Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2026

Królowa okazji i księżniczka winy, czyli o zakupach, które nie leczą…

Wchodziła do galerii jak do katedry: bez kapelusza, za to z tą mieszaniną nabożności i lekkiej winy, którą ma się wtedy, gdy bardzo się czegoś pragnie, a jednocześnie wstydzi się przyznać, że to pragnienie wcale nie jest „praktyczne”. Szklane drzwi syczały cicho, jakby mówiły: wejdź, tu nikt nie pyta o sens. W środku pachniało nowością — tym chemicznie czystym zapachem świeżo odpakowanego świata, w którym nic jeszcze nie zdążyło zostać odrzucone.

Nazywała się Lena. Miała trzydzieści kilka lat, schludne włosy i kalendarz, w którym każda godzina wyglądała jak dobrze zapięty guzik. Była kobietą, którą można było nazwać „ogarniętą” — słowo to lubiło się do niej przyklejać, jak etykieta z bielizny: drażniąca, ale trudna do usunięcia. W pracy — kompetentna. W rozmowie — uważna. W domu — czysta pościel, rośliny podlewane w terminie, rachunki opłacone, śmieci wyniesione. Nikt nie podejrzewał, że ma w sobie małą, głodną jamę. Taką, której nie da się zasypać ani herbatą z imbirem, ani jogą, ani „wdzięcznością”, choć próbowała.

Zaczęło się niewinnie, jak większość rzeczy, które kończą się brzydko. Najpierw były promocje: „-30% tylko dziś”, „ostatnie sztuki”, „kto pierwszy, ten lepszy”. Potem pojawiły się sklepy online, które nie zamykały się na noc — bo przecież noc jest od tego, żeby się uspokajać, ale one zamiast tego podsuwały jej spokój w foliowym opakowaniu, do wysyłki w 24 godziny. A gdy już miała dość własnych myśli, wystarczyło przesunąć palcem po ekranie, jak po tafli jeziora, żeby zobaczyć kolejne ubranie, kolejną świecę, kolejną obietnicę.

Kupowanie było jak rozmowa z kimś, kto zawsze mówi to, co chcesz usłyszeć. Z tą różnicą, że nie musisz się odsłaniać. Wystarczy numer karty i adres. Transakcja miała w sobie coś z magii — jedno kliknięcie, i przyszłość nagle robiła się łagodniejsza. Będzie paczka. Paczka była jak list od losu: w środku mógł czekać nowy początek, nowa wersja Leny, ta bardziej odważna, bardziej zmysłowa, bardziej pewna. Sklepowe zdjęcia mówiły do niej językiem, który rozumiała bez tłumaczenia: „załóż to, a świat ci uwierzy”.

Kiedyś sądziła, że rzeczy służą do tego, by je nosić i używać. Teraz rzeczy służyły do tego, by oddychać. Każdy zakup był jak łyk powietrza w dusznym pokoju. Krótki, intensywny, ratujący na chwilę — a potem znów brakowało tlenu. Zaczęła więc kupować częściej. Nie dlatego, że potrzebowała. Dlatego, że pragnęła tej sekundy ulgi: momentu, w którym serce robiło miękkie salto.

Przymierzalnie były jej kabinami do teleportacji. Wchodziła tam jako ona — lekko zmęczona, trochę rozproszona, z powiadomieniami w głowie. Wychodziła na kilka minut jako ktoś inny: kobieta z reklam, kobieta z katalogu, kobieta, która zawsze wie, czego chce. W lustrze sprawdzała nie tyle krój, co możliwość. Materiał układał się na ciele jak obietnica, a metka była jak mała pieczęć: zatwierdzone, wystarczy. Dla świata.

W domu miała szafę, która przypominała bibliotekę nieczytanych książek. Wiesz, te grzbiety, które wyglądają mądrze, ale w środku czekają nierozpakowane historie. Lena miała historie z metkami. Sukienki, które miały być na „jakąś okazję”. Buty, które czekały na „lepszą pogodę”. Koszule, które obiecywały „bardziej profesjonalną Lenę” — choć Lena już była profesjonalna, tylko czasem marzyła o tym, żeby ktoś to zauważył bez jej wysiłku. Przedmioty były jej rekwizytami do życia, które wciąż planowała rozpocząć w pełni.

