Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowe odżywianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowe odżywianie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 października 2026

Jedz, chudnij i oszukuj?!? Wyznania ptysioholiczki...

Od początku miesiąca prześladują mnie myśli o jedzeniu... Artykuły o jedzeniu, rozmowy o jedzeniu, diety, kalorie i inne nieszczęścia, które człowiek sam na siebie sprowadza, kiedy próbuje dopiąć spodnie bez użycia kombinerek. Nie wiem, czy w październiku jakieś klepki nie wróciły mi na właściwe miejsce, czy przeciwnie - ostatnia sprawna właśnie odpadła, ale zaczęłam podejrzewać, że padłam ofiarą przekazu podprogowego. Gdziekolwiek spojrzę, ktoś każe mi jeść mniej, ruszać się więcej albo pokochać kaszę, która wygląda jak żwirek dla kota po przejściach.

Na domiar złego w archiwalnym magazynie „Charaktery” natknęłam się na artykuł o tym, jak jeść, żeby schudnąć. Natychmiast zwróciłam uwagę na słowo „jeść”, ponieważ chudnięcie okupione głodowaniem nie mieści się w mojej filozofii życiowej. Głodna ja nie chudnę humanitarnie, tylko wszczynam wewnętrzne postępowanie karne przeciwko każdemu, kto w promieniu trzech metrów chrupnie waflem. Po kilku godzinach bez jedzenia człowiek nie staje się smukłą nimfą, lecz zrzędliwą, agresywną babą, która potrafi znienawidzić własną rodzinę za to, że oddycha w pobliżu lodówki.

Ale wróćmy do mądrości wyplutych przez naukowców... Badania dotyczące otyłości i nadwagi pokazują podobno, że coraz częściej nie jemy po to, żeby żyć, tylko żyjemy po to, żeby jeść. Mnie to akurat nie dziwi, ponieważ sama kocham jedzenie miłością szczerą, głęboką i absolutnie niewymagającą żadnej terapii. Nie oznacza to jednak, że żyję wyłącznie po to, aby jeść. Mam jeszcze przecież pracę, rachunki oraz inne zajęcia przeszkadzające mi w spokojnym konsumowaniu.

Dlaczego właściwie zjadamy więcej, niż potrzebujemy? Otóż dlatego, że mózg, choć lubi uchodzić za centrum dowodzenia całym człowiekiem, bywa w tej sprawie wyjątkowo łatwowiernym półgłówkiem. Każdego dnia nasze zmysły odbierają tyle informacji, że część z nich przyswajamy automatycznie, bez udziału świadomości. W ten sposób rodzą się nawyki, a nawyk - jak już się człowieka uczepi - siedzi na nim niczym mokry kostium kąpielowy i ani myśli zleźć. Dotyczy to również jedzenia, ponieważ często pochłaniamy kolejne porcje nie dlatego, że organizm rozpaczliwie potrzebuje dokładki, lecz dlatego, że coś leży, pachnie, patrzy na nas i wyraźnie nie chce się zmarnować.

Podobno nie zauważamy nawet, że dostaliśmy posiłek odrobinę oszukany, zawierający o 100-200 kalorii mniej niż zwykle. Gdyby takie drobne oszustwo stosować codziennie, w ciągu roku jest szansa na zgubienie kilka kilogramów bez dramatycznego okradania się z jedzenia. Pomysł wydaje się genialny, dopóki do akcji nie wkracza mój mózg, który prowadzi księgowość kalorii z dokładnością urzędu skarbowego. Jeśli użyję do obiadu mniejszej ilości tłuszczu, natychmiast zapisuje sobie tę oszczędność, a po dwóch godzinach pochyla się nade mną i szepcze: „No, Mała, zjedz ptysiola. Przecież obiad okradłaś, więc jesteśmy do przodu”. W tym miejscu należałoby zapewne wykazać się silną wolą, ale moja silna wola jest stworzeniem delikatnym. Nie wolno jej przemęczać, stresować ani zostawiać samej w pomieszczeniu z ciastem. Można natomiast spróbować odwrócić jej uwagę, najlepiej sprzątaniem, chociaż nie ręczę, czy po umyciu dwóch okien człowiek nie nabiera przypadkiem przekonania, że spalił równowartość sernika baskijskiego.

