W tym właśnie cały urok mikroekspresji. To te krótkie, bezczelne ruchy twarzy, które pojawiają się, zanim nasz wewnętrzny rzecznik prasowy zdąży wyjść na mównicę i ogłosić oficjalne stanowisko. Najpierw emocja robi swoje, a dopiero chwilę później rozsądek przybiega zziajany, poprawia krawat i próbuje uratować sytuację. Innymi słowy: człowiek jeszcze nie zdążył skłamać z wdziękiem, a twarz już powiedziała prawdę z bezczelną szczerością.
To zresztą wiadomo od dawna: ciało jest szybsze od dobrego wychowania. Można godzinami ćwiczyć dyplomatyczne formułki, można mówić „oczywiście”, „jak najbardziej”, „cudowny pomysł”, ale jeśli przez pół sekundy człowiek wygląda tak, jakby właśnie powąchał jogurt po terminie, to cała werbalna elegancja ma mniej więcej taką wartość jak plastikowa korona w sklepie z zabawkami. Mikroekspresje są jak ten jeden szczery znajomy, którego nie bierze się na oficjalne przyjęcia, bo zawsze palnie prawdę w najmniej odpowiednim momencie.
Najpiękniejsze jest to, że najłatwiej zdradzamy się nie wtedy, gdy mówimy, lecz wtedy, gdy słuchamy. Kiedy mówimy, jesteśmy czujni, spięci, kontrolujemy zdania, ton i minę. Natomiast gdy słuchamy, czujemy się bezpieczniej i wydaje nam się, że wystarczy tylko kiwaċ głową z miną człowieka otwartego na dialog. A właśnie wtedy twarz urządza sobie samowolkę. Usta milczą, ale policzki, powieki i okolice nosa prowadzą już własną debatę parlamentarną. I nagle okazuje się, że człowiek, który wyglądał na życzliwego, w rzeczywistości od trzech minut wewnętrznie przewraca oczami.
Życie towarzyskie jest przez to sportem ekstremalnym. Spotykasz kogoś, mówisz „jak miło cię widzieć”, a twoja twarz przez ułamek sekundy robi coś pomiędzy zwątpieniem a paniką. Ktoś pokazuje ci zdjęcia z wakacji, a ty próbujesz zachować pozory zainteresowania, choć twoje czoło wysyła światu sygnał: „to już dwudzieste czwarte zdjęcie zachodu słońca i wszystkie wyglądają tak samo”. Ktoś opowiada o nowym partnerze, nowym aucie, nowej diecie albo nowym kursie oddychania i człowiek naprawdę chciałby być szlachetny, wspierający oraz dojrzały emocjonalnie, ale twarz niestety nie zawsze nadąża za tym projektem.
Osobnym rozdziałem tej farsy jest rozmowa kwalifikacyjna, czyli współczesny teatr absurdu. Kandydat ma nie krzyżować rąk, nie krzyżować nóg, nie drapać się po twarzy, nie drapać się po głowie, nie wyglądać na zbyt pewnego siebie, ale też broń Boże nie na zbyt niepewnego. Ma siedzieć prosto, gestykulować symetrycznie, mieć otwartą postawę i promieniować entuzjazmem. Najlepiej takim naturalnym, spontanicznym entuzjazmem, wyćwiczonym dzień wcześniej przed lustrem. A potem słyszy pytanie: „Gdzie widzi się pan za pięć lat?” i w tej samej chwili jego ciało postanawia wykonać układ choreograficzny zatytułowany „Flaming po załamaniu nerwowym”.
W ogóle rozmowa o pracę to moment, w którym ludzkość osiąga szczyt hipokryzji w wersji premium. Kandydat udaje, że od dziecka marzył o pracy akurat w tej firmie, rekruter udaje, że pytanie o „największą słabość” ma sens, a obie strony dzielnie zachowują się tak, jakby nie chodziło głównie o pieniądze, tylko o wspólną podróż ku wartościom. W tym wszystkim mikroekspresje są jedynym uczciwym uczestnikiem spotkania. One nie udają, że „Excel jest pasją”, nie wierzą w „dynamiczne środowisko” i nie dają się uwieść słowu „synergia”. One pojawiają się na sekundę i mówią: „wszyscy wiemy, o co tu chodzi”.
