Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczucie humoru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczucie humoru. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2026

Nie każde pęknięcie w ego wymaga gipsu - niektórym wystarczy plaster z autoironii...

Zauważyłam, że najciężej idzie się przez życie ludziom, którzy własną powagę niosą przed sobą jak tort z kremem w zatłoczonym autobusie. Łokcie szeroko, twarz napięta, oczy wbite w horyzont i wieczny lęk, że ktoś potrąci majestat, a różyczka z bitej śmietany przyklei się do nosa.

Tymczasem umiejętność śmiania się z siebie jest wyjątkowo praktyczna. Człowiek potknie się na oczach połowy ulicy i zamiast przez trzy dni analizować, kto widział, jak bardzo widział oraz czy monitoring miejski planuje emisję nagrania w godzinach największej oglądalności, otrzepuje się, sprawdza stan kolan i idzie dalej.

Nie chodzi oczywiście o robienie z siebie etatowego błazna, któremu każdy może przykleić na plecach kartkę z napisem „kopnij mnie, mam dystans”. Poczucie humoru wobec siebie nie jest wycieraczką dla cudzej bezczelności. To raczej niewielka szpilka, którą od czasu do czasu przekłuwamy nadęte ego, zanim zacznie zajmować dwa miejsca w tramwaju i domagać się tytułowania per „Wasza Nieskazitelność”.

Psychiatrze pracy nie odbierajmy, gdyż nie każdą biedę da się wypłoszyć dowcipem. Jednak sporą część codziennych dramatów sami hodujemy pod kloszem, podlewamy wspomnieniami i zaglądamy co godzinę, czy już wypuściły nowe pretensje. A czasem wystarczyłoby spojrzeć na własne zachowanie z boku i zauważyć, że właśnie obraziliśmy się śmiertelnie, ponieważ ktoś nie docenił naszej genialnej uwagi dotyczącej ustawienia pojemnika na pranie.

Kto potrafi śmiać się z siebie, ten nie staje się mniej poważny. Po prostu nie musi codziennie zatrudniać orkiestry symfonicznej do oprawy każdego fałszywego dźwięku, jaki wydało jego życie. A to już jest oszczędność - jeśli nie na psychiatrze, to przynajmniej na nadmiernym zużyciu własnych nerwów. 😉

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Kryzys wieku średniego z dostawą do paczkomatu, czyli człowiek planuje rewolucję, a kupuje masażer karku...

Kiedyś kryzys wieku średniego miał rozmach. Człowiek kupował czerwony kabriolet, skórzaną kurtkę i ruszał przed siebie, zostawiając za sobą rodzinę, rozsądek oraz ratę za zmywarkę. Ewentualnie wdawał się w romans z kimś tak młodym, że podczas wspólnej kolacji jedna osoba wspominała stan wojenny, a druga była przekonana, że Jaruzelski to polska marka okularów przeciwsłonecznych.

Dziś kryzys wieku średniego również zgłasza się punktualnie, tylko budżet już w progu studzi mu temperament. Człowiek marzy o kabriolecie, zagląda na konto i ostatecznie kupuje elektryczną hulajnogę. Przez chwilę rozważa jeszcze kochankę, ale zamawia urządzenie do masażu karku. Wibruje, nie oczekuje deklaracji i można je wyłączyć jednym przyciskiem, zanim naprawdę zacznie działać na nerwy.

Współczesny bunt nie pachnie więc benzyną, drogimi perfumami ani skandalem obyczajowym. Pachnie kartonem, folią bąbelkową lub innym badziewiem służącym do pakowania. Przychodzi kurierem albo czeka w skrytce. Druga czy nawet trzecia młodość ma dziś kod odbioru i trzeba ją zabrać z paczkomatu, zanim zechce wrócić do nadawcy.

Najczęściej przychodzi w postaci sprzętu sportowego.

Około pięćdziesiątki budzi się bowiem w człowieku atleta, który przez trzy dekady leżał cicho, prawdopodobnie przygnieciony pilotem do telewizora. Pewnego ranka podnosi głowę i woła:

- Biegamy!

Organizm, który nie zna tego człowieka, odpowiada:

- Kim pan, do cholery, jest i jak pan tu wszedł?

Mimo to kupujemy buty biegowe, legginsy, koszulkę odprowadzającą wilgoć i zegarek, który mierzy puls, sen, stres oraz stopień upokorzenia podczas wchodzenia na drugie piętro. Zegarek szybko okazuje się elektronicznym kapusiem. Wibruje przy stole i oznajmia: „Czas się poruszać”, jakby sam nie spędził całego dnia przyczepiony do ręki.
Po pierwszym spacerze gratuluje nam życiowego rekordu. Cztery tysiące osiemset kroków! Dyskretnie pomija, że połowę nabiliśmy jeszcze przed wyjściem, kursując między kuchnią a sypialnią w poszukiwaniu telefonu, który przez cały czas tkwił w kieszeni szlafroka i zwiedzał mieszkanie razem z nami.

