Pokazywanie postów oznaczonych etykietą triki dietetyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą triki dietetyczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 października 2026

Jedz, chudnij i oszukuj?!? Wyznania ptysioholiczki...

Od początku miesiąca prześladują mnie myśli o jedzeniu... Artykuły o jedzeniu, rozmowy o jedzeniu, diety, kalorie i inne nieszczęścia, które człowiek sam na siebie sprowadza, kiedy próbuje dopiąć spodnie bez użycia kombinerek. Nie wiem, czy w październiku jakieś klepki nie wróciły mi na właściwe miejsce, czy przeciwnie - ostatnia sprawna właśnie odpadła, ale zaczęłam podejrzewać, że padłam ofiarą przekazu podprogowego. Gdziekolwiek spojrzę, ktoś każe mi jeść mniej, ruszać się więcej albo pokochać kaszę, która wygląda jak żwirek dla kota po przejściach.

Na domiar złego w archiwalnym magazynie „Charaktery” natknęłam się na artykuł o tym, jak jeść, żeby schudnąć. Natychmiast zwróciłam uwagę na słowo „jeść”, ponieważ chudnięcie okupione głodowaniem nie mieści się w mojej filozofii życiowej. Głodna ja nie chudnę humanitarnie, tylko wszczynam wewnętrzne postępowanie karne przeciwko każdemu, kto w promieniu trzech metrów chrupnie waflem. Po kilku godzinach bez jedzenia człowiek nie staje się smukłą nimfą, lecz zrzędliwą, agresywną babą, która potrafi znienawidzić własną rodzinę za to, że oddycha w pobliżu lodówki.

Ale wróćmy do mądrości wyplutych przez naukowców... Badania dotyczące otyłości i nadwagi pokazują podobno, że coraz częściej nie jemy po to, żeby żyć, tylko żyjemy po to, żeby jeść. Mnie to akurat nie dziwi, ponieważ sama kocham jedzenie miłością szczerą, głęboką i absolutnie niewymagającą żadnej terapii. Nie oznacza to jednak, że żyję wyłącznie po to, aby jeść. Mam jeszcze przecież pracę, rachunki oraz inne zajęcia przeszkadzające mi w spokojnym konsumowaniu.

Dlaczego właściwie zjadamy więcej, niż potrzebujemy? Otóż dlatego, że mózg, choć lubi uchodzić za centrum dowodzenia całym człowiekiem, bywa w tej sprawie wyjątkowo łatwowiernym półgłówkiem. Każdego dnia nasze zmysły odbierają tyle informacji, że część z nich przyswajamy automatycznie, bez udziału świadomości. W ten sposób rodzą się nawyki, a nawyk - jak już się człowieka uczepi - siedzi na nim niczym mokry kostium kąpielowy i ani myśli zleźć. Dotyczy to również jedzenia, ponieważ często pochłaniamy kolejne porcje nie dlatego, że organizm rozpaczliwie potrzebuje dokładki, lecz dlatego, że coś leży, pachnie, patrzy na nas i wyraźnie nie chce się zmarnować.

Podobno nie zauważamy nawet, że dostaliśmy posiłek odrobinę oszukany, zawierający o 100-200 kalorii mniej niż zwykle. Gdyby takie drobne oszustwo stosować codziennie, w ciągu roku jest szansa na zgubienie kilka kilogramów bez dramatycznego okradania się z jedzenia. Pomysł wydaje się genialny, dopóki do akcji nie wkracza mój mózg, który prowadzi księgowość kalorii z dokładnością urzędu skarbowego. Jeśli użyję do obiadu mniejszej ilości tłuszczu, natychmiast zapisuje sobie tę oszczędność, a po dwóch godzinach pochyla się nade mną i szepcze: „No, Mała, zjedz ptysiola. Przecież obiad okradłaś, więc jesteśmy do przodu”. W tym miejscu należałoby zapewne wykazać się silną wolą, ale moja silna wola jest stworzeniem delikatnym. Nie wolno jej przemęczać, stresować ani zostawiać samej w pomieszczeniu z ciastem. Można natomiast spróbować odwrócić jej uwagę, najlepiej sprzątaniem, chociaż nie ręczę, czy po umyciu dwóch okien człowiek nie nabiera przypadkiem przekonania, że spalił równowartość sernika baskijskiego.