W opisanym w artykule eksperymencie uczestnicy jedli zupę pomidorową. Jedna grupa dostała zwyczajne talerze, druga zaś miski połączone ukrytymi pod stołem rurkami, przez które niepostrzeżenie dopływała kolejna porcja. Pomidorówka odrastała niczym głowa hydry, a badani jedli dalej, zapewne czekając, aż na dnie pojawi się porcelana i oficjalnie zwolni ich z obowiązku konsumpcji. Osoby jedzące z uzupełniających się misek pochłonęły średnio około 525 ml zupy, podczas gdy właściciele uczciwych talerzy poprzestali na mniej więcej 325 ml. Najciekawsze było jednak to, że nikt z pierwszej grupy nie twierdził, iż najadł się bardziej. Wniosek nasuwa się sam: wielu z nas nie pyta żołądka, czy ma już dosyć, tylko zagląda do talerza. Jeśli talerz pusty, posiłek zakończony; jeśli coś jeszcze w nim pływa, należy kontynuować, choćby człowiek miał już pomidorówkę pod migdałkami. Sygnał sytości nie dociera przecież do mózgu natychmiast, dlatego osoby jedzące szybko są w stanie pochłonąć pół stołu, zanim organizm zdąży wysłać uprzejmą wiadomość: „Dziękujemy, magazyn pełny, prosimy nie zastawiać wyjścia”.

Skoro jednak mózg tak chętnie daje się oszukiwać, można spróbować pobić go własną bronią. Na początek należałoby jeść wolniej, co brzmi rozsądnie, lecz wymaga pewnego przygotowania, zwłaszcza gdy na talerzu leży coś naprawdę dobrego. Ja na widok ptysia nie jem powoli, tylko przeprowadzam sprawną akcję przejęcia obiektu, po której zostaje cukier puder na bluzce i mgliste wspomnienie kremu. Tymczasem warto od czasu do czasu odłożyć widelec i pozwolić żołądkowi dojść do głosu, zanim ten zacznie porozumiewać się z nami za pomocą jęków oraz konieczności rozpięcia guzika.

Jest też rada, którą przyjęłam z wyjątkowym entuzjazmem: podczas jedzenia nie należy zbyt szybko sprzątać ze stołu. Obgryzione skrzydełka, kości i opakowania mają podobno działać jak dowody rzeczowe, dzięki którym mózg widzi skalę przestępstwa i nie żąda kolejnej porcji. Pierwszy raz nauka tak wyraźnie staje po stronie człowieka, który nie chce sprzątać, więc zamierzam ten argument wykorzystywać bezwstydnie. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego na stole piętrzą się talerze, odpowiem, że prowadzę badania nad świadomością konsumpcyjną i proszę mi nie przeszkadzać w eksperymencie.

Nie warto również wprowadzać całkowitego zakazu słodyczy, ponieważ mózg potraktuje go jak osobistą zniewagę. Lepiej zjeść kostkę czekolady albo cukierka, niż przez trzy dni udawać osobę niezainteresowaną, a czwartego napaść na tort z dzikością rosomaka, który właśnie zakończył post leczniczy. Zakazany przysmak nabiera bowiem niezwykłego uroku: zaczyna pachnieć intensywniej, wyglądać piękniej oraz przemawiać do człowieka głosem tak uwodzicielskim, jakby w polewie czekoladowej siedział co najmniej George Clooney.

Pomóc mogą także mniejsze talerze. Pełny talerzyk sprawia mózgowi znacznie większą radość niż smutne „pitu-pitu” położone na środku ogromnego talerzora, na którym pojedynczy ziemniak wygląda, jakby zgubił rodzinę podczas ewakuacji. Podobno znaczenie ma również kolor naczyń - im większy kontrast między jedzeniem a talerzem, tym łatwiej zauważyć wielkość porcji. Mocna barwa może sprawić, że nałożymy sobie mniej, dlatego niewykluczone, że dietetyka przyszłości nie będzie polegała na liczeniu kalorii, lecz na jedzeniu pierogów z talerza w kolorze kamizelki odblaskowej.

