Kiedyś była pierwszą osobą, do której dzwoniłaś po każdej życiowej katastrofie oraz po tych wydarzeniach, które obiektywnie katastrofą nie były, ale wymagały natychmiastowego posiedzenia sztabu kryzysowego. Wiedziała, że twoje „nic się nie stało” oznacza mniej więcej tyle, co komunikat o niewielkim zadymieniu wydany przez człowieka stojącego po kolana w pogorzelisku. Rozpoznawała po sposobie, w jaki mówiłaś „cześć”, czy należy otwierać wino, paczkę chusteczek, czy może listę mężczyzn, których wspólnie należało uznać za pomyłkę ewolucji.
Znała nazwisko twojej pierwszej miłości, numer mieszkania drugiej, znak zodiaku trzeciej i powód, dla którego czwarty do dziś powinien omijać twoje miasto obwodnicą. Widziała cię bez makijażu, bez pieniędzy oraz w spodniach, których istnienia obie przysięgłyście nigdy nikomu nie ujawniać. Ty wiedziałaś, jak naprawdę wygląda jej matka, zanim przyjdą goście, co oznacza przeciągłe milczenie jej partnera i gdzie ukrywa słodycze przed rodziną, chociaż rodzina od lat doskonale znała to miejsce i jedynie podtrzymywała narodową tradycję udawania.
A dzisiaj?
Dzisiaj ona publikuje zdjęcie hortensji, ty zostawiasz pod nim czerwone serduszko i oto cała wasza przyjaźń mieści się w ikonce serwowanej przez media społecznościowe. Algorytm odnotował aktywność, sumienie podbiło kartę obecności, można rozejść się do obowiązków.
Najdziwniejsze jest to, że przecież nic się nie wydarzyło. Nie było zdrady, awantury, huku odkładanej słuchawki ani dramatycznego „dla mnie nie istniejesz”, po którym człowiek natychmiast sprawdza, czy osoba nieistniejąca obejrzała jego relację. Żadna nie powiedziała niczego niewybaczalnego. Żadna nie wyjechała na drugi koniec świata. Czasami mieszkacie nawet w tym samym mieście, zaledwie kilka ulic od siebie, ale odległość między wami mierzy się już nie w kilometrach, tylko w liczbie miesięcy od ostatniego „musimy się koniecznie spotkać”.
„Musimy się koniecznie spotkać” jest zresztą jednym z najbardziej osobliwych zdań w kobiecym słowniku. Brzmi jak plan, choć najczęściej pełni funkcję eleganckiego nagrobka dla relacji. Wypowiadamy je z energią działaczek społecznych, które właśnie powołały komitet organizacyjny, po czym żadna nie proponuje daty, miejsca ani nawet roku.
- Koniecznie!
- Może po wakacjach?
- Jasne!
Nie ustalono jedynie, po których.
Kiedyś spotykałyśmy się bez kalendarza, aplikacji i konsultacji z trzema domownikami. Wystarczało: „Będę za pół godziny”. Dziś umówienie kawy dwóch dorosłych kobiet przypomina organizację międzynarodowego szczytu pokojowego. Jedna może we wtorek, ale tylko do siedemnastej. Druga w czwartek, pod warunkiem że mąż będzie się lepiej czuł, córka nie przywiezie wnuków, pies przestanie kaszleć, a człowiek odpowiedzialny za naprawę pralki rzeczywiście przyjdzie między ósmą rano a końcem cywilizacji.
Życie nie wchodzi między przyjaciółki z łomem. Ono wciska się dyskretnie: jednym zebraniem w pracy po godzinach, chorobą rodzica, problemem dziecka, przeprowadzką, rozwodem, zmęczeniem, którego nie da się już przykryć drugim pudrem. Najpierw przekładamy jedno spotkanie, później drugie, a następnie zaczynamy orientować się w swoim życiu na podstawie zdjęć. A więc była nad morzem. Zmieniła fryzurę. Syn skończył szkołę. Kupiła nowy stół. O ważnych wydarzeniach dowiadujemy się razem z czterystoma innymi osobami, z których połowa to byli współpracownicy, a reszta ludzie poznani kiedyś na weselu kuzynki lub pogrzebie pradziadka.
Internet stworzył zresztą niezwykle wygodną protezę bliskości. Nie trzeba pytać, co słychać, ponieważ wszystko widać. A raczej widać starannie wybrane dowody na to, że coś słychać. Zostawiamy serduszko pod zdjęciem urodzinowego tortu, kciuk pod informacją o awansie i smutną buźkę pod wiadomością o stracie. Obsłużyłyśmy przyjaźń w trzech kliknięciach, jak rachunek za prąd. Bez rozmowy, bez ciszy po drugiej stronie słuchawki, bez ryzyka, że ktoś naprawdę odpowie na pytanie: „Jak się trzymasz?”.