W opisanym w artykule eksperymencie uczestnicy jedli zupę pomidorową. Jedna grupa dostała zwyczajne talerze, druga zaś miski połączone ukrytymi pod stołem rurkami, przez które niepostrzeżenie dopływała kolejna porcja. Pomidorówka odrastała niczym głowa hydry, a badani jedli dalej, zapewne czekając, aż na dnie pojawi się porcelana i oficjalnie zwolni ich z obowiązku konsumpcji. Osoby jedzące z uzupełniających się misek pochłonęły średnio około 525 ml zupy, podczas gdy właściciele uczciwych talerzy poprzestali na mniej więcej 325 ml. Najciekawsze było jednak to, że nikt z pierwszej grupy nie twierdził, iż najadł się bardziej. Wniosek nasuwa się sam: wielu z nas nie pyta żołądka, czy ma już dosyć, tylko zagląda do talerza. Jeśli talerz pusty, posiłek zakończony; jeśli coś jeszcze w nim pływa, należy kontynuować, choćby człowiek miał już pomidorówkę pod migdałkami. Sygnał sytości nie dociera przecież do mózgu natychmiast, dlatego osoby jedzące szybko są w stanie pochłonąć pół stołu, zanim organizm zdąży wysłać uprzejmą wiadomość: „Dziękujemy, magazyn pełny, prosimy nie zastawiać wyjścia”.

Skoro jednak mózg tak chętnie daje się oszukiwać, można spróbować pobić go własną bronią. Na początek należałoby jeść wolniej, co brzmi rozsądnie, lecz wymaga pewnego przygotowania, zwłaszcza gdy na talerzu leży coś naprawdę dobrego. Ja na widok ptysia nie jem powoli, tylko przeprowadzam sprawną akcję przejęcia obiektu, po której zostaje cukier puder na bluzce i mgliste wspomnienie kremu. Tymczasem warto od czasu do czasu odłożyć widelec i pozwolić żołądkowi dojść do głosu, zanim ten zacznie porozumiewać się z nami za pomocą jęków oraz konieczności rozpięcia guzika.

Jest też rada, którą przyjęłam z wyjątkowym entuzjazmem: podczas jedzenia nie należy zbyt szybko sprzątać ze stołu. Obgryzione skrzydełka, kości i opakowania mają podobno działać jak dowody rzeczowe, dzięki którym mózg widzi skalę przestępstwa i nie żąda kolejnej porcji. Pierwszy raz nauka tak wyraźnie staje po stronie człowieka, który nie chce sprzątać, więc zamierzam ten argument wykorzystywać bezwstydnie. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego na stole piętrzą się talerze, odpowiem, że prowadzę badania nad świadomością konsumpcyjną i proszę mi nie przeszkadzać w eksperymencie.

Nie warto również wprowadzać całkowitego zakazu słodyczy, ponieważ mózg potraktuje go jak osobistą zniewagę. Lepiej zjeść kostkę czekolady albo cukierka, niż przez trzy dni udawać osobę niezainteresowaną, a czwartego napaść na tort z dzikością rosomaka, który właśnie zakończył post leczniczy. Zakazany przysmak nabiera bowiem niezwykłego uroku: zaczyna pachnieć intensywniej, wyglądać piękniej oraz przemawiać do człowieka głosem tak uwodzicielskim, jakby w polewie czekoladowej siedział co najmniej George Clooney.

Pomóc mogą także mniejsze talerze. Pełny talerzyk sprawia mózgowi znacznie większą radość niż smutne „pitu-pitu” położone na środku ogromnego talerzora, na którym pojedynczy ziemniak wygląda, jakby zgubił rodzinę podczas ewakuacji. Podobno znaczenie ma również kolor naczyń - im większy kontrast między jedzeniem a talerzem, tym łatwiej zauważyć wielkość porcji. Mocna barwa może sprawić, że nałożymy sobie mniej, dlatego niewykluczone, że dietetyka przyszłości nie będzie polegała na liczeniu kalorii, lecz na jedzeniu pierogów z talerza w kolorze kamizelki odblaskowej.

Napoje warto natomiast pić z wysokich, smukłych szklanek. Niska i pękata szklanka wygląda niewinnie, ale mieści podejrzanie dużo, a człowiek leje do niej z rozmachem, jakby przygotowywał zapasy na zimę. Zgrabne szkło daje oczom złudzenie obfitości, dzięki czemu pijemy mniej, choć nadal możemy udawać, że nasz napój prezentuje się niezwykle elegancko. Oczywiście w przypadku wody różnica nie ma większego znaczenia, ale przy słodkich napojach każda szklanka, która potrafi oszukać właściciela, powinna być sprzedawana z dyplomem psychologa.

Nie wolno za to ślepo wierzyć napisom „light”, „fit” ani innym słowom, które mają sprawić, że produkt wygląda na moralnie lepszy od swoich kolegów z półki. Mózg widzi napis „light” i natychmiast uruchamia własną matematykę: skoro jedno ma mniej kalorii, można zjeść cztery. W ten sposób człowiek kupuje dietetyczne ciasteczka, po czym pochłania całą paczkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, niemal oczekując, że waga łazienkowa podziękuje mu rano za współpracę.