Rachunki stawały się coraz bardziej głośne. Zaczynały mówić do niej wieczorami, cienkim, bezlitosnym głosem cyfr. Zakupy zawsze były szeptem: „dajesz sobie przyjemność”. A potem przychodziła proza: „zapłać”. Ten rozdźwięk był jak muzyka w windzie puszczona podczas poważnej rozmowy — nie pasował, drażnił, a jednak nie dało się go wyłączyć. Zdarzało jej się kasować powiadomienia z banku szybciej niż wiadomości od przyjaciół.

Co gorsza, Lena była w tym dobra. Potrafiła znaleźć powód dla wszystkiego: to inwestycja, to nagroda, to na pewno się przyda, to przecież w porównaniu do… Jej umysł był elegancką kancelarią, która zawsze sporządzała ładne uzasadnienia dla brzydkich potrzeb. Kiedy kupowała kolejną torebkę, nie kupowała skóry i zamka. Kupowała ciszę. Kupowała poczucie kontroli. Kupowała wrażenie, że jej życie jest w porządku, bo przecież ma dowód w postaci idealnej rzeczy.

Tylko że idealna rzecz ma krótką datę ważności. Nowość starzeje się szybciej niż mleko. Wystarczy jedno spojrzenie na kolejną reklamę, jeden trend, jedno „musisz to mieć” podsunięte przez algorytm, który znał jej słabości jak dawny kochanek. Przedmioty, które wczoraj były ratunkiem, dziś stawały się tłem. A tło nie koi — tło wymaga kolejnej warstwy.

Pewnego dnia, w środku zwykłego tygodnia, przyszła paczka większa niż zwykle. Karton stał w przedpokoju jak mały mebel. Lena przecięła taśmę, rozchyliła wieko i… poczuła dziwną pustkę, która była jak echo w świeżo wyremontowanym mieszkaniu: wszystko nowe, a jednak zimne. W środku były ubrania, kosmetyki, drobiazgi, które w koszyku wyglądały jak ratunek w pigułce. Teraz wyglądały jak dowody w sprawie, w której sama była zarówno oskarżycielem, jak i oskarżoną.

Usiadła na podłodze. Wokół leżały folijki, papier, etykiety — śmieci po zachwycie. Złapała się na tym, że nie wie, co czuje. To było najgorsze: nie ekscytację, nie radość, nie poczucie winy — tylko szum, jak w radiu ustawionym między stacjami. I właśnie w tym szumie przyszła myśl, prosta i ciężka: ja nie kupuję rzeczy. Ja kupuję chwilę ulgi.

Kiedy wypowiedziała to w myślach, brzmiało jak przyznanie się do choroby, którą długo udawała, że jest cechą charakteru. Zrozumiała, że jej zakupy są jak plaster na ranę, której nie chce obejrzeć. Plaster może być różowy, modny i z brokatem, ale nie leczy. Przykrywa. A rana pod spodem uczy się rosnąć w ciszy.

Wieczorem poszła na spacer bez celu. Nie do sklepu, nie do paczkomatu — po prostu w miasto. Ulice były jak korytarze jej myśli: pełne witryn, które świeciły i kusiły, ale dziś nie była w nastroju na rozmowę z obietnicami. W kieszeni miała telefon. Wystarczyło jedno kliknięcie, żeby wrócić do znanego rytuału. Zamiast tego spróbowała czegoś trudniejszego: posłuchała siebie.

Okazało się, że jej głód ma głos. Mówił o zmęczeniu. O samotności, która nie wynikała z braku ludzi, tylko z braku prawdy w kontaktach — bo Lena była miła, ale rzadko była szczera, nawet wobec siebie. Mówił o presji, żeby „wyglądać”, „radzić sobie”, „zasługiwać”. O lęku przed byciem przeciętną, niewidzialną, niewystarczającą. Każdy zakup był jak małe: patrzcie, jestem. I jak małe: nie bój się, ogarniesz.

Zatrzymała się na przystanku i zobaczyła swoje odbicie w szybie: twarz spokojna, oczy uważne. Pomyślała, że przez lata nosiła w sobie przekonanie, iż jeśli będzie miała odpowiednie rzeczy, jej życie stanie się mniej kruche. A życie, jak to życie, nie chciało być mniej kruche. Chciało być przeżyte — także w niepewności, w niedoskonałości, w niekupionej wersji siebie.

Nie było w tym nagłego uzdrowienia. Uzależnienia nie odchodzą z domu jak niechciani goście, którym w końcu znudziła się atmosfera. Zostawiają ślady na ścianach, uczą się twoich rytuałów, potrafią wracać, gdy jest ci ciężko. Lena wiedziała, że przyjdą dni, kiedy znów zatęskni za szybkim antidotum. Ale tego wieczoru zrobiła coś małego, a jednak znaczącego: weszła do domu i nie otworzyła żadnej aplikacji.

