Kiedyś kryzys wieku średniego miał rozmach. Człowiek kupował czerwony kabriolet, skórzaną kurtkę i ruszał przed siebie, zostawiając za sobą rodzinę, rozsądek oraz ratę za zmywarkę. Ewentualnie wdawał się w romans z kimś tak młodym, że podczas wspólnej kolacji jedna osoba wspominała stan wojenny, a druga była przekonana, że Jaruzelski to polska marka okularów przeciwsłonecznych.
Dziś kryzys wieku średniego również zgłasza się punktualnie, tylko budżet już w progu studzi mu temperament. Człowiek marzy o kabriolecie, zagląda na konto i ostatecznie kupuje elektryczną hulajnogę. Przez chwilę rozważa jeszcze kochankę, ale zamawia urządzenie do masażu karku. Wibruje, nie oczekuje deklaracji i można je wyłączyć jednym przyciskiem, zanim naprawdę zacznie działać na nerwy.
Współczesny bunt nie pachnie więc benzyną, drogimi perfumami ani skandalem obyczajowym. Pachnie kartonem, folią bąbelkową lub innym badziewiem służącym do pakowania. Przychodzi kurierem albo czeka w skrytce. Druga czy nawet trzecia młodość ma dziś kod odbioru i trzeba ją zabrać z paczkomatu, zanim zechce wrócić do nadawcy.
Najczęściej przychodzi w postaci sprzętu sportowego.
Około pięćdziesiątki budzi się bowiem w człowieku atleta, który przez trzy dekady leżał cicho, prawdopodobnie przygnieciony pilotem do telewizora. Pewnego ranka podnosi głowę i woła:
- Biegamy!
Organizm, który nie zna tego człowieka, odpowiada:
- Kim pan, do cholery, jest i jak pan tu wszedł?
Mimo to kupujemy buty biegowe, legginsy, koszulkę odprowadzającą wilgoć i zegarek, który mierzy puls, sen, stres oraz stopień upokorzenia podczas wchodzenia na drugie piętro. Zegarek szybko okazuje się elektronicznym kapusiem. Wibruje przy stole i oznajmia: „Czas się poruszać”, jakby sam nie spędził całego dnia przyczepiony do ręki.
Po pierwszym spacerze gratuluje nam życiowego rekordu. Cztery tysiące osiemset kroków! Dyskretnie pomija, że połowę nabiliśmy jeszcze przed wyjściem, kursując między kuchnią a sypialnią w poszukiwaniu telefonu, który przez cały czas tkwił w kieszeni szlafroka i zwiedzał mieszkanie razem z nami.
Niektórzy kupują rower. Koniecznie profesjonalny, z siodełkiem wielkości kromki pumpernikla i z liczbą przełożeń przewyższającą liczbę zębów użytkownika. Do tego kask, okulary oraz odblaskowa odzież, w której człowiek wygląda jak zbiegły pracownik remontu autostrady.
Pierwsza wyprawa ma rozpocząć nowe życie. Kończy się osiem kilometrów dalej, pod piekarnią, gdzie kupujemy wodę, drożdżówkę i coś przeciwbólowego. Aplikacja przyznaje nam odznakę „Górski wojownik”, chociaż jedyne wzniesienie znajdowało się przed sklepem mięsnym. Kolano również wystawia ocenę, ale zamiast medalu doręcza nakaz natychmiastowego zaprzestania tej destrukcyjnej działalności.
Są też tacy, którzy postanawiają nauczyć się grać na gitarze. Instrument przychodzi w ogromnym pudle, pachnie drewnem i niespełnioną młodością. Kupujemy stroik, kostki, stojak, wzmacniacz oraz internetowy kurs prowadzony przez chłopca wyglądającego tak, jakby za godzinę miał kartkówkę z ułamków.
- Pierwszy akord jest banalnie prosty - oznajmia dziecko, przebierając palcami po strunach z szybkością spanikowanego pająka.
Nasz pierwszy akord brzmi natomiast jak szafa spadająca ze schodów z zamkniętym w środku kotem.