Kolejną pułapką jest jedzenie przed telewizorem, komputerem albo w samochodzie. Gdy uwaga zajmuje się filmem, pracą czy poszukiwaniem miejsca parkingowego, ręka działa na własną odpowiedzialność i transportuje do ust wszystko, co znajdzie w promieniu rażenia. Człowiek otwiera paczkę orzeszków podczas pierwszej sceny serialu, a przy napisach końcowych odkrywa, że zostało w niej wyłącznie powietrze oraz sól przyklejona do folii. Nie pamięta smaku, nie pamięta jedzenia, ale kalorie - te pamiętają doskonale.

Z badań przywołanych w artykule wynikało także, że w towarzystwie jemy więcej. Przy jednym współbiesiadniku spożycie może wzrosnąć o około 35 proc., natomiast większa grupa potrafi niemal podwoić ilość pochłanianego jedzenia. Nic dziwnego: rozmowa trwa, półmiski krążą, ktoś dokłada sałatkę, a ciocia pilnuje, żeby człowiek nie umarł z głodu między drożdżowym a makowcem. Jedzenie w samotności może więc sprzyjać umiarowi, chociaż istnieje ryzyko, że brak świadków zostanie przez mózg zinterpretowany jako idealna okazja do popełnienia zbrodni doskonałej na paczce chipsów.

Można też spróbować jeść ręką mniej dominującą. Gdy miałam niesprawną prawą rękę i musiałam posługiwać się lewą, rzeczywiście jadłam mniej, ponieważ większość posiłku spadała mi z widelca, a po kilku próbach byłam już tak wściekła, że traciłam apetyt. Metoda działa, choć niewykluczone, że jej skutkiem ubocznym jest konflikt z zupą oraz potrzeba przemalowania ściany.

Wielkie opakowania również nie są naszymi przyjaciółmi, choć udają ekonomiczne i rodzinne. Rodzina może nawet istnieć, ale opakowanie i tak najczęściej siedzi wieczorem obok jednej osoby, która co chwilę sięga do środka, zapewniając samą siebie, że bierze już naprawdę ostatnią garść. Ta ostatnia garść ma potem siedem sióstr i wszystkie spotykają się w żołądku. Lepiej więc podzielić zawartość na mniejsze porcje albo przynajmniej nie trzymać wielkiej torby na kolanach, bo w takiej pozycji nawet mnich buddyjski mógłby stracić kontakt z własnym ośrodkiem samokontroli.

Smakołyki warto ponadto ukrywać w nieprzezroczystych opakowaniach i stawiać z dala od miejsc, w których odpoczywamy. Sama wiem, że miseczka orzeszków znajdująca się w zasięgu ręki bardzo szybko zamienia się w pustą miseczkę. Nie ma znaczenia, czy jestem głodna; orzeszki są blisko, więc najwyraźniej trzeba im pomóc zniknąć. Wystarczy jednak przestawić je nieco dalej i nagle okazuje się, że wcale ich nie potrzebuję, ponieważ między mną a przekąską pojawiła się przeszkoda wymagająca wstania z kanapy. Aż tak wielkiej miłości między nami nie ma.

Wyjątkowo osobliwa porada polega na tym, by „kląć” na jedzenie, czyli opisywać szczególnie kaloryczne przysmaki jako brzydkie, niedobre albo obrzydliwe. Podobno takie słowa zmniejszają apetyt, choć mam pewne wątpliwości, czy można skutecznie obrazić ptysia. Mogę stanąć nad nim i powiedzieć: „Ty paskudna, tłusta pokrako z kremem”, ale przecież oboje wiemy, że nie mówię tego szczerze. Ptyś zna swoją wartość, ja znam jego nadzienie, a między nami jest już za dużo historii, żeby kilka przykrych słów mogło cokolwiek zmienić.

Mimo wszystko część tych sposobów warto wypróbować. Nie trzeba od razu wyrzucać zastawy, jeść lewą ręką z czerwonego spodka i samotnie wyzywać sernik w zamkniętym pokoju. Wystarczy trochę uważniej przyglądać się temu, co podpowiada nam otoczenie, i od czasu do czasu przypomnieć sobie, że mózg nie zawsze domaga się jedzenia dlatego, że organizm jest głodny. Czasem zobaczył pełną miskę, czasem przeczytał słowo „light”, a czasem zwyczajnie usłyszał szelest opakowania i uznał, że nadarzyła się okazja, której nie wolno zmarnować.

Pozostaje tylko jeden problem: mój mózg właśnie przeczytał cały ten felieton, zna już wszystkie sztuczki i domaga się honorarium. Najlepiej w postaci ptysia. 😉