Niektórzy kupują rower. Koniecznie profesjonalny, z siodełkiem wielkości kromki pumpernikla i z liczbą przełożeń przewyższającą liczbę zębów użytkownika. Do tego kask, okulary oraz odblaskowa odzież, w której człowiek wygląda jak zbiegły pracownik remontu autostrady.
Pierwsza wyprawa ma rozpocząć nowe życie. Kończy się osiem kilometrów dalej, pod piekarnią, gdzie kupujemy wodę, drożdżówkę i coś przeciwbólowego. Aplikacja przyznaje nam odznakę „Górski wojownik”, chociaż jedyne wzniesienie znajdowało się przed sklepem mięsnym. Kolano również wystawia ocenę, ale zamiast medalu doręcza nakaz natychmiastowego zaprzestania tej destrukcyjnej działalności.

Są też tacy, którzy postanawiają nauczyć się grać na gitarze. Instrument przychodzi w ogromnym pudle, pachnie drewnem i niespełnioną młodością. Kupujemy stroik, kostki, stojak, wzmacniacz oraz internetowy kurs prowadzony przez chłopca wyglądającego tak, jakby za godzinę miał kartkówkę z ułamków.

- Pierwszy akord jest banalnie prosty - oznajmia dziecko, przebierając palcami po strunach z szybkością spanikowanego pająka.

Nasz pierwszy akord brzmi natomiast jak szafa spadająca ze schodów z zamkniętym w środku kotem.
Po tygodniu bolą palce. Po dwóch boli kręgosłup. Po trzech boli świadomość, że wykupiliśmy roczny abonament. Po miesiącu gitara nadal stoi w salonie, tyle że suszy się na niej ręcznik. Marzenie o własnym zespole nie umarło. Zostało czasowo przekształcone w mebel.

Kolejnym objawem jest nagła potrzeba podróżowania. Człowiek ogląda w internecie ludzi mieszkających w kamperach i czuje zew wolności. Oni budzą się nad fiordem, piją kawę z emaliowanego kubka i powtarzają, że do szczęścia wystarczą im cztery metry kwadratowe. Oczywiście, że wystarczą. Mają po dwadzieścia pięć lat, kręgosłupy z gumy i pęcherze o pojemności cysterny.
Po pięćdziesiątce nocleg w samochodzie nie jest przygodą. Jest eksperymentem medycznym bez zgody komisji bioetycznej. Rano człowiek wysuwa się z kampera jak paragon z uszkodzonej kasy: powoli, krzywo i z fragmentem, którego nie można doczytać. Jedna noga śpi, druga domaga się masażysty, a kręgosłup wygląda, jakby przez noc próbował uciec z organizmu.
Ostatecznie zamiast kampera rezerwujemy hotel. Ma łóżko, łazienkę i śniadanie w cenie. Wolność wolnością, ale człowiek nie po to przez trzydzieści lat dorabiał się hemoroidów, żeby teraz myć zęby nad kanistrem i robić jajecznicę na masce samochodu.

Nie brakuje również kryzysów bardziej duchowych. Ktoś zapisuje się na jogę, ktoś kupuje misę tybetańską, a ktoś inny instaluje aplikację do medytacji. Aplikacja mówi kojącym głosem:

- Zamknij oczy. Uwolnij umysł.

Zamykamy oczy, a umysł natychmiast zwołuje walne zebranie. Pojawia się niezapłacony rachunek, rozmowa sprzed jedenastu lat, podczas której należało powiedzieć coś błyskotliwego, oraz pytanie, gdzie leży gwarancja od pralki. Wszystkie troski siadają w pierwszym rzędzie z popcornem i czekają, aż spróbujemy oddychać przeponą.

Popularne są także warsztaty poszukiwania wewnętrznego dziecka. Wewnętrzne dziecko odnajduje się zaskakująco szybko. Siedzi obrażone pod stołem, żąda zwrotu klocków oddanych kuzynowi w 1978 roku i pyta, dlaczego przez całe dorosłe życie kupowaliśmy brokuły, skoro nikt nas już do tego nie zmusza.

Nad wszystkim czuwa internet. Algorytm rozpoznaje kryzys wieku średniego wcześniej niż sam zainteresowany. Najpierw pokazuje reklamy motocykli, kursów nurkowania i apartamentów w Hiszpanii. Dwa przewinięcia później proponuje kolagen, wkładki ortopedyczne, aparat do leczenia bezdechu sennego oraz ubezpieczenie pogrzebowe. To się nazywa kompleksowa obsługa klienta. Najpierw sprzedać mu skok ze spadochronem, potem stabilizator kolana, a na końcu elegancką urnę. Cała ścieżka zakupowa bez wychodzenia z domu.