Wyjęła z szafy kilka rzeczy z metkami. Zamiast wyrzucać — obejrzała je. Jakby oglądała swoje dawne prośby o pomoc. Każda bluzka była zdaniem, którego nie potrafiła wypowiedzieć na głos. Każde buty — próbą ucieczki. Każda świeca — chęcią zapalenia światła w miejscu, gdzie było jej ciemno. Poczuła do siebie czułość. Nie tę pobłażliwą, która mówi „nic się nie stało”, tylko tę dojrzałą, która mówi „stało się, ale możemy to zobaczyć”.

Następnego dnia zrobiła listę. Nie zakupów. Powodów. Zapisane słowa były jak klucze do drzwi, których dotąd nie otwierała: stres, zmęczenie, smutek, samotność, nuda, złość, potrzeba kontroli, pragnienie docenienia. Zrozumiała, że jeśli te drzwi pozostaną zamknięte, będzie próbowała wejść przez witryny sklepów — a witryny są po to, by pokazywać, nie by wpuszczać.

Uczyła się nowego języka. Zamiast „muszę to mieć” — „czego mi teraz brakuje naprawdę?”. Zamiast „należy mi się” — „co mogę sobie dać, co nie kosztuje”. Zamiast „to ostatnia okazja” — „to ostatnia okazja, by siebie oszukać?”. Czasem odpowiadała sobie złością. Czasem ironią. Czasem płaczem. Ale w tych odpowiedziach było więcej życia niż w najpiękniejszej reklamie.

Któregoś popołudnia, stojąc przed ulubionym sklepem, poczuła znajome ukłucie w klatce piersiowej. Serce znów chciało tego miękkiego salta. Lena odetchnęła. Wyobraziła sobie pragnienie jak falę — przychodzi, rośnie, a potem opada. Fala nie jest rozkazem. Jest zjawiskiem. A ona nie musi wskakiwać do wody za każdym razem, gdy ją zobaczy.

Odeszła. Powoli. Jakby ćwiczyła nowy sposób chodzenia. Świat nie wybuchł. Nikt jej nie odebrał prawa do bycia kobietą. Nie straciła siebie, nie rozsypała się, nie zniknęła. Właściwie pierwszy raz od dawna poczuła, że istnieje nie dlatego, że coś ma, tylko dlatego, że coś wybiera.

I może właśnie w tym była najważniejsza zmiana: Lena przestała wierzyć, że spokój jest towarem. Spokój nie leży na półce między beżowymi swetrami a perfumami z nutą „pewności siebie”. Spokój jest bardziej jak ogród niż jak paczka — wymaga czasu, cierpliwości i tego, by czasem wyrwać chwast, zamiast przykryć go nową dekoracją.

Zakupoholizm nie jest miłością do rzeczy. To miłość do obietnicy. A obietnica jest jak bańka mydlana: piękna, lśniąca, lekka — i pęka, kiedy próbujesz ją złapać. Lena nauczyła się, że nie musi łapać wszystkiego. Że może patrzeć, zachwycić się, a potem wrócić do siebie. Do życia, które nie będzie zawsze idealnie ułożone, ale będzie prawdziwe. I że prawdziwość — choć nie ma kodu rabatowego — potrafi być najcenniejszą promocją.

środa, 28 stycznia 2026

Czwartek, kawa i telefon ekranem do blatu, czyli logistyka zdrady bez zwrotów...

Zdrada nie musi mieć zapachu cudzych perfum. Czasem pachnie… logistyką.

Marta odkryła to po tym, jak Adam zaczął planować dzień jak człowiek, który ukrywa drugie życie w kieszeni marynarki: starannie, oszczędnie, bez zbędnych słów. Nie było wielkich awantur ani gwałtownych zmian. Były drobne przesunięcia — jak w obrazie, który wisi minimalnie krzywo, aż nagle nie da się patrzeć na nic innego.

Najpierw pojawiły się nowe „okienka”: czwartek, zawsze czwartek. Zawsze „po drodze”, zawsze „na moment”. Adam wracał z twarzą człowieka, któremu ktoś dopiero co powiedział coś miłego. Tego nie da się podrobić w domu — ta iskra nie rodzi się z mycia naczyń.