Po tygodniu bolą palce. Po dwóch boli kręgosłup. Po trzech boli świadomość, że wykupiliśmy roczny abonament. Po miesiącu gitara nadal stoi w salonie, tyle że suszy się na niej ręcznik. Marzenie o własnym zespole nie umarło. Zostało czasowo przekształcone w mebel.
Kolejnym objawem jest nagła potrzeba podróżowania. Człowiek ogląda w internecie ludzi mieszkających w kamperach i czuje zew wolności. Oni budzą się nad fiordem, piją kawę z emaliowanego kubka i powtarzają, że do szczęścia wystarczą im cztery metry kwadratowe. Oczywiście, że wystarczą. Mają po dwadzieścia pięć lat, kręgosłupy z gumy i pęcherze o pojemności cysterny.
Po pięćdziesiątce nocleg w samochodzie nie jest przygodą. Jest eksperymentem medycznym bez zgody komisji bioetycznej. Rano człowiek wysuwa się z kampera jak paragon z uszkodzonej kasy: powoli, krzywo i z fragmentem, którego nie można doczytać. Jedna noga śpi, druga domaga się masażysty, a kręgosłup wygląda, jakby przez noc próbował uciec z organizmu.
Ostatecznie zamiast kampera rezerwujemy hotel. Ma łóżko, łazienkę i śniadanie w cenie. Wolność wolnością, ale człowiek nie po to przez trzydzieści lat dorabiał się hemoroidów, żeby teraz myć zęby nad kanistrem i robić jajecznicę na masce samochodu.
Nie brakuje również kryzysów bardziej duchowych. Ktoś zapisuje się na jogę, ktoś kupuje misę tybetańską, a ktoś inny instaluje aplikację do medytacji. Aplikacja mówi kojącym głosem:
- Zamknij oczy. Uwolnij umysł.
Zamykamy oczy, a umysł natychmiast zwołuje walne zebranie. Pojawia się niezapłacony rachunek, rozmowa sprzed jedenastu lat, podczas której należało powiedzieć coś błyskotliwego, oraz pytanie, gdzie leży gwarancja od pralki. Wszystkie troski siadają w pierwszym rzędzie z popcornem i czekają, aż spróbujemy oddychać przeponą.
Popularne są także warsztaty poszukiwania wewnętrznego dziecka. Wewnętrzne dziecko odnajduje się zaskakująco szybko. Siedzi obrażone pod stołem, żąda zwrotu klocków oddanych kuzynowi w 1978 roku i pyta, dlaczego przez całe dorosłe życie kupowaliśmy brokuły, skoro nikt nas już do tego nie zmusza.
Nad wszystkim czuwa internet. Algorytm rozpoznaje kryzys wieku średniego wcześniej niż sam zainteresowany. Najpierw pokazuje reklamy motocykli, kursów nurkowania i apartamentów w Hiszpanii. Dwa przewinięcia później proponuje kolagen, wkładki ortopedyczne, aparat do leczenia bezdechu sennego oraz ubezpieczenie pogrzebowe. To się nazywa kompleksowa obsługa klienta. Najpierw sprzedać mu skok ze spadochronem, potem stabilizator kolana, a na końcu elegancką urnę. Cała ścieżka zakupowa bez wychodzenia z domu.
Człowiek zaczyna więc planować prawdziwą rewolucję. Sprzeda mieszkanie, rzuci pracę i przeprowadzi się na Kretę. Otworzy małą tawernę nad morzem, gdzie będzie podawał oliwki, wino i mądrość życiową. Po chwili przypomina sobie jednak, że nie znosi upałów, źle śpi w obcym łóżku, a gdy trzy osoby naraz czegoś od niego chcą, dostaje tików pod lewym okiem. Tawerna odpada również dlatego, że goście odsyłaliby musakę jako „zbyt grecką”, pytali, czy ośmiornica jest keto, a na koniec wystawiali jedną gwiazdkę, ponieważ morze przez całą noc hałasowało, a właściciel nie zrobił z tym absolutnie nic.
Kreta zostaje zatem w zakładkach przeglądarki, między kursem greckiego, pontonem dla czterech osób i przepisem na rustykalny chleb, którego nigdy nie upieczemy.