Czasami jednak prawda jest mniej romantyczna: nie tylko brakuje nam czasu. Bywa, że przestałyśmy się mieścić we własnych życiach.
Niektóre przyjaźnie powstają, ponieważ przez kilka lat siedzimy w tej samej szkolnej ławce, pracujemy z tym samym nieznośnym człowiekiem albo wspólnie przeżywamy etap, w którym dzieci śpią wyłącznie wtedy, gdy matka stoi na jednej nodze i nuci kołysankę głosem umierającego wieloryba. Łączy nas miejsce, sytuacja, wspólny wróg lub identyczny poziom niewyspania. To wystarcza, żeby pokochać drugą osobę prawdziwie, lecz nie zawsze wystarcza, żeby iść obok niej przez całe życie.
Po prostu zmieniamy się. Czasami jedna rusza dalej, a druga nadal chce rozmawiać o tym samym szefie, choć żadna nie pracuje z nim od dwunastu lat. Jedna nauczyła się stawiać granice, druga traktuje każdą granicę jak płot, który należy sforsować z pretensją i torbą pełną cudzych spraw. Jedna potrzebuje rozmowy, druga publiczności. Po spotkaniu z niektórymi kobietami człowiek wraca lżejszy, nawet jeśli przyszedł z życiem zapakowanym w trzy reklamówki problemów. Po spotkaniu z innymi trzeba poleżeć w ciszy i doładować psychikę jak telefon, który przez dwie godziny służył za nawigację.
My, kobiety, mamy jednak osobliwy talent do konserwowania relacji, które dawno przestały nam służyć. Zostałyśmy wychowane w przekonaniu, że dobra kobieta pamięta, wybacza, podtrzymuje kontakt, wysyła życzenia i nie sprawia nikomu przykrości, nawet jeśli sama po każdej rozmowie czuje się jak ścierka po generalnym sprzątaniu dworca. Skoro przyjaźniłyśmy się przez dwadzieścia lat, należy kontynuować. Jak abonament, którego nie potrafimy wypowiedzieć, bo konsultant może się zrobić smutny.
Tyle że długość znajomości nie jest certyfikatem jej jakości. Historia to nie kajdanki. Można być komuś wdzięczną za wspólne lata i jednocześnie nie chcieć dopisywać następnych. Można kochać osobę, którą przyjaciółka była kiedyś, i nie umieć już rozmawiać z kobietą, którą stała się dzisiaj. Można też uczciwie przyznać, że to my przestałyśmy być dla niej tym, czego potrzebowała. W każdej kończącej się przyjaźni nie musi przecież występować czarny charakter. Czasami są tylko dwie porządne kobiety, które doszły do różnych stacji i z uprzejmości przez kilka lat udają, że nadal jadą tym samym pociągiem.
Nie każda cisza oznacza jednak koniec. Są przyjaźnie, które potrafią przespać kilka miesięcy, a potem obudzić się bez pretensji, rozczochrane i gotowe rozmawiać dalej. Nie prowadzą listy obecności, nie wystawiają rachunku za każde nieodebrane połączenie i nie wymagają, żeby życie było wysprzątane przed wizytą. Prawdziwa przyjaciółka potrafi wejść do naszego bałaganu bez białej rękawiczki i komisji sanitarnej. Rozumie, że czasami nie dzwonimy nie dlatego, że przestałyśmy kochać, lecz dlatego, że ledwie dajemy radę być przytomne.
Jak więc rozpoznać, czy przyjaźń tylko przycichła, czy już umarła?
Może po tym, co czujemy na myśl o spotkaniu. Czy chcemy przy niej zdjąć zbroję, czy przeciwnie - prasujemy ją, polerujemy i sprawdzamy, czy dobrze leży. Czy możemy powiedzieć prawdę, czy musimy prezentować wersję życia po retuszu. Czy po rozmowie mamy więcej siły, czy zastanawiamy się, gdzie człowiek składa wniosek o zwrot zużytej energii.