Potem zaczęły się uprzejmości. Nadmiarowe, podejrzanie gładkie.

— Jak ci minął dzień? — pytał, ale brzmiało to jak ankieta: wybierz odpowiedź A, B lub C, bym mógł wrócić do siebie.

Marta poczuła, że przestaje reagować sercem, a zaczyna reagować systemem nerwowym. Ciało ma swój radar. Ciało wie, kiedy ktoś stawia płot na wspólnym terenie.

Nie robiła scen. Wzięła na wstrzymanie. To była jej przewaga — Adam znał ją jako kobietę impulsywną tylko w sprawach zewnętrznych: polityki, cudzych dramatów, nie swoich. W swoich sprawach bywała bezlitosna w inny sposób: potrafiła milczeć i czekać, aż człowiek sam pokaże, gdzie ma słabe szwy.

W czwartek, kilka minut przed dziewiętnastą, Adam wyszedł z łazienki jak aktor po szybkim retuszu: świeża koszula, ten nowy zapach, który miał udawać „dbam o siebie”, choć pachniał raczej „ktoś mnie podziwia”.

— Wyskoczę na spotkanie zespołu — rzucił.

— Gdzie? — zapytała Marta, niby mimochodem.

— W centrum. Wiesz. — Uśmiechnął się tym swoim „wszystko gra”, które zwykle działało jak koc. Tym razem było jak folia: błyszczało, ale nie grzało.

Wyszła z kuchni, nie odpowiadając. Nie miała ochoty na rozmowę o mapie kłamstwa. Wiedziała już, że Adam nie będzie bronił faktów. Będzie bronił wersji siebie, w której nadal jest porządnym facetem, tylko „zagubionym”.

Wieczorem, gdy wrócił, odłożył telefon ekranem do blatu. To drobnostka. I właśnie dlatego tak mocno uderza. Człowiek ukrywający coś naprawdę ważnego nie robi wielkich gestów — robi mikrogesty.

Następnego dnia Marta nie wypytywała. Zrobiła coś, co w jej własnej moralnej skali zawsze miało ciężar: sprawdziła rachunki, terminarz, wspólne płatności. Nic. Żadnych hoteli, żadnych podejrzanych przelewów. Idealna fasada.

I wtedy zrozumiała, że Adam nie jest głupi. Jest ostrożny. A ostrożność zdradzają nie pieniądze, tylko rytm.

Wieczorem, kiedy wziął prysznic, telefon leżał na pralce. Marta nie miała w sobie triumfu. Było w niej tylko to specyficzne odrętwienie, które przychodzi, gdy organizm wie, że za chwilę coś się stanie, a nie ma już siły udawać, że nie.

Kod znała. Ten sam od lat. Kiedyś był intymnością. Dziś okazał się dowodem na to, jak łatwo intymność przerobić na narzędzie.

Wiadomości były krótkie, zdyscyplinowane. Bez serduszek. Bez egzaltacji. Jak korespondencja dwojga ludzi, którzy robią coś brzydkiego, więc starają się robić to schludnie.

„Czwartek 19:10, jak zwykle.”

Nie pisz, kiedy jesteś u niej.”

„Dzisiaj wyglądałeś lepiej.”

To „u niej” uderzyło Martę najbardziej. Nie z zazdrości. Z precyzji: w dwóch słowach Adam zrobił z niej funkcję — tę, przy której się śpi i je — a sobie zostawił drugie życie, do którego nie trzeba mieć odwagi, tylko wymówki.

Odłożyła telefon na miejsce. Dokładnie. Bez drżenia rąk, bez teatralności. Jej krzyk byłby dla Adama prezentem — mógłby go opakować jako „histerię” i wynieść z pokoju. Marta nie zamierzała mu dać żadnego pudełka.

W czwartek, punkt osiemnasta pięćdziesiąt, zrobiła kawę. Dwie filiżanki. Taką samą jak zawsze. Żadnych znaków ostrzegawczych. Niech myśli, że jest bezpieczny — ludzie mówią prawdę chętniej, gdy czują się bezkarni.

Adam wszedł do kuchni, uśmiechnął się odruchowo.

— O, kawa. — Wziął łyk, jakby sprawdzał temperaturę sytuacji.

Marta usiadła naprzeciw.

— Usiądź — powiedziała.

Zatrzymał się na pół kroku. To jedno słowo — wypowiedziane spokojnie — potrafi zrobić z mężczyzny chłopca przy tablicy.

Usiadł. Plecy miał sztywne.