Czy kryzys wieku średniego polega na tym, że chcemy nagle zostać kimś innym? Chyba nie... Chcemy tylko sprawdzić, czy pod rachunkami, obowiązkami, cholesterolem i hasłem do bankowości elektronicznej zostało jeszcze coś naszego. Jakiś pomysł, który nie jest rozsądny. Pragnienie, którego nie trzeba konsultować z ortopedą. Odrobina życia nieprzeliczona na raty, kalorie i punkty lojalnościowe.
Może więc nie chodzi o drugą młodość, tylko o pierwszy od dawna kaprys. Gitarę, rower czy kajak kupujemy nie dlatego, że zamierzamy zostać gwiazdą rocka, zwycięzcą Tour de France albo odkrywcą Amazonki. Chcemy po prostu zrobić coś, czego nie da się uzasadnić zdrowiem, oszczędnością ani przydatnością w gospodarstwie domowym.
Jeżeli któregoś dnia przyniesiemy do domu kajak, chociaż nie mamy bagażnika dachowego, piwnicy ani szczególnej sympatii do zimnej wody, nie róbmy z tego dramatu. Najwyżej przez kilka tygodni będziemy pokonywać przedpokój bokiem.
A jeśli to naprawdę jest kryzys wieku średniego - trudno. Lepiej wylądować w kajaku niż w niewłaściwym łóżku ;)

Mój budżet nawet takie pomysły pewnie mi z głowy wybije. Ale mam nadzieję, że jakiś "kryzys" też będę miała i po 50-tce nadal będę miała ochotę gdzieś uciec, postękać wchodząc na jakąś górę, poszaleć w łóżku z partnerem i wzajemnie sobie ten bolący kark wymasować :P. A paczkomaty cudowna rzecz. Uwielbiam nie czekać cały dzień na kuriera z chlebem i solą, który i tak zostawia awizo.
OdpowiedzUsuńSpokojnie, kryzys wieku średniego potrafi się dostosować do każdego budżetu. Zamiast Mont Blanc można zdobyć pobliską górkę, postękując tak samo widowiskowo, a łóżkowe szaleństwo zakończyć wspólnym wcieraniem maści przeciwbólowej - grunt, żeby nadal się chciało. 😁
UsuńNie wiem właśnie czy mnie nie ominął ów kryzys, bo nie pamiętam spektakularnej zmiany w tym temacie.
OdpowiedzUsuńOwszem, zaczęliśmy z mężem intensywniej podróżować, ale czy to w wieku średnim?
Raczej późno średnim lub przedemerytalnym.
I to raczej nie kryzys, a po prostu inne możliwości, dziecko na swoim, wszystko co potrzebne kupione, więc i na hotel starczy!
Może kryzys zapukał, ale nikogo nie zastał, bo akurat byliście z mężem w podróży. 😁 Dziecko na swoim, dom wyposażony, człowiek przestaje sponsorować tornistry, meble i kolejne pralki, więc może wreszcie zapłacić za pokój, w którym ktoś inny zmieni pościel i jeszcze rano poda jajecznicę. To nie kryzys, tylko zasłużony zwrot kosztów za dotychczasowe życie. A „wiek późno średni” brzmi zdecydowanie lepiej niż „przedemerytalny” - ten drugi od razu zalatuje kapciem i skierowaniem do sanatorium. ;)
UsuńO nie, stwierdziliśmy z mężem, że za młodzi jesteśmy do sanatorium:-)
UsuńI słusznie :D
Usuńnigdy do końca nie pojmowałem, o co ma się rozchodzić w tym całym "kryzysie wieku średniego"... przede wszystkim sama nazwa wprowadza w błąd... bo "kryzys" to raczej coś nie tak, a tu nagle się okazuje, że taki człowiek, nagle zaczyna normalnie funkcjonować i jest nie wiedzieć czemu wyśmiewany a tego powodu... a on po prostu zorientował się, że wpuścił się w jakąś kabałę pod naciskiem stada, więc próbuje się z niej wyrwać i jeszcze jakoś normalnie pożyć, skoro ciało mu na to pozwala... oczywiście, niektóre ruchy takiego ptysia mogą być nieco chaotyczne i wprowadzające otoczenie w wesołość, ale nie widzę w tym nic śmiesznego... jeśli ktoś zapomniał, jak normalnie żyć, to gdy próbuje to reaktywować wiele jego ruchów musi być nieskładnych...