Równie zabawnie bywa w codziennych relacjach. Człowiek sądzi, że jest mistrzem kamuflażu, a tymczasem wystarczy jeden komentarz przy rodzinnym stole i już połowa twarzy mówi „kocham was”, a druga połowa „nie wytrzymam do deseru”. Na tym właśnie polega cały komizm życia społecznego: niby jesteśmy dorośli, ubrani, ogarnięci, a jednak wciąż zdradzają nas mięśnie twarzy, jakbyśmy byli źle wychowanymi dziećmi na szkolnym apelu. Człowiek przez lata buduje wizerunek osoby zrównoważonej, a potem jedna uwaga cioci o „braku stabilizacji” i nagle twarz pokazuje cały repertuar od rozpaczy po pogardę.
Oczywiście nie ma co popadać w przesadę i traktować mikroekspresji jak magicznego wykrywacza prawdy. To nie jest tak, że po przeczytaniu dwóch artykułów i obejrzeniu trzech filmików człowiek staje się Sherlockiem Holmesem od mięśnia jarzmowego. Czasem ktoś wygląda podejrzanie, bo jest zmęczony. Czasem marszczy nos, bo go swędzi. Czasem unosi brew, bo coś go zdziwiło, a nie dlatego, że właśnie gardzi nami i całym naszym rodem. Człowiek to nie instrukcja obsługi ekspresu do kawy. Nie wszystko da się odczytać od ręki, a już na pewno nie wszystko trafnie.
I może właśnie to jest w tym najlepsze. Mikroekspresje nie obiecują przecież pełnej wiedzy o drugim człowieku. One tylko przypominają, że pod grubą warstwą manier, uprzejmości, pozy zawodowej i społecznego makijażu wciąż siedzi ktoś bardzo pierwotny, szybki i szczery. Ktoś, kto przez pół sekundy reaguje naprawdę, zanim włączy się cały ten elegancki system autocenzury. A potem wszystko wraca do normy: uśmiech wraca na miejsce, głos mięknie, słowa znów są gładkie i cywilizowane. Tylko ten krótki błysk prawdy już zdążył się wydarzyć.
Temat mikroekspresji jest tak wdzięczny, bo przypomina jedną bardzo niewygodną, ale i bardzo pocieszającą prawdę: nikt z nas nie jest aż tak gładki, jakby chciał. Pod każdym „miło mi”, „spokojnie”, „super pomysł” i „oczywiście, bez problemu” siedzi mały, nerwowy człowieczek, który przez pół sekundy pokazuje światu, co naprawdę myśli. A potem z godnością poprawia fryzurę i wraca do roli.
I to jest nawet piękne. Trochę kompromitujące, trochę niewygodne, ale jednak piękne. Bo dzięki temu wciąż jesteśmy ludzcy. Niedoskonali, momentami przezroczyści emocjonalnie, odrobinę śmieszni. Tacy, co chcieliby błyszczeć klasą, a kończą z miną człowieka, któremu własna twarz właśnie zrobiła publiczny sabotaż.

Oprócz paroksyzmu smiechu, który mnie opanował, zaczęłam powątpiewać w moją płciowo-mózgową przynależność....
OdpowiedzUsuńPotem przyszła refleksja.spokojnie, przecież na dalszym etapie znajomości staję się kobieca i do tego mocno egocentryczna: tak bym się nie ubrała- tego nie załozyła, itd. Lustro nie kłamie, to tylko moj zdefasowany gust, więc na cholerę te nerwy.
Mamy w sobie ,prawdomówcę,, nieco małomównego, więc należy liczyć na nieuważność innych, że nas nie odkryją , hi,hi, ha, ha. :-)
Wszyscy nosimy w sobie małego wewnętrznego komentatora: raz stylistę, raz surowego recenzenta, a czasem zwykłego sabotażystę w kapciach. Całe szczęście najczęściej demaskuje nas nie lustro, tylko własna wyobraźnia, która lubi przesadzać bardziej niż źle dobrany żakiet. A nerwy? Po co, skoro autoironia jest znacznie bardziej twarzowa :)
UsuńO tak, w niej każdemu do twarzy...
