięciem i uznaniem klientek jest interakcją! Nieudolnie spija z ust obcych ludzi uznanie, tylko jej wnętrze wiwatuje i uprawia karnawał radości: Jestem jednak COŚ warta! Ludzie! Jestem COŚ warta!

Cytowane fragmenty pochodzą z: http://natemat.pl