Czy każdy wyjazd integracyjny ocieka seksem? Nie. Nie przesadzajmy. Nie każdy autokar z pracownikami wiezie od razu transport napalonych degeneratów do hotelu z pakietem „all inclusive i all immoral”. Bywają przecież wyjazdy, na których ludzie naprawdę tylko jedzą, tańczą, udają, że się lubią, i wracają do pokoi samotnie, z godnością wciąż nieposzarpaną. Bywają. Rzadko, ale podobno bywają.
Zazwyczaj jednak nad takim wyjazdem unosi się coś więcej niż zapach hotelowego chloru, perfum z drogerii i spoconych koszul. Unosi się obyczajowa mgiełka rozprężenia. Taki delikatny opar erotyczno-alkoholowy, w którym człowiek nagle przestaje być specjalistą do spraw księgowości, logistyki albo zakupów, a zaczyna być ekspertem od głupich decyzji podejmowanych po trzecim drinku.
Głównym sponsorem rozpadu przyzwoitości jest oczywiście alkohol - ten płynny sabotażysta cnót wszelakich. Najpierw rozluźnia kark, potem język, potem uda, a na końcu całe to kruche rusztowanie, które człowiek przez lata budował pod nazwą „rozsądek”. I wtedy zaczyna się prawdziwa integracja. Nie ta z prezentacji HR-u, gdzie wszyscy rzekomo budują relacje i wzmacniają ducha zespołu. Nie. Ta prawdziwa integracja odbywa się przy barze, na parkiecie i w hotelowych korytarzach, gdzie cnota zdejmuje okulary, poprawia stanik i mówi: „A, raz się żyje!”.
Nagle spokojna matka Polka, która na co dzień dzieli życie między Teamsy, rosół i zebrania w szkole, przeobraża się w lwicę parkietu. Pani Halinka, dotąd spięta jak gumka od rajstop, zrzuca buty z miną kobiety, która właśnie postanowiła zemścić się na całej swojej zachowawczej biografii. Janinka, pulchna, poczciwa i zwykle niewidzialna społecznie, rozkwita jak piwonia podlana prosecco i posyła uśmiech numer pięć każdemu panu X, Y i Z, który tylko nie ucieka wzrokiem. Jej twarz promienieje tak, jakby właśnie odkryła, że życie jednak miało jeszcze jakiś dodatek specjalny poza ratą kredytu i promocją na schab.
A panowie? Panowie, jakżeby inaczej, też nie zawodzą. Pan Zygmunt, ten sam, który w biurze mówi do wszystkich „kochaniutkie” tonem poczciwego wujka, po kilku kieliszkach zaczyna mylić integrację z objazdowym konkursem macania. Jasiu natomiast zamienia się w mecenasa kobiecej wesołości i stawia drinki z rozmachem osiedlowego krezusa, licząc po cichu, że inwestycja zwróci się w naturze. W jego oczach każdy drink to nie wydatek, lecz zaliczka na przyszłość. Na bardzo konkretną przyszłość.
I właśnie wtedy, pośród dymu, świateł, cudzego dezodorantu i muzyki tak głośnej, że sumienie nie słyszy już własnych protestów, zaczyna się ten osobliwy spektakl społeczny. Spektakl, w którym ludzie na co dzień sztywni, uporządkowani, moralni jak instrukcja BHP, nagle rozpinają nie tylko kołnierzyki, ale i resztki obyczajowej tapicerki. Jedni flirtują jak wygłodniałe labradory, drudzy tańczą, jakby ich biodra pisały własną autobiografię, trzeci zaś snują się po hotelu z miną zdobywcy, choć bardziej przypominają ofiary źle zmieszanych trunków.
Jeżeli ktoś jeszcze się łudzi, że w takich wyjazdach uczestniczą wyłącznie ludzie bez skazy, nieskazitelni jak obrus w domu teściowej przed obiadem, to winszuję wiary w człowieka. Oczywiście, trafiają się jednostki przyzwoite, stateczne, nieulegające pokusom. Siedzą sobie, popijają wodę albo jedno piwo, patrzą na ten cyrk ludzkich rozszczelnień i zapewne w duchu zastanawiają się, czy firma nie powinna jednak inwestować bardziej w premie niż w open bary. Ale to mniejszość. Elita wewnętrznej dyscypliny. Ostatni Mohikanie przyzwoitości.
Najciekawiej robi się jednak przy tych, którzy przez lata uchodzili za wzory stabilności. To oni często odpalają się najmocniej. Ludzie, którzy poznali męża albo żonę w wieku dwudziestu lat, a potem już tylko praca, dzieci, kredyt, wywiadówka, święta, te same pozycje życiowe i te same kanapki do pracy. W młodości nie zaszaleli, bo byli porządni. Potem nie zaszaleli, bo byli odpowiedzialni. Aż tu nagle hotel, muzyka, obcy ludzie, procenty i złudzenie, że nikt nie patrzy. Wtedy z wnętrza człowieka wychodzi nie demon, nie rozpustnik, lecz coś znacznie smutniejszego: spóźniona młodość w butach ortopedycznych.
Im ciaśniejsza była smycz codzienności, tym gwałtowniejsze bywa szarpnięcie. I oto mamy widowisko: człowiek, który przez dwadzieścia lat dusił w sobie wszelkie impulsy, nagle postanawia nadrobić wszystko w jeden wieczór. Efekt zwykle jest taki, że zamiast erotycznej wolności otrzymujemy kabaret pomyłek. Niby zmysłowo, ale jednak bardziej desperacko niż pociągająco. Bardziej „ratunku, jeszcze żyję” niż „carpe diem”.