— Z kim spotykasz się w czwartki o 19:10? — zapytała Marta.

Adam mrugnął. Zaskoczenie było prawdziwe. Potem natychmiast przyszła kontrola.

— Skąd ty…?

— Odpowiedz.

Wziął jeszcze jeden łyk kawy. Za duży. Jakby chciał przełknąć czas.

— Ze znajomą — powiedział. — Przesadzasz.

Marta skinęła głową, jakby to była prezentacja.

— „Znajomą”. To słowo jest jak magazyn: można w nim schować wszystko i udawać, że to tylko pudełka.

Adam położył filiżankę z lekkim stukiem. Już go znała: teraz przyjdzie przewrót.

— Przeglądałaś mój telefon? To jest chore, Marta.

I oto było. Zamiast „tak, zdradzam”, od razu „ty jesteś problemem”. Przerzucenie winy w białych rękawiczkach.

Marta nie zmrużyła oczu, nie uniosła brwi. Nic. Im mniej dajesz emocji, tym mniej przeciwnik ma amunicji.

— „Nie pisz, kiedy jesteś u niej.” — powtórzyła spokojnie. — To nie jest wiadomość o koleżance. To jest instrukcja do romansu.

Adam zbladł. Przez sekundę wyglądał, jakby ktoś wyłączył mu prąd.

— Nic nie rozumiesz — wyszeptał. — Ty sobie dopowiadasz.

— A ty sobie odkupujesz. — Marta pochyliła się minimalnie. — Kim ona jest?

Długa pauza. Zbyt długa, żeby była niewinna.

— Iga — powiedział w końcu, patrząc gdzieś obok.

Imię miało ciężar kamienia wrzuconego do wody. Kręgi poszły od razu.

— Od kiedy? — zapytała.

— Kilka miesięcy.

Marta uśmiechnęła się krótko. Bez radości.

— Kilka miesięcy masz nowy zapach i „spotkania zespołu”. A kłamiesz dłużej, bo nauczyłeś się kłamać w detalach.

Adam odchylił się na krześle, jakby próbował odzyskać przestrzeń.

— A ty myślisz, że byłaś świetna? — wypalił. — Ty od lat jesteś obok, ale jakby cię nie było. Zawsze pretensja, zawsze ocena. Ja też chciałem być dla kogoś kimś, a nie projektem do poprawy.

To był jego ruch kończący: zrobić ze zdrady reakcję na jej „braki”, a z niej — sprawczynię. Marta poczuła, że w środku ma ostrą klarowność. Jak zimna woda na twarz.

— Możliwe, że byłam trudna — powiedziała. — To jest materiał na rozmowę w terapii, nie na romans. Ty nie przyszedłeś do mnie z prawdą. Ty poszedłeś po narkotyk: po czyjeś zachwycone oczy. I teraz chcesz, żebym ja zapłaciła rachunek, bo „było nam trudno”.

Adam zacisnął szczękę.

— Co ty chcesz zrobić?

W tym pytaniu było nie „przykro mi”, tylko „jak wyjdę z tego najmniejszym kosztem”.

Marta wstała, poszła do przedpokoju i wróciła z teczką. Położyła ją na stole. Adam spojrzał, jakby zobaczył wezwanie do sądu.

— Kopie dokumentów. Kredyt. Polisa. Konto. — Marta mówiła rzeczowo. — Dziś w pracy to przygotowałam. Nie dlatego, że chcę cię zniszczyć. Dlatego, że nie będę stała w miejscu, jeśli ty masz już rozkład jazdy.

— Ty to planowałaś? — wysapał.

— Ja się zabezpieczam. Ty planowałeś.

Adam parsknął, ale w tym parsknięciu była panika.

— Chcesz mnie wyrzucić?

Marta popatrzyła na niego uważnie.

— Nie muszę. Ty już wyszedłeś. Tylko wracałeś po sen i obiady.

To zabolało go naprawdę. Zobaczyła to w tej małej zmianie twarzy: nie w winie, tylko w urażonej dumie. Jak u człowieka, który myślał, że ma prawo do dwóch światów, a tu nagle ktoś mu mówi, że to nie program lojalnościowy.

— Możemy to naprawić — powiedział szybciej, łapiąc się za tę myśl jak za poręcz.

— Możemy — przyznała Marta. — Ale nie w twojej bajce.

— W jakiej?