Kobiece przyjaźnie rzadko znikają w jednym spektakularnym momencie. Częściej rozpływają się między zakupami, pracą, rodziną, opieką nad rodzicami i wiecznym „odezwę się w spokojniejszym tygodniu”, choć spokojniejszy tydzień jest stworzeniem równie mitycznym jak jednorożec na etacie. Nie urządzamy im pogrzebu. Nie dostajemy urlopu na żałobę. Czasami mijamy dawną przyjaciółkę w sklepie i rozmawiamy uprzejmie jak dwie byłe pracownice tej samej firmy, które podpisały klauzulę poufności.
A przecież taka strata potrafi boleć. Wraz z przyjaciółką tracimy także kobietę, którą byłyśmy przy niej. Tę młodszą, naiwniejszą, bardziej szaloną, która mogła zadzwonić o drugiej w nocy i zacząć od słów: „Tylko się nie denerwuj”. Tracimy świadka własnego życia, depozytariuszkę historii, których dziś nie opowiedziałybyśmy nikomu bez konsultacji z prawnikiem.
Może dojrzałość nie polega więc na tym, żeby każdą przyjaźń utrzymać przy życiu za wszelką cenę. Może chodzi o to, aby wiedzieć, o którą warto zawalczyć, do której trzeba wreszcie zadzwonić, a której pozwolić spokojnie odejść bez aktu oskarżenia i publicznej sekcji zwłok.
Nie każda przyjaźń musi trwać wiecznie, żeby była prawdziwa. Niektóre kobiety przeprowadzają nas przez najtrudniejszy fragment drogi, a potem skręcają gdzie indziej. Były ważne. Były bliskie. Były nasze. Tyle że już nie są.
A serduszko pozostawione pod zdjęciem? Czasami jest marnym zamiennikiem rozmowy. Czasami wyrzutem sumienia w czerwonym kolorze. Ale czasami znaczy po prostu: „Nie ma mnie już obok ciebie. Jednak pamiętam, że kiedyś byłam. I cieszę się, że wtedy byłyśmy razem”.

Cudowny tekst i szczerze Ci za niego dziękuję ;))
OdpowiedzUsuńMam mnóstwo przemyśleń, ale może nie będę się aż tak rozpisywać :D Zauważyłam, że trwałość takiej przyjaźni dość mocno zależy od zgodności charakterów i sposobu patrzenia na życie. Wówczas bez względu na mijające lata zawsze się ma wspólne tematy, a spotkania sprawiają, że jak to świetnie ujęłaś, "zdejmujemy zbroję", nie musimy udawać kogoś kim nie jesteśmy i wracamy zadowolone ;)
Bo tak jak też słusznie zauważyłaś, nieraz te znajomości i przyjaźnie zawieramy w jakiś konkretnych okolicznościach, bez analizowania charakteru danej osoby. Czasem jest naszym zupełnym przeciwieństwem, ale jakoś nam to nie przeszkadza. Dobrze się czujemy w swoim towarzystwie, ale okoliczności się zmieniają, my się zmieniamy.. no i przyjaźń też się zmienia :D I tak, zakończenie pewnych przyjaźni jest oznaką dojrzałości, całkowicie się z tym zgadzam! :)
Masz rację - zgodność charakterów i podobne spojrzenie na życie bywają dla przyjaźni lepszym klejem niż częste spotkania. Są też relacje, które świetnie działają tylko w określonych okolicznościach, a kiedy te znikają, nagle okazuje się, że poza wspomnieniami niewiele już mamy sobie do powiedzenia. I chyba właśnie dojrzałość polega na tym, by nie reanimować każdej przyjaźni na siłę, niczym pelargonii, która od miesięcy daje wyraźne znaki, że ma już inne plany. ;)
UsuńTutaj mogę przywołać mój dawny post dotykający boleśnie tego tematu.
OdpowiedzUsuńhttps://szprotki-we-wlosach.blogspot.com/2022/07/27-symbioza.html
Przeczytałam i aż trudno uwierzyć, że czterdzieści lat bliskości można było skwitować telefonem zaczynającym się od słów: „Mam interes”. To już nie była przyjaźń, lecz - biologicznie rzecz ujmując - zwyczajne pasożytnictwo, bo serce, czas i pomoc płynęły wyłącznie w jedną stronę. Najbardziej boli chyba nie samo odejście, ale świadomość, że dla kogoś, kogo uważałyśmy za rodzinę, byłyśmy jedynie całodobowym pogotowiem ratunkowym. Bardzo mocny i boleśnie prawdziwy tekst.
UsuńDo dzisiaj nie tego nie rozumiem i pewnie nie zrozumiem już nigdy, ale przestałam w końcu o tym myśleć. Jestem już w tym wieku, że mogę sama sobie dobierać listę ludzi, których chcę mieć w swoim otoczeniu i skreślać z niej tych, którzy nadają się do utylizacji.