Napoje warto natomiast pić z wysokich, smukłych szklanek. Niska i pękata szklanka wygląda niewinnie, ale mieści podejrzanie dużo, a człowiek leje do niej z rozmachem, jakby przygotowywał zapasy na zimę. Zgrabne szkło daje oczom złudzenie obfitości, dzięki czemu pijemy mniej, choć nadal możemy udawać, że nasz napój prezentuje się niezwykle elegancko. Oczywiście w przypadku wody różnica nie ma większego znaczenia, ale przy słodkich napojach każda szklanka, która potrafi oszukać właściciela, powinna być sprzedawana z dyplomem psychologa.

Nie wolno za to ślepo wierzyć napisom „light”, „fit” ani innym słowom, które mają sprawić, że produkt wygląda na moralnie lepszy od swoich kolegów z półki. Mózg widzi napis „light” i natychmiast uruchamia własną matematykę: skoro jedno ma mniej kalorii, można zjeść cztery. W ten sposób człowiek kupuje dietetyczne ciasteczka, po czym pochłania całą paczkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, niemal oczekując, że waga łazienkowa podziękuje mu rano za współpracę.

Kolejną pułapką jest jedzenie przed telewizorem, komputerem albo w samochodzie. Gdy uwaga zajmuje się filmem, pracą czy poszukiwaniem miejsca parkingowego, ręka działa na własną odpowiedzialność i transportuje do ust wszystko, co znajdzie w promieniu rażenia. Człowiek otwiera paczkę orzeszków podczas pierwszej sceny serialu, a przy napisach końcowych odkrywa, że zostało w niej wyłącznie powietrze oraz sól przyklejona do folii. Nie pamięta smaku, nie pamięta jedzenia, ale kalorie - te pamiętają doskonale.

Z badań przywołanych w artykule wynikało także, że w towarzystwie jemy więcej. Przy jednym współbiesiadniku spożycie może wzrosnąć o około 35 proc., natomiast większa grupa potrafi niemal podwoić ilość pochłanianego jedzenia. Nic dziwnego: rozmowa trwa, półmiski krążą, ktoś dokłada sałatkę, a ciocia pilnuje, żeby człowiek nie umarł z głodu między drożdżowym a makowcem. Jedzenie w samotności może więc sprzyjać umiarowi, chociaż istnieje ryzyko, że brak świadków zostanie przez mózg zinterpretowany jako idealna okazja do popełnienia zbrodni doskonałej na paczce chipsów.

Można też spróbować jeść ręką mniej dominującą. Gdy miałam niesprawną prawą rękę i musiałam posługiwać się lewą, rzeczywiście jadłam mniej, ponieważ większość posiłku spadała mi z widelca, a po kilku próbach byłam już tak wściekła, że traciłam apetyt. Metoda działa, choć niewykluczone, że jej skutkiem ubocznym jest konflikt z zupą oraz potrzeba przemalowania ściany.

Wielkie opakowania również nie są naszymi przyjaciółmi, choć udają ekonomiczne i rodzinne. Rodzina może nawet istnieć, ale opakowanie i tak najczęściej siedzi wieczorem obok jednej osoby, która co chwilę sięga do środka, zapewniając samą siebie, że bierze już naprawdę ostatnią garść. Ta ostatnia garść ma potem siedem sióstr i wszystkie spotykają się w żołądku. Lepiej więc podzielić zawartość na mniejsze porcje albo przynajmniej nie trzymać wielkiej torby na kolanach, bo w takiej pozycji nawet mnich buddyjski mógłby stracić kontakt z własnym ośrodkiem samokontroli.

Smakołyki warto ponadto ukrywać w nieprzezroczystych opakowaniach i stawiać z dala od miejsc, w których odpoczywamy. Sama wiem, że miseczka orzeszków znajdująca się w zasięgu ręki bardzo szybko zamienia się w pustą miseczkę. Nie ma znaczenia, czy jestem głodna; orzeszki są blisko, więc najwyraźniej trzeba im pomóc zniknąć. Wystarczy jednak przestawić je nieco dalej i nagle okazuje się, że wcale ich nie potrzebuję, ponieważ między mną a przekąską pojawiła się przeszkoda wymagająca wstania z kanapy. Aż tak wielkiej miłości między nami nie ma.

Wyjątkowo osobliwa porada polega na tym, by „kląć” na jedzenie, czyli opisywać szczególnie kaloryczne przysmaki jako brzydkie, niedobre albo obrzydliwe. Podobno takie słowa zmniejszają apetyt, choć mam pewne wątpliwości, czy można skutecznie obrazić ptysia. Mogę stanąć nad nim i powiedzieć: „Ty paskudna, tłusta pokrako z kremem”, ale przecież oboje wiemy, że nie mówię tego szczerze. Ptyś zna swoją wartość, ja znam jego nadzienie, a między nami jest już za dużo historii, żeby kilka przykrych słów mogło cokolwiek zmienić.