A obserwator? Obserwator ma wybór godny filozofa. Może pić, żeby obraz tego zbiorowego wykolejenia stał się miękki, rozmyty i znośny. Może też zachować trzeźwość i patrzeć, jak kolejne osoby spektakularnie demontują swoje publiczne wizerunki. Problem w tym, że trzeźwy na wyjeździe integracyjnym jest jak notariusz na swingers party - formalnie może być obecny, ale wszystkich niepokoi. Człowiek, który nie pije, pamięta. Człowiek, który pamięta, potencjalnie stanowi zagrożenie. Taki osobnik nie budzi zaufania. On budzi lęk.
Są też przedmioty zakazane, choć nikt tego oficjalnie nie mówi. Dawniej był to aparat fotograficzny. Dziś wystarczy telefon - mała, zgrabna maszynka do produkcji rozwodów, kompromitacji i porannych zawałów. Jedno zdjęcie potrafi mieć moc większą niż dział compliance. Są kadry, które powinny pozostać martwe, niewypowiedziane, utopione w hotelowym półmroku razem z resztką godności uczestników. Niestety, współczesny człowiek najpierw się kompromituje, a potem to nagrywa.
Nie rozczulajmy się też nad symboliką obrączki. Obrączka na wyjeździe integracyjnym nie jest żadnym pancerzem moralnym. To raczej biżuteryjna dekoracja, która czasem pełni funkcję czysto archiwalną - przypomina, że kiedyś były jakieś deklaracje, ale dziś DJ puścił hit z lat dwutysięcznych i wszystko się skomplikowało. Śmiem twierdzić, że niektórzy zaobrączkowani otwierają swe twierdze szybciej niż single, bo w ich przypadku pokusa ma dodatkowy smak zakazanego deseru. A wiadomo, zakazany deser tuczy najbardziej.
Czy płeć ma znaczenie? Niespecjalnie. Kobiety i mężczyźni równie sprawnie potrafią przerobić siebie na widowisko ku przestrodze. Owszem, robią to innym repertuarem gestów, inną choreografią i przy użyciu różnych rekwizytów, ale finał bywa podobny: rano nikt nie chce spojrzeć sobie w oczy przy stole ze śniadaniem, a jajecznica smakuje jak moralna kara.
Mężczyzna po alkoholu często nagle wierzy, że jest najlepszym samcem w stadzie, choć w rzeczywistości przypomina raczej rozchwianą szafę z ambicjami erotycznymi. Kobieta po alkoholu czasem odkrywa w sobie dzikość, która miała być panterą, a bywa rozemocjonowaną sarną na lodzie. Jedni i drudzy dostają od procentów ten sam prezent: nieuzasadnione poczucie atrakcyjności. Alkohol jest bowiem największym stylistą złudzeń - z przeciętności robi zjawisko, z banalnego flirtu romans stulecia, a z kompromitacji przygodę, dopóki nie nadejdzie poranek.
I wtedy wchodzi on: kac. Ten szary urzędnik rzeczywistości, który przychodzi punktualnie i bez litości odbiera wszystkie nocne przywileje. Zmywa brawurę, gasi erotyczny neon, wyłącza wewnętrznego amanta i przywraca twarz, której nie pomaga ani kawa, ani ciemne okulary, ani wersja wydarzeń: „nic takiego się nie stało”. Stało się. Zawsze coś się stało. Nawet jeśli tylko czyjaś reputacja pękła z cichym trzaskiem jak rajstopy na za dużym udzie.
A przecież cała sprawa sprowadza się do czegoś banalnego. Na wyjazd integracyjny warto zabrać rozum. Tak, wiem, brzmi to staroświecko, niemal reakcyjnie, jak rada ciotki z dobrego domu. Ale jednak rozum jest przydatny. Dobrze go mieć przy sobie, a nie zostawiać w pokoju obok walizki, szczoteczki do zębów i zahamowań. Bo potem oglądamy ludzi nasączonych procentami do granic człowieczeństwa, gadających brednie, tańczących z meblami, szukających miłości tam, gdzie ledwo mogą znaleźć własny pokój, i naprawdę trudno dostrzec w tym cokolwiek pociągającego. To nie jest zmysłowe. To nie jest odważne. To nie jest wyzwolone. To jest po prostu żałosne.
Nie twierdzę, że nie należy się bawić. Przeciwnie - bawić się trzeba, luzować też, tańczyć nawet do utraty tchu, flirtować, śmiać się, wygłupiać. Życie nie jest po to, by siedzieć przy wodzie z cytryną i dyskutować o kwartalnych wynikach. Ale między zabawą a obyczajowym gruzowiskiem jest jednak pewna różnica. I dobrze byłoby tę różnicę zauważyć, zanim ostatnia trzeźwa komórka mózgowa utopi się bohatersko w kieliszku wódki.
Bo potem zostaje już tylko poranek. Śniadanie w hotelowej restauracji. Cienie pod oczami. Ucieczki wzroku. Sztuczne chrząknięcia. Pytania zadawane tonem niby swobodnym, a jednak pełnym grozy: „Dobrze się bawiłaś?”, „O której poszliście spać?”, „Masz może moją torebkę?” oraz najstraszniejsze ze wszystkich: „Nikt niczego nie nagrał, prawda?”.
Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim uczestnikom wyjazdów integracyjnych, by integrowali się z umiarem, wracali z godnością i nie musieli po weekendzie zmieniać pracy, numeru telefonu ani wersji wydarzeń ;)