Człowiek zaczyna więc planować prawdziwą rewolucję. Sprzeda mieszkanie, rzuci pracę i przeprowadzi się na Kretę. Otworzy małą tawernę nad morzem, gdzie będzie podawał oliwki, wino i mądrość życiową. Po chwili przypomina sobie jednak, że nie znosi upałów, źle śpi w obcym łóżku, a gdy trzy osoby naraz czegoś od niego chcą, dostaje tików pod lewym okiem. Tawerna odpada również dlatego, że goście odsyłaliby musakę jako „zbyt grecką”, pytali, czy ośmiornica jest keto, a na koniec wystawiali jedną gwiazdkę, ponieważ morze przez całą noc hałasowało, a właściciel nie zrobił z tym absolutnie nic.
Kreta zostaje zatem w zakładkach przeglądarki, między kursem greckiego, pontonem dla czterech osób i przepisem na rustykalny chleb, którego nigdy nie upieczemy.

Czy kryzys wieku średniego polega na tym, że chcemy nagle zostać kimś innym? Chyba nie... Chcemy tylko sprawdzić, czy pod rachunkami, obowiązkami, cholesterolem i hasłem do bankowości elektronicznej zostało jeszcze coś naszego. Jakiś pomysł, który nie jest rozsądny. Pragnienie, którego nie trzeba konsultować z ortopedą. Odrobina życia nieprzeliczona na raty, kalorie i punkty lojalnościowe.

Może więc nie chodzi o drugą młodość, tylko o pierwszy od dawna kaprys. Gitarę, rower czy kajak kupujemy nie dlatego, że zamierzamy zostać gwiazdą rocka, zwycięzcą Tour de France albo odkrywcą Amazonki. Chcemy po prostu zrobić coś, czego nie da się uzasadnić zdrowiem, oszczędnością ani przydatnością w gospodarstwie domowym.

Jeżeli któregoś dnia przyniesiemy do domu kajak, chociaż nie mamy bagażnika dachowego, piwnicy ani szczególnej sympatii do zimnej wody, nie róbmy z tego dramatu. Najwyżej przez kilka tygodni będziemy pokonywać przedpokój bokiem.

A jeśli to naprawdę jest kryzys wieku średniego - trudno. Lepiej wylądować w kajaku niż w niewłaściwym łóżku ;)

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Poświąteczny miszmasz :)


Szkoła była, jest i będzie wylęgarnią tego co wzbudza uśmiech u tego czy tamtego. Zdarzyło mi się na tym blogu popełnić posty na temat tak zwanego szkolnego humoru szeroko pojętego; odsyłam do wpisów: Potęga wyobraźni w Parku Dzikich Zwierząt ;) oraz W przyszłości zostanie orzeszkiem ziemnym. Ma do mnie żal, że przeszkadzam mu w karierze... 
Dziś słów parę o tym jakie kwiatki można znaleźć w szkolnej wesołej twórczości pisanej ;)


Skowronek to taki ptak, który wisi w powietrzu i drze mordę. 

Australopitek - to nasz wujek z linii bocznej. 

Wieloryb jest ssakiem, bo jego młode ssie tran z piersi matki. 

Oko składa się z siatkówki i koszykówki. 

Mamy dwa typy oddychania: mężczyźni oddychają brzuchem, a kobiety piersiami. 

Goryl jest bardzo nieprzystojny z budowy zewnętrznej. 

Żaba zimuje w ten sposób, że wskakuje do wody, rozciąga się na całą długość i zamarza. 

Szyja żyrafy jest roślinożerna. 

Komornik wgryza się w korę i dopiero tam żeruje. 

Gryzoń to zwierzę, które ogryza co tylko może, np. jabłka, zostawiając ogryzki.

Wilki zaliczamy do zwierząt zębatych.

Rolnicy nie lubią kretów, bo obgryzają im korzenie. 

Dżdżownica jest spiczasta, bo gdyby była prostokątna to by się bardzo męczyła przy wchodzeniu w ziemie. 

Krowa to zwierzę roślinobójcze. 

Białe motyle, których dzieci żrą kapustę, nazywają się kapuśniaki. 

Choroby weneryczne są rozpowszechniane przez prasę, radio i telewizję. 

Wścieklizną można się zarazić jeśli się ugryzie wściekłego psa. 

Węgiel może być kamienny i brutalny. 

Młodzież w stanie nietrzeźwym może spowodować potomstwo. 