Mimo wszystko część tych sposobów warto wypróbować. Nie trzeba od razu wyrzucać zastawy, jeść lewą ręką z czerwonego spodka i samotnie wyzywać sernik w zamkniętym pokoju. Wystarczy trochę uważniej przyglądać się temu, co podpowiada nam otoczenie, i od czasu do czasu przypomnieć sobie, że mózg nie zawsze domaga się jedzenia dlatego, że organizm jest głodny. Czasem zobaczył pełną miskę, czasem przeczytał słowo „light”, a czasem zwyczajnie usłyszał szelest opakowania i uznał, że nadarzyła się okazja, której nie wolno zmarnować.

Pozostaje tylko jeden problem: mój mózg właśnie przeczytał cały ten felieton, zna już wszystkie sztuczki i domaga się honorarium. Najlepiej w postaci ptysia. 😉

piątek, 22 stycznia 2016

Wysłali mnie na detoks, aktywowali niezbadane zakamarki mózgownicy, a cuda gigantyczne niczym penis płetwala błękitnego są w zasięgu ręki ;)

Grafika: www.renewalaesthetics.com  

Od tygodnia jestem na detoksie. Całe zło wypełzło na światło dzienne na siłowni, o której pisałam w postach: Mordowanie erotycznej powierzchni użytkowej... i Hipopotamy w rui i wypasione indyki na zachętę - może zostanę Arnoldem? 
W każdym razie na mózg mi poważnie padło, żeby nie powiedzieć, że mózg mi amputowali. Możliwe, że to wynik ostatniego napadu nędznej zimy; organizm nieprzystosowany do prawie arktycznych warunków to i styki zesztywniały i przekaz pomiędzy neuronami w mózgownicy się zawiesił. Ale do rzeczy! Otóż na tej siłowni robią człowiekowi analizy - takie wzdłuż i wszerz; w moim przypadku to oczywiście bardziej wszerz ;) Te analizy to generalnie uwzięły się na mnie, bo zawsze pokazują, że tłuszczem zgromadzonym na moich narządach to można spokojnie wypchać pokaźną ilość słoików litrowych i wypuścić partię domowego smalcu z jabłkiem i cebulką. Tym razem po dokonaniu analiz usłyszałam, iż mięśnie owszem, owszem rosną, ale ten tłuszcz to ni cholery nie chce mnie opuścić. Znaczy się muszę podjąć radykalne środki tłuszczobójcze tu i teraz. Tak siedzę i słucham tych głodnych kawałków wydobywających się z ust trenera, myślę swoje jak to ja, aż nagle chłop wali mnie bez ostrzeżenia i to prosto w prawy mięsisty polik hasłem: DETOKS CUKROWY! 
O! O! Mów do mnie jeszcze! Mój mózg usłyszał o cukrowym czymś i jakoś tak mu się od razu lepiej zrobiło. Tylko to słowo detoks mi nie pasowało. Chłopina co to mnie zdzielił bredził dalej:
- A zatem ograniczymy produkty bogate w węglowodany (w tym produkty skrobiowe); dodatkowo radzę wyrzucić produkty cechujące się słodkim smakiem. Ma to na celu nie tylko ustabilizowanie poziomu cukru we krwi, ale też odzwyczajenie od słodkości, walkę z uzależnieniem od nich. Koncentrujemy się na tym, by dostarczyć organizmowi komplet substancji potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania, a nagrody w postaci smakołyków odsuwamy na dalszy plan. Detoks cukrowy to nie dieta cud. To początek, bodziec do pozytywnych zmian żywieniowych już na zawsze! A tutaj taka lista pomocnicza, by nieco dokładniej ogarnąć temat:


W pierwszym odruchu obronnym moja młoda pierś prawa i równie młoda lewa wydały ryk godny napalonej czterdziestki po trzech metamorfozach życia: Że co?!? Że ja zdeklarowany ciasteczkowy potwór mam się wyrzec słodkości?!? I to dobrowolnie?!? Na trzeźwo?!? Bez substancji psychotropowych w naczyniach krwionośnych?!? Ja - składająca hołdy cukierniom, oblizująca na błysk garnki, w których krem śmietankowy tak cudownie igrał z pałką do ucierania i nosząca w portfelu fotosy ciast mam zdradzić ten cały niebiański świat?!? 
- Na początek spróbuj na miesiąc poddać się detoksowi. Zobaczysz, efekty Cię zadziwią - chłop siłowniany kontynuuje wątek niezrażony moim grymasem, który rozpełzł mi się po twarzy i tylko w minimalnym stopniu odzwierciedla wojnę stulecia, która toczy się w prawej i lewej półkuli mojej mózgownicy.
I wiecie co? Wojnę wygrała jakaś nieodkryta do tej pory część tej mózgownicy, która zmusiła mnie do podjęcia wyzwania i od tygodnia nie pozwala sięgać po te węglowodany w każdej możliwej postaci, a do ciastek to mnie nawet nie dopuszcza: mam zakaz zbliżania się do cukierni. Natomiast sama mogę piec ciasta, jeżeli stać mnie na taki masochizm ;) 
A najgorsze jest to, że alkoholu też nie wolno na tym detoksie, więc ściapranie się z rozpaczy wytrawnym, czerwonym winem nie wchodzi w grę. Pozostaje mi odurzanie się sałatką warzywną i znieczulanie okładami z piersi indyczej ;)
Tak poważnie rzecz biorąc to lubię wyzwania! Może ktoś się dołączy? :) Jeżeli ja wytrwam miesiąc bez tego całego węglowodanowego wypasu to wierzcie mi - cuda gigantyczne niczym penis płetwala błękitnego w stanie erekcji zaistnieją na tym świecie ;)

środa, 29 kwietnia 2015

Szlachetne ciało! Jak cię trzeba żywić byś blaskiem powalało?

Grafika: www.facebook.com/WiemCoJemTV

Obracam się ostatnio w kręgach zdrowego żywienia. Zdrowe to ono może i jest, ale w życiu nie uczynię wyznania, że pyszne, mniamuśne i świata poza nim nie widzę. Natomiast znalazłam parę grafik, które może społeczeństwu wpadającemu na tego bloga przyniosą jakieś pożyteczne wymiary i rozmiary. W wolnej chwili można przestudiować i wdrożyć wedle uznania w życie lub zapomnieć i powrócić do żerowania na normalnym, tłuściutkim, słodziutkim pożywieniu :)

Metabolizm szybki jak szarżujący dzik w młodych kartoflach!

Nierozłączni jak plaster cytryny i martini!

Porzucamy cukier i z ksylitolu robimy lukier!

Pomaluj swój świat warzywami!

Produkty z listy poniżej w dłoń, a ty się stresie broń!

Cellulicie mój ukochany! 
Mordować Cię będziem pokarmami!

Zdrowe włosy na głowie mają się panoszyć? 
Jedz co trzeba i nie daj się prosić!

Paznokcie jak u rasowej czarownicy?
Konsumuj te cuda za dnia i po ciemnicy!

Grafika: www.facebook.com/WiemCoJemTV

środa, 11 marca 2015

Otłuszczone narządy i kosmici, czyli wyznania malkontenta...