UsuńMimika czasem robi dobrą robotę, bo lepiej wie co nam indywidualnie wychodzi na zdrowie. Tyle, że te przykrywki nie(rozsądkowe) też mają swoją robotę do zrobienia: wywarcie odpowiedniego ..wrażenia. :)
Oglądamy serial Mentalista, stary, ale ciekawy. Ciekawy z powodu tych niuansów właśnie i zdolności do ich odczytywania.
OdpowiedzUsuńCzasami nie trzeba wielkich zdolności, by kogoś rozgryźć, w myśl zasady: elegancka kobieta, póki się nie odezwie...
Bywają też kamienne twarze, które trudno rozpracować, mam jednego osobnika w bliskim otoczeniu, normalnie Buster Keaton!
„Mentalista” świetnie pokazuje, że twarz bywa bardziej gadatliwa niż właściciel, choć zdarzają się egzemplarze z fabrycznie włączonym trybem „kamuflaż totalny”. No i Buster Keaton - bezcenny typ, bo człowiek nie wie, czy właśnie milczy, myśli, czy już od dawna wszystko o nas wie ;)
UsuńMamciu, ja właśnie uświadomiłam sobie, że pracując z ludźmi to ja mam przez te 8h taką "rozmowę kwalifikacyjną" z pacjentami... "Ale ten lek NA PEWNO działa?!", "A czemu to nie ma zniżki?", "Ale firma X jest najlepsza, w internecie tak pisali!", ale najlepszy hit.. "A co pani taka smutna?!" Ekhem.. mam taką mimikę twarzy, że nie szczerzę zębów od ucha do ucha, mój uśmiech w pracy jest raczej bardzo delikatny.. no nie dogodzisz :D
OdpowiedzUsuńNajciekawsze jest to, że po ponad 10 latach pracy, w niektórych sytuacjach.. potrafię wyłączyć tą kontrolę i z niedowierzaniem zadać jakieś logiczne pytanie, by ta druga osoba zastanowiła się, co do mnie mówi, bo czasami autentycznie nie wierzę, że to się dzieje naprawdę.. Moja mimika twarzy pewnie wygląda wówczas cudownie hahahaha :D
Świetny tekst, uśmiałam się serdecznie i absolutnie zgadzam się z tym co napisałaś ;) Pozdrawiam cieplutko!
Praca z ludźmi potrafi dać człowiekowi materiał na kilka książek i solidny zapas cierpliwości na całe życie 😄 Po tylu latach w zawodzie chwila szczerego niedowierzania to już nie wpadka, tylko naturalny odruch obronny.
UsuńDziękuję za ten komentarz i serdecznie pozdrawiam!
jakoś tak jest, że jeśli wołamy kota lub idziemy do niego, to on świetnie wie, kiedy należy podejść /bo smakołyk lub głaski/, a kiedy spieprzać /bo pigułka, zastrzyk lub wycieczka w pudle do weta/ i na to nie pomogą nasze wysiłki, aby ukryć nasze zamiary, oszukać jakoś sierściucha... ludziom trochę gorzej wychodzi odczytywanie zamiarów innych ludzi, nawet bliskich znajomych... okay, człowiek ma bardziej skomplikowany mózg, niż kot, ale nie o to w tym wszystkim chodzi...
OdpowiedzUsuńto jest tak, że nasza świadomość rejestruje ileś tam bajtów informacji, zaś podświadomość milion razy więcej, choć zapewne z POV świadomości wiele z nich jest nieistotna... u kota to działa inaczej, jego psychika stanowi spójną całość, nie ma podziału na świadomość i podświadomość... ale... mamy coś takiego, jak Intuicja... to jest taki jakby ekran, na którym podświadomość wyświetla jakieś informacje targetowane do świadomości... kłopot polega tylko na tym, że język, w którym podświadomość "mówi" do świadomości jest bardzo, bardzo słabo dla niej zrozumiały... rzecz jasna są pewne różnice osobnicze, o jednych ludziach się wtedy mówi, że mają "dobrą Intuicję", a inni jej nie mają... przy okazji też mawia się, że Intuicja jest omylna, ale to jest nieprawda... to tylko świadomość nie umie jej odczytać...