UsuńTeż przeczytałam Twój tekst i rozumiem co masz na myśli. Bardzo przykra historia i szczerze współczuję... Też mocno przeżyłam takie nagłe "cięcie po latach przyjaźni (a żeby tylko jedno...), a później zrozumiałam właśnie to co piszesz - żeby nie trzymać pewnych przyjaźni na siłę, ani też nie wracać ciągle do tego co było. Czasami bywa tak, że sami nie chcemy sobie "dać pozwolenia" na wybór ludzi wokół siebie... A chyba powinniśmy. Dla własnego zdrowia psychicznego.
UsuńWłaśnie tak. Puszczenie wolno rozprutej relacji jest najzdrowsze w sensie dosłownym i przenośnym. Szkoda, że dość późno do tego doszłam.
UsuńMoże w Twoim odczuciu to jest późno, ale ważne, że wyciągnęłaś takie wnioski i idziesz dalej! :) Niejedna osoba idzie sobie tak przez całe życie i nie dostrzega w ogóle potrzeby zmian...
UsuńJakbym sama to napisała, dokładnie tak było, a teraz nawet serduszka nie zostawiamy, bo nie mam konta w sieci.
OdpowiedzUsuńMoże to we mnie zaszła zmiana, może w nas obu, może zbyt dużo spraw i czasu nas rozdzieliło.
Spotkania bywają, ale o nr telefonu żadna nie prosi...
Bolesny to kolec :-(
Niestety, tak się kończy wiele "przyjaźni".
UsuńBardzo trafnie napisany tekst, bo chyba wiele osób zna ten moment, kiedy ktoś kiedyś był najbliższą osobą, a dziś kontakt ogranicza się do polubień i krótkich wiadomości. Chyba najtrudniejsze jest właśnie to, że nie zawsze jest jakiś wielki powód rozstania — czasem życie po prostu robi swoje i ludzie powoli się oddalają. Z drugiej strony myślę, że nie każdą relację trzeba na siłę ratować tylko dlatego, że trwała wiele lat.
OdpowiedzUsuńŻycie rzadko trzaska drzwiami, częściej po cichu wynosi z relacji krzesła, aż któregoś dnia nie ma już na czym razem usiąść; wieloletni staż nie jest jeszcze certyfikatem jakości, dlatego czasem zamiast urządzać przyjaźni uporczywą reanimację, lepiej podziękować jej za wspólny kawałek drogi i pozwolić każdej pójść dalej ;)
UsuńPrzyjazn czy kolezenstwo? Pierwsze kojarzy mi sie z niezobowiazujaca dwustronnoscia i bezczasowoci, a kolezenstwo z chwilowoscia dopuszczajaca bliskosc, ale bez specjalnego zabiegania o podtrzymanie. Pozostaje jeszcze zwykla znajomosc, ktora bazuje na bardziej kruchych podstawach, niewielu wspolnych aspektach, ktore ludzi lacza i sprawiaja, ze z ich powodu jakas relacja jest podtrzymywana. Jednoczesnie poczatkiem wszystkiego jest....znajomosc, ktora moze przeksztalcic sie w przyjazn.
OdpowiedzUsuńZawile te relacje....zwaszcza gdy sa wystawione na probe.
A tak w ogole, to rozgladajac sie po wlasnym zyciu stwierdzam, ze niektore relacje nie wymagaja spotkan/telefonow i trwaja mimo wszystko. , jakby byly nam przypisane od zawsze. I roznice pogladow i drog zyciowych nie maja wiekszego znaczenia.
UsuńZwykla ,,znajomosc ,, jak ocenia ja nasze ego moze byc rownie inspirujaca co trwajace latami kolezenstwo. Czym zatem jest przyjazn w aspekcie duchowym? Bo to zupelnie inny wymiar...relacji.
Chyba właśnie na tym polega cały relacyjny galimatias - próbujemy poukładać ludzi w równych szufladkach, podczas gdy życie uparcie wysypuje ich z komody ;) Bywa, że ktoś formalnie jest tylko znajomym, a widzi nas wyraźniej niż przyjaciel z dwudziestoletnim stażem, i bywa też, że prawdziwa bliskość nie potrzebuje cotygodniowego meldowania się na posterunku. Może więc przyjaźń w wymiarze duchowym to nie częstotliwość kontaktu ani zgodność poglądów, lecz poczucie, że mimo różnych dróg nadal rozpoznajemy w sobie „swojego człowieka”.
Usuń