Sosny znoszą szyszki. 

Człowiek rożni się od zwierzęcia myślą, mowa, uczynkiem oraz w pewnym stopniu wyglądem. 

Higiena... to jest wtedy, kiedy myjemy się częściej niż musimy. 

Najczęściej spotykanym ssakiem górskim jest góral.


Natomiast ja pozdrawiam Was z małej dziczy, w której spędzam czas poświąteczny i powitam Nowy Rok: Przesieka macha, a ja buszuję tym razem w Karkonoskim Parku Narodowym :) Tak poza tym to piękną mamy zimę ;)










Grafika: Eve Daff

niedziela, 19 kwietnia 2015

Robal mnie napada, a ja się zachwycam hybrydą Pana Kleksa i Alicji w Krainie Czarów…

Grafika: www.szokblog.pl

Siedzę, piję kawę i nagle jakiś wielki robal zaczyna ślizgać się po moich wnętrznościach. Spokojnie - nie połknęłam jaj tasiemca w akcie desperacji, która osiągnęła gigantyczne rozmiary po tym jak od miesiąca mój mózg jest ograbiany z doznań ekstatycznych związanych z konsumpcją słodkości ;) 
Coś tam w środku się kotłuje i rodzi się nieodparta potrzeba wyrzucenia z siebie przewracających się po układzie pokarmowym słów. Nie wiem dlaczego moje natchnienie zadomowiło się w okolicach jelit, ale tak to mniej więcej odczuwam. Czasami napada mnie podczas różnych czynności domowych lub w nocy. Tego napadającego w nocy nie lubię, gdyż jestem leniem i nie chce mi się złazić z łóżka, gdy wysokich lotów myśli przetaczają się po mózgownicy i w związku z tymi wysokimi lotami wypadałoby je gdzieś zapisać ;) Oczywiście rano nie pamiętam ani słowa i pluję w twarz temu mojemu nocnemu lenistwu. Wiem też, że bez toczących wnętrza robali nie da się nic sensownego napisać, pisanie na siłę, wbrew sobie, zawsze źle się kończy. Moje znajome babiszony często zastanawiają się dlaczego chce mi się pisać? Czy nie mam lepszych zajęć w życiu? Wychodzi na to, że nie mam ;) Bazgrolenie prześladowało mnie od dziecka - „najciekawszy” etap miałam w liceum, kiedy to mój organizm wykazywał się jakąś niezbadaną dawką buntu pospolitego, który znajdował ujście w postaci produkowanych masowo wierszy głęboko przesiąkniętych dekadentyzmem i poszukiwaniem sensu żywota człowieka poczciwego. Niestety w akcie zemsty i buntu pokoleń spaliłam zeszyty z moją twórczością po tym jak stwierdziłam, że „dorośli” ludzie takich bzdur nie piszą. Na maturze wybrałam temat związany z interpretacją wierszy – jeden z nich był autorstwa zacnego Norwida, który, jak wiadomo był właścicielem mocno zrytego beretu. Moja pani polonistka dała mi za wywody ocenę bardzo dobrą, tłumacząc, że nie mogła dać celującej, gdyż wymagałoby to konsultacji z innymi polonistami ze szkoły, a nie wszyscy mogliby się zgodzić z tymi moimi próbami rozłożenia Norwida na części pierwsze. 
Wędrując po różnych blogach natrafiam na teksty, które do mnie mniej lub bardziej przemawiają. Odkąd pętam się po tej polskiej blogosferze wpadłam przypadkiem na dwa blogi, które mnie rozłożyły na łopatki wstrząsając mocno moim ośrodkiem rechotu i zadowalając w pełni to co zadowolone być powinno jak się czyta coś niepospolitego. Niestety jeden z nich jest w stanie zawieszenia, ale mam nadzieję, że autorka powróci na łono swojego bloga i będzie dalej cieszyć gromadę swoich wielbicieli – blog Konstelacje damsko-męskie. Drugi to blog kobiety, która ma niesamowitą łatwość manewrowania słowem i tworzenia opowieści, przy których wielokrotnie wyłam ze śmiechu jak mocno pobudzona erotycznie żaba na wiosennych godach. Mowa o Pani S., która wizjonuje mi się jako odziana w groszkowozielone, zwiewne szaty niewiasta będąca skrzyżowaniem Pana Kleksa i Alicji w Krainie Czarów (mam nadzieję, że się kobieta nie obrazi i nie spali kukły stworzonej na moje podobieństwo na rynku swojego miasta ;)). Pewnie każdy ma takie ulubione blogi, które w szczególny sposób są mu bliskie i powodują nadmierną produkcję pociągu, okraszonego miętą, do ich właścicieli :)