i teraz tak: spotykamy kogoś, kto się do nas uśmiecha i werbalnie komunikuje jakieś "dobre" zamiary... ale świadomość nie umie do końca rozpoznać informacji zawartych w mimice, czy mowie ciała... większość ludzi co najwyżej czuje, że "coś jest nie tak", ale przecież "Intuicja jest omylna", więc rzadko się jej wierzy... tylko niewielka część ludzi nie zdążyła się jeszcze kompletnie zdegenerować i potrafi z grubsza coś tam z tego ekranu Intuicji odczytać...
kot nie ma takich kłopotów, bo kot siebie zawsze czuje i rozumie... człowiek co najwyżej coś tam rozumie, ale czucia to już się prawie wcale oduczył...
i tak to jest...
p.jzns :)
Coś w tym zdecydowanie jest. Kot nie ma tego ludzkiego talentu do zagadywania własnych przeczuć, analizowania ich na śmierć i kończenia wnioskiem, że pewnie mu się wydawało. Kot po prostu wie - i już go nie ma pod kanapą, zanim człowiek zdąży powiedzieć „weterynarz”.
UsuńCzłowiek też często wie, tylko potem uruchamia całą wewnętrzną komisję śledczą, która przez trzy godziny ustala, czy ten niepokój był uzasadniony, czy jednak „nie należy pochopnie oceniać”. A potem zwykle okazuje się, że pierwszy sygnał miał rację.
Bardzo celny komentarz. Dzięki!
niejaki Gogen Yamaguchi, japoński mistrz, nauczyciel karate szkoły Goju Ryu, przed II wojną światową pracował w policji jako żywy wykrywacz kłamstw... płacono mu tylko za to, żeby był obecny przy przesłuchaniach i nawet niezłe dutki, bo podobno nigdy się nie mylił w diagnozach, czy delikwent mówi prawdę, czy mówi prawdę inaczej :)
Usuńp.s. zapomniałem dodać, że pan Yamaguchi miał ksywkę "Neko" /po japońsku: Kot/...
UsuńZazdroszczę chłopu takich zdolności :)
UsuńTo prawda – człowiek może godzinami trenować autoprezentację, a twarz i tak zrobi swoje, zanim zdążysz powiedzieć „proszę o uwagę”. Z mikroekspresjami jest trochę jak z dzieciakiem w sklepie: niby wszystko pod kontrolą, a w jednej sekundzie wykrzykuje prawdę, zanim zdążysz zareagować.
OdpowiedzUsuńNajlepsze jest to, że właśnie dzięki temu ludzie pozostają prawdziwi. Możesz udawać, że jesteś spokojny, elegancki i opanowany, a potem jedno krótkie uniesienie brwi albo mrugnięcie mówi wszystko. To trochę kompromitujące, ale też zabawne – i daje poczucie, że wszyscy jesteśmy trochę tacy sami, z tym „małym nerwowym człowieczkiem” pod skórą.
Do tego, w rozmowach o pracę czy spotkaniach to jest dramat i komedia w jednym – próbujesz wypaść profesjonalnie, a twarz jakby mówiła: „nie wiem, co tu robię i czy dam radę”. 😂 I w sumie to właśnie te momenty przypominają, że bycie człowiekiem nie polega na perfekcji, tylko na autentyczności, nawet jeśli czasem wychodzi trochę śmiesznie.
W tym właśnie jest cały urok komunikacji - można dopracować słowa i gesty, a i tak w jednej chwili wychodzi to, co naprawdę siedzi pod powierzchnią. Czasem bywa to niezręczne, czasem zabawne, ale chyba właśnie dlatego ludzie nie są do końca „wyreżyserowani”. I dobrze, bo te drobne pęknięcia wizerunku często mówią o nas więcej niż najbardziej dopracowana autoprezentacja.
Usuń