— W takiej, gdzie ty „kończysz”, a ja „wybaczam”, i wszystko wraca do normy, tylko z nową warstwą tajemnicy pod farbą. — Marta przysunęła teczkę do siebie. — Jeśli chcesz naprawy, to najpierw kończysz to tam. Nie „ograniczasz”, nie „pauzujesz”, nie „zobaczysz”. Kończysz. I idziesz na terapię. Sam. Bo problemem nie jest Iga. Problemem jest to, że potrafisz patrzeć mi w oczy i równocześnie prowadzić drugą narrację.

Adam milczał. Marta widziała, jak pracuje w nim kalkulator. To też było ważne: nie łudziła się, że jego wybór będzie romantyczny. Będzie pragmatyczny. Ludzie w kryzysie wybierają nie miłość, tylko najmniejsze straty.

— Co mam zrobić dziś? — zapytał w końcu.

Marta spojrzała na zegarek. 19:02.

— Dziś spakujesz rzeczy i wyjdziesz — powiedziała. — Na kilka dni. Nie po to, żebyś mógł „pomyśleć”, tylko po to, żebym ja nie musiała patrzeć na ciebie jak na dowód rzeczowy. A kiedy wrócisz, jeśli wrócisz, to wrócisz z decyzją, nie z tłumaczeniem.

Adam chciał coś powiedzieć, ale Marta go ubiegła:

— I nie próbuj teraz robić ze mnie tej złej. To, co cię spotyka, nie jest moją zemstą. To jest konsekwencja.

Wstał powoli, jak człowiek, który dopiero teraz zauważa, że podłoga jest śliska. Spakował torbę. W przedpokoju zatrzymał się, trzymając klamkę.

— Zadzwonię jutro — rzucił.

Marta podeszła dwa kroki.

— Nie. Zadzwonisz dopiero wtedy, kiedy to zakończysz. Jeśli nie potrafisz, nie dzwoń wcale. Nie chcę mieć w telefonie twoich wersji.

Adam spojrzał na nią jeszcze raz. Szukał w niej tej Marty, którą znał: tej, która mięknie, gdy ktoś prosi. Nie znalazł. Ta Marta stała gdzie indziej.

Wyszedł.

Marta wróciła do kuchni i zaczęła myć filiżanki. Nie po to, żeby się czymś zająć. Po to, żeby ręce robiły coś prawdziwego, gdy głowa chce odpłynąć w fantazje o „a może” i „a jeśli”.

Potem wyjęła szkatułkę z obrączkami. Położyła ją na stole. Przez chwilę patrzyła na metal, który udaje niewinność. Jakby przedmiot mógł być gwarancją.

Zamknęła wieczko.

Wzięła telefon i napisała do przyjaciółki jedno zdanie:

„Jutro przyjdź. I nie mów mi, że przesadzam.”

Wysłała.

Usiadła przy stole, obok teczki z dokumentami. Pomyślała, że teraz zaczyna się ta część historii, której nikt nie opowiada w filmach: nie dramatyczne odkrycie, tylko długie konsekwencje. Prawdziwe życie bez montażu.

I jeszcze jedno, najtrudniejsze: że ona nie wygrała. Ona tylko przestała przegrywać po cichu.

Za oknem świat jechał dalej jak tramwaj, który nie zmienia trasy dla cudzych katastrof. Marta poczuła w sobie coś niewygodnego, ale mocnego: zgodę na to, że będzie bolało. Tyle że tym razem ból nie będzie ceną za cudzy komfort.

Nie wiedziała, czy Adam wróci. Wiedziała jedno: jeśli wróci, nie wróci już do dawnej Marty. A jeśli nie wróci — też dobrze. Bo wreszcie przestała być „u niej” w jego wiadomościach. Znowu była u siebie.

czwartek, 4 marca 2021

Mądrości życiowe zawsze w cenie...

Kiedyś zmontowałam na blogu zakładkę Przebłyski, która myśli, niekoniecznie złote, zawiera - częściowo wyprodukowane przeze mnie, częściowo przez inne głowy; dorzuciłam tam też cytaty i mądrości życiowe na różne okazje w nowej wersji graficznej, które powstały na potrzeby mojego profilu na Instagramie, na który serdecznie zapraszam - Kobietoskop. Jeżowce na zdjęciu to taka przenośnia literacka do komórek mózgowych nawiązująca; jakoś tak mi się z mózgownicą skojarzyły ;)
A dziś wrzucam hurtowo sztuk pięć tych mądrości; może komuś się do czegoś przydadzą, a może nie ;)