Grafika: www.printerest.com

Życie tymczasowego „inwalidy” skłania do wielu refleksji i jest dramatycznie męczące… Człowiek docenia takie błahe rzeczy jak umiejętność związania sobie włosów gumką, kiedy najzwyczajniej w świecie nie potrafi tego zrobić – bo jak jedną ręką związać włosy? Egzystencja staje się głęboko upierdliwa, gdy tylko jedna ręka chce z tobą współpracować. Śpisz w dziwnej pozycji z kończyną uwieszoną na temblaku i jakimś kocykiem wciśniętym pod pachę, żeby zniwelować tępy ból. Bo ileż można zjeść ketonalu? By atrakcji nie brakowało w życiu rekonwalescenta codziennie robisz sobie zastrzyk w brzuch z magiczną miksturą przeciwzakrzepową. Dobrze, że jedna ręka umożliwia pisanie na komputerze – inaczej wizja zwariowania staje się niepokojąco bliska, a szpital rejonowy dla obłąkanych szeroko rozwiera swoje wrota. Z nudów robisz pseudo porządki w szafce używając tylko zdrowej ręki. Cieszysz się jak dziecko, że cokolwiek potrafisz sensownego uczynić. Na szczęście, po wielu próbach, jako tako, opanowałeś umiejętność umycia się za pomocą jednej kończyny.
Siedzenie w domu, kiedy nie jesteś w pełni sobą to prawdziwe przekleństwo. Mózg toczą robaki krzyczące: Chcemy coś robić! Chcemy coś robić! Wyprowadź nas na spacer! Chcemy biegać! Nawet sprzątać możemy! Czytać też nie bardzo się da – ciężko wysiedzieć w jednej pozycji z powodu bólu w operowanym barku. Włożyli tam jakieś śrubki… Chłop domowy, chcąc poprawić ci humor, sili się na niewybredny żart: A nie mogli ci tych śrubek do głowy też wsadzić? Mogłaś poprosić ;) 
W nocy pętasz się jak bąk w słoiku, budzisz się co godzinę lub dwie, a jak już zaśniesz to budzą cię kosmici ;) 
Po wspomnianym wcześniej ketonalu pewnie czerep nie do końca działa jak trzeba: Ubiegłej nocy obudziłam się około godziny trzeciej. Leżę i widzę na ścianie rytmicznie pulsujące dziwne światło. Myślę: Kosmici po mnie przylecieli… Boże! Jacy kosmici! Kobieto! Nie! To ktoś nadaje alfabetem Morse’a! Może coś ważnego przekazuje! Cholera! Trzeba było się w harcerstwie tego porządnie nauczyć! Mija chwil parę zanim podnoszę się z wyra wyrwawszy wszystkie neurony z krainy snów i podchodzę do okna - no bo jak kosmici czy alfabet Morse’a na osiedlu w dużym mieście? Do tego w nocy! Okazuje się, że to żarówka, w sąsiednim, blisko stojącym bloku, znajdująca się naprzeciwko mojego okna, uległa awarii. Chwała ci opatrzności! 

Pomijam tutaj aspekt żeru lodówkowego… Co robi łasuch jak siedzi w domu? Spożywa, je, żre, pochłania, wpycha, konsumuje, chrupie, kąsa, wciąga pożywienie. Oczywiście na ile jedna sprawna ręka na to pozwala. Ruskich pierogów raczej sobie nie wytworzy. Łasuch wykazuje się tutaj dużą skutecznością w wyszukiwaniu tych „najzdrowszych” kalorii. Po tygodniu wypasu, godnego rasowej mlecznej mućki szwajcarskiego pochodzenia, dochodzi do wniosku, że czas zastosować jakąś dietę. Zwłaszcza po tym jak mądrzy ludzie wybadali, że organizm zaopatrzył się w zbędne 12 kg tłuszczu!!! Łasuch do tej pory przeciera oczy ze zdumienia. Podobno ma otłuszczone narządy wewnętrzne – spryciarz tłuszcz chce go wykończyć cichaczem. Łasuch jest niczym jajko niespodzianka: z wierchu ładniusie, a w środku nie wiadomo co siedzi, chociaż w tym przypadku wiadomo – tłuszczus pospolitus. Tym z Was, którzy dokonali wizualizacji i wyobrazili sobie opasłą babę zalegającą na kanapie, która plastycznie rozlewa się po jej powierzchni jak rozgrzane masło klarowane po patelni, donoszę, iż wcale nie wyglądam na grubasa, ale te 12 kg łoju ukryte w moim wnętrzu nie daje mi spokoju.
I cóż mi pozostało… Będę jeść pięć zdrowych posiłków dziennie, ograbionych z ciastek, ciasteczek, ciastuniek, ale za to wypchanych warzywami w kolorach tęczy. Wszystko będzie wzbogacone wszelakiej maści paszami dla ptactwa, czyli płatkami, otrębami, kaszami, ryżami i innymi „przepysznymi” dodatkami. Zagryzę to hurtową ilością mięsa z drobiu gotowanego na parze – potem zapewne będę miała koszmary o zabarwieniu drobiowym, a nagie kurczaki i indyki będą wyzierały z każdej szafy. Na otarcie łez dostanę chlebek ryżowy muśnięty dżemem niskosłodzonym lub kawałeczek chałki z miodem.

I jak tu żyć i nie zwariować?!? ;)