Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Feminizm, kura domowa i kieliszek prawdy, czyli podwójny etat bez premii...

Feminizm obiecywał nam wiele. Przede wszystkim wolność, samostanowienie i poczucie, że możemy być kim chcemy — pod warunkiem, że zdążymy być tym wszystkim jednocześnie. Kobieta miała przestać być uwięziona w kuchni, a stać się obywatelką świata, rynku pracy i własnych ambicji. I rzeczywiście, wyszłyśmy z kuchni… tyle że garnek wzięłyśmy ze sobą, bo przecież ktoś musi pilnować, żeby obiad nie wykipiał, a świat — jak wiadomo — sam się nie ogarnie.

Dawniej sprawa była jasna i brutalnie uczciwa. Kobieta siedziała w domu, mężczyzna pracował, a wszyscy wiedzieli, kto za co odpowiada. Nikt nie udawał, że to sprawiedliwe, ale przynajmniej było logiczne. Dziś logika poszła na urlop bezpłatny, a my zostałyśmy z jej obowiązkami. Współczesna kobieta bowiem pracuje zawodowo, rozwija się, realizuje, a po godzinach… wraca do pełnoetatowej pracy, za którą nie dostaje ani pensji, ani premii, ani nawet dobrego słowa, bo przecież „to normalne”.

Kura domowa XXI wieku to istota wybitnie wydajna. W jednej ręce trzyma torby z zakupami, w drugiej telefon służbowy, na brzuchu dziecko, przy nodze drugie dziecko, a w głowie plan dnia rozpisany z dokładnością do minuty, uwzględniający fakt, że ktoś w końcu musi pamiętać o szczepieniu kota, zapłaceniu rachunków i tym, że jutro w przedszkolu dzień koloru zielonego. Jej organizm funkcjonuje na kawie, poczuciu obowiązku i przekonaniu, że jak ona tego nie zrobi, to nie zrobi tego nikt.

Wieczorem, gdy świat zwalnia, ona przyspiesza. Zaczyna się spektakl pod tytułem „ogarniam wszystko i jeszcze się uśmiecham”, bo przecież zmęczenie jest passe, a frustracja źle wygląda przy dzieciach. I wtedy do domu wraca on — zmęczony, spracowany, po ośmiu godzinach jednego, konkretnego etatu. Patrzy na ten domowy armagedon i mówi zdanie, które powinno być wpisane na listę tekstów zakazanych przez ONZ: „Ty to masz dobrze, już jesteś w domu!”

W tym momencie feminizm płacze cicho w kącie, a kieliszek wina zaczyna wyglądać jak narzędzie terapeutyczne. Bo jak tu wytłumaczyć, że „bycie w domu” nie oznacza odpoczynku, tylko zmianę uniformu na niewidzialny? Jak przekazać, że praca domowa nie jest magiczną strefą relaksu, tylko systemem zadań, które same się nie wykonają, choć świat bardzo by chciał wierzyć, że wykonują się siłą kobiecej intuicji?

Nie chodzi o to, że feminizm był zły. On był naiwny. Uwierzono, że wystarczy dopuścić kobiety do rynku pracy, a reszta ułoży się sama. Tymczasem reszta… została dokładnie tam, gdzie była. W kuchni, w łazience, przy dzieciach, w kalendarzu pełnym cudzych terminów. Dołożono nam wolność, ale nie zdjęto obowiązków. I tak oto stałyśmy się symbolem sukcesu — kobietą, która „ogarnia”, nawet jeśli sama już ledwo się trzyma.

Czy jesteśmy głupie? Absolutnie nie. Jesteśmy skuteczne. A skuteczność, jak wiadomo, bywa najgorszym przekleństwem, bo szybko staje się normą. Skoro dajemy radę, to znaczy, że możemy jeszcze trochę. Jeszcze jeden projekt. Jeszcze jedno pranie. Jeszcze jedno „nie teraz, później odpocznę”. Tylko że to „później” jakoś nie nadchodzi.

Dlatego ten felieton najlepiej czytać wieczorem. Gdy dzieci śpią, z kieliszkiem wina w dłoni, w ciszy, która wreszcie nie wymaga reakcji. I może wtedy, między jednym a drugim łykiem, pojawi się myśl wywrotowa, niemal rewolucyjna: że równość nie polega na tym, że kobieta robi wszystko, tylko że nie robi wszystkiego sama.

A kura domowa? Ona już nie gdacze. Ona patrzy, popija wino i bardzo powoli zaczyna zadawać pytania. A to zwykle pierwszy etap zmian.