OdpowiedzUsuńale to jeszcze nie koniec... bo stado nie odpuszcza: "do szeregu głupia piczo lub głupi pindolu!"... i próba reaktywacji, powrotu do normalności w końcu zostaje udupiona...
jako, że od zawsze miałem wyrąbane na nacisk stada, nie działa on na mnie, to pojęcie "kryzysu wieku średniego" mnie nie dotyczy... co prawda też się wpuszczałem w różne kabały i wpuszczam do tej pory, ale stado nie ma nic z tym wspólnego... powiem tak: z punktu widzenia stada, według jego terminologii jestem w kryzysie wieku średniego od dziecka, aż do teraz, gdy właśnie kontempluję sobie od pewnego czasu ów wiek średni i nie miałem żadnych przerw owego rzekomego "kryzysu"...
p.jzns :)
To wiele wyjaśnia: kryzys wieku średniego nie miał Cię kiedy dopaść, bo rozłożyłeś go sobie na raty już od dzieciństwa. Zamiast jednego widowiskowego pierdolnięcia kabrioletem, gitarą i młodą kochanką - regularne dawki nieposłuszeństwa wobec stada. Masz rację co do wpływu stada; łatwiej przykleić człowiekowi andropauzę niż przyznać, że być może właśnie odzyskał rozum. A że ptyś na początku miota się nieskładnie? Po latach marszu w szeregu pierwszy krok we własnym kierunku musi wyglądać jak awaria błędnika. Ty tej fazy najwyraźniej nie miałeś - od dziecka jeździsz bez homologacji. ;)
UsuńZdaje się, że mnie to nie dotyczy. Żadnego sprzętu, żadnych rowerów, żadnych gitar... No, z jednym wyjątkiem - uczę się włoskiego na Duolingo. Bez powodu. Bo tak. To może jednak to jest to?...
OdpowiedzUsuńTo może być łagodna, śródziemnomorska odmiana kryzysu ;) Dziś Duolingo, jutro gestykulowanie przy gotowaniu makaronu, a pojutrze bilet do Toskanii, bo szkoda, żeby cały ten włoski kisił się wyłącznie w Tobie :D
UsuńDopiero co wróciłam z Włoch 😀
Usuń😁😁😁
UsuńUśmiałam się jak zawsze, wspaniałe się czytało :D Kryzys czy nie kryzys, czasami potrzebujemy zmian! ;) Może nie wszystkie są dobre i przemyślane, niektóre zupełnie niepotrzebne czy wręcz śmieszne... No ale nie bez powodu mówi się, że człowiek uczy się całe życie :D
OdpowiedzUsuńPatrząc w ten sposób to też mam kryzys... Przytargaliśmy do domu stepper, taki z "kijkami", z domu moich rodziców. Moje "treningi" trwały może ze 2 tygodnie, a teraz najczęściej ćwiczy na nim ręcznik - chyba ćwiczy szybsze suszenie, bo cóż innego .. :D
Serdecznie pozdrawiam ;))
Ręcznik przynajmniej ćwiczy regularnie i nie jęczy, że ma zakwasy ;) Podejrzewam, że większość domowego sprzętu sportowego po dwutygodniowym stażu w dziale fitness zostaje bezterminowo przeniesiona do działu „pralnia i suszarnia”. To nie kryzys wieku średniego, tylko ewolucja użytkowa: człowiek dorobił się bardzo kosztownego wieszaka. Serdeczności! :))
UsuńNo dokładnie, lepiej bym tego nie ujęła ;))
UsuńP.S. Już dawno miałam Ci o tym napisać, ale w końcu muszę! Gdyby przyszedł Ci kiedyś do głowy pomysł, żeby zebrać swoje felietony w całość i wydać w formie książki... Nawet takiej cyfrowej... Przecież to byłoby genialne! Cudownie byłoby mieć to wszystko w formie jednej publikacji ;)
Bardzo dziękuję za docenienie mojej bazgraniny; co do książki to może... w przyszłym roku takowa się ukaże; nie będą to felietony, ale komedia obyczajowa oparta trochę na blogu, trochę na moim życiu, z dość charakterystyczną główną bohaterką; w każdym razie moim celem jest to, żeby ludzie tak zwyczajnie się pośmiali czytając te wytwory mojego mózgu ;)
UsuńTo też jest świetny pomysł! Oby wszystko się udało tak, jak sobie zaplanowałaś ;)
UsuńTak czy inaczej, gdybyś chciała też opublikować swoje wybrane felietony w formie papierowej, bierę w ciemno! :D
😁😁😁
UsuńTeż się ubawiłam po pachy.Często coś wynika z nagłego przypływu finansów,są dwa etapy:śmierć rodziców i sprzedaż Ich mieszkania czy domu oraz etap opuszczenia domu przez pijawki,czyli dziatwę.No chyba,że ktoś domek po babci sprezentuje wnusiom,to wtedy nici z wymarzonych kaprysów.Pozostaje tylko się zakochać,ale to też kosztuje;))Ewa
OdpowiedzUsuńA zatem kryzys wieku średniego nie tyle ma metrykę, ile budżet - bez zaplecza finansowego nawet najlepszy kryzys musi siedzieć cicho i oglądać motocykle w internecie. Zakochanie też piękna rzecz, ale dawno przestałam wierzyć, że motyle w brzuchu żywią się gazami trawiennymi czy innymi tam wytworami ;)
UsuńTak sie zastanawiam czy proba przeskoczenia siebie to objaw kryzysu wieku sredniego, czy raczej forma udowodnienia sobie, ze stac mnie na wiecej? Rzeczywistosc pozbawila mnie chyba tego okresu, Natura zabrala uciazliwosc miesiaczki, a spelnione ,ukryte marzenia mogly sie sportowo zmaterializowac.
OdpowiedzUsuńPodejrzewam, ze porwanie sie z motyka na Slonce tj. Babciowa Teoria Wszystkiego,, moze wskazywac na cos....ale kryzysem wieku sredniego bym tego nie nazwala, raczej ,wylazeniem ze skory..,, :-)
O radosci z tekstu i smiechu do rozpuku- nie bede wspominac, bo to oczywiste, zwlaszcza fragment o kryzysie duchowym... Byc moze dlatego, ze ten etap tez mam za soba? :-)
Próba przeskoczenia siebie to moim zdaniem nie kryzys, tylko sprawdzanie, czy pod warstwą PESEL-u nadal działa sprężyna. Kryzysem nazywa to zwykle otoczenie, bo dojrzałemu człowiekowi najchętniej pozwoliłoby spokojnie kapcieć, nie robić zamieszania i nie stawiać sobie poprzeczki wyżej niż próg, o który też się można potknąć ;)
UsuńCelna i zabawna obserwacja, bo chyba każdy zna kogoś, kto nagle odkrywa w sobie sportowca, podróżnika albo artystę, a potem sprzęt spokojnie czeka na lepsze czasy w kącie mieszkania. Z drugiej strony może takie małe „kryzysy” wcale nie są czymś złym — czasem człowiek po prostu potrzebuje przypomnieć sobie, że nie jest tylko pracą, rachunkami i obowiązkami. Chyba najważniejsze, żeby w tym wszystkim nie zgubić dystansu do siebie i nie próbować na siłę udowadniać światu, że zaczyna się nowe życie. A swoją drogą, ciekawe ile kupionych gitar, rowerów i kursów językowych naprawdę zmieniło komuś życie, a ile zostało tylko sympatycznym wspomnieniem z paczkomatu?
OdpowiedzUsuńPodejrzewam, że znacznie więcej gitar zostało wieszakami, rowerów dekoracją piwnicy, a kursów językowych - wyrzutem sumienia odnawianym co miesiąc wraz z abonamentem. Ale jeśli choć przez chwilę człowiek poczuł, że jeszcze mu się chce chcieć, to może jednak nie były to pieniądze całkiem wyrzucone w paczkomat. ;